19 czerwca 2014

Recenzja Wild Beasts "Present Tense"


WILD BEASTS Present Tense, [2014] Domino || Wild Beasts nie mają histeryczno-brodatej bezczelności Yannisa Philippakisa z Foals. Pojawili się zbyt późno, by zyskać sobie status "klasyków-indie", przynależny takim zespołom jak Franz Ferdinand. Nie są tak przereklamowani jak Kasabian czy Arctic Monkeys. Ale to Wild Beasts są najciekawszym co Wielka Brytania ma do zaoferowania w dziedzinie indie-rocka. I bez medialnego młynu będącego udziałem wyżej wymienianych z wolna i stopniowo zdobywają sobie rosnące grono oddanych miłośników. Dobra robota.

Po dziwnym i intrygującym debiucie oraz wyśmienitej płycie "Two Dancers", trzeci album "Smother" był jednak lekkim rozczarowaniem. Intymny, stylowy, przepięknie wyprodukowany, okazał sie zbyt wyciszony i zbyt pościelowy. Szczególnie w porównaniu z "Two Dancers", gdzie proporcje między tanecznym nerwem a stłamszoną pościelą były idealnie wyważone. Wild Beasts po drugim albumie potrzebowali czegoś, co ostatecznie zogniskowało by na nich uwagę, "Smother" mimo całego swego uroku nawet nie udawało, że miałoby spełnić to zadanie. W łóżku z Wild Beast zawsze jest przyjemnie, ale po "Two Dancers" wiedzieliśmy, że może być ciekawiej, bardziej różnorodnie, drapieżniej. Żadna łóżkowa rutyna.

Od pierwszych syntezatorowych dźwięków "Present Tense" słyszymy, że napięcie wróciło. Album ten nie jest może objawieniem do którego stworzenia Wild Beast są z pewnością zdolni, ale można ostrożnie stwierdzić, że jest to ich najlepsza i najdojrzalsza jak dotąd płyta. I gdy Hayden Thorpe śpiwa w "Wanderlust" Don't confuse me with someone who gives a fuck, wiemy, że zespół wydaje się nadal nie odczuwać żadnego ciśnienia.


Położenie zdecydowanie większego nacisku na syntezatory nie oznacza bynajmniej drastycznego powrotu do tanecznych brzmień. Sztuką, którą Wild Beasts opanowali perfekcyjnie jest całkowite zespolenie elektroniki z gitarami, dźwięków analogowych z cyfrowymi, do tego stopnia, że czasem nie jesteśmy w stanie rozpoznać, czy perkusja jest tu żywa, czy z automatu. Równowaga jest utrzymywana cały czas, w czym pomaga jak zwykle bezbłędna produkcja. Jeśli w "Daughters" pojawia się coś na kształt syntezatorowego sola, to w "Pregnant Pause" odkrywamy grę harfy.

Wielką siłą Wild Beasts są też jak zwykle piosenki. Nie stosują tanich i oczywistych chwytów, działają odrobinę podskórnie, ale efekt pozostaje długotrwały i uzależniający. Oczywiście mamy tu świetne single, najnowsze "Mecca", nerwowy i kluczowy dla płyty "Wanderlust" oraz "A Simple Beautiful Truth", najmniej typowe w zestawie, z motywem jak z polskiej dyskoteki, ale nadal będący po prostu bardzo fajną piosenką. Singlowy potencjał niesie też quasi-tytułowy "Past Perfect", chwytliwe i jednocześnie skromne "Silver Spot", czy leniwie intymne "Nature Boy".


Z Wild Beasts natychmiast kojarzy się charakterystyczny falset Thorpe'a, nadal będący jego znakiem rozpoznawczym, choć już bez operowej ekwilibrystyki rodem z lekko szalonego debiutu "Limbo, Panto". Ale moją uwagę przyciąga zawsze Tom Fleming i jego baryton, zwłaszcza, że kompozycje w których przejmuje rolę głównego wokalisty należą do najmroczniejszych i najbardziej hipnotyzujących zarazem, jak ponure i kroczące "Daughters" czy "A Dog's Life".

Proste składniki a efekt unikatowy. Muzyka Wild Beasts i nastrój przez nią kreowany przeplatają się wzajemnie tworząc nierozerwalną całość. Typowy dla nich homoerotyczny posmak tylko potęguje wyjątkowość ich brzmienia. I skoro nie przeskadza to nawet recenzentom "Teraz Rocka", możemy z satysfakcją założyć, że Wild Beasts rosną i rosnąć nie przestaną. 8/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz