Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIV I DED. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIV I DED. Pokaż wszystkie posty

4 lutego 2018


Za swój debiutancki album "The Escapist" zyskał Boris Carloff szereg nagród i chwilową uwagę miejscowej krytyki. Jako projekt czysto niemal studyjny i zdecydowanie producencki niekoniecznie przełożyło się to na zwiększone zainteresowanie publiczności. Wydanej pod koniec zeszłego roku trzeciej już płyty "The Solipsist" nie znajdziemy na stronie internetowej artysty, jego Soundcloud zatrzymał się na etapie promowania debiutu. Trudno powiedzieć, czy jest to roztargnienie, przejaw samokrytycyzmu, czy może Carloffa naprawdę interesuje, zgodnie z tytułem płyty, tylko samotnicza praca w studiu. Przyznać trzeba, że "The Solipsist" rodzi rozliczne skojarzenia, zarówno muzyczne, jak i wokalne, ale aby uniknąć tych bardziej oczywistych wspomnieć lepiej raczej o When Saints Go Machine. Niemniej, jest to kolejny przykład na to jak komfortowo w Czechach czuje się elektronika.


Olbrzymią porcją owego komfortu i kreatywności współczesnych czecho-słowackich producentów elektroniki jest imponująca kompilacja "XION". Dwadzieścia pięć utworów kompleksowo mapuje dzisiejszą scenę przy pomocy tego niekomercyjnego projektu za którym stoi platforma Space Is Only Noise. Techno, house, ambient, garage, muzyka eksperymentalna, wszystkie niemal barwy i temperatury elektroniki a wszystko to wyłącznie utwory nigdzie indziej niewydane. Niektórych wykonawców już znamy: HRTL, Smeti, Aid Kid, Isama Zing, Subject Lost, ale to ledwie część tego wielkiego wyboru. Początkowo może się wydawać się złudnie jednorodny, ale szczególnie w drugiej połowie subtelnie odsłania radykalnie różne odcienie. Kompilacji słucha się znakomicie przy każdej okazji, od poniedziałku w pracy po wieczorny relaks. Z lekkim zażenowaniem przyznać muszę, że choć propaguję wyższość czeskiej muzyki, to jednak gdy usłyszałem tu fragment w języku czeskim to złapałem się na lekkim zaskoczeniu, bo rzecz brzmi prawdziwie światowo.



Dream-pop bywa podchwytliwy, zwodniczy, podstępnie prowadzący rozmarzonych słuchaczy na manowce. Debiut Billow zgodnie z tytułem jest mapą, która wskazuje zaskakującą, lecz właściwą drogę pośród mylących tropów, stereotypów i przekonań. Eteryczny wokal z łatwością można wyobrazić sobie na tle shoegaze'owej ściany gitar, muzyka Billow opiera się jednak dwóch prostych, lecz równie frapujących elementach. Gitara, jej minimalizm, akustyczny wydźwięk i zwichnięta melancholia przypominają emotroniczną scenę z początku wieku z pogranicza laptopowej elektroniki i post-rocka (Hood, The Notwist) oraz sposób w jaki nawiązywało do niej choćby nasze Old Time Radio. Z drugiej strony mamy tutaj syntezatory, które nie są ani szumem tła, ani efektownym dodatkiem, lecz pełnoprawnym spoiwem muzyki Billow. Zespół miejscami z łatwością osiąga post-rockową progresję a sypialniany charakter materiału traktować należy z przymrużeniem oka, wyprodukowany jest bowiem znacznie lepiej niż chciałaby tego etykieta lo-fi. "Maps" pobrać możecie za darmo, zachętą powinny być też polskie akcenty (materiał powstał częściowo w Warszawie), ale jest to modelowy wręcz przykład muzyki idealnej do słuchania z kasety. Najlepiej nakładem oficyny Z Tapes, której żywo kibicujemy.


A skoro znów mowa o tym niezwykle żywotnym w Czechach fenomenie jakim jest shoegaze, nie sposób nie wspomnieć o nowej płycie DIV I DED. Debiut "Born To Sleep" podobał nam się bardzo, z niekłamaną przyjemnością trzeba odnotować zatem, że pomimo roszad personalnych za mikrofonem, nie ma na "Transformation" żadnych większych zmian. Poza tym, że hipnotyzujące wokalno-gitarowe unisono jest jeszcze bardziej melodyjne, pozytywne, w wymowie wręcz euforyczne. Owszem, czasem zgrzytnie trochę noise'u, czasem pojawi się cytat z post-punkowego chłodu, ale "Transformation" faktycznie sprawia, że nieznośnie wręcz pragnie się usłyszeć ten materiał na żywo. I nie, mój entuzjazm nie wynika z tego, że na okładce pod filtrem o wrażliwości wczesnych lat dziewięćdziesiątych znajduje się kot.


Duet Kalle rzutem na taśmę zdołał jeszcze zdobyć tytuł czeskiego albumu roku magazynu Fullmoon. Debiut "Live From The Room" swego czasu narobił sporo zamieszania na alternatywnej scenie, zważywszy na to, że było to wydawnictwo po domowemu zarejestrowane i wydane. Nie chodziło jednak o przypadkowych muzyków, Kalle są jednocześnie połową zespołu Nod Nod, który zdobył sobie nawet jeszcze większe uznanie. "Saffron Hills" ma znów na okładce lisa, ledwie rysują się tam górskie kontury, całość spowija mglista szaro-zielona barwa i faktycznie mało co tak trafnie oddaje muzykę Kalle. Najwyraźniejszym jej elementem nadal jest w oczywisty sposób kojarzący się głos wokalistki, ale rockowa melancholia ma się tu ewidentnie dobrze.


Senna, choć niepokojąca mgiełka melancholii to zupełnie nie jest zaś przypadek płyty, nomen omen, "Štěstí". Nauzea Orchestra być może tak do końca szczęśliwa nie jest, ale powinna pogratulować sobie żonglerki rockowymi estetykami. Mamy tu i swansową noise'ową motorykę, i trąby niemal tak piekielne jak nasza Merkabah, i amerykańskie indie, i bagienne echa southern-rocka. Ale, co ciekawe, wszystko to ujęte jest przez pryzmat czeskiego (pop-)rocka.


[Wojciech Nowacki]

10 czerwca 2015


Po namyśle stwierdzam, że tegoroczna wiosna w Pradze okazała się całkiem rozczarowująca. Słońce jest podchwytliwe, w dzień chwalcie łąki umajone, wieczory zaś i poranki, gdy zmierza się do pracy na autopilocie mając w perspektywie poranny kubek kawy, jeszcze do niedawana były niepokojąco mroźne. Wiosenny sezon koncertowy również niespecjalnie atrakcyjny, więc czas tradycyjnie mija mi na muzycznych zakupach oraz na oczekiwaniu. Po pierwsze, na United Islands, czyli darmowy festiwal płożący się po praskich parkach i wyspach, a po drugie, na nowe albumy dwóch spośród moim ulubionych czeskich wykonawców. Kittchen na lipiec zapowiada "Kontakt", Květy zaś właśnie dziś wydają oficjalnie album "Miláček slunce", który dzięki uprzejmości labelu Indies Scope już czeka na mnie w mailowej skrzynce, więc mam nadzieję więcej o nim napisać wkrótce.



Shoegaze'owy renesans jest aktualnie swoiście czeskim i całkiem odświeżającym fenomenem. Śląskie Planety zwróciły na siebie debiutem "Peklo, peklo, ráj" w 2012 roku. Manon meurt, inni młodzi debiutanci, supportowali w Pradze samych My Bloody Valentine nie mając jeszcze wydanego albumu. Oczywiście jest to częścią światowego trendu, ale jego zagęszczenie w Czechach nie jest przypadkiem. To grające ówcześnie shoegaze The Ecstasy Of Saint Theresa było w początku lat dziewięćdziesiątych zespołem, który dzięki samemu Johnowi Peelowi można było usłyszeć w BBC. Debiut DIV I DED ani nie podpina się pod fale, ani nie czerpie z sentymentu, choć album "Born To Sleep" sentymentalnym nazwać można. Brzmi bowiem naturalnie, niewymuszenie i nadzwyczaj lekko, pomimo, lub może dzięki typowym ścianom gitar. Te bowiem równoważone są przez dream-popowe podejście do piosenek, chwytliwych i kojących, z lejącym się żeńskim wokalem. Zaledwie dziewięć krótkich utworów, bez wyjątku przebojowych, wydane zostało na (wyprzedanej już) kasecie oraz w postaci darmowego downloadu. Tym bardziej zaskakuje jak dobrze "Born To Sleep" brzmi.



Skoro już jesteśmy przy kasetach, nośnik ten, oczywiście w ramach totalnego marginesu, również przeżywa mikro-renesans. Winyl w Czechach przeniknął już całkowicie do mainstreamu, taśmy pozostały więc ostatnią nadzieją hipsterów oraz sentymentalnym artefaktem dla wychowanych w latach dziewięćdziesiątych. Dwa argumenty przemawiają jednak za kasetą, w przeciwieństwie do współczesnych winyli autentycznie analogowe brzmienie oraz, znów w przeciwieństwie do przehajpowanych winyli, niska cena nośnika. Stąd też kasety stały się domeną mikroskopijnych labeli, szczególnie tych zajmujących się eksperymentalną i ambientową elektroniką. Czesko-belgijska oficyna Genot Centre wydała split "Voices & Allusions / Benidorm Hotel". Za pierwszą stroną kasety odpowiada żyjący obecnie na Łotwie Anglik Lee Chapman, którego manipulacje magnetofonową taśmą, ludzkim głosem czy nawet dźwiękami pianina tworzą kontemplacyjną atmosferę stanu nieważkości. Na stronie drugiej Wim Dehaen (dla odmiany Belg żyjący w Pradze) do kosmicznej nieważkości poprzednika wprowadza element napięcia, może nawet i lęku, a kolejne przelewające się dźwiękowe plamy oscylują w jednym półgodzinnym utworze. W próżni dronów i ambientu można jednak dryfować swobodnie niezależnie od stanu emocjonalnego, o czym świadczy świetnia inicjatywa Genot Centre i Radia Wave, czyli cykl koncertów Silent Night na deskach praskiego teatru Ponec, gdzie słuchacze spokojnie zasypiają na materacach, rano zaś kończą "koncert" wspólnym śniadaniem.



Całkowicie odmienne podejście do ambientu ma (jak domyśleć się można po tytule kasetowej epki i nazwie labelu) Vac Da Hawk, czyli Václav Havelka III z doskonale nam znanych Please The Trees. Poza macierzystym zespołem realizował się w solowych projektach jako Kingself tudzież Selfbrush, zasadniczo nie opuszczając rejonów rockowo-folkowej alternatywy. Śmielej w elektronikę wkroczył jako Were Mute wspólnie z Carlem Warwickiem na noisowo-piosenkowej epce "The Bea​(​s​)​t Is Up" oraz w duecie Tvrdý / Havelka z albumem "U nás v garáži", gdzie na synth-popową elektronikę przerobili zapomniane utwory czeskiego punka i nowej fali. Wydana przez label Stoned To Death kaseta "City Fox On Acid" pełna jest sprzężeń i przesterów, i jak na razie to chyba za mało by zdecydować, czy jest to pierwsza samodzielna wypowiedź Havelki na tym polu czy niezobowiązująca zabawa na boku.



Niektórzy z was pewnie wybierają się na Colours Of Ostrava. Blisko, piwo, niedrogo, piwo, brak "stref gastronomicznych", więc jeszcze więcej piwa, ale przede wszystkim takie nazwy jak Björk, St. Vincent, Swans, Caribou czy José González. Z mojej perspektywy jednak może to być dla gości z Polski świetna okazja to zapoznania się z czeską alternatywą, szczególnie na scenie Full Moon Stage. Pod patronatem miesięcznika "Full Moon" (daj nam Panie Boże choćby podobny w Polsce) zagrają w Ostrawie najświeżsi i najciekawsi przedstawiciele najrozmaitszych nurtów. Usłyszycie tam shoegaze, hard-core punk, akustyczny math-rock, klasyczny indie-rock z lat dziewięćdziesiątych, ambient, noise, 8-bitowy terror, słowacki szanson. Oczywiście nie musicie mi wierzyć, choć gwarantuję, że o każdym z tych wykonawców mógłbym napisać obszerny akapit. Na szczęście nie muszę, bo dzięki darmowej składance "Full Moon On Stage 2015" przekonać się sami i, kto wie, może zrezygnujecie z takiego np. Kasabian na rzecz czegoś naprawdę interesującego. [Wojciech Nowacki]