26 stycznia 2015

Retro-recenzja Black Sabbath "Heaven And Hell"


BLACK SABBATH Heaven And Hell, [1980] Vertigo || Rozważania na temat „Heaven And Hell” muszą, już niejako kanonicznie, rozpoczynać się od krótkiego podsumowania niezbyt szczęśliwych lat w muzycznej historii Black Sabbath, uwieńczonych nagraniem słabego, w powszechnej opinii, „Never Say Die”. Przed opisem zmian jakie nastały wraz z dołączeniem do grupy Ronniego Jamesa Dio należy, równie obowiązkowo, popastwić się nad muzykami Sabsów. Wspomnieć kilkakrotnie w jakim to urągającym wszelkiej godności stanie znalazł się Bill Ward. Jak to Geezer Butler przytłoczony problemami osobistymi odliczał dni ilością wstrzykiwanych „działek”. Na koniec trzeba jeszcze z niesmakiem zagaić o potwornym pijaństwie Ozzy'ego, które uniemożliwiało mu już wszelką (a i tak w przeszłości ograniczoną) działalność artystyczną. I oczywiście należy również przyznać, że wszystko to zgodne jest z prawdą. Może poza faktem, że ani ”Technical Ecstasy” ani ”Never Say Die” nie były płytami złymi. Co więcej, do takiego miana było im jeszcze bardzo daleko.

Jeżeli szukamy powodów, które spowodowały utknięcie Black Sabbath w marazmie muzycznym to należałoby najpierw przyjrzeć się Tony'emu Iommi. Nie oszukujmy się, fakt, że Ozzy został wokalistą, a nie, na przykład, hodowcą strusi wynikał tylko i wyłącznie z szczęśliwego zbiegu okoliczności. Bill Ward pomimo potężnej budowy ciała miał charakter wiecznego popychadła, co uniemożliwiało mu przeforsowanie jakiegokolwiek własnego muzycznego rozwiązania - o ile takie posiadał. Z kolei Geezer pochłonięty został przez rock’n’rollowy styl życia wzmacniany kryzysem rodzinnym. Osobiste problemy doprowadziły go do stanu w którym było mu, po prostu, wszystko jedno.

Większą część winny za tą sytuacje należy przypisać Iommi'emu, który, od momentu odejścia z Jethro Tull, dobrowolnie brał ciężar prowadzenia zespołu w całości na własne barki. Wzmacniał tym samym lenistwo, samozadowolenie i destruktywne tendencje pozostałych muzyków. Brak inspiracji z zewnątrz, niemoc artystyczna kolegów, brak głowy do prowadzenia własnych interesów (na czym zyskał niebotyczne pieniądze poprzedni manager Sabbathów, Pat Meehan) oraz życiowa naiwność związana z faktem, że muzycy nie należeli do intelektualnej elity kraju, doprowadził do załamania na wielu płaszczyznach. Kryzys muzyczny oznaczał jednak wyłącznie, że Sabbaci byli w stanie dostarczyć publice albumy „jedynie” dobre w sytuacji, gdy za każdym razem spodziewano się od nich dzieł przełomowych.

Wyrzucenie Ozzy'ego miało charakter Girardowskiego polowania na „Kozła ofiarnego”, którego poświęcenie pozwalało oczyścić atmosferę w grupie. Kości zostały rzucone, wina za całe zło została niesłusznie przypisana wokaliście. Muzyczna ablucja przyniosła jednak efekt, a pojawienie się Ronni'ego Jamesa Dio dało Iommi'emu tak potrzebną inspirację do dalszego działania. Efektem okazał się jeden z najlepszych albumów rockowych w dziejach. Black Sabbath ponownie wzbił się na wyżyny popularności a muzyczna stagnacja została przezwyciężona. O wiele poważniejsze konsekwencje miał mieć jednak kryzys „mentalny”, którego nie udało się pokonać przez wiele kolejnych lat.


Ronnie James Dio okazał się być całkowitym przeciwieństwem tak Iommi'ego jak i, zupełnie już odciętych od rzeczywistości, Geezera i Billa. Posiadał wyższe wykształcenie, dające perspektywy intratnej i spokojnej pracy (farmaceuta), emanował typowym dla Amerykanów entuzjazmem i pewnością siebie. Co więcej, przychodził do Sabbathów jako równoprawny z Tonym „dyrektor zarządzający”. Wiedział, że w zespole nie dzieje się najlepiej i to on miał ponownie poukładać wszystkie elementy, które w przeszłości pozwoliły nagrać takie albumy jak „Paranoid” czy „Sabbath Bloody Sabbath”. Nie chciał ponadto powtórzyć sytuacji z Rainbow, gdzie Ritchie Blackmore posiadał niczym nieograniczoną władzę. Ronnie nie był osobą, która mogłaby zostać podporządkowana wytycznym innych a decydując się na przyjście do zespołu postawił własne, twarde warunki, które zostały zaakceptowane. Miał więc inteligencje, pewność siebie, entuzjazm i jasną wizję dalszego, profesjonalnego działania Sabbathów - wszystko to, czego pozostałym muzykom brakowało. Łączył ich właściwie jedynie fakt, że każdy z nich był muzycznym samoukiem.

Świeże spojrzenie z zewnątrz, inicjatywa i doświadczenie wyniosłe z lat spędzonych w grupie Blackmore’a zadecydowały o przyspieszeniu prac nad utworami. Część z nich, jak na przykład "Children Of The Sea" w swojej pierwotnej formie przygotowane zostały już wcześniej, jednak dopiero wkład Dio umożliwił ich dokończenie. Brak większych umiejętności Ozzy'ego w kształtowaniu linii melodycznej powodował, że większość wcześniejszych utworów Sabbathów opierało się na progresji akordów wymyślonych przez Iommi'ego. Ozzy śpiewał niejako „wzdłuż” riffu (np. "Paranoid", "Iron Man", "Snowblind", "Sabbath Bloody Sabbath" - by wymienić te najsłynniejsze) co nadawało im mroczny. ale jednostajny rytm. Dio śpiewał inaczej i to właśnie przygotowane przez niego linie wokalne nadawały przebojowy charakter takim utworom jak "Neon Knights" czy "Heaven And Hell".

