9 września 2014

Recenzja Opeth "Pale Communion"


OPETH Pale Communion, [2014] Roadrunner || Metal chyba jako jeden z ostatnich łatwo definiowalnych gatunków zaczął dostrzegać muzyczną rzeczywistość XXI wieku. Alternatywa bynajmniej nie przestała zacierać różnic gatunkowych, ale odebrała im wszelkie znaczenie i przynajmniej kilku wykonawców zdecydowało sie to wykorzystać i wyjść poza hermetyczny krąg dotychczasowych odbiorców. Nie mówię tu oczywiście o gwiazdach de facto pop-metalu, jak Metallica czy Iron Maiden, ani nie-daj-Boże o metal-popie spod znaku Within Temptation i Nightwish, ani nawet o charakterystycznych dla kontynentalnej Europy zespołach w rodzaju The Gathering czy Anathemy, ciekawych, w miarę możliwości poszukujących, ale nie wychodzących poza estetykę lat 90-tych.

Ulver, Mastodon, Sunn O))), Converge, to kilka z nielicznych jeszcze nazw, które inkorporując elementy muzyki eksperymentalnej, dronowej, ambientu, czy stoner rocka, pokazały, że metal to nie tylko wtórny tradycjonalizm i otworzyły sobie drogę do letnich festiwali, nie tracąc korzeni i dotychczasowej bazy fanów. Wrota może nie zostały otwarte na oścież, ale szerzej zaistnieć mógł bezpretensjonaly, fajny wizerunkowo i muzycznie Kvelertak czy przede wszystkim Deafheaven, które zabrnęło na tyle daleko, że przez twardogłowych okrzyknięte zostało "hipsterskim black metalem" czy "metalowym boysbandem".

To jednak Opeth jest grupą, która od ponad dekady była jedną z nielicznych przystępnych dla osób nie słuchających metalu i zarazem powszechnie wychwalanych przez miłośników gatunków. Weźmy "Blackwater Park" i otrzymamy intensywną, pełną pomysłów płytę, świetnie wyprodukowaną i ze spójną, przejmującą atmosferą, która do dziś ma spore szanse trafić do każdego, niezależnie od której estetycznej strony się do niej zbliży. Kto nie jest fanem growlingu jako poważnej metody wokalnej przekona się tutaj, że w kontekście odpowiednich kompozycji i przy zachowaniu czytelności potrafi być naprawdę interesującym środkiem wyrazu. O tym samym mogą się przekonać ci, którzy nie wierzą, że w metalu jest miejsce na czysty, melodyjny śpiew.

Czystego wokalu u Opeth przybywało, growlingu na "Heritage" zabrakło całkowicie. Ciekawy był to album o tyle, że zabrakło też na nim metalu. "Heritage", może i zgodnie z tytułem, w całości zanurzone było w estetyce prog-rocka lat siedemdziesiątych i, co ciekawe, brzmiało to zaskakująco świeżo. Jeśli w 2011 roku ktoś wydaje album tak tradycyjny i niemal bezbłędnie imitujący klasykę, to paradoksalnie wprowadza na rynek coś nowego. Nie był to album idealny, czysty wokal Åkerfeldta brzmiał niemal boysbandowo, materiał brzmiał nieco płasko, aranżacyjnie miało się wrażenie, że pozostało tam sporo niewykorzystanej przestrzeni, ale płyty słuchało się przyjemnie.


Produkcyjne niedociągnięcia zniknęły na "Pale Communion", albumie, który wg zapowiedzi miał kontynuować kierunek obrany na "Heritage", ale być też bardziej piosenkowym. Nie ma wątpliwości co do klasycznej stylistyki. Prog-rock z elementami free-jazzowych dysonansów, hard-rockowe klawisze jakby spod palców Johna Lorda czy Ricka Wakemana, odrobina brzmień akustycznych jakby z przecięcia Pink Floyd i Led Zeppelin. Czysty dźwięk wreszcie nabiera tu przestrzeni, płyta jest gęsta, aranżacyjnie wypełniona po brzegi, słyszymy i orkiestrę, i wibrafon...

Ale pod dopieszczoną produkcją nie kryją się wystarczająco dobre kompozycje. Najczęściej brzmią jak zlepek kolejnych klasycznych motywów, bez wewnętrznego progresu i emocjonalnego zaangażowania. Ślady piosenkowości usłyszeć można w otwierającym całość "Eternal Rains Will Come", które jest takim nowym Opeth w pigułce. Usłyszycie ten utwór i praktycznie znacie już całą płytę. Od ciekawej melodii zaczyna się "River", ale szybko niestety przeradza się w typowe dla dzisiejszego Opeth niespójne muzyczne gawędzenie p.t. ile klasycznych motywów możemy zawrzeć w jednej kompozycji.

Emocjonalnie najwyżej letni album nie pozostawia bynajmniej negatywnych wrażeń, ale w pamięci nie pozostają też żadne wyraźniejsze jego fragmenty. Pytanie, do kogo "Pale Communion" jest skierowane. "Heritage" było intrygującą ciekawostką, ale bez ciekawszych kompozycji odtwarzanie tradycyjnego rocka przypomina obcowanie z powieścią historyczną. Poczytać w pociągu można, ale dla ducha czasów lepiej sięgnąć po źródła. Owszem, powieść taka może być wielka, ale tylko jeśli pod historycznym sztafażem powie nam coś o współczesności. "Pale Communion" tego nie robi a Opeth porzucają metal na rzecz jeszcze bardziej zwietrzałego i hermetycznego gatunku, tylko ironicznie nazwanego rockiem progresywnym. 5/10 [Wojciech Nowacki]