3 lipca 2018

Recenzja Chaz Bundick Meets The Mattson 2 "Star Stuff"


CHAZ BUNDICK MEETS THE MATTSON 2 Star Stuff, [2017] Company || Toro y Moi wydał w 2017 roku dwa albumy. "Boo Boo" nadal nie uwodzi i w różnorodnym przecież katalogu Chaza Bundicka pozostaje tytułem najbardziej nijakim, ale "Star Stuff", oh, to zupełnie inna historia. Znacznie bardziej ekscytująca płyta pominięta jednak została tylko dlatego, że nie ukazała się pod znanym wszystkim szyldem.

"Son Moi" idealnie wprowadza w przestrzenne, organiczne brzmienie płyty, pełne detali, ale ani nieprzeładowane, ani przyciężkie. Atmosfera zrodu psychodelii z pierwocin hard-rocka czytelnie i zręcznie wrzuca nas do przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale bynajmniej nie chodzi o kunsztowną imitację, raczej o podpięcie się pod tą samą pierwotną energię. Duch Jimi'ego Hendrixa zostaje tu nie tylko wywołany, lecz skonfrontowany z motoryką współczesnego avant-popu. Bundick pobłyskuje w roli basisty, ale szybko pojawia się charakterystyczna melodyka Toro y Moi, tak rozpoznawalna, że nawet dodatek w postaci wokalu nie jest tutaj specjalnie potrzebny. Od pejzażowych wokaliz stopniowo przechodzimy do form zdecydowanie piosenkowych, z tego punktu widzenia centrem albumu staje się zatem "JBS", znane już z "Live From Trona".


Tytułowe "Star Stuff", choć nadal piosenkowe, to wprowadza trochę odświeżającego wokalnego napięcia a akcenty stopniowo przesuwają się na rytmikę i coraz bardziej narracyjną rolę gitary. Zgodnie z nazwą projektu bardziej niż o nowe power-trio chodzi o spotkanie właśnie. Toro jako kompozytor, basista i wokalista znajduje w braciach Mattson więcej niż godne dopełnienie. Ich gitara i perkusja w drugiej połowie płyty powracają do swobodnej, płynnej atmosfery, która zawiera w sobie i psychodelię, i jazz, i math-rocka, tworząc spójną i awanturniczą zarazem całość.

Owszem, przebojowość w sensie typowego warsztatu Toro y Moi jest na "Star Stuff" ograniczona na rzecz równie jednak chwytliwego poczucia wolności. "Star Stuff" wynika jednak w prostej linii z "Underneath The Pine" i "Live From Trona" stając się trzecim spośród najlepszych albumów Chaza Bundicka. Nie marginalizujemy bynajmniej jego bardziej syntetycznej ścieżki kariery, wszak to właśnie album koncertowy najlepiej pokazał jak ekscytująco obie strony Toro y Moi potrafią się splatać. Jeśli jednak po "What For?" żywy kierunek twórczości Bundicka zaczął lekko zawodzić, to znacznie lepszą reakcją niż samotniczy i radykalny zwrot w stronę elektroniki na "Boo Boo" okazała się współpraca z The Mattson 2 na bardziej zespołowym i mniej przemyślanym "Star Stuff". 8/10 [Wojciech Nowacki]