Gdyby przyjrzeć się samym riffom, to należałoby przyznać, że nie ma w nich nic na tyle odkrywczego, by same w sobie zadecydowały o sukcesie albumu. Wraz z przyjściem Dio zaczęły jednak pełnić rolę poboczną, nadającą melodii ciężar, nie stając się jej punktem centralnym. Nowa płyta, wyprodukowana przez Martina Bircha była w większym stopniu zakorzeniona w kształtującym się brzmieniu heavy rocka lat osiemdziesiątych, mogąc konkurować z innymi wydanymi w tym czasie albumami, np. “Ace Of Spades” Motörhead, “Back In Black” AC/DC czy “British Steel” Judas Priest. Ponadto R.J. Dio, w odróżnieniu od Osbourne’a, sam pisał teksty, co przy ówczesnym stanie psychicznym Butlera, nie pozostawało bez znaczenia. Ronnie James Dio nigdy nie starał się również nawiązywać do poprzedniego frontmana Sabbathów. Paradoksalnie właśnie to ułatwiło mu uzyskanie akceptacji dotychczasowych fanów zespołu. Smoki, lochy, rycerze, czyli dość prostolinijnie ujęta fantastyka dominująca w tekstach muzyka, wraz ze znakiem corna (wyciągnięte palce mały i wskazujący przy zgięciu pozostałych) miały już na stałe wpisać się w historię heavy metalu.

Po niespodziewanym sukcesie płyty powróciły jednak stare demony a profesjonalne podejście do pracy jakie reprezentował Dio wraz z jego dominującym charakterem ponownie wywołały konflikt wewnątrz zespołu. Po nagraniu albumu „Mob Rules”,   równie dobrego jak „Heaven And Hell”, drogi muzyków, w dość niesympatyczny sposób, ponownie się rozeszły. W konsekwencji Black Sabbath nagrali ”Born Again”, najdziwniejszą w swojej karierze płytę. Tak pod względem muzycznej zawartości, jak i składu personalnego, łączącego Electric Light Orchestra z Deep Purple. Powstała hybryda chętnie określana mianem Electric Black Purple. Ów projekt, od początku skazany na porażkę, wprowadził Sabatów w kolejne lata głębokiej stagnacji. [Jakub Kozłowski]

3 KOMENTARZE:

Astro pisze...

To bardzo dobra płyta ;)

Andrzej pisze...

Na Born Again na bębnach zagrał Bill Ward. Bev Bevan pojawił się dopiero w trakcie trasy koncertowej promującej ten album, nie wiem więc dlaczego twierdzi Pan, że płyta ta miała cokolwiek wspólnego z Electric Light Orchestra - podejrzewam, iż nie zadał sobie Pan nawet trudu posłuchania, tego skądinąd zacnego w sumie zespołu, bo przecież nikt kto zna Born Again i słyszał ELO nie wypisywałby takich absurdów. I jeszcze jedna sprawa: Osbourne może i śpiewał, jak się przyjęło to określać "wzdłuż riffu" ale jak to robił!!! Nie sądzę abym musiał przekonywać kogokolwiek jako tako obeznanego z muzyką, iż to czego dokonał głównie w latach siedemdziesiątych (chociaż zdarzało mu się i później) nie pozostawia wątpliwości ,iż był jednym z najbardziej utalentowanych wokalistów rockowych w historii. Próby dyskredytowania go poprzez stawianie pełnej dezynwoltury tezy, że Ozzy cierpiał na "brak większych umiejętności w kształtowaniu linii melodycznej" sprawiają, że przy najszczerszych chęciach trudno traktować mi tę pańską radosną twórczość poważnie. Andrzej

Kuba Kozl pisze...

Ma Pan rację co do jednego. Na Płycie Born Again grał Bill Ward a Bev Bevan brał udział w trasie promującej album oraz w nagrywaniu The Eternal Idol wraz z Erickiem Singerem. Sformułowałem to może niefortunnie, choć należało by wziąć pod uwagę stan w jakim znajdował się Ward podczas prac nad płytą. Określenie Electric Black Purple nie odnosiło się do muzycznej zawartości ALBUMÓW, ale do składów personalnych, które po zakończeniu współpracy z Ronnie'm Jamesem Dio zmierzały donikąd- będąc albo wypadkową chwilowego kaprysu (Ian Gilan), wpływów Dona Ardena (Bev Bevan) albo przypadku (Tony Martin). Co do Ozzego- proszę się zachwycać jego zdolnościami wokalnymi. Ma pan pełne prawo. Moim zdaniem nie ma on jednak ani ciekawej barwy głosu, ani naturalnego talentu, co nic nie ujmuje jego charyzmie ani artystycznym walorom albumów które nagrał z Black Sabbath. Jako wielki znawca muzyki (bo na takiego Pan pozuje) na pewno słyszał Pan o wokaliście występującym pod pseudonimem Messiah Marcolin (albo sobie Pan sprawdzi w google). Zawsze zastanawiałem się, jakby brzmiałyby klasyczne płyty Sabsów z Marcolinem za mikrofonem (choć ze względów chronologicznych jest to oczywiście niemożliwe). I odpowiedź zawsze była jednoznaczna- po prostu lepiej. To jest moje zdanie- Pan ma swoje. I czy to nie jest piękne?

Prześlij komentarz