Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bad Light District. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bad Light District. Pokaż wszystkie posty

1 marca 2015


BAD LIGHT DISTRICT Science Of Dreams, [2014] Music Is The Weapon || Rockowi idealiści marzą o jakiejś nieokreślonej rewolucji i powrocie do wymykającej się z rąk chwały. Pragnienie nowości nie idzie jednak w parze z otwartością na naturalne przecież zmiany. Jeśli zatem muzyka gitarowa wykrzesa z siebie coś faktycznie nowego, przez tradycjonalistów natychmiast zostanie to wypchnięte poza obrzeża gatunku i opatrzone etykietą „indie” lub „alternatywy”, w ich ustach zawsze brzmiących lekko pogardliwie. W efekcie największe tryumfy święcą imitatorzy, od Jacka White’s po Royal Blood, a fani rocka cieszą się, że i dziś potrafi pojawić się coś świeżego.

Nieprawda. Gitary brzmią prawdziwie świeżo nie wtedy, gdy choćby w najbardziej doskonały sposób imitują dawne brzmienia w skali 1:1, ale wtedy, gdy przepływają ponad tradycjami, odnajdując nici łączące estetyki często oddalone o dekady. Chcę przez to powiedzieć, że posługując się jeszcze gatunkowymi kategoriami nie da się dziś w muzyce rockowej stworzyć całkowicie nowej jakości. Ale w dalszym ciągu ze znanych już elementów można tworzyć muzykę, która nie będzie prostym i archaicznym kopiowaniem jednej stylistyki, lecz ponadczasową i przy odpowiednich umiejętnościach nadal świeżo brzmiącą wypowiedzią. I oto jest przypadek Bad Light District.

Jeśli mowa o etykietach, to post-punk w przypadku „Science Of Dreams” może być mylący. „Don’t Tell Me The Ending” istotnie brzmi jeszcze jak archetypowa indie-rockowa piosenka i łatwo kojarzyć się może z tą częścią post-punkowego revivalu, który zdominował Interpol. Drugi w kolejności, i również singlowy, „Table Leg” entuzjastycznie flirtuje z dance-punkiem, ale leniwie kojący wokal i hipnotyczne zapętlenia już wskazują na bardziej złożony charakter albumu.


Pustynna psychodelia, ta spod znaku Jefferon Airplane czy wczesnych Pink Floyd, nie zaś wielkomiejskich narkotycznych ucieczek The Velvet Undergound, naturalnych wydawałoby się protoplastów post-punka, pojawia się już w „El Pato” a rozwinięcie znajduje w „Niehalo”. Przeskok do bliższych nam czasów staje się jasny w „Just Smile And Wave”. To nadal psychodelia, ale taka jaką na przełomie wieków oferowali Clinic i dziś kontynuują Suuns, opleciona świetną koronkową gitarą i z zaskakującą dawką w przestrzeni, która płynnie przechodzi w „Yesterday’s Snow”.


Jakby tego było mało, „Digital State Of Mind” wydaje się wywodzić z najlepszych tradycji polskiej gitarowej alternatywy. Powtarzana tu gitarowa fraza bliźniaczo upodabnia się do tej, która wiodła „Harfę Traw” Ścianki a dodatkowo napędza ją niemal motoryczny refren. Bad Light District zdają się bowiem zaznaczać chwytliwość swych kompozycji nie przy pomocy melodii, ale delikatnej motoryki właśnie. Nie dziwi zatem, że w kontemplacyjnym, finałowym „Spiritual Machines”, zapędzają się w stronę klasycznego post-rocka a gdyby gitarom towarzyszyły tutaj klawisze, można by pod sam koniec usłyszeć Stereolab z ich najlepszych lat.

„Science Of Dreams” liczy 42 minuty, ale za każdym mam wrażenie, że wysłuchałem dwudziestominutowej epki. Nie wiem jak to się dzieje, ale liczy się efekt, czyli natychmiastowa chęć kolejnego odtworzenia. Bad Light District w stosunku do poprzednich albumów poszerzyli swoją muzyczną erudycję, nie szpanują nią jednak, ale tłumaczą na zrozumiałe przez wszystkich emocje. Masy pewnie nie zostaną porwane, twardogłowi nadal będą kręcić nosem, że „indie”, ale skoro niespodziewanie zostałem zmuszony do wymienienia tutaj dwóch spośród moich ulubionych zespołów, to nic dziwnego, że „Science Of Dreams” stało się na dzień dzisiejszy najczęściej przeze mnie słuchanym polskim albumem. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2015


