Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mogwai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mogwai. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2021


MOGWAI Rock Action, [2001] Southpaw || Minęło dwadzieścia lat od wydania "Rock Action", trzeciego albumu Mogwai. Sama świadomość takiego upływu czasu słusznie może wydawać się wstrząsającą, ale mówimy tutaj o zespole, który ze wstrząsającości uczynił swój znak rozpoznawczy. W dekady trwającym procesie recepcji post-rocka Mogwai mieli płyty być może bardziej znaczące, może efektowniejsze, może przystępniejsze. Ich debiut wpisał się w legendarny już status roku 1997, niektóre spośród późniejszych albumów padły zaś po latach na podatniejszy grunt, ale płyta idealna może być tylko jedna. I tak samo jak zasługiwała na odkrycie w momencie wydania, zasługuje na nie po latach.

Z punktu widzenia rozwoju Mogwai "Rock Action" może wydawać się jednocześnie przełomem i etapem przejściowym. "Mogwai Young Team" zapisało się w historii, nawet jeśli jego brzmienie silnie tkwi w czasach jego powstania. "Come On Die Young" powtórzyło poniekąd sprawdzoną formułę, ale w spójniejszej i emocjonalnie ciemniejszej formie. Etap ten podsumowało znakomite "EP+6", pierwszy dowód na to, że najlepszymi płytami Mogwai niekoniecznie są te regularne. Zespół mógł z łatwością się tutaj zatrzymać i w nieskończoność powtarzać te same patenty, co stało się losem większości wykonawców utożsamiających się ze stereotypowo definiowanym post-rockiem, przyczyniając się do skostnienia mającego łamać bariery gatunku.

Ale "Rock Action" przyniosło zasadnicze ożywienie jeszcze zanim jego potrzeba stała się tak palącą, na lata ustanawiając Mogwai jako jeden z najważniejszych zespołów muzyki rockowej, która wyłoniła się z alternatywnego fermentu przełomu wieków. Gatunkowe bariery zburzyli Radiohead z "Kid A", emocjonalną pustkę rocka lat dziewięćdziesiątych wypełnili Blur z "13", nagle możliwą stała się intymna kruchość The Notwist czy rozdzierająca melancholia Hood. Konstelacja ta, do której z "Rock Action" dołączyli Mogwai, przetrwała jako znacznie istotniejsza dla brzmienia późniejszych dekad niż ówczesna "nowa rockowa rewolucja" skupiająca uwagę tych, którzy oglądając się na przeszłość nie byli jeszcze gotowi na prawdziwie alternatywny wymiar rocka.


Dla zespołu, który zdążył już odznaczyć się gargantuicznymi kompozycjami, rozpozcierającymi kontrolowane batalie skupionej ciszy z gitarowym hałasem na kilkanaście minut, liczące niewiele ponad pół godziny "Rock Action" musiało być jasną wypowiedzią. Wyraźniejsze wykorzystanie elektroniki stało się zaś zapowiedzią normy na późniejszych albumach Mogwai. Choć syntezatorowe brzmienia stały się równorzędną do gitar częścią ich stylu, to elektronika na "Rock Action" przejawia się oszczędnie, choć wyraziście, czasem wręcz niezręcznie, jak w rozedrganych szumach skądinąd kontemplacyjnie eskalującego "Sine Wave". Wbrew pozorom wyjątkowo dużo jest tu wokali, często przewijają się one nierozpoznane, jako ukryta linia melodyczna, dodatkowa warstwa ostrożnie, lecz bezbłędnie przemyślanych kompozycji, pełniąc rolę raczej instrumentu niż pierwszoplanowego punktu zaczepienia. "Dial Revange" jednak, którą w języku walijskim zaśpiewał Gruff Rhys z Super Furry Animals, to po prostu, krótka, lecz rozdzierająco piękna, zwyczajna piosenka, jakże inna od znanych z późnych płyt Mogwai skocznych, praktycznie rockowych singli i zajmująca w ich dorobku miejsce absolutnie wyjątkowe. Z drugiej zaś strony "Take Me Somewhere Nice" z prostą, dźwięczną gitarą i ciepłą melancholią, w której można powoli zatonąć, wywodzi się wprost z podobnych prób zawartych już na wcześniejszych, klasycznych albumach.

Ideał "Rock Action" nie tkwi jednak tylko w rozwoju, odmianie, łączeniu nowego ze starym, ale paradoksalnie właśnie w zwięzłości tej płyty. Pomijając dwa przerywniki, kołysankowe "O I Sleep" i niby-industrialne "Robot Chant", zostajemy tu tak naprawdę tylko z sześcioma kompozycjami, spośród których większość stanowi test wrażliwości i emocjonalną podbudowę przed dwoma utworami stanowiącymi centrum albumu. "You Don't Know Jesus" powraca do z zacięciem dawkowanego, gitarowego terroru, już wtedy typowego dla Mogwai, tutaj jednak w znacznie krótszej, ale równie skutecznej formie. Utworu takiego jak "2 Rights Make 1 Wrong" Mogwai jednak nie stworzyli nigdy wcześniej i już nigdy potem. Jasne, w podstawowej strukturze to nadal post-rockowa eskalacja budująca niezmiernie efektowne momenty zwrotne, ale dech w piersiach zapiera tutaj wyjątkowy optymizm, przechodzący od ekstatycznego do kojącego, oraz kalejdoskopowe wręcz aranżacje z maestrią powiązane w niemal dziesięciomiutową całość. Stosunkowo powolna, gitarowa melodia szybko kontrastowana jest mocną, rozpędzoną perkusją i gdy do całości dołączają dęciaki kompozycja już tylko wspina się do niesamowicie intensywnego punktu kulminacyjnego. To jednak ledwie połowa podróży, utwór redukuje się bowiem do intymnej, laptopowej elektroniki, po czym nabiera zupełnie innego rozmachu wraz z pojawieniem się banjo(!) i wieńczących całość współbrzmiących zaśpiewów. Po czymś takim finałem albumu i emocjonalnym zejściem nie mogło być nic innego niż medytacyjne "Secret Pint".

Pół roku po wydaniu Mogwai "Rock Action" ukazał się swoisty suplement do tego albumu, co poniekąd zapoczątkowało tradycję wieńczenia etapów kolejnych płyt rozmaitymi dodatkami. Wtedy jednak nie była to epka z niewykorzystanymi utworami, zbiór remiksów czy album koncertowy. "My Father My King", płyta z jednym tylko, dwudziestominutowym utworem, była raczej autentyczną antytezą "Rock Action". Być może chodziło o odreagowanie, być może o zaspokojenie rozczarowanych kierunkiem obranym na tamtej płycie. Tradycyjna melodia żydowskiej modlitwy zmieniona w kwintesencję post-rockowej kakofonii i kontrolowanego gitarowego hałasu stała się kultowym zwieńczeniem koncertów Mogwai, ale traktowane razem "Rock Action" i "My Father My King" są wyczerpującym dowodem na to, jak wyjątkowy jest to zespół. 10/10 [Wojciech Nowacki]

19 czerwca 2020


MOGWAI ZeroZeroZero, [2020] Rock Action || W samym środku pandemii, podczas domowej izolacji i eskalujących obostrzeń, gdy zlewały się ze sobą dni tygodnia i same tygodnie, jednak udało mi się zdać sobie sprawę z tego, że czas by już był najwyższy na nowy album Mogwai. Ich cykl wydawniczy zawsze był dość regularny, plus minus co dwa lata nowa płyta, przeplatana innego rodzaju, lecz nie pozbawionymi równej istotności wydawnictwami, a to epką, a to albumem koncertowym, a to remiksowym, a to wreszcie ścieżką dźwiękową.

Gdy więc kolejni artyści, pozbawieni możliwości koncertowania i przekładający kolejne premiery płytowe, pocieszać zaczęli siebie i słuchaczy zaglądaniem do swych szuflad i archiwów, udostępniając w różnych formach niezwykle czasem interesujące ciekawostki, Mogwai wydali kolejny soundtrack, do narkotycznego serialu "ZeroZeroZero", przez pierwsze trzy dni do pobrania z niezastąpionego Bandcampa za dowolną kwotę, w tym i za darmo, z dochodami przeznaczonymi dla brytyjskiej służby zdrowia.

Była więc i niespodzianka, jest też i nowy album, szkoda, że nie regularny, ale w takich czasach nie będziemy przecież narzekać. Jednocześnie jednak "ZeroZeroZero" łatwiej w ten sposób potraktować marginalnie, bo w kontekście całej dyskografii Mogwai, włączając tą ilustracyjną, do najjaśniejszych punktów nie należy, będąc ich chyba pierwszym prawdziwie wtórnym dokonaniem. Zostając przy samych tylko soundtrackach, "Zidane: A 21st Century Portrait" przyniósł muzykę intensywnie kontemplacyjną, "Les Revenants" szereg wyjątkowo udanych kompozycji, "Atomic" okazał się jednym z ich najlepszych albumów w ogóle, "Kin" zaś, choć łatwy do przeoczenia, był różnorodną miniaturą z paroma naprawdę mocnymi momentami.


Zwłaszcza na tle tego niedługiego, spójnego i narracyjnie ze sobą związanego poprzednika, "ZeroZeroZero" licząc 21 średnio dwu-, trzyminutowych utworów nie oferuje żadnego punktu zaczepienia. Są tu wszystkie znane elementy, medytacyjne pianino, syntezatorowe plamy, odrobina nerwowego rozedrgania, stosunkowo niewiele gitar, choć wyróżnia się perkusja, zaskakująco dźwięczna i szurająca, co jest jedyną prawdziwą nowością w brzmieniu Mogwai. Wszystkie te fragmentaryczne szkice, bo żaden spośród nich nie nabiera satysfakcjonującego kształtu pełnoprawnej kompozycji, sprawiają wrażenie kolejnych ćwiczeń z prób eskalacji, czyli markowego zagrania Mogwai, ale bez wyraźnych melodii, bez pamiętnych tematów i bez myśli przewodniej, co szczególnie frapuje w przypadku ścieżki dźwiękowej do serialu.

Materiał ten powstał w trakcie i przy okazji trasy koncertowej do albumu "Every Country's Sun", do tego mieć na uwadze trzeba, że w pracy nad soundtrackami muzycy niekoniecznie muszą dysponować pełną artystyczną swobodą. Szkoda, że nie wyszło z tego nic ciekawszego, zwłaszcza, że muzyczne ilustracje seriali urastają dziś do miary w pełni autonomicznej sztuki, niekoniecznie wymagającej kontekstu materiału źródłowego. Dla dobra grupy być może jednak lepiej obejrzeć "ZeroZeroZero" (u nas na HBO GO), ale jeśli dziś tak fenomenalne rzeczy tworzą Jeff Russo (nowe inkarnacje "Star Treka"), Ramin Djawadi ("Westworld"), Reznor z Rossem ("Watchmen"), czy Ben Salisbury i Geoff Barrow ("Devs"), to lubię myśleć, że jest po części i zasługą Mogwai. 5/10 [Wojciech Nowacki]

18 października 2018


MOGWAI KIN, [2018] Rock Action || Oczywiście, "KIN" jest pierwszym "hollywoodzkim" soundtrackiem Mogwai, ale jest to pierwszeństwo czysto symboliczne. W swym naprzemiennym cyklu wydawniczym Szkoci przeplatają regularne albumy innego typu wydawnictwami i ścieżek dźwiękowych mają już niemałą kolekcję: serial o zombie, dokument piłkarski i nuklearno-atomowy, artystyczna instalacja, nie wspominając o kolaboracjach z Clintem Mansellem i Kronos Quartet czy z duetem Reznor / Ross. Hollywood czy nie, ilustracyjność muzyki Mogwai jest oczywista i już dawno potwierdzona.

W głowach naturalnie rozjaśnia się slogan o "post-rocku jako soundtrackach do nieistniejących filmów", ale ta atrakcyjna przecież koncepcja jest w gruncie rzeczy logiczną pułapką. Ścieżki dźwiękowe, nawet te najlepsze, w swej podstawowej funkcji mają być jednak tylko dopełnieniem obrazu, kolejnym jego wymiarem, jedną z narracyjnych warstw. Muzyka instrumentalna natomiast żadnych dodatkowych warstw nie potrzebuje, jest bowiem obrazową sama w sobie. I pomijamy już czy i w jaki sposób Mogwai odpowiadają wyobrażeniom, dawnym i dzisiejszym, na temat post-rocka. Być może wymiana gitar na pianino jest w istocie ostatecznym post-rockowym gestem.


Maestria prostoty. "Eli's Theme" może wydawać się niepozorne, ale jeśli Stuart Braithwaite twierdzi, że ma "KIN" znalazły się jedne z najlepszych kompozycji Mogwai, to utwór otwierający tą płytę należy do nich zdecydowanie. A przecież to tylko pianino, dźwięczne, medytacyjne, z subtelną progresją i niepokojącym dronem w tle. Brzmi to niezwykle filmowo, ba, serialowo wręcz, przywodząc na myśl czołówki "The Man In The High Castle" czy "Westworld", jednocześnie dowodząc, że Mogwai radzą sobie z minimalizmem znaczne lepiej i efektowniej niż niejeden z przecenianych neoklasyków. "Scrap" zwraca się w stronę bardziej ustrukturyzowanej melodii, ale okazuje się być łatwym do przeoczenia. "Flee" natomiast to klasyczne Mogwai w miniaturze. Elektroniczne rozdygotanie napędzają akordy motorycznego pianina z wolna eskalując w stronę typowego chwytu z kontrastową ciszą i powrotem ze zmianą tonacji. Tutaj też dopiero pojawia się gitara i bardziej zdecydowana perkusja, całość zaś przypomina bombę zegarową na wybuch której czekamy z radością.

