15 lipca 2011

Recenzja Gus Gus „Arabian Horse”


GUS GUS Arabian Horse, [2011] Kompakt || Skromny rytm, imitujące chórek syntezatory, kolejne elektroniczne smaczki pojawiają się i znikają, i tak przez niemal trzy minuty. Wreszcie dochodzi do typowej dla Gus Gus house'owej kulminacji dźwięków, a my uśmiechamy się na myśl o przyjemnym, lecz w gruncie rzeczy nudnawym przecież początku nowej płyty. Tymczasem pierwotny motyw powróci jako smyczki w tle, na pierwszym planie zaś pojawi się niespodziewany bohater utworu Selfoss - akordeon. Pierwszy raz na płycie Gus Gus żywy instrument zostaje tak mocno wyeksponowany. I to jaki. Islandia? Nie, Szanowni Państwo, udajemy się na Bałkany!

Muzyczna ewolucja Gus Gus była równie oczywista i czytelna, co przejście z wytwórni 4AD do Kompakt. Począwszy od tęsknych spojrzeń w stronę trip-hopu, poprzez rozmarzone dream-popowe perełki, po obecny etap, co tu dużo mówić, stosunkowo prostych techniaczy. Wydaje się, że sam fakt tej zmiany wpłynął na stopniowe, ale wyraźne zmniejszenie zainteresowania mediów zespołem, jakby bez refleksji nad utrzymującym się na najwyższym poziomie repertuarem. Pojedyncze wyskoki w stylu Purple z Polydistortion traktowane były jako sympatyczne ciekawostki, ale wobec już całkowicie house'owej płyty Forever wielu bezradnie rozłożyło ręce.


Soulowe wokalizy nie przysłoniły faktu, że Gus Gus zaczęło grać czyste niemal techno, pierwszorzędnej zresztą, jak w Moss czy Mallflowers, jakości. Płyta 24/7 kontynuowała tą drogę stając się jednym z najlepszych elektronicznych albumów 2009 roku. Nieporównywalnie mroczniejsza od swojego dość beztroskiego poprzednika przyniosła ledwie sześć kompozycji, długich, rozbudowanych i utrzymujących w ciągłym napięciu, tanecznych, lecz niepokojących. W ramach zatem określonej konwencji gatunkowej Gus Gus udało się wydać dwie podobne, lecz jednak różne płyty. Jak na tym tle spisuje się Arabski Koń?

Niestety, zamiast epickiego galopu mamy tu malowniczy, ale jednak tylko kłus. Wspomniany Selfoss dzięki niezwykłej prostocie i nieoczekiwanemu wejściu akordeonu okazuje się utworem genialnym. Wzmaga zaciekawienie przed dalszym ciągiem albumu, których ten nie potrafi jednak spełnić. W dużym uproszczeniu: pierwsza połowa płyty ma momenty, druga już tylko rozpływa się w niebycie.

Daníel Ágúst, którego głos jest znakiem rozpoznawczym Gus Gus, obojętnie w jakim muzycznym wcieleniu, obecny jest na szczęście i tutaj. Pojawia się również niejaka Earth, udziałem której były wokale na Forever, płycie powstałej pod nieobecność Ágústa. Za jej sprawą już w utworze Be With Me powraca na krótko soulowa atmosfera z tejże płyty.


Tymczasem na Arabian Horse wyróżniają się zdecydowanie dwa utwory, w nich jednak klimat panuje zupełnie inny. Over jest bezdyskusyjnie najbardziej przebojowym i tanecznym utworem na płycie. Takim, jakie Gus Gus potrafi produkować na pęczki. Wokal Earth sprawia jednak, że tym razem do czynienia mamy z przebojem wręcz euro-dance'owym. Podobnie w utworze tytułowym, choć jego pierwsze dźwięki rodzić mogą niebezpieczne skojarzenia z operą The Knife o minerałach i ptakach, to charakterystyczny dla dyskoteki z lat dziewięćdziesiątych wystękany bit, w połączeniu z wokalizami Ágústa i Earth, czyni go jednym z bardziej udanych. Spokojnie jednak, jeśli euro-dance, to przetłumaczony na unikalny język Gus Gus.

Jednym z bohaterów płyty jest także Högni Egilsson, szerzej znany jako wokalista Hjaltalín. O ile na płytach jego macierzystego zespołu mocny wokal Egilssona potrafił najzwyczajniej w świecie męczyć, o tyle zaskakująco dobrze odnajduje się w elektronicznym otoczeniu. Pytanie, czy to kwestia produkcji, czy powściągania przez kolegów z Gus Gus jego tendencji do manifestowania silnego głosu? Problem jednak w tym, że może poza urokliwie rozmazanym Deep Inside, utwory z jego udziałem nużą, gdyż pozbawione są choćby zalążka interesującej melodii. Z okładki wyczytać możemy, że Egillson jest nie tylko gościem, ale i ich współautorem. Czyżby zatem przeniósł do Gus Gus chorobę Hjaltalín, ciekawego przecież zespołu, cierpiącego jednak na brak melodii pod barokową wręcz aranżacją?

Od połowy albumu utwory jednak przepływają jeden w drugi, ani może zbytnio nie nużąc, ale też w żadnym stopniu nie angażując. Zaskoczenie z Selfoss okazuje się jednorazowym przebłyskiem. Płyta jest również najzwyczajniej w świecie za długa, a bonusowy remix nudnego Magnified Love po prostu niepotrzebny. Brak melodii i czegokolwiek, co przykułoby uwagę rekompensuje jednak typowa dla zespołu aranżacyjna przestrzeń i doskonała produkcja. I choć sam nie mogę się od Arabian Horse w ostatnich dniach uwolnić, to popełnienie przez Gus Gus swojego najsłabszego albumu jest faktem. 5/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz