29 października 2012


BAT FOR LASHES The Haunted Man, [2012] Parlophone || Tej recenzji miało nie być. Po ponad tygodniu obcowania z “The Haunted Man” uważałem, że po prostu nie warto. Ale jak to często bywa przy takich okazjach, odświeżyłem sobie dawno już niesłuchane poprzednie albumy Bat for Lashes. Zwłaszcza debiut, który trafił mnie wyjątkowo mocno.

Wyjątkowo, ponieważ zasadniczo uważałem się za miłośnika „Two Suns”, płyty numer dwa. Po debiutancki „Fur and Gold” sięgnąłem później i jakoś nie zaskoczył od razu, wiadomo, na fali były single z „Two Suns”, kto by wracał do poprzedniej płyty. Teraz dopiero trzy albumy Bat for Lashes ułożyły się w logiczny ciąg, prowadzący niestety w niezbyt zachęcającą stronę. Od zjawiskowego „Fur and Gold”, poprzez całkiem dobre „Two Suns”, po „The Haunted Man”, z którego po wysłuchaniu nic nie zostaje.


Przyznaję, już po ujawnieniu okładki pomyślałem, że pewnie okaże się najlepszym elementem tego albumu. Żeby jednak nie być posądzonym o uprzedzenia, utwierdziłem się w tym przekonaniu po wydaniu pierwszego singla. „Laura” po którymś kolejnym przesłuchaniu daje się zakwalifikować jako ładna piosenka, ale z pewnością nie jako singiel. Do tego kolejny utwór Bat for Lashes zatytułowany damskim imieniem rodzić może podejrzenia o brak pomysłów lub mnogą osobowość Natashy Khan. Znacznie lepiej w roli singla radzi sobie „All Your Gold”, najbliższy dawnym przebojom i najlepszy utwór na płycie. Choć już pojawiają się w internecie żarty porównujące go z nieszczęsnym „Somebode That I Used To Know” Gotye.

Generalnie Natasha postanowiła zostać wokalistką-pieśniarką, nie gwiazdą alternatywy jak Cat Power, nie rockową ikoną jak PJ Harvey, ale Wokalistką przez duże W, śpiewającą w uniesieniu przy klawiszowym instrumencie. Już w „Lilies” słychać echa Kate Bush, w momentami ciekawym, ale chaotycznym „Horses of the Sun” wchodzi w dość wysokie jak na nią rejestry. W „Oh Yeah” mamy już syntezatory, ale i irytujący pseudoafrykański zaśpiew. Gitara w „Marylin” przypomina The Cure, żywsze „Rest Your Head” oparte jest na rozszalałym perkusyjnym bicie rodem z „The King of Lims”.


Poza tym nic nie przykuwa już uwagi. Może jeszcze utwór tytułowy ciekawy jest tylko dzięki męskiemu chórowi, czemu jednak tak przytłumionemu? Czemu nie odważniej, jak w „A Commotion” Feist? Płyta jest prześpiewana, natchniony i drżący wokal Natashy z jednej strony meczy, z drugiej zaś nie zapada w pamięć. Nie pomagają tu rozliczne nazwiska współpracowników. Album jest faktycznie wyjątkowo minimalistyczny. Nawiązania do lat osiemdziesiątych, syntezatory i automaty perkusyjne, są ciche i bez wyrazu, nie nadają całości żadnego charakteru. Na „The Haunted Man” po prostu brakuje dobrych melodii.

“Two Sun” nie było bynajmniej, jak sugerują okładki, kolorową antytezą “The Haunted Man”. Dopiero teraz widać, że tamta płyta, niemal koncepcyjna, zmierzała w pieśniarską współczesność Natashy Khan. Że jednak, mimo fajerwerkowych singli, wypełniały ją kompozycje dość jednorodne. Na nowym albumie nie wybija się już praktycznie nic. Czasy „Fur and Gold”, płyty różnorodnej, dziewczęcej, odważnej, szczerej i bezpretensjonalnej, minęły bezpowrotnie. Natasha postanowiła zostać kolejną natchnioną diwą przy fortepianie, nie mając do tego warunków, powołania i przede wszystkim pomysłu. 4.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 października 2012


VERMONES Humanimals!, [2011] self-released || W przypadku obu EP-ek Vermonesów trudno mówić o wesołości, ale z dwojga smutnego – „How Soon Is Now? EP” ma w sobie przynajmniej odrobinę światła. Drugiej EP-ki nie rozjaśniły użyte oryginalne sample, szalone syntezatory i Suchecki, którego głos momentami rozkrusza zimnofalowy lodowiec. Jest ponuro i mroźnie. Jest dobrze.

EP-ka to trzy kawałki o dość rozstrzelonej stylistyce. Już wstęp albumu, pierwsza minuta kawałka „Madrid Delivery Room”, ilustruje postęp zespołu. Wstawka z dziwacznym oddechem, cudownie pulsujący bas (Albert Przymus), rytmiczna perkusja (Konrad Kubalski), syntezatory – dobrych kompozycji nie brakowało już na „How Soon Is Now? EP”, ale teraz jest mniej szablonowo i lepiej technicznie. Utwór pulsuje do czasu przełamania i gwałtownego spowolnienia (pianino, perkusja, oddalona gitara Filipa Golisa i nastrojowe chórki).


Dziki syntezator we wstępie „Alternative Reality” jest zmyłką – wprowadza w coś, co już znamy: editorsopodobny kawałek z vermonesowym zabarwieniem, nieco intensywniejszym w końcówce. Niezły kawałek, ale byłby znacznie lepszy gdyby naprawdę oryginalne było nie tylko zakończenie. Trzeci jest „Horst Wessel Song” – największe zdziwienie materiału. Tekst nawiązuje do hymnu niemieckich nazistów, a muzyka opiera się jedynie o pianino i głos Sucheckiego. Wokalista świetnie sprawdził się w emocjonalnej, przygnębiającej balladzie, podnosząc poprzeczkę tej krótkiej EP-ki.

Inspiracja to nic złego, ale obecność Editorsów, The Nationalów i innych White Liesów wciąż jeszcze przytłacza wartość dodaną ich muzyki. Jest lepiej, jest dobrze, ale wciąż czekam aż Vermonesi wypracują więcej czegoś swojego. 7/10 [Michał Nowakowski]

Czy papier może stać się sławny? Pytanie to na wstępie postawione tak śmiało, choćby z największym trudem rozwiązać by należało. Otóż może!, może! i to o każdej porze, jeśli tylko odwiedzicie internetu przestworze! 26–go listopada ukaże się nowa płyta Alicii Keys zatytułowana „Girl On Fire“. I z tej właśnie okazji, notes stał się gwiazdą. A szczegóły odkryjcie sami.

Pozostając w ognistych tematach, pozwolę sobie napomknąć o nadchodzącej płycie Foals. Będzie się ona nazywała „Holy Fire” i możemy się jej spodziewać na początku przyszłego roku. Poprzedni album – „Total Life Forever” – zrobił na mnie spore wrażenie, dlatego mocno trzymam kciuki za kolejne dzieło tych panów.

Przedwczoraj brytyjską prasę obiegła informacja o tym, że James Blunt schodzi ze sceny muzycznej. Na pocieszenie wszystkich dotkniętych fanów, wczoraj na scenę (a właściwie na ekrany) wszedł inny James. James Bond. A Ty drogi czytelniku, jak radzisz sobie z tą wielką stratą? Porady prosimy kierować na maila redakcyjnego. Na zwycięzce czeka ręcznie wykonany ołtarzyk ze screenem klipu do „You're beautiful”. Mną tak wstrząsnęła ta wiadomość... że z radości świętowałam i dlatego odcinek pojawia się z jednodniowym opóźnieniem.

Ile bylibyście w stanie zrobić dla krzywego ciasteczka? Czy pomalowalibyście sobie twarz na czarno? Wytatuowali penisa na czole? Przykleili sztuczne sutki do powiek... A oni? Dali z siebie tyle i jeszcze więcej! Zapraszam do skonsumowania cias... pff!, wideoklipu The Black Keys oraz pana który z tym ciasteczkiem w gruncie rzeczy wiele ma wspólnego. Pan Robert Fitzgerald Giggs (powszechnie znany po prostu jako RZA) jest bowiem zafascynowany kulturą wschodu, co widać i słychać nie tylko na powyższym obrazku, ale i na wcześniejszych produkcjach RZA.

Teraz kilka przypomnień o nadchodzących wydawnictwach (no i pamiętajcie, że nowe Voo Voo już krąży po kraju!) Na początek grudnia (3–go) zapowiada się reedycja „The Fat of The Land” formacji The Prodigy. Jest to nie tylko okazja zakupu dla oddanych fanów, bo do wydawnictwa zostaje dorzucona EP–ka z remiksami następujących utworów: „Smack My Bitch Up”, „ Firestarter”, „Breath” oraz „Mindfields”.

23–go listopada, formacja Muzyka Końca Lata wydaje wspominkowy krążek zatytułowany „Szlagiery“. Znajdzie się na nim m.in liczący przeszło 40 lat utwór grupy ABC o wdzięcznej nazwie „Nie ukryjesz się przede mną“. Już teraz możemy podziwiać zdolności wokalne i gimnastyczne wokalistki MKL Oli Bilińskiej.

12–go listopada płyty wypuszczają zespoły Soundgarden („King Animal”) oraz Crystal Castles. Ten drugi, jak wiemy, przesunął premierę swojego najnowszego dzieła („III“) o tydzień, za to możemy posłuchać pierwszego singla –„Wrath Of God“.

6 listopada wchodząc do Empiku natkniecie się z kolei na nowiutki krążek KIM NOWAK zatytułowany „Wilk”. Od jakiegoś czasu w sieci krąży ten oto kawałek, i cóż... chyba warto wydać te kilka dyszek, jak sądzicie? W tym samym miesiącu do sklepów ma trafić pierwszy LP Kamp!, choć dokładnej daty na razie nie ujawniono. Póki co, możecie już podziwiać muzyczny obrazek do utworu „Dancing Shoes” Moniki Brodki, zremisksowanego właśnie przez wspomniane trio.

Na koniec wieści niemuzyczne. Ich sponsorem jest podobnie jak dwa tygodnie temu – Justin Bieber. Jakiś Pan z Michigan, który sądzi, że jest ojcem Seleny Gomez (nie pytajcie jakiego zioła się napalił, bo ze względu na ustawę o ochronie danych osobowych nie wiemy nawet jak się nazywa), upiera się, że Justin ukradł jego kartę kredytową, a pieniądze miał przeznaczyć na powiększenie przyrodzenia... Ja się tu głupio nabijam, a może to wszystko prawda i teraz biedny obywatel musi walczyć o pieniądze pożyczone Bieberowi, które ten przeznaczył na rzekomą aborcję Seleny... i powiększenie penisa. [Agnieszka Hirt]

Cykl „Blogosfera muzyczna” jest miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. W tym odcinku rozmawiałem z Marcelim Frączkiem, założycielem bloga WAFP.

WAFP jest jednym ze starszaków polskiej blogosfery muzycznej. Pamiętasz dokładny moment, kiedy wpadłeś na pomysł prowadzenia bloga?

Dokładnego momentu nie, ale było to pod dość długim pisaniu dla Screenagers. Pisałem dla nich również recenzje polskich płyt, choć wtedy przeważały zagraniczne. Była to bardzo specyficzna forma współpracy, w skrócie polegała na tym, że każdy recenzent miał swojego „mentora”, który czuwał nad jego tekstami. Dodatkowo na forum dyskutowano każdą płytę, a nawet jej ocenę. Po pewnym czasie stawało się to męczące i frustrujące, tym bardziej, że w redakcji powstały pewne zwalczające się frakcje. Stwierdziłem, że wolę być sam sobie szefem i decydować o tym, co chcę recenzować i jak to oceniać. Decyzja o wyborze tematyki była dość naturalna i zbiegła się z popularnością Myspace oraz powstaniem nowego polskiego serwisu Megatotal. To były wtedy główne źródła inspiracji i poszukiwań polskiej muzyki.

Więc zrezygnowałeś z pisania dla Screenagers i w czerwcu 2007 roku założyłeś WAFP. Jakie były Twoje pierwsze kroki? Jak zdobyłeś pierwszych czytelników, poza znajomymi?

Żeby być w zgodzie z prawdą, zakładając WAFP byłem jeszcze członkiem Screenagers, choć już „na wylocie”. Właściwie, pierwszymi czytelnikami wcale nie byli moi znajomi. [śmiech] Oni i rodzina przez długi czas nie wiedzieli, że zajmuję się blogowaniem. Na początku bardziej zależało mi na jak największej liczbie opublikowanych recenzji, dopiero po pewnym czasie zacząłem się „reklamować” na różnych forach: Screenagers, Porcys, Indierock.fora.pl i pomniejszych, również tych, na których dochodziło do wymiany empetrójek. Pisałem też do artystów z prośbą o wysłanie mi płyt – w ten sposób nawiązałem pierwsze kontakty, które procentują do dziś. Ponadto, założyłem konto na Myspace – Facebook wtedy nie istniał w szerszej świadomości. Zrobiłem pierwszą składankę „We Are From Poland”, którą również promowałem w wymienionych miejscach.

Trudno było, w imieniu świeżego bloga, przekonać zespoły do powierzenia swoich utworów na pierwszą składankę?

Nawet nie. Tworząc pierwszą składankę bazowałem na zespołach/artystach, których już na blogu opisałem, a więc wcześniej nawiązałem z nimi kontakt, wymieniłem kilka maili. Oni znali już opinie na swój temat, nie było zatem problemu ze zdobyciem piosenki – tym bardziej, że właściwie wszyscy ci artyści nie mieli jeszcze żadnych kontraktów z wytwórniami i sami mogli rozporządzać swoją twórczością. Trudniejsze było nawiązywanie tych pierwszych kontaktów. Wierz mi, to była zupełnie inna rzeczywistość niż dziś, kiedy każdy serwis/blog z jakąś renomą ma dział „współpraca” i zespoły mogą po prostu wysyłać na podany adres płyty, traktując to jako niezbędną formę marketingu. Wtedy musiałem tę płytę sam zdobyć – nie było „ciemnego środka wszechświata” czy pewnego popularnego chomika – pisałem więc do artysty coś w tym rodzaju: „Cześć, mam fajnego bloga o polskiej muzyce alternatywnej, podoba mi się to co grasz, może prześlesz mi empetrójki lub CD?”. Z czasem było coraz łatwiej, bo stał za mną rozrastający się blog, ale nigdy nie zapomnę sympatycznych maili, jakie na początku wymieniłem z zespołem Orchid, Julią Marcell i Gabą Kulką. Oni mi zaufali i wysłali swoje płyty – potem już było z górki.

Skład WAFP z czasem się powiększył. Pojawił się między innymi Grzegorz Kopeć, sporadycznie piszący też dla DNA muzyki, ale również inni. Zgłaszali się sami, czy aktywnie poszukiwałeś? Jaki miałeś klucz doboru?

Grzesia poznałem na wspomnianym forum empetrójkowym. Od początku wyglądał na największego „świra” wśród jego użytkowników. Znał bardzo dużo zespołów, o których mi się wtedy nie śniło, był – i do dzisiaj jest – niesamowicie zapalonym poszukiwaczem i maniakiem kupowania płyt. Bez niego na WAFP nie byłoby wielu wspaniałych odkryć. Nie pamiętam dokładnie, ale poznaliśmy się chyba „na privie” tego forum. Wyznał mi wtedy, że domyślił się, że jestem autorem WAFP. Nie miałem wyjścia, musiałem go zaprosić do współpracy.

Pozostali zgłaszali się sami. Cały czas jesteśmy otwarci na nowych autorów, chcemy się rozwijać o gatunki i style muzyczne, których do tej pory unikaliśmy z braku kompetencji lub po prostu zainteresowania. Nie każdy musi być alfą i omegą – uważam wręcz, że byłoby dziwne i bufońskie, gdybym twierdził, że znam się równie dobrze na rocku alternatywnym, death metalu, techno, ambiencie i free jazzie. To jest niemożliwe do ogarnięcia przez jeden umysł, dlatego warto się poznawać ze specjalistami w danej dziedzinie.

Przez kilka lat aktywności WAFP, musieliście eksperymentować z różnymi działami, cyklami i pomysłami na wpisy. Co, z perspektywy czasu, okazało się być najchętniej czytane, a co ignorowane?

Problemem nie jest czytelnictwo jako takie, bo właściwie każda publikacja jest czytana. Niektóre bardziej, bo np. link do recenzji Happysadu pojawił się na Facebooku zespołu i w dwa dni weszło na nią dwa i pół tysiąca ludzi. Bardziej boli niewielka liczba komentarzy, ale wiem już z odzewu na aktualną ankietę, że to wina przesytu. Ludzie nie nadążają za tymi wszystkimi nowościami. Nie są w stanie wszystkiego, co im proponujemy, przesłuchać i prowadzić równorzędną dyskusję z takimi maniakami jak my, którzy po prostu muszą znać każdą nową płytę czy EP-kę, jaka się pojawi na rynku.

Jestem rozczarowany słabym odzewem na wywiady i dlatego nie chce mi się ich przeprowadzać. Bo po co, dla kogo? Dla satysfakcji zespołów? Coraz słabiej „schodzą” też składanki (patrz akapit powyżej), dlatego prawdopodobnie z nich zrezygnujemy, choć jeszcze się waham. Generalnie największą poczytność mają teksty najmniej przeze mnie pożądane, czyli głośne premiery, np. nowa Maria Peszek, wspomniany Happysad. To są tematy, które ściągają czytelników z wyszukiwarek, ale oni nie są naszymi odbiorcami. Największą satysfakcję sprawia zawsze odzew na jakieś odkrycie – wrzucamy notkę o zespole z kosmosu i nagle pod nią pojawiają się komentarze, że to jest zajebiste, że WAFP dał komuś coś nowego. Dla takich chwil się tego bloga robi.

Jakie polskie serwisy/blogi muzyczne odwiedzasz?

Przeglądam wszystkie serwisy/blogi, które są umieszczone na WAFP w dziale „Warto zajrzeć”, ponadto Screenagers, Porcys, Dark Center Of The Universe, T-Mobile Music, Music Is. Rzadko bo rzadko, ale zaglądam też na serwisy mainstreamowe, jak CGM czy Nuta.

Co oceniasz na minus?

Nie lubię bezmyślnego „jebania” artysty/płyty dla lansu, nie lubię też zbyt wyrafinowanych, akademickich tekstów, w których muzyka schodzi na drugi plan, a na pierwszym znajduje się wielkie ego autora. Nie lubię niechlujstwa, braku przygotowania, nietrafionych porównań. Nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza Screenagers, ale oni przynajmniej mają jakiś styl i fajnego grafika. Porcys czytam już tylko „dla beki” – to jest serwis, który ktoś na forum pięknie nazwał „niezależny serwis literacki”.

Co oceniasz na plus?

Lubię Chacińskiego, bo pracując w mediach masowego rażenia zachował niezależność i promuje dobre rzeczy. Lubię Hermę, bo pisze o muzyce w szerszym kontekście – niestety zakłada, że wszyscy jego czytelnicy świetnie znają angielski. Z przyjemnością czytam też PopUp, ale uważam, że powinni robić normalny, codziennie aktualizowany serwis, a nie magazyn, na który trzeba długo czekać, a potem jest tak dużo do czytania, że i tak muszę to sobie rozłożyć na kilka dni.

Jaki jest Twój stosunek do fanpage'u „Czytam polską prasę muzyczną dla beki”?

Czytam go, nie tylko dla beki. [śmiech] Analizuję zacytowane tam teksty, aby unikać podobnych błędów. Chociaż nie zawsze rozumiem powód dodania niektórych recenzji.

Czy zdarza się, że WAFP otrzymuje tyle propozycji, że musicie komuś odmówić?

Od pewnego czasu staram się unikać dawania obietnic, że coś się ukaże w takim a takim terminie. Mogę jedynie obiecać, że na pewno ktoś tej muzyki posłucha. Natomiast zdarza się odmówić patronatu medialnego – tych propozycji jest coraz więcej, więc robię solidny przesiew.

Z jakiego patronatu byłeś najbardziej dumny?

Chyba z pierwszego „dużego”, czyli debiutu The Lollipops.

Jaka jest średnia liczba odsłon WAFP za ostatnie trzy miesiące?

22 tys. odsłon.

WAFP „stoi” na Bloggerze, podobnie jak kilka innych blogów/serwisów. Nigdy nie myślałeś, żeby przenieść się na inną platformę? Nie myślałeś o podpięciu własnej domeny?

Sam dobrze znasz odpowiedź. Żaden z muzycznych blogów nie powstał w celach zarobkowych, a gdyby nawet – nic by w naszym „polskim internecie” nie zarobił. Naturalnym wyborem jest więc darmowa platforma. I tak trzeba dopłacać do swojej pasji kupując płyty, koperty i znaczki do wysyłki nagród w konkursach, bilety na koncerty. Nie piszę tego z wyrzutem – taka jest po prostu rzeczywistość. Natomiast brak kasy bywa powodem, dla którego część blogerów rezygnuje z prowadzenia własnej strony.

Wracając do pytania – uważam, że Blogger jest na tyle dobrą i stabilną platformą, że nie warto myśleć o jej zmianie i inwestowaniu we własną domenę. W przypadku serwisu tak, ale nie bloga, którym WAFP pozostanie.

Widziałem ostatnio, że planujecie zmienić logotyp. Jakieś projekty już są?

Są, ale mówiąc szczerze żaden z nich nie oddaje ducha WAFP. Najgorszy jest chyba ten wykorzystujący symbole narodowe. Aż mnie ciarki przeszły, gdy go zobaczyłem. Czekam na inne propozycje.

W jakim kierunku chcesz rozwijać WAFP?

Na pewno nie serwisu, jeśli to miałeś na myśli. Stawiam na rozwój organiczny, bez gwałtownych zmian i przewracania wszystkiego do góry nogami. WAFP nigdy nie dorówna popularnością serwisom, więc nie widzę powodu, by coś zmieniać w jego formule. Na pewno chciałbym pozyskać jeszcze z dwóch–trzech stałych współpracowników piszących o pomijanych dotąd gatunkach. Być może dobrym pomysłem byłoby zaproszenie jakiejś wyrazistej postaci do pisania felietonów? O widzisz, wpadłem na to właśnie teraz, więc nasza rozmowa okazuje się całkiem owocna również dla mnie. [śmiech]

To lepiej już skończmy, bo wzmacniam konkurencję... a poważnie: wytrwałości życzyć Ci nie muszę, więc życzę dalszych sukcesów. Dziękuję za rozmowę.

[Michał Nowakowski]

To nie jest tak, że redaktorzy muzyczni dużych portali, to ćwoki bez gustu. W każdym razie nie wszyscy. I wcale nie chodzi o żadną cenzurę – wszystko rozbija się o „kliki”. O ilość odsłon. „Jak ci się klika?” – mówi się w żargonie. Wiem co piszę, bo kiedyś zdarzyło mi się być redaktorem Wirtualnej Polski (co prawda, nie w dziale muzycznym).

Sporo ciekawych wykonawców poznałem „na herbacie” w firmowej kuchni dzięki niektórym redaktorom „muzyki”. Jednak rzadko pojawiało się to później online. Każdy dział WP posiada koordynatora i przeważnie (zdarzały się wyjątki– „pozdrawiam” Marku) był nim odpowiedni człowiek. Kiedy redaktor chcę wrzucić jakiś tekst, musi przekonać tylko koordynatora, też zainteresowanego tą tematyką. Prościzna. Zapał przeważnie studzi widmo pytania, które na końcu miesiąca zada kierownik działu: jak się klikało? Więc w teorii możesz pisać o czymkolwiek chcesz, ale w praktyce, lepiej żeby to były majtki Dody.

Co ciekawe, nawet jeżeli już wrzucisz tekst o jakiejś ciekawszej muzyce, przeczyta go mniejsza ilość, niż na średniej wielkości niezależnym blogu. Dlaczego? Bo odbiorcy takiej muzyki nie szukają na portalach, a w dodatku dział portalu będzie zmuszony ukryć ten materiał bardzo głęboko, w jakiejś podkategorii. Innymi słowy: jeśli grasz alternatywę, pomocne będą jedynie niezależne blogi/serwisy.

Właśnie dlatego zakładam ten cykl – żeby dbać o kondycję polskiej blogosfery muzycznej.  Nie boimy się promować wartościowych treści innych blogerów. DNA muzyki – podobnie jak inne redakcje – działa poza obiegiem pieniędzy, z czystej pasji do muzyki. „Blogosfera muzyczna” będzie miksem wywiadów z polskimi blogerami muzycznymi, felietonów i przeglądów polskich blogów/serwisów. Pierwszy odcinek, wywiad z założycielem jednego z polskich blogów, pojawi się jeszcze dzisiaj! [Michał Nowakowski]

19 października 2012


ORBITAL Wonky, [2012] ACP || Jest to jeden z sympatyczniejszych muzycznych powrotów tego roku. Bracia Hartnoll nie mieli może u nas takiego statusu jak The Chemical Brothers, Fatboy Slim czy inne tuzy elektroniki drugiej połowy lat 90-tych, są jednak niewątpliwymi klasykami. Status legendy potrafi jednak znudzić. Czy zatem istnieją jakieś przesłanki, dlaczego nie mieliby nagrywać dalej? Powrót po 8 latach od ostatniej płyty rodzi bowiem pytanie o jego powód: odcinanie kuponów od dawnych dokonań czy chęć odświeżenia brzmienia?

„Wonky” rozpoczyna się właśnie niezmiernie klasycznie. „One Big Moment” cofa nas w czasie o ponad dekadę, do lat 90-tych i czasów wesołego, elektronicznego tzw. big beatu. „Straight Sun”, przywodzi na myśl te samy czasy, ale z pola bliższego ówczesnemu Orbital. Mamy tu zatem house’owe elementy z lekką new-age’ową otoczką w stylu Jarre’a czy Oldfielda, co bynajmniej nie jest wadą. W elektronicznym pulsie „Never” znaleźć z kolei można echa Kraftwerk, utwór ten jednak szybko przeradza się w beztrosko taneczny.

Dopiero singlowy „New France” brzmi nieco współcześniej. Dzięki gitarowo-syntezatorowej przestrzeni oraz, co tu dużo ukrywać, wokalnemu udziałowi Zoli Jesus, kojarzy się dość mocno z ostatnimi dokonaniami M83. Środek płyty natomiast przepływa. Ani specjalnie efektownie, ani porywająco, ale jednak przyjemnie. Co jednak szybko uderza, to brak wyrazistych melodii, co wydaje się dotyczyć niestety całej płyty.


Dość powszechnie zwraca się uwagę na dubstepy w „Belzedub”. I właściwie fajnie, dlaczego nie. Orbital jednak stać na przetłumaczenie współczesnej dubstepowej stylistyki na swój własny klasyczny język, tutaj jednak otrzymujemy niewiele więcej niż próbę jej podrobienia. „Wonky” natomiast to utwór, którego początkowo najlepszym elementem wydaje się teledysk. Koty, dużo kotów, sukces w Internecie gwarantowany. Dzięki wokalowi niejakiej Lady Leshurr irytuje, szybko jednak nie można się od niego uwolnić, a neurotyczna atmosfera naprawdę robi wrażenie. Nowe, nerwowe pierwiastki w połączeniu ze starym, mocnym Orbital są też w finałowym, nomen omen, „Where Is It Going?”.

Właśnie, dokąd? „Wonky” nie jest albumem ani złym, ani wybitnym, po prostu średnim, ale w pozytywnym sensie. Słucha się go dobrze, całość brzmi swojsko i w urokliwy sposób niemodnie. Wspomniany już brak ciekawszych melodii to jedno, podstawowym zarzutem jest natomiast lekkie rozedrganie stylistyczne tej płyty, brak jej uwodzącej, spójnej atmosfery znanej choćby z klasycznego już „The Middle of Nowhere”.

Orbital powróciło i ciężko im odmówić do tego powrotu prawa. Spragnionych jeszcze większej dawki nostalgii odsyłam zaś do specjalnego wydania „Wonky”, wzbogaconego o dysk „Live in Australia”. Niemal godzinny zapis koncertu, a ledwie 5 utworów i każde równie klasyczne. Szkoda jednak, że nie jest to płyta DVD. Paradoksalnie bowiem, koncerty muzyki elektronicznej dzięki wizualizacjom są często bardziej efektowne wizualnie niż koncerty rockowe. Miłośników elektroniki na szczęście nie trzeba przekonywać, że muzyka ta to coś więcej niż statyczni panowie z laptopami. 5/10 [Wojciech Nowacki]

16 października 2012


Witajcie po tygodniu! Na początek zajmiemy się mieszaniem gatunków. Jakkolwiek dziwne się to wydaje - mysich gatunków. Otóż naukowcy z Uniwersytetu Tulane w Nowym Orleanie, odkryli, że gdy do klatki wsadzi się dwie myszy rodzaju męskiego o odmiennych gatunkach, wówczas są one w stanie nauczyć się śpiewać! Warunek jest jeden: w pobliżu musi znajdować się kobieta. A teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że taka mysz wykonuje jedną z piosenek Stonesów. Nie wiem czy wam się udało, ale ja wyobraziłam sobie mojego śp. chomika krzyczącego „I can’t get no satisfaction!“.

Ale wracając do sedna, kilka dni temu, w sieci, pojawił się zupełnie nowy utwór tych panów, zatytułowany „Doom and Gloom“. Kawałek trafi na składankę „GRRR“, która ukazuje się już 12 listopada. Zapraszam do posłuchania!

Jak uwieść anioła? Ekspertem w tej dziedzinie jest nie tylko producent AXE, ale również Trent Renzor. Nowe dziecko How To Destroy Angels hipnotyzuje i zniewala. Utwór promuje nadchodzącą „An Omen EP“ i nosi nazwę „Keep It Together“. Posłuchajcie i zobaczcie (choć do oglądania zbyt wiele nie ma).

Nowości spłynęły także z obozu Jacka White’a oraz Lany Del Ray. Jack się trzęsie, a Lana została stworzona do tego, by jeździć. Zapraszam więc do odsłuchu Lany oraz obejrzenia klipu Jacka, do kolejnego utworu z płyty „Blunderbuss“.

Benjamin Gibbard, znany powszechnie jako frontman pop rockowego tworu Death Cab For Cutie, stworzył solowy album. Streaming krążka dostępny jest poprzez kanał soundcloud na stronie NME. Moim zdaniem, mało pociągająca płyta, ale fani wspomnianego DCFC z pewnością znaleźliby garść soczystych ripost.  

Jakiś czas temu zespół The National oberwał od fanów za wspieranie amerykańskiego prezydenta. Tym razem, dobre słowa o Baracku Obamie padają z ust Jay-Z! I to w oficjalnym spocie kampanii prezydenckiej. Popatrzcie, niby raper, a całkiem niezły z niego aktor! Nieco ciekawsze i bardziej entuzjastyczne wiadomości dotarły do nas z Rosji. Otóż Yakaterina Samutsevich, z Pussy Riot została zwolniona z aresztu. 

Teraz pomyślmy trochę o amerykańskich dolarach. Gwiazdą tego akapitu nie będzie jednak Aloe Blacc w utworze „I Need A Dollar“, a królowa skandalu - Lady Gaga! Artystka ma bowiem w planach wykupienie praw autorskich do utworów Edith Piaf (nie wspominając o tym, że nabyła już buty, ciuchy i inne przedmioty francuskiej pieśniarki). Podobno ma zamiar wykorzystać je na swoim następnym albumie, ale na razie żadne wiarygodne źródła nie potwierdzają tej informacji. W każdym razie bardzo mnie ciekawi, co z tego wyjdzie.

Co do zakupów, mam fantastyczną ofertę! Dom Elvisa Presley'a jest do nabycia za jedyne 12,9 mln dolarów... Jak się wszyscy złożymy to może starczy nam na jeden pokój! Dalej, 25 września w liverpoolskim muzeum, na wystawie zatytułowanej „Liverpool Love“, został umieszczony dość intrygujący malunek. Artysta Jonathan Gent przedstawił na nim penisy, kolejno: Johna Lennona, Paula McCartney’a, Georga Harrisona i Ringo Starr’a. Niestety, jakiś człowieczek nieco je zniekształcił i teraz kupi je - co najwyżej - jakaś zraniona, była kochanka marząca, by kopnąć któregoś w krocze.

Atuty Beatlesów, wykorzystał także Justin Bieber (o którym wspominałam tydzień temu). Ale spokojnie, nie będziemy świntuszyć. Tym razem chodzi nie o przyrodzenie, a o przyśpiewanie! Młody gwiazdor wykonał cover przeboju „Let It Be“. Cóż mogę powiedzieć? Nie ma to jak porządnie oczyścić się z wymiocin! [Agnieszka Hirt]

13 października 2012


FRANK OCEAN channel ORANGE, [2012] Island Def Jam || Indie-światek z wolna zawłaszcza wszelkie podziały stylistyczne, znów sprowadzając „alternatywność” do kategorii ideowo-biznesowych zamiast gatunkowych. Dekadę temu okazało się, że pop jest fajny a „Toxic” Britney Spears singlem wszechczasów. Następnie odkryto hiphop, ale nie ten abstrakcyjny, spod znaku Anticonu, lecz ten jak najbardziej brylantowo-złoty. Do tego z bezczelną twarzą Kanye Westa. Stąd już tylko kroczek w stronę r'n'b.

Szlaki zasadniczo przetarł The Weeknd. Łatwo było nabrać pretensjonalnych niezali na tajemniczość, darmowe mixtape'y i hipsterskie fotki. Abel Tesfaye stał się wydarzeniem, mało kto jednak miał odwagę stwierdzić, że jego twórczość jest męcząca i niezapamiętywalna, a wulgarne teksty o ćpaniu i ruchaniu – czymś z czym ciężko się utożsamiać. Młodzieniec ten jednak udowodnił wszystkim, że flirtujące przecież z popem r'n'b jest zaskakująco emocjonalnym nośnikiem treści.

Sam Frank Ocean przyznał zresztą, że największą dla niego inspiracją jest możliwość opowiadania historii. „Channel ORANGE” okazuje się zatem nie zbiorem przebojów, ale opowieści. Nie oznacza to jednak, że na płycie nie ma melodii. Są, ale nie nachalne, ostentacyjna przebojowość najpewniej przeszkadzałaby w dotarciu treści do słuchacza. Słynne „Pyramids” zapada w pamięć głównie dzięki swej konstrukcji. Jasne, piękną i prostą piosenką jest „Thinkin Bout You”, ale czy to na pewno przebój? Podobnie żywsze „Sweet Life” w którym pada znamienne zdanie „The best song wasn’t the single”.

Teksty Franka są zaskakująco dojrzałe, jednocześnie proste i niebanalne, miejscami wręcz filozofujące („Pink Matter”). Mówią o ciekawości życia, pieniądzach, pragnieniach i, rzecz jasna, o prawdziwej miłości. Spod hiphopowego blichtru, pełnego samochodów i używek („Super Rich Kids”), wyłania się nad obraz kruchego wrażliwca. Wreszcie w „Bad Religion” padają kluczowe słowa o nieszczęśliwej miłości do Franka do innego, heteroseksualnego mężczyzny.

Jeszcze przed wydaniem debiutu doszło do słynnego tumblrowego coming-outu. Otwarta deklaracja biseksualności zgodnie okrzyknięta została wyjątkowym i niezmiernie ważnym wydarzeniem w około hiphopowym, silnie zmaskulinizowanym światku. Przy okazji wpłynęła, chcąc nie chcąc, na znaczący wzrost pozamuzycznego zainteresowania Oceanem. I sympatii przy okazji. Pierwszym uderzeniem z jego strony był jednak świetny mixtape „nostalgia, ULTRA”.

To na tamtym wydawnictwie Frank Ocean zaproponował niezwykłą mieszaninę współczesnej alternatywy i nostalgii za latami 90-tymi. W formie kasetowego miksu zamknięte zostały między innymi utwory Coldplay, Radiohead, MGMT czy The Eagles. Na „channel ORANGE” nie ma podobnego bogactwa. Album jest pełen mile wyprodukowanych ciepłych dźwięków, nie zaskakuje (chyba, że klasycznym „White”), również mixtape’owe przerywniki zostały tu zredukowane do minimum. Płyta brzmi ponadczasowo i klasycznie, jest wyjątkowo, ale jeszcze nie wybitna. Jeszcze. Frank Ocean pokazał bowiem, że nagranie wybitnego albumu to z jego strony tylko kwestia czasu. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

9 października 2012


Jak śpiewa Mumio w najbardziej energetycznej piosence wszechczasów: „Jesieeeń... jesień... jesieeeń... Dzieci liście zbierają... na WF“! A ja po dłuższej przerwie zebrałam się do pisania. Dziś przedstawię wam zestawienie najważniejszych, najciekawszych i najzabawniejszych wydarzeń, które miały ostatnio miejsce w muzycznym światku.

Na początek rzeczy istotne. Chan Marshall przefarbowała włosy na blond. Rozjaśniła się jednak nie tylko jej fryzura, ale także stosunek do rzeczywistości – słychać to wyraźnie na nowej płycie Cat Power, której premiera miała miejsce 3 września. Tymczasem zapraszam na zupełnie darmowy streaming. Dostępny jest tutaj.

Najgłośniejsze i zarazem najbardziej huczne wydarzenie ostatniego tygodnia, to oczywiście premiera utworu „Skyfall” będącego motywem przewodnim 23-go już odcinka przygód agenta 007. Za wokale odpowiada urocza Adele, a tło instrumentalne tworzy 77 osobowa orkiestra. Dzień wypuszczenia utworu w eter (5.10), to zarazem pięćdziesiąta rocznica powstania pierwszego filmu serii. Magazyn RollingStone przygotował z tej okazji zestawienie TOP 10 bondowych hitów. Wśród nich znajdują sie tacy wykonawcy jak Nancy Sinatra, Tom Jones (ze świetnym „Thunderball”), Louis Armstrong, Madonna, czy Shirley Bassey w świetnym numerze „Diamonds Are Forever”. Zabrakło mi tam tylko motywu z przedostatniej części. Mowa oczywiście o duecie Jacka White’a i Alicii Keys. Ale wracając to teraźniejszości...

Nie mam już więcej spektakularnych newsów ale mam jeszcze kilka dość ważnych informacji. Dave Grohl ogłosił ostatnio (2.10) na facebook'owym fanpage'u iż jego zespół - Foo Fighters - zawiesza działalność. Niejeden fan z pewnością przeklinał w duchu twórców Facebooka za brak przycisku „nie lubię tego“!

Dalej. The Black Keys zapowiedzieli, że będzie płyta! Zapytani o to kiedy będzie, odpowiedzieli, że jak ją nagrają... Trzeba im przyznać zdolności retorskie mają we krwi! Mogliby wygrać niejedne wybory w USA! A skoro o wyborach mowa... ostatnio dostało się zespołowi The National za to, że podczas jednego ze swoich koncertów publicznie poparli prezydenta Baracka Obamę. Podobno otrzymali jakiś mail wypełniony nienawiścią. Potem na twitterze zespół informuje: „Proud to support @Barrack Obama again in 2012“. Skomentowałabym to, ale w sumie to chciałabym jeszcze długo pożyć, a kto wie, może kiedyś będę się starała o wizę...

Teraz przenosimy się z USA do Polski. 3 października świat ujrzało nowe dziecko Marii Peszek. Jego imię to... „Jezus Maria Peszek“. Jeśli ON istniał to teraz przewraca się w grobie i myśli o ponownym zmartwychwstaniu i nawracaniu Marii! A skoro jesteśmy w tematach religijnych, nie mogę nie uczepić się nowego kawałka Arcade Fire. Nazywa się „Crucified Again“ i jest przeokropny!

19 października czeka nas z kolei premiera nowego krążka Voo Voo. Będzie się on nazywał dość nowatorsko, dlatego osoby o słabych nerwach proszone są o zaparzenie melisy, bo ja za wasze leczenie płacić nie będę. Tak więc, nazwano go: „Nowa Płyta“. A kawałek promujący świeży twór kwartetu możecie obejrzeć i wysłuchać już teraz.

Na koniec znów wracamy na zachód, skąd dobiegają nas niezwykle szokujące informacje. Otóż prasa amerykańska donosi, że Lady Gaga zdobyła już 30 milionów fanów na Twitterze! Przebiła nawet Justina Biebera, którego śledzi jedynie 28 milionów fanów. Ale widać te 28 milionów wystarczy żeby pisali o jego wymiocinach. O czym ja mówię? Ano zobaczcie sami. [Agnieszka Hirt]

6 października 2012


Wyborna wiadomość dla wszystkich ponurych melancholików oraz, choć do właściwie tożsame, miłośników klasyki post-rocka. 15 października ukazać ma się nowy album Godspeed You! Black Emperor.

Twórcy epickich, dwudziestominutowych kompozycji, mając na koncie dwa epokowe albumy, „F#A#∞” oraz „Lift Your Skinny Fists Like Antennas To Heaven”, zawiesili działalność po wydaniu w 2002 roku płyty „Yanqui U.X.O.” W roku 2010 grupa powróciła, dając szereg koncertów w Ameryce Północnej oraz w Europie (w tym i 22 stycznia 2011 roku w Poznaniu), co wydawało się raczej ostatnią i wyjątkową okazją by usłyszeć GY!BE na żywo.

Tymczasem Kanadyjczycy nie tylko zaprezentowali nowe utwory, ale i koncertują dalej, a już za niecały miesiąc nowy materiał ukaże się na płycie „Allelujah! Don't Bend! Ascend!”. Znajdą się na niej dwa utwory, „MLADIC” oraz „WE DRIFT LIKE WORRIED FIRE”, znane również jako „Albanian” i „Gamelan” z ostatnich koncertowych wykonań, a także dwie zupełnie nowe oparte na dronach kompozycje. Niezależnie od wyniku statuetka w kategorii Powrót Roku zapewniona. [Wojciech Nowacki]

2 października 2012


COM TRUISE In Decay, [2012] Ghostly International || Lata osiemdziesiąte. Dla jednych dekada grozy, upiornych stylizacji i kolczyków jak stalagmity. Dla innych źródło niewyczerpalnych inspiracji. Do szydery, do strojów, ale i do muzyki. Czasem warto zacisnąć zęby, przełknąć ślinę i przebić się przez pastelowo-cekinową otoczkę, by zdać sobie sprawę z tego, że nie była to dekada aż tak fatalna. Swego czasu zrobił to Seth Hailey i do dziś kopiuje dla nas jedną z najciekawszych stron lat osiemdziesiątych.

Nie brytyjski heavy metal, nie wojujący punk, nie żadne new romantic czy inne zimne fale. Retro-elektronika, sprzed czasów sampli i laptopów, tworzona na komputerach większych niż dzisiejsze lodówki, okazuje się najbardziej orzeźwiającym produktem tej syntetycznej dekady. Kojarzona ze epokową ścieżką dźwiękową do „Blade Runnera”, neonami i plastikowym designem, powraca choćby za sprawą Kuedo, czy Com Truise właśnie.

Pod tym pseudonimem bowiem Seth Hailey tworzy muzykę równie historyczną, co ponadczasową. Warto zapoznać się z mixtape’ami z serii „Komputer Cast”, udostępnianymi za darmo na stronie internetowej Com Truise. Idealne na retro-imprezę, obok oryginalnej i mało znanej elektroniki z lat osiemdziesiątych przemycają też jak najbardziej współczesne kompozycje Com Truise. I okazują się całkowicie nierozróżnialne.

Stylizowanie się na muzykę sprzed dziesięcioleci ten nowojorski DJ opanował do perfekcji. Wydarzeniem była jego entuzjastycznie przyjęta debiutancka EP-ka „Cyanide Sisters”. Pełnowymiarowy album „Galactic Melt” okazał się drobnym rozczarowaniem, przyniósł bowiem solidną porcję muzyki dość jednolitej brzmieniowo i nie tak świeżej jak EP-ka. „In Decay” nie jest kolejnym regularnym albumem Com Truise, lecz zbiorem niewydanych do tej pory kompozycji. I podobnie jak „Pink” Four Tet nie został wydany na fizycznym nośniku, a jedynie cyfrowo. I tak samo, nie należy go traktować jako wydawnictwo poboczne, okazuje się bowiem materiałem znacznie lepszym niż „Galactic Melt”.

„In Decay” jest znacznie bardziej pomysłowe, dzieje się tu więcej i całość bynajmniej nie nuży. Słuchając otwierającego album “Open” chce się aż wykrzyknąć „whoa!”, przebojowy, porywający jeden z najlepszych utworów Com Truise w ogóle. „84’ Dreaming” wcale nie zwalnia tempa (swoją drogą, 1984, doskonały rocznik). W „Dreambender” pojawia się basowa gitara rodem z Joy Division oraz zupełnie nieelektroniczna perkusja. „Colorvision” buja niemal dubowym rytmem. „Alfa Beach” w odniesieniach do lat osiemdziesiątych przypomina dokonania Twin Shadowa, hiphopowy beat i błyskające światła w „Klymaxx” przywodzi na myśl niemal Flying Lotus. Ale już w „Video Arkade” mamy typowy dla Com Truise motyw rodem archaicznych komputerowych gier.

Jest nostalgicznie, jest nowocześnie, jest przebojowo, jest dobrze. 7/10 [Wojciech Nowacki]