11 listopada 2010

Recenzja Appleseed „Night In Digital Metropolis”


APPLESEED Night In Digital Metropolis, [2010] Sidrecords || Przynajmniej cztery lata czekałem na ten krążek i zostało mi to wynagrodzone. „Night In Digital Metropolis”, debiut zespołu Appleseed, to porywająca muzyczna przygoda krążąca pomiędzy ciepłem a lodowatością, szczęściem a smutkiem, zakamarkami miasta a jego oświetlonymi barwnymi neonami ulicami. Na pewno jest inaczej niż na EP-ce „Broken Lifeforms”, ale zespół nie porzucił swoich atutów, raczej je pogłębił, uwypuklił i sprowadził na nieco inny tor.

Na krążku poznańskiej formacji usłyszmy nie tylko nastrojowość i przestrzenność post-rockowych brzmień połączonych z alternatywnymi eksperymentami, ale także coś stricte appleseedowego. Wokalista śpiewa różnorodnie, przeżywając utwory i okazując to szeroką paletą emocji, muzycy natomiast wydobywają ze swoich instrumentów niezwykłe i wciągające dźwięki. To nie są grajkowie - to artyści, obdarzeni tym niezwykłym darem zmieniania dźwięków w muzyczne opowieści. Na płycie usłyszymy zarówno cieplejsze, pełne światła, zrozumienia i spokoju momenty, jak i takie, w których pojawia się podskórny czy nawet całkiem jawny niepokój. Dopełnieniem wokalu, gitar i perkusji są klawisze, które nadają wszystkiemu oryginalności i związanej z koncepcją albumu cyfrowości. W przypadku Appleseed elektroniczne dźwięki nie są po prostu modnym dodatkiem do rocka, a integralną częścią muzyki, jej przekazu i klimatu.

Uwielbiam gdy poszczególne elementy wydawnictwa korespondują ze sobą. Tak właśnie jest w przypadku „Night In Digital Metropolis” - tytułowa noc w cyfrowej metropolii, to motyw obecny zarówno w okładce, tekstach, jak i muzyce. Miasto w nocy to bardzo specyficzne miejsce (wręcz zjawisko). Niezwykle inspirujące, popychające do przemyśleń, a te bywają zarówno pozytywne, jak i negatywne. Żeby oddać ten klimat potrzeba przede wszystkim kontrastu pomiędzy ciemnością a światłem (w sensie muzycznym i emocjonalnym), ale także czegoś, co wyrazi przestrzeń i nowoczesność. O wszystko appleseedzi zadbali. Gitary Bartka Bąka, Wojtka Deutschmanna i Marcina Banego czasem brzmią technicznie i zimno, a czasem wyrażają człowieka i ciepło. Perkusja Macieja Hoffmanna, może symbolizować mechaniczność maszyn, pojazdów, ale z drugiej strony - od czasów pierwszych plemion bębnienie wyrażało ludzkie pragnienia i obawy. Obecność klawiszów dodaje nowoczesności. A w to wszystko został wrzucony człowiek - w tym wypadku w postaci wokalisty, Radka Grobelnego. Jego popisowymi sztuczkami, od początku były pełne napięcia i pragnień przeciągnięcia, chłodne przywoływanie myśli, a na tym albumie wokal wzbogaca również o swoją jaśniejszą stronę („The Distance”, „What I Feel”, „Chasing Dreams”).

Piękny wstęp „The Distance” przywołuje skojarzenia muzyki filmowej, a także nieco Sigur Rós (nie ma mowy o kopiowaniu, raczej podobnej wrażliwości). Ciężko powiedzieć, że jest to utwór wesoły, ale na pewno jest to próba rozjaśnienia ciemności. Pierwsze dźwięki „Delay” sugerują, że będzie chwila wytchnienia, ale szybko okazuje się, że to nieprawda - jest to jeden z bardziej przejmujących kawałków. Gitary i wokal, nagle ożywiają się i napełniają niepokojem, powodując, że mam ochotę rzucić wszystko i biec. Świetna perskusja te wrażenie podsyca.

„Playground” zaczyna się od rytmicznego bębnienia, do którego dołączają kolejne dźwięki i wtedy, przez chwilę, muzyka kojarzy mi się z projektem IAMX. Utwór jest intensywny, podtrzymywany przez kapitalną perkusję, ubarwiany klawiszami Wojtka Deutschmanna. Gitary są bardziej alternatywne niż post-rockowe, a wokal przepełniony energią. W drugiej połowie utworu następuje świetny wyciszający mostek, z subtelną gitarą i klimatycznym tłem.

„Raidrops” jest najdłuższe na płycie (osiem i pół minuty). Zespół mógł pozwolić sobie na ponad dwuminutowy wstęp oparty o klawisze (tym razem zagrał na nich Bartek Bąk), gitary i perkusję, instrumentalne przejścia wewnątrz utworu, a jeszcze oddać Radkowi dużo pola na śpiew. I to jaki śpiew! To co wyczynia ten człowiek po piątej minucie wywołuje ciarki. Na koniec albumu trafiło „Autumn Outside My Window”, które wita nas nastrojowymi klawiszami Bartka Bąka i stopniowo rozkręca się dzięki perkusji, a następnie zgrzytom gitar. Idealny utwór na zakończenie.

Największe moje zastrzeżenie to „Angel”, które znamy z singla. Jest to dobry kawałek, powinien się znaleźć na jakimś krążku, ale nie bardzo wpasowuje się w klimat „Night In Digital Metropolis”. Są oczywiście również mniej powalające fragmenty płyty, ale żadnego nie uznałbym za słaby. To bardzo udany album. Po prostu niektóre kawałki brzmią świetnie jako odrębne twory (są bardziej chwytliwe), a niektóre brzmią dobrze, gdy słucha się całości materiału.

Za pomocą „Night In Digital Metropolis” (oficjalna premiera jeszcze nie nastąpiła - póki co, można odsłuchać w sieci) poznaniacy udowodnili, że grają w pierwszej lidze polskiej sceny „klimatycznego rocka”. Oczywiście rozpatruje to pod względem wartości muzyki, bo z popularnością dopiero zobaczymy (jak wiadomo jest to bardzo kapryśna, często niezrozumiała kwestia). Fantastyczny debiut i jedna z najlepszych polskich płyt tego roku. Bez wątpienia wiele wieczorów i nocy w „moim” cyfrowym Gdańsku spędze słuchając tego krążka. 9/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz