Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Please The Trees. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Please The Trees. Pokaż wszystkie posty

7 lutego 2022


Skład Please The Trees zmieniał się już parokrotnie, zawsze obracając się wokół osobowości frontmana Václava Havelki III, żadna z tych zmian nie była jednak tak zasadna, jak pojawienie się młodego Kryštofa Kříčka z silnymi ciągotami do eksperymentowania z elektroniką. Epka "0" to nowe interpretacje pięciu wcześniejszych utworów grupy, jako punkt zerowy mające nakreślić jej przyszłe działania i wpisujące się też w nowsze, ambientowo-noise'owe zainteresowania Havelki. Jeśli "Infinite Dance", po znakomitej płycie "Carp", przyniosło raczej komfortową stagnację, to po następnym albumie Please The Trees możemy się więc spodziewać czegoś radykalnie nowego. Oby już niedługo.


Lenka Dusilová otoczyła się na płycie "Baromantika" utalentowanymi muzykami, tworząc jeden z najlepszych alternatywno-popowych albumów dekady, i zasadniczo powtórzyć tę samą formułę starała się na albumie "V hodině smrti". Całkowicie nową jakość przyniosła dopiero "Řeka", przy której pracowali m.in. Aid Kid, Monika Načeva czy Beata Hlavenková, a która, zgodnie z tytułem, wodniście przepływa, nie skupiając się tym razem na melodiach i poszczególnych kompozycjach, lecz na znakomicie wyprodukowanej i ledwie definiowalnej całości, która w doskonałej równowadze dopełnia głos wokalistki. A i znów mamy okazję usłyszeć Dusilovą śpiewającą po polsku.


Billow wydali swój trzeci album "III" w słowackim labelu Z Tapes, doskonale się wpisując w jego rozmiłowanie w muzyce lo-fi, domowej elektronice, czy miejskim indie-rocku. Grupa odważniej eksperymentuje z produkcją, zwłaszcza w sferze wokalnej, modyfikując i tak już dość pierwszoplanowy głos Lenki Zbořilovej. Całość zbliża się przez to lekko do dokonań Chvrches lub Poliçy, jednocześnie nadal czerpiąc ze zwiewnie folkowych, dreampopowych tym razem bardziej niż shoegaze'owych brytyjskich tradycji. A dla ciekawych tego, jak piosenki te prezentują się w prostszych, pierwotnych wersjach zespół opublikował też "III [demos]". 


Květy, zespół Martina E. Kyšperskiego, od zawsze był jednym z najciekawszych na czeskiej scenie i osobiście jednym z moich ulubionych. Ostatnie parę ich albumów wydawało się być dość przejściowymi, poszukującymi, a to z większym naciskiem na elektronikę, a to igrającymi z country (w tym i pod pobocznym szyldem Ym), ale płyta "Květy Květy", zgodnie z tytułem, wydaje się być swoistym restartem. Formacja powraca do zdecydowanie gitarowych, indierockowych brzmień, zachowując niezwykle charakterystyczne melodie i poetykę. Jest to więc doskonały punkt wejściowy do poznania grupy i zachęta do sięgnięcia po ich wcześniejsze, po morawsku bajecznie aranżowane płyty.


W przypadku Tata Bojs, kolejnego z moich ulubionych czeskich zespołów, który wydał ostatnio bardzo dobrą, nową płytę, imponujące jest nie tylko to, jak konsekwentnie utrzymują swoją formę, ale przede wszystkim to, jak umiejętnie łączą popowy, mainstreamowy potencjał godny letnich festiwali, z alternatywnymi inspiracjami i atmosferą. "Jedna nula" to w dalszym ciągu zestaw wysoce przebojowych piosenek, łączących tym razem quasi-kraftwerkową elektronikę ze indie rockiem i naprawdę nie trzeba znać czeskiego, by poczuć, jak śpiewnie przystępne potrafią być ich kompozycje ("Minoritní"), bawiące się zarówno melodią, jak i językiem.


Field recording, mimo swej pozornej prostoty, jest trudnym tematem. Aby w pełni zrozumieć jego "pocztówkowość" najlepiej dysponować pewną emocjonalną więzią i "Pozdrav ze Smíchova!" jest dla mnie, jako dla osoby, która żyła niemal dekadę w Pradze, czymś czarownie bliskim. Martin Tvrdý odmalował tak trafny portret Smíchova, dzielnicy śródmiejskiej, ale zupełnie nieturystycznej, z browarem Staropramen, oldskulowymi gospodami, koncertowymi klubami i tłocznym węzłem komunikacyjnym dla wszystkich przyjezdnych z południa środkowych Czech, że pozostaje mi tylko marzyć o podobnym potraktowaniu mego domowego Žižkova.


Gdy wiele zespołów rozpuszcza się w praskiej klubowej scenie, przepływając od projektu do projektu, cieszy szczególnie, że producent Tomáš Havlen i mruczący wokalista Dominik Zezula z bolesnym natchnieniem wielkomiejskich poetów kontynuacją działalność jako post-hudba. "Artefakty" z 2013 roku doczekały się wreszcie kontynuacji w postaci znakomitej płyty "Není se na co těšit" w roku 2019, i choć pandemia odebrała duetowi niemal wszelkie koncertowe szanse, to urodził się z tego i kolejny album "Svět na konci roku nula". Z odważniejszym muzycznym tłem, czasem wręcz dosłownie wykrzyczanymi emocjami i szeregiem krótkich, intensywnych kompozycji.


[Wojciech Nowacki]

22 lipca 2019


PLEASE THE TREES Infinite Dance, [2018] Starcastic || Please The Trees znaleźli się na tym etapie kariery w którym muzyka ich brzmi absolutnie ponadczasowo. Był to zresztą proces całkiem fascynujący do obserwowania. Od pierwszych płyt "Lion Prayer" i "Inlakesh" wypełnionych lekko jeszcze folkowym i liźniętym post-rockiem pieśniopisarstwem, poprzez wskazujące na wyczerpywanie się formuły, ale kierujące Czechów wyraźnie w stronę Stanów Zjednoczonych "A Forest Affair", aż po monumentalną płytę "Carp", zespół ciągle poszukiwał, ale od samych początków był też jasno zdefiniowaną całością. Please The Trees jest dziś zespołem po prostu rockowym, bez przymiotników, bez odgrzewania retro sentymentów, pokazującym, wbrew głosom sceptyków, ciągłą żywotność gitarowej muzyki.


Na "Infinite Dance" nie muszą więc donikąd podążać po zjawiskowej wypowiedzi albumu "Carp". Na piątej ich płycie muzyka zespołu wydaje się bez osadzenia w żadnym konkretnym punkcie czasu zapętlać się i trwać w nieskończoność. Wszystkie kompozycje, łącznie ze stosunkowo najbardziej pod względem struktury piosenkowym "Forget About Me", brzmią jakby można było wskoczyć do nich w dowolnym momencie, trwać by też mogły dowolną ilość czasu. Główną tego przyczyną jest fantastyczne zrytmizowanie tego materiału. Sekcja rytmiczna pracuje świetnie, gitary zaskakująco często brzmią po prostu ekscytująco, nawet gdy rozpędzają się w amerykański bluesowy klangor. Płytę niesie na swych barkach ciągły, atrakcyjny groove, motoryczny, ale też i zbyt żywotny by spaść do kategorii heremtycznego kraut-rocka. Wręcz przeciwnie, często przebija się tu wręcz popowa lekkość a wymowa całości jest w ostatecznym rozrachunku pozytywnie budująca.

Album ten jest zatem przystępniejszy niż noise'owy, szamański "Carp", oferuje jednak mniej punktów natychmiastowego zaczepienia, więc przy pierwszym kontakcie wydawać się może nieco zbyt jednorodnym. I tak jest też w istocie, nieskończony groove to przecież wyjściowy pomysł na tą płytę. Od tytułowego "Infinite Dance" i "Follow The Smoke" po finałowe "Dive Deep" nowy album Please The Trees przynosi sporo satysfakcji i z pewnością nie rozczarowuje. Chyba, że mówimy o udziale Johna Granta, ale tu akurat chodzi o moją prywatną do niego słabość oraz kontekst jego dotychczasowych, różnorodnych występów gościnnych. W duecie z Václavem Havelką Grant pełni jednak tylko rolę ozdobnika, ze swym głosem upstrzonym tu i ówdzie w tle, ale pojawienie się jednego z najlepszych światowych songwriterów na płycie jednego z najlepszych czeskich zespołów jest i tak spełnionym snem. 8/10 [Wojciech Nowacki]

3 listopada 2015


PLEASE THE TREES Carp, [2015] Starcastic || Rock definiuje się przez własny stosunek do tradycji. W wielkiej skali oznacza to najczęściej powielanie gatunkowych prawideł, powtarzanie schematów, zapełnianie stadionów wydaniem dwudziestego albumu w czterdziestoletniej karierze. Pewność i bezpieczeństwo. Co przystoi wielkim, młodszym zapewni oskarżenia o niewnoszenie niczego nowego do muzycznych prawideł (chyba, że tym młodym jest Jack White). Igranie zaś z gatunkowymi podziałami, mimo że tracącymi dziś znaczenie, grozi zepchnięciem do alternatywy czy pogardliwie ujmowanego indie. Jeśli zatem rock stoi w miejscu to tylko z winy jego najwierniejszych fanów. Skuteczna rewitalizacja muzyki rockowej również odnosić się musi do tradycji. Ale nie jako kopiowanie klasyki, lecz jako odzieranie rocka ze skostniałych naleciałości i powrót do pierwotnego, surowego korzenia, czystego entuzjazmu i emocjonalnej zadziorności. Nieprzypadkowo więc najciekawsi młodzi twórcy, Metz, Viet Cong, częściowo Deerhunter, wywodzą się z kręgów noise'u. Bo w swych początkach rock mógł być przyjemny, ale musiał być niebezpieczny.

Please The Trees powstali z przecięcia lekko post-rockowego ducha instrumentalistów oraz folkowych fascynacji Václava Havelki III. Kształt ten utrzymał się na dwóch albumach, choć prawdziwe imponujące brzmienie zespołu wykuwało się w czasie żywych występów. Stąd też "A Forest Affair", trzecia płyta Please The Trees, jawiła się jednak jako rozczarowanie. Im mocniej podkreślano udział amerykańskiego producenta, tym silniej jawiło się jej przeprodukowanie, niespójność pomysłów i bezradność w oddaniu koncertowego żywiołu. Havelka zawsze był człowiekiem wielu projektów, ale po odejściu w niebyt solowo-folkowego selFbrush i zmiękczeniu Please The Trees na "A Forest Affair", wyraźnie oddalał się od gitarowej estetyki, jednocześnie (i paradoksalnie) eksplorując znacznie surowsze brzmienia. W duecie Tvrdý/Havelka przerobił na synth-popową modłę klasyki czechosłowackiej nowej fali i punka, w kolejnym duecie Were Mute organicznym sposobem dotarł do granic noise'owej elektroniki, by w pełni przekroczyć je kwaśnym, brudnym ambientem solowego projektu Vac Da Hawk.

W wyniku splotu koncertowych okoliczności w lutym 2014 roku Please The Trees znaleźli się w Detroit z wolnym dniem. I podobnie jak wcześniej Blur weszli do studia by niezobowiązująco zarejestrować materiał, który po dograniu przez Havelkę wokali w Nowym Jorku stał się niespodziewanie czwartym albumem Please The Trees. Spontanicznie uchwyconym momentem zespołu będącego u szczytu koncertowej formy. Surowym, pierwotnym i zgrzytliwym.


Nowe, garażowe brzmienie Please The Trees słuchać już w pierwszych paru piosenkach. Na początku albumu wydawać się może, że zespół, owszem, zaostrza brzmienie, ale zarazem wyraźnie zamierza mocniej eksplorować swoją obecną już wcześniej piosenkową stronę. Ale zamiast folkowych ech w "All I Want To Do" słyszymy brud, entuzjazm i głos Havelki, często zbyt dominujący, tutaj skryty za pogłosem i przeradzający się w efektowny zaśpiew. "A Song Is Its Own World" to zaś prosty trzyminutowy rock'n'roll, czyli przeciwny biegun dawnych post-rockowych pasaży. Odcienie zmieniają się w "Missing Feeling Nothing". kto wie czy nie jednej z najlepszych piosenek Please The Trees, niższej, bardziej niepokojącej, niemal grunge'owej, ale melodyjność amerykańskiego alternatywnego rocka rozwijając a'la Deerhunter w powtarzalny trans z potencjałem koncertowego rozciągania w satysfakcjonującą nieskończoność.

Jeśli dwiema pierwszymi piosenkami "Carp" z energią wyskoczył ponad powierzchnię stawu a zetknął się z nią znów w "Missing Feeling Nothing", to od tego momentu zanurzamy się w coraz głębsze tonie. "Suite F" stanowi centralny punkt płyty i zarazem papierek lakmusowy nowego brzmienia Please The Trees. Ośmiominutowy plemienny trans swoją szamańskością odwołuje się do The Doors a pozornym i ściśle kontrolowanych rozimprowizowaniem przypomina naszą Ściankę. Naturalnego pulsu nadaje kompozycji bas Míry Syrného, ale zwróćcie uwagę jak fantastyczne pracuje tutaj perkusja Jana Svačiny. Skoro obecnie Please The Trees to "power-trio", czyli praktycznie Václav Havelka III plus sekcja rytmiczna to jej rola nie może umknąć ciężko zasłużonej uwadze. Unia trzech instrumentów w "Not This Way", kompozycji znanej z koncertów już od paru lat, przy pomocy tej samej powtarzalności tym razem buduje "zepsutą", ale jednak piosenkę. I ostatni moment lekkości przychodzi w dwuminutowym instrumentalnym "S.E.K.", gdzie surfowy klangor i rock'n'roll z lat 60' autoironicznie spotyka się z późniejszym o pół wieku własnym revivalem w postaci "nowej rockowej rewolucji".


"Consider Death", najcięższy utwór w historii Please The Trees, bierze upiorność post-rocka, dźga ją gitarowymi riffami i popycha kompozycję znów w stronę ściankowego noise'u, Havelkę zaś ku szaleńczym / ekstatycznym okrzykom. Finałowy "Petr Humpal" to już tylko biały hałas, noise'owy płomień w którym Please The Trees spalają się całkiem dosłownie, co zobaczyć można było na plenerowym chrzcie płyty. Ale uwaga, to nie koniec, zespół postanowił dopieścić nośnik znajdujący się dziś w największym odwrocie, czyli płytę kompaktową. Tylko na tym wydaniu znajduje się "I'm Like A Map", ponad jedenastominutowa recytacja amerykańskiego poety (i konsultanta tekstów Please The Trees) z improwizowanym podkładem zespołu. I jest to dopieszczenie porównywalne z "Disgustipated" Tool czy "Stupid Mop / Hey Foxymophandlemama, That's Me" Pearl Jam.

Przy całej swej, jakkolwiek źle i oklepanie to brzmi, światowości "Carp" jest jednocześnie najwyraźniejszym czeskim akcentem w działalności Please The Trees. Znajdująca się na okładce ilustracja Huberta Suchého od dawna chodziła Havelce po głowie jako pomysł do wykorzystania. Karp jest jednocześnie nieoficjalnym symbolem położonego w południowych Czechach i otoczonego rybnymi stawami miasta Tábor, skąd wywodzi się zespół Please The Trees. Powrót do korzeni zatoczył pełne koło. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 lutego 2013

Zacząć musimy nietypowo, w styczniu bowiem życie Republiki Czeskiej obracało się niemal wyłącznie wokół pierwszych w historii tego kraju bezpośrednich wyborów prezydenckich. Upragnione odejście Václava Klausa niosło wielkie nadzieje, po części pogrzebane jednak przez ostateczny wynik drugiej tury. Mimo wsparcia większości mediów, mieszkańców największych miast i czeskich artystów wybory przegrał obecny minister spraw zagranicznych, chyba jedyny dziś czeski polityk rozpoznawalny i szanowany na świecie, Karel Schwarzenberg. Na Hrádzie zasiądzie w marcu Miloš Zeman, znany głównie z zamiłowania do ładnych dziewcząt, papierosów i alkoholu. Dużych ilości alkoholu. A podobno gorzej niż za Klausa być nie mogło.

W tym napiętym politycznym klimacie świat muzyki zdecydowanie wyhamował. Z ciekawszych premier płytowych wymienić należy „Milions Of” artysty skrywającego się pod pseudonimem Foolk i, wbrew nazwie, prezentującego alternatywną elektronikę. Szczególnie jednak cieszą informacje z obozu Tomáša Dvořáka. Na ranku pojawiło się już czwarte wznowienie winylowej edycji jego słynnego soundtracku do gry komputerowej „Machinarium“ studia Amanita Design. Dvořák skomponuje również muzykę do kolejnej gry z tego studia – trzeciej już części „Samorostu“. Pod szyldem Floex wydaje zaś klarnetowe downtempo w stylu Bonobo, z drugiego albumu „Zorya“ (wydanego niemal dekadę po legendarnym już debiucie) ukazać mają się niedługo aż dwa teledyski, w przygotowaniu zaś znajduje się EP z nowym materiałem. Wszystkie te wydawnictwa, niektóre za darmo, znajdziecie na Bandcampie Floexa.


Sporo również dzieje się u znanych nam doskonale Please the Trees. „She Made Love To The Moon“, pierwszy singiel z płyty „A Forest Affair“, doczekał się stylowego teledysku. Tymczasem ukazały się już dwa kolejne wydawnictwa grupy. Pierwszym jest epka „Please the Trees & Elpida“ nagrana wspólnie z dwudziestoosobowym chórem... emerytek. Projekt ten został zrealizowany w ramach szerokiej kampanii miającej zmienić wizerunek starszych ludzi w Republice Czeskiej, usłyszeć na nim możemy nowe wersje dwóch znanych już utworów Please the Trees oraz dwie premierowe kompozycje, unikatowe o tyle, iż śpiewane po czesku.


Na pierwszy dzień lutego natomiast zapowiedziano wydanie ściśle limitowanej płyty „A Live Affair“ bedącej rejestracją koncertowego chrztu ostatniego albumu.

W styczniu wreszcie powoli zaczęły ukazywać się pierwsze podsumowania roku 2012. Serwis musicserver.cz zdążył zreasumować rok w muzyce popowej. Wśród najważniejszych debiutów znaleźli się m.in. Gotye, Lana del Rey i... One Direction. Ciekawe prezentuje się podsumowanie popowych teledysków, za najbardziej szalony redaktorzy uznali „Gangam Style“, za najbardziej stylowy „Bad Girls“ M.I.A, za najbardziej „stripowany“ zaś „Genesis“ Grimes. Płyta „Visions“ tej ostatniej artystki, obok m.in. „Vows“ Kimbry, znalazła się na liście płyt niesłusznie zapomnianych. Wśród piosenek, które powinny być przebojami, ale stało się inaczej, wymieniono choćby „Power & Control“ Mariny & The Diamonds czy „Your Body“ Christiny Aguilery. Popową płytą roku 2012 została „Born to Die“ Lany del Rey przed „Halcyon“ Ellie Goulding i „The Silicon Veil“ norweskiej artystki Susanne Sundfør. Musicie przyznać, że jak na listę popową wygląda to całkiem nieźle.


Portal Muzikus zaś dla odmiany swe podsumowanie zaczął od kategorii związnej z rubryką Punk&Core. Tutaj zwyciężył album „A Flash Flood of Colour“ Enter Shikari oraz teledysk „State of Grace“ Hot Water Music. Wśród refleksji na temat zeszłorocznych odkryć i debiutów niespodzianka w postaci polskiego akcentu – debiutu „UL/KR“.


Tradycyjnie na koniec styczniowa muzyka do darmowego pobrania. Pierwszym tytułem w nowym roku netlabelu Exitab jest elektroniczo-postrockowy „Made of Numbers“ Subject Lost, polski Mad-Hop proponuje zaś „Netvor“, najnowszą epkę Karaoke Tundry, słowackiego DJ-a o ukraińskich korzeniach. [Wojciech Nowacki]

20 stycznia 2013


PLEASE THE TREES A Forest Affair, [2012] Starcastic || Václav Havelka III spełnia swoje marzenia. Po zmianach personalnych uzyskał świetnych nowych muzyków oraz niemal pełną kontrolę nad poczynaniami Please The Trees. Kierunek był jasny, fascynacja Ameryką doprowadziła do trasy koncertowej po Stanach i występie na legendarnym festiwalu SXSW. I wreszcie, co jak się podkreśla, było kluczowym elementem powstania „A Forest Affair”, nawiązanie współpracy z amerykańskim producentem Jonathanem Burnside’m.

Do tej pory trwała dyskusja na temat czy lepszą jest pierwsza czy też druga płyta Please The Trees. Nadal ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Obie pokazywały już ukształtowane i świadome brzmienie zespołu, z jednej strony tradycyjnie rockowego, z drugiej zaś niebanalnego i unikatowego. Post-rockowe pierwociny z naleciałościami alternatywnego folku, country i bluesa od początku były wyznacznikami stylu zespołu. Debiutancki „Lion Prayer” przyniósł szereg mocnych i niesamowicie chwytliwych piosenek, „Inlakesh” zaś był płytą bardziej spójną i wyważoną. W zależności od potrzeb i nastroju słuchacza obie spełniają swe role.

„A Forest Affair” po pierwsze nie przynosi zbyt wielu niespodzianek. Część kompozycji znamy już od dawna z wersji koncertowych, a że Please The Trees koncertują często i regularnie, mieliśmy zatem wiele okazji aby się już z nimi osłuchać. W świetnych wykonaniach, gdyż koncerty Czechów najczęściej są po prostu fenomenalne. I tak oto, na album trafiła skoczna, żywa pieśń „Hell On Earth”, zgodnie z tytułem „Getting Ready” okazało się niespiesznym, odrobinę przeciągniętym wstępem do płyty. „Branches” natomiast, mocny, bagienny utwór, tutaj brzmi niczym z sali prób.

Okazuje się bowiem, że to, czy zespół najbardziej się chlubi, czyli amerykańskie nagrania i produkcja, jest największą bolączką „A Forest Affair”. Płyta brzmi nieostro, wręcz brudno, przy czym wcale nie jest to nobliwy, wintydżowy brud, o który w zamierzeniu zapewne chodziło. Sama produkcja jest też niespójna, co słuchać zwłaszcza po perkusji w każdym niemal utworze. Burnside’owi zdecydowanie nie udało się oddać koncertowego brzmienia Please The Trees.

Dawne post-rockowe elementy słychać praktycznie tylko w niemal ambientowym „Sleep”. Z drugiej strony nie jest to płyta w całości romansująca z południowym bluesem. Singlowy „She Made Love To The Moon” to urokliwa, walczykowato-dansingowa ballada z pogłosem na wokalu. Wyróżnia się „Nobody No One”, rytmiczna piosenka wzbogacona dzwonkami i klaśnięciami. Płyta w całości jednak wolno przepływa, zatrzymując się niemal w deszczowym i powolnym, niemal w stylu Low, „When Are You Lost”. A zważywszy na wcześniejsze osłuchanie się ze sporą częścią kompozycji „A Forest Affair” sprawia wrażenie raczej zbioru różnych, niewykorzystanych dotąd pomysłów, niż otwarcia nowego etapu.

Nie tak chwytliwa jak „Lion Prayer”, ani nie tak spójna jak „Inlakesh”, trzecia płyta Please The Trees rodzi przede wszystkim wielkie nadzieje na przyszłość, traktowana jako zamknięcie przedbiegu i spełnienie zamierzeń, pokazuje raczej na jak wiele jeszcze stać czeską grupę. Właśnie, czeski kontekst w przypadku Please The Trees nie ma większego znaczenia, wpisanie się w kontekst amerykański nadal jest marzeniem do osiągnięcia. Czas jednak najwyższy zacząć traktować ten zespół nie jako czeską ciekawostkę, ale nasz wspólny, środkowoeuropejski towar eksportowy, z którego wszyscy powinniśmy być dumni. 6/10 [Wojciech Nowacki]

PS. W playerze labelu Starcastic posłuchać można całości.

2 sierpnia 2012


PLEASE THE TREES [29.07.2012], Pasaż Kultury, Poznań || Kolejny koncert czeskiej formacji Please The Trees w Poznaniu, choć darmowy i niemal nienagłośniony, był jednym z najciekawszych muzycznych wydarzeń tego miasta ostatnimi czasy oraz, jak stwierdzam po chwili zastanowienia, tak, najlepszym jaki do tej pory widziałem w tym roku.