25 czerwca 2014

Recenzja Little Dragon "Nabuma Rubberband"


LITTLE DRAGON Nabuma Rubberband, [2014] Because Music || Little Dragon to jeden z najsympatyczniejszych zespołów jakie można sobie wyobrazić. Świetne, energetyczne koncerty, oryginalna, ale bezpretensjonalna wokalistka, i oczywiście muzyka, przebojowa, chwytliwa i radosna nawet wtedy gdy wpada w melancholijne tony. Rozdzierająca ballada "Twice" z nu-jazzującego debiutu użyta była już chyba w setce seriali, na grupę zwrócił też uwagę Damon Albarn i w ten sposób Little Dragon ruszyli w trasę z Gorillaz i pojawili się gościnnie na "Plastic Beach', dzięki czemu animowana formacja zyskała jedną z najlepszych piosenek w karierze. Ale pierwsza ukuta przeze mnie teoria mówi, że piosenka w serialu częściej szkodzi niż drastycznie podnosi popularność, druga zaś, że Damona Albarna bardziej się szanuje niż słucha. Dlatego to ze strony samych Little Dragon oczekiwałem ruchu, który zwrócił by na nich należną uwagę.

"Little Dragon" jeszcze jako tako odzwierciedlał chilloutowo-jazzowe zapędy Koop, duetu który Yukimi Nagano wcześniej wspierała wokalnie. Ale to "Machine Dreams" pokazało w pełni własny, pomysłowy język grupy. Kanciaste electro-rytmy, zabawy tonacjami, aranżacyjne pułapki i wokal Yukimi, niby nie imponujący i pozornie chłodny, ale w otoczeniu dźwięków kreowanych przez pozostałych członków zespołu nabierający autentycznego żaru. Kto miał niewątpliwą przyjemność widzieć Little Dragon na żywo, wie, że dzięki wsparciu brodatych Szwedów Yukimi staje się raczej małym wulkanem niż smokiem. Dlatego też pewien byłem, że trzecia płyta będzie ostatecznym przypieczętowaniem ich sukcesu.

Ale wraz z "Ritual Union" pojawił się kłopot. Album ten pozostawił mnie zaskakująco obojętnym, do napisania o nim zbierałem się tak długo, że ostatecznie jego recenzja nigdy się tu nie ukazała. Skromne i redukujące brzmienie Little Dragon do najbardziej podstawowych składników były w tym momencie kariery błędem. Nie operowania ciszą od nich oczekiwaliśmy, single i charakterystyczne połamane rytmy tylko uwypuklały brak pomysłów na piosenki.


"Klapp Klapp" jako pierwszy singiel zadziałał niezwykle odświeżająco. Po dynamicznym jazzowym nawiązaniu we wstępie otrzymujemy autentyczny, mocno opleciony elektroniką przebój, bogaty, przestrzenny, bez zbędnych eksperymentów i w pełni zgodny z oczekiwaniami. Pierwszy i przygodny kontakt z "Nabuma Rubberband" mógł znów rozczarować, ale choć nie jest to mój wyśniony i pełny przebojów album Little Dragon, to jest zdecydowanie lepszy od "Ritual Union" i przynosi przede wszystkim drobne, ale zauważalne zmiany w brzemieniu zespołu.

Długo niesłyszane ślady dawnego nu-jazzowego wcielenia rozbrzmiewają w szurającym i niezwykle przestrzennym "Mirror". Produkcyjna przestrzeń jest właśnie największą nowością na „Nabuma Rubberband”, zwłaszcza w porównaniu ze smutnie płaskim „Ritual Union”. Śpiew Yukimi często wykorzystuje ponakładane linie wokalne, w tle obecne są elektroniczne pogłosy, w większości utworów znaleźć można wiele produkcyjnych ciekawostek, w miejsce dawniej dla Little Dragon firmowych aranżacyjnych.

Mimo brzmieniowego bogactwa jest tu bowiem jednocześnie prościej pod względem kompozycyjnym. Zespół zawsze flirtował ze elektronicznym r’n’b, ale przy pomocy własnego i dość oryginalnego języka. Na „Nabuma Rubberband” jest tymczasem „normalniej”, piosenki w typie w typie „Pretty Girls”, „Pink Cloud” czy „Cat Rider” mogą mieć obiecujące tytuły (zwłaszcza ostatnia z nich), ale okazują zwyczajnymi, leniwymi r’n’b balladami. Najlepiej połączenie standardowego r’n’b z elektroniką wypada w finałowym i chwytliwym „Let Go”, słusznie zresztą wybranym na trzeci singiel.

W poszukiwaniach nowego języka Little Dragon wchodzą jednak na już obsadzone terytorium. Nad współczesnym r’n’b w wykonaniu Szwedów unosi się często duch Jamesa Blake’a, choćby w piosence tytułowej, załóżmy więc, że przynajmniej w teorii reprezentatywnej. Może traci na tym wcześniejsza oryginalność grupy, ale co z tego, skoro efekty są tak satysfakcjonujące. Szczególnie w jednej z najciekawszych kompozycji w zestawie, „Only One”, gdzie po pierwszej połowie wypełnionej wokalami opartymi na pogłosach nagle pojawia się mocny rytm, który szybko eskaluje wraz z głębokim basem i wokalną repetycją. Niemal Blake rodem z „Overgrown”.


Drugi singiel, „Paris”, to kolejny trafiony przebój z chwytliwym refrenem. Na plus wyróżniają się jeszcze najciekawsze „Underbart” i „Killing Me”. Pierwszy, pełen napięcia w refrenie, rozpoczyna niemal disco-przestrzeń, by później skrywać w tle prawie deep-house’owy puls. Drugi zaś to najmocniej podbita elektroniką kompozycja na płycie, pełna wspomnianych kompozycyjnych ciekawostek.

Dostaliśmy od Little Dragon zatem bardzo dobrą płytę. Zrehabilitowali się po niezbyt udanym „Ritual Union”, ale jednoczenie jestem pewien, że stać ich na jeszcze więcej. Nadal nie jest to kropka nad i, którym było „Machine Dreams”, choć są blisko. Połączone wcześniejsze inspiracje tworzą najdojrzalszą jak dotąd całość. Szkoda trochę, że w brzmieniowych poszukiwaniach tracą nieco na dawnej oryginalności i odświeżającej dziwności, ale końcowy efekt jest tak stylowy, że nie mogą utracić mojej sympatii. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz