15 lipca 2011

Recenzja Battles „Gloss Drop”


BATTLES Gloss Drop, [2011] Warp || Pierwszy album Battles, Mirrored, przez wielu nazwany był nieomalże przełomowym w dziedzinie łączenia elektroniki z gitarowym graniem. Podczas sesji nagraniowej do drugiej płyty grupę opuścił klawiszowiec i zarazem wokalista Tyondai Braxton. Przez to na Gloss Drop, w porównaniu do debiutu, zaszło kilka zmian. Mutacją muzyczną jest zastąpienie wielowarstwowych klawiszowych efektów na rzecz takich samych pasaży tylko z użyciem gitar, co troszeczkę zbliżyło muzykę Battles do shoegaze'u. Kolejną znaczącą zmianą jest oczywiście kwestia wokalisty. Zespół chciał się chyba trochę pobawić, dlatego zaprosił do współpracy kilka osób i muszę powiedzieć, że to właśnie pozycje z gościnnymi występami są najciekawsze.

Otwierający album Africastle skrada się powoli, intryguje, żeby w końcu uderzyć w stylu Mogwai. Tak naprawdę to porównanie do szkockiego zespołu będzie nam chodziło po głowie praktycznie przez całą płytę, a znikać w kawałkach, z gośćmi, takich jak Ice Cream (z Matiasem Aguayo), który zaczyna się troszeczkę jak przyspieszająca melodyjka z samochodu rozwożącego po osiedlach lody. Bardzo fajnie kontrastują tutaj frymuśne klawisze z naprawdę mocnymi, choć ciut przytłumionymi, gitarami. Całość, o dziwo można powiedzieć, że brzmi nawet trochę funkowo! Futura pobrzmiewa dla mnie math-rockiem, w stylu This Town Needs Guns, który osobiście bardzo sobie cenię.

Kolejny na krążku utwór z gościnnym udziałem My Machine, za sprawą wokalu Gary'ego Numana (który wypada naprawdę dramatycznie) i gitar brzmi prawie metalowo. Trzeba przy tej piosence też wspomnieć o perkusiście Johnie Stanierze, który odwala naprawdę niesamowitą robotę. Miniaturka, jaką jest Dominican Fade atakuje nas wypoczynkiem na plaży à la kurort na Karaibach, ze swoimi metalicznymi instrumentami perkusyjnymi, które ostatnio są po prostu wszędzie. Dobrze, że trwa tylko 1:49, bo będąc nawet tak krótkim kawałkiem potrafi zmęczyć. Seewtie & Shag z prowadzącą linią basu, porywa wreszcie damski wokal, pasujący do takiej muzyki, jaką robią panowie z Battles (może częściej powinni zatrudniać kobiety?).

Royal Bayce jest połamanym zlepkiem sampli. Ponad sześciominutowy, napędzany perkusją White Electric, trochę nudzi, szczególnie, że przez prawie całą piosenkę towarzyszy nam ten sam klawiszowy motyw w tle. Finałowe, dwuczęściowe Sundome i Sundome wersja instrumentalna znowu zabierają nas w podróż tropikalną. Płyniemy chyba, sądząc po zawołaniach, na Jamajkę. Czym? To głupie spostrzeżenie, ale chyba na grzbiecie wieloryba, biorąc pod uwagę odgłosy towarzyszące nam przez całą piosenkę - bardzo dziwną i intrygującą.

Jako całość, Gloss Drop to niesamowicie muzykalny i klimatyczny twór, który został wymyślony od a do z i dopracowany w studiu do perfekcji. Muzycznie słychać, jaki wpływ wywarło odejście Braxtona. Jak dla mnie troszeczkę spłaszczyło ono zespół, ale teraz znacznie większą rolę odgrywają moje ukochane gitary (naprawdę mogwaiowe). Battles zaczynają od nowa, a dzięki Gloss Drop stworzyli sobie naprawdę dobre podwaliny do budowania nowego albumu, na który będę czekał. 7/10 [Tomek Milewski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz