Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Děti mezi reprákama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Děti mezi reprákama. Pokaż wszystkie posty

5 stycznia 2017


Po prostu pisać. Nie bawię się w roczne podsumowania, nie ścigam się na szybkość publikowania, zapewne nie wykorzystuję w pełni możliwości platformy, którą mam do dyspozycji. Interesuje mnie jedno: po prostu pisać. I jeśli w roku 2017 ma przyświecać mi jakieś motto, to jest to to właśnie. Oczywiście za „po prostu pisaniem” stoją pewne cele, niektóre osobiste, inne zaś całkiem publiczne i do tych ostatnich należy szczera potrzeba promowania w Polsce muzyki z Czech i Słowacji. Ani zatem podsumowaniem, ani gorącą recenzją rozpoczniemy rok na DNA muzyki, lecz kolejnym odcinkiem „Bohemofilii”.

Słowaccy Nvmeri coś szykują. Pomału, systematycznie, ale gdy ich nowy album nareszcie się ukaże to być może będziemy mieli do czynienia z najlepszym środkowoeuropejskim indie. Tylko w sensie geograficznym, bowiem kolejne ich single, "Entropy" z 2014 roku, zeszłoroczne "Scales" i nowość "Art Of The Trial", owszem, łatwo można porównać do czołówki współczesnego indie-rocka/popu, ale brzmienie Nvmeri jest świeże, lekkie, dopracowane, pewne siebie i w pełni autorskie. Łatwo sobie przy tym wyobrazić, że dziś tak mogłoby brzmieć nasze nieodżałowane The Car Is On Fire. Pomijając oczywistości, takie jak lekkie syntezatorowe plamy, koronkowo punktującą gitarę i nienachlną przebojowość, to największą siłą Nvmeri pozostaje matowy głos wokalisty. Czekamy na album. Naprawdę.


Děti mezi reprákama to pierwotnie kolaboracyjny projekt Dominika Zazuli z post-hudby, który niecały rok po debiutanckiej płycie "Újezd" powrócił z albumem "Haiku", powstałym już w zdecydowanie bardziej zespołowej formie. O ile za zespół możemy uznać Dominika z bratem i kilkoma ledwie gośćmi, w efekcie bowiem "Haiku" jest płytą znacznie skromniejszą od poprzednika. Zróżnicowanie podejście szeregu muzyków na debiucie sprawdzało się jednak odrobinę lepiej, "Haiku" to nadal narracyjny miejski folk, ze wskazówką wychyloną bardziej w stronę intrygujących i swojsko inteligentnych tekstów niż kompozycyjnych popisów.


Z męsko-chłopięcą melancholią idealnie konfrontuje się żeński punkt widzenia na płycie "Agnostika". Katarzia już debiutanckim albumem "Generácia Y" zwróciła uwagę jako artystka co najmniej obiecująca. Słowaczka Katarína Kubošiová wpisywała się ówcześnie w wizerunek songwriterki z gitarą, który przełamywała ustami niczym Anna Calvi i wrażliwością Bat For Lashes. Przeprowadzka do Pragi powiększyła nie tylko jej bagaż obserwacji, ale i muzyczno-tekstową niejednoznaczność. Niełatwo poznać kiedy i w jaki sposób Katarzia igra z feministycznymi stereotypami, ale nacisk przesunięty na elektronikę z elementami rapu sprawił, że przemawia już własnym i pełnym głosem.


Duet Tomáš Palucha opublikował już parę cyfrowych lub kasetowych wydawnictw, znakomity "Kámen mudrců", historia inspirowana alchemistycznymi czasami Rudolfa II, na kasecie wydany został przez Stoned To Death, pobrać go także można w postaci darmowego downloadu. Za pełnoprawny albumowy debiut zapewne jednak należy uważać "Guru", który na płycie winylowej wydał label Silver Rocket. Tym razem jednak zamiast przełomu XVI i XVII w. Jan Tomáš i Libor Palucha zabierają nas w niemniej tajemnicze lata 90-te wieku XX. Post-rockową wrażliwość nadal dzielą z naszymi Kristen, ale pojawiają się tu ślady i grunge'u, i swansowego bluesa, a kto wie, może ich guru jest John Frusciante? A wszystko to w zwięzłych, czterominutowych, piosenkowych wręcz formach, tym razem wzbogaconych o gościnne wokale (m.in. Prodavač).


Źródełka garażowego punk rocka nie wysychają nigdy, wystarczy młodość, gitary, perkusja i zdolność skupienia się przez chociaż dwie minuty. Słowaccy Genuine Jacks radośnie nawiązują do kalifornijskiej garażowej sceny z elementami psychodelii, ich album "Candyland" ukazał się na winylu, ale także w postaci darmowego downloadu. Szybszy, mocniejszy i twardszy od poprzednika zachowuje niespożytą energię, jest uwodzicielsko łobuzerski oraz przede wszystkim nieznośnie przebojowy. Co jeszcze ich wyróżnia? Po prostu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć grupy, która chwali się taką a nie inną okładką swojej płyty, bo "nie ma nic piękniejszego niż nagie męskie ciało".


Śląskie Planety stały u początków czeskiego odrodzenia shoegaze'u z debiutanckim albumem "Peklo, peklo, ráj", brudnym, lecz lekkim i uwodzicielskim. Nowy, trzeci już album "Vzduch je hrob je vzduch" jest twardszy, chłodniejszy, wręcz turpistyczny, do tego dwupłytowy. Pojawiają się syntezatory, groby, szubienice, średniowiecze i mroczne lasy. Oraz medialne porównania do "Desintegration" The Cure.


The Ills to jeden z tych zespołów, które powolną pracą i konsekwencją zdobywają sobie własne miejsce na scenie. Zaczynali nie tyle jako grupa garażowa, co wręcz sypialniana, czerpiąca garściami z tradycji post-rocka, math-rockowych prób, klasycznego shoegaze'u i dream-popu rodem z lat osiemdziesiątych, ba, nawet ich debiutancki album nosił tytuł po piosence The Cure. W duchu sypialnianego dream-popu działalność kontynuuje Filip Drábek w ramach duetu Päfgens, powstałego w Warszawie i obecnie umiejscowionego w Berlinie, tymczasem jego macierzysta formacja coraz odważniej i samodzielniej mości się w post-rockowej niszy. Wyraźny postęp ukoronował już album "Zoya" sprzed dwóch lat, tegoroczny "Ornamental Or Mental" tylko umacnia ich pozycję najlepszej obecnie słowackiej grupy post-rockowej, którą w tym roku potwierdzili nie tylko na rodzimym festiwalu Pohoda, ale i na słynnym Iceland Airwaves.


Post-rock The Ills rozwinął się w eksperymentalną formę, która z lekkością i entuzjastyczną ciekawością implementuje nowe aranżacyjne triki. Tym bardziej interesująco wypada zestawienie ich z czeskimi Flash The Readies, którzy preferują bardziej agresywne i zarazem atmosferyczne podejście. Podobnie jak na poprzednim albumie "Submarine Sky", jednej z najlepszych gatunkowych płyt 2014 roku, odtwarzają napięcie towarzyszące post-rockowi drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy wybór między drogą GY!BE a Sigur Rós jeszcze nie był przesądzony. Dwie dekady później gatunek ten uległ zamknięciu w sztywniejszych ramach, ale nadal potrafi dostarczać satysfakcjonujących płyt.


[Wojciech Nowacki]

14 lutego 2016


Bez zbytniej przesady powiedzieć można, że Midi Lidi to grupa w Czechach legendarna. Kultowy status zapewniły im trzy albumy wypełnione absurdalną elektroniką (od niedawna do pobrania za darmo z ich Bandcampa), ścieżki dźwiękowe do filmów "Protektor" (swego czasu czeski kandydat do Oscarów) i komedii "Polski film", czy najwspanialszy teledysk wszechczasów. Historia Midi Lidi sięga jednak aż wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy to Petr Marek zaczął nagrywać własną muzykę pod pseudonimem Muzikant Králíček. Zbiór tych domowych nagrań przez lata krążył w postaci przegrywanych kaset i wypalanych kompaktów, teraz "The Best of Králíček" ukazał się po raz pierwszy oficjalnie na winylu oraz w postaci darmowego downloadu. Dla wielbicieli homemade elektroniki oraz zalążków humoru Midi Lidi.



Z kolei dla zwolenników domowego, garażowego rocka, niezobowiązująco nawiązującego do gitarowej alternatywy przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, niezłym cukierkiem może okazać się Psychocandy. "Kings Of Maybe" to siedem zaskakująco lekkich i nieźle wyprodukowanych piosenek, które trójka chłopaków ze Znojma sprzedaje w postaci empetrójek lub wypalonego CD-Ra, pozostajemy zatem w klimacie DIY i młodzieńczego entuzjazmu.


W przeszłość z kolei zabiera słuchaczy awangardowa formacja B4. Ci, którzy mają świadomość tego, że czeska muzyka to nie tylko Helena i Karel oraz znają historię komunistycznej Europy, powinni pamiętać o The Plastic People Of The Universe, kontrkulturowej formacji ściśle związanej czechosłowackim ruchem dysydenckim, której działalność stała się jedną z pośrednich przyczyn podpisania Karty 77. Plastici funkcjonują do dziś, choć grywają głównie po praskich hospodách, a i aktualny prezydent nie jest zapewne ich tak wielkim miłośnikiem jak Václav Havel. Do ich historyczno-kulturowego dziedzictwa B4 nawiązują na płycie "Die Mitternachtmaus. Plastic People of the Universe Tribute", gdzie ich kompozycje przełożone zostały do syntezatorowo-krautrockowych wersji a teksty Egonda Bondy'ego przetłumaczone na język niemiecki.


Przyszłość natomiast stoi przed rezydującym w Brnie słowacki triem Inheritance. Supportowali Her Name Is Calla, zagrali na Colours Of Ostrava a ich najnowsza epka "Saturate" jeszcze silniej eksploruje ich unikatowe brzmienie. Swoboda post-rocka i fusion jazzu wykreowała specjalnie dla nich etykietę akustycznego math-rocka, ale nam z łatwością skojarzyć się może z rodzimą Jazzpospolitą. "Saturate" wydaje się być mroczniejsze i bardziej ustrukturyzowane od poprzedniej (i darmowej) epki "Frames", ale jeśli faktycznie ma być tylko zamknięciem debiutanckiej trylogii, to pozostaje z niecierpliwością oczekiwać nowego kroku Inheritance.



Dominik Zezula, czyli liryczna połowa duetu post-hudba, pod szyldem Děti mezi reprákama wydał solowy debiut zatytułowany "Újezd". I tak jak Újezd jest miejscem w Pradze, w którym turystyczny skansen spotyka się z prawdziwym miastem, debiut Dzieci między głośnikami w ramach nowej świeckiej tradycji miejskiego indie-folku skupia w sobie to, co najlepsze w alternatywnej Pradze . Opowieści Dominika wzbogaca zatem m.in. Kittchen, Aid Kid czy członkowie grup Nod Nod i Bratři Orffové.


Z Pragi natomiast w mityczne niemal w czeskich warunkach Sudety zabierał nas już wspomniany wyżej Kittchen. Grupa The Prostitutes, niegdysiejsze objawienie czeskiej gitarowej sceny, wyruszyła w Krušné hory, by odtworzyć dawną chemię, sprzed okresu gdy członkowie grupy poświęcili się licznym solowym i pobocznym projektom, i ewentualnie zarejestrować materiał na epkę. W opuszczonym górskim pensjonacie U Pašeráka, równie spontanicznie jak Please The Trees w Stanach Zjednoczonych, The Prostitues zarejestrowali tymczasem cały nowy album. Poniemieckie duchy Sudetów unoszą się nad płytą "Zum Passer", która muzycznie jednak splata w sobie elementy dojrzałego indie-rocka, post-punku i noir country. Szkoda jedynie, że ten pięknie wydany album ukazał się w samej końcówce 2015 roku, który przez większość krytyki zdążył już być podsumowany. Więcej o czeskich podsumowaniach następnym razem.


[Wojciech Nowacki]