Wilga to zaskakująco ciekawy zeszłoroczny debiut. Zespół twierdzi, że przed upublicznieniem materiału i skonfrontowaniem go ze słuchaczami trwały długie studyjne przygotowania. I to słychać, "Wilga" brzmi jak samoświadomy, już ukształtowany skład, ale jednocześnie na tyle perspektywiczny, by obserwować jego dalszy rozwój. Rzadki to bowiem przypadek nowego polskiego wykonawcy z kręgu alternatywy, który nie sprowadza się to entuzjastycznego kopiowania ulubionych czy akurat modnych zachodnich wzorców. Porównania mogą się nasuwać, ale są na tyle mgliste, że nie przysłaniają autorskiego i oryginalnego brzmienia. Materiał to kruchy, ale intensywny; krótki, ale pełen aranżacyjno-produkcyjnych ciekawostek. Lekki, przestrzenny synth-pop miesza się tu akustycznym folkiem i post-rockowymi gitarami. Bardziej niż na chwytliwe melodie Wilga łapie nas na tworzenie klimatu i budowanie akordów.

PORNOGRAPHYxxx to może i soczysta nazwa, ale z kojącym efektem. Kuba Konera udostępnił swój album "The Maze" za darmo i nie sili się na nic więcej niż proste dzielenie się swoją muzyką. Bandcampowy i lekko przebrzmiały tag "witch house" jest tutaj mocno mylący a w zalewie synth-popu z posmakiem domowej produkcji można "The Maze" łatwo przeoczyć. W elektronikę PORNOGRAPHYxxx naturalnie wkradają się i klawisze, i gitara, skojarzenia wędrują od zwiewnego popu M83 po pastelowy synth Soft Metals i Com Truise. Jest ulotnie, lekko, ale przede wszystkim w nieodgadniony sposób wciągająco.

Bad Light District to obok jedni z rozbitków po wydawnictwie Ampersand. Oficyna ta przez parę lat mocnę nakręcała koniunkturę na nową polską alternatywę, swoje albumy wydali tam choćby We Call It A Sound, Drivealone, George Dorn Screams czy Bad Light District. Większość z nich rozpierzchła się po innych wydawcach lub poszła drogą zupełnie samodzielnej działalności, szkoda, że zniknął łączący je szyld, ale najważniejsze, że nie ustają w nagrywaniu. "Science Of Dreams" pobrać możecie za dobrowolną cenę i zyskać w ten sposób porcję niebanalnego gitarowego grania. Wydawać by się mogło, że Bad Light District mierzy w stronę chłodnawych, melancholijnych post-punkowych piosenek, ale na ich najnowszym albumem unosi się też intrygujący opar psychodelii, bardziej spod znaku Syda Barreta niż The Velvet Underground. Gitarowa motoryka przywodzi tu raczej na myśl Clinic czy choćby ostatnio Suuns. Kierunek zdecydowanie wart zgłębienia.

Sebastian Pypłacz pogodził już najwyraźniej swe wcześniejsze wcielenia. Spoken-wordowy Pan Stian i ambientowy Meet The Ambient spotkali się na wydanym pod własnym nazwiskiem "MurMur". "Struktura" ma być ostatecznym scaleniem dotychczasowych przygód Sebastiana z muzyką, wreszcie w postaci pełnego albumu, ale też jako całość większego projektu z pogranicza różnych dziedzin sztuki. "Struktura" to zgodnie z tytułem uporządkowana i przemyślana całość a zarazem otwarta rama do wplatania kolejnych wątków. By ogarnąć całość spojrzenia Sebastiana na sztukę i (pop-)kulturę warto zajrzeć na jego bloga, który przy okazji polecam, jako dziecko lat osiemdziesiątych, wychowane w latach dziewięćdziesiątych czuję się bowiem na nim nadzwyczaj swojsko.

Wild Books to mocne uderzenie na koniec, ale zamiast ciosu pięścią jest to raczej ostre cięcie, w końcu nawet papier może zranić, zwłaszcza gdy obcuje się z dzikimi książkami. "Wild Books" to przykład odwrotu od typowo polskich bryto-centrycznych rockowych fascynacji w stronę amerykańskiej alternatywy i pierwotnego indie. Gitara i wokal plus perkusja, zadziorne lo-fi, garażowy noise, ale i popowe melodie, to terytorium bardziej dla miłośników Pixies i Japandroids niż terazrokowej siermięgi Royal Blood. [Wojciech Nowacki]