"KIN" przynosi też jednak parę niemal podprogowo przemijających, ambientowych miniatur, jak i pełnoprawnych kompozycji wpisujących się w ciąg ostatnich albumów i formy zespołu. "Donuts" to takie typowe późne Mogwai, ładne, łatwe, komfortowo z siebie zadowolone, ale niezapadające w pamięć i pozbawione awanturnictwa. "We're Not Done (End Title)" to natomiast kolejny przykład najnowszej fascynacji Szkotów, czyli zwyczajnych i całkiem przebojowych piosenek z wokalami. Co udało się raz, niekoniecznie musi udawać się zawsze, ale póki co ładne efekty przynosi. Autentycznie cieszy zaś utwór tytułowy, pomału i podskórnie się gotujący, znów przywodzący na myśl minorowe akordy z "Westworld".

Najlepszą ścieżką dźwiękową Mogwai pozostaje "Atomic", który okazał się po prostu bardzo dobrym albumem, wnoszącym powiew emocjonującej świeżości do późnego dorobku grupy, jednocześnie zaś w pełni samodzielnym i całkowicie obrazowym. "KIN" towarzyszącego mu obrazu również nie potrzebuje, choć jego więź z kinem sci-fi niełatwo tu uchwycić. W zestawieniu z wcześniejszymi soundtrackami Mogwai wydawać się jednak może lekko niespójny i pozbawiony kierunku, lecz nawet jako niewielka kolekcja mniej lub bardziej przypadkowych kompozycji "KIN" jest płytą znacznie bardziej satysfakcjonującą niż ich dwa ostatnie regularne albumy. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

9 października 2017


MOGWAI Every Country's Sun, [2017] Rock Action || "Mr Beast", który w 2005 roku wydawał mi się najsłabszym albumem Mogwai, choć stanowił pierwszy wyraźniejszy spadek formy, to po latach zdecydowanie zyskuje. Niechlubną pozycję odebrało mu "Rave Tapes", ostatnia regularna płyta Mogwai, do której wracam zdecydowanie częściej niż powinienem w ciągłym poszukiwaniu jakiejś przeoczonej wartości. Spodziewałem się, że "Every Country's Sun" spotka podobny los, tym razem jednak kolejne przesłuchania, rzecz zazwyczaj u Mogwai ku temu zbędna, pozwoliły odkryć przynajmniej kilka ciekawostek i sympatyczny potencjał. Pierwsze single bowiem do "Every Country's Sun" nie zachęcały.

"Coolverine" to takie właśnie typowe późne Mogwai dla początkujących, z ładną gitarą, rozedrganą elektroniką, sięgające ponad sześć minut, nawet lekko filmowe, ale niespecjalnie, delikatnie mówiąc, pomysłowe. Skoro zatem nie sprawdza się bycie ładnym to może uda się bycie przebojowym? "Party In The Dark", piosenka z wyjątkowo głupim tytułem, jak na zespół specjalizujący się w czasem głupich, czasem zabawnych tytułach, to ewidentna próba zdyskontowania zasłużonego sukcesu "Teenage Exorcist", lekko po macoszemu zamieszczonemu na epce "Music Industry 3. Fitness Industry 3." Przypomnijmy, że standardowa piosenka z wokalem, zwrotką, refrenem i nieironiczną przebojowością to dla Mogwai wyjątkowo rzadkość, w przypadku "Teenage Exorcist" odświeżająco udana, lecz w postaci "Party In The Dark" równie przyciężka co ostatnie piosenki Pixies. Ani zatem jako single, ani jako początek płyty te dwie kompozycje nie zachwyciły. Następujące po nich "Brain Sweeties" nadal nic nowego nie wnosi, sugeruje jednak pewnego rodzaju punkt restartu, snując się przez niemal pięć minut i przygotowując jakby sztalugę pod nadchodzący pejzaż.


Od pierwszych dźwięków entuzjastycznie szarpiącej gitary "Crossing The Road Material" to bezapelacyjnie najlepsza z nowych kompozycji Mogwai. Choć jej melodyjne rozwiązanie w drugiej połowie utworu lekko rozczarowuje to eskalujący, powtarzalny gitarowy motyw brzmi niemal jak z czasów "Come On Die Young" i "EP+6", łącząc się przy tym z optymizmem "2 Rights Make 1 Wrong" z "Rock Action" i "The Sun Smells Too Loud" z późniejszego "The Hawk Is Howling", otaczając się jednocześnie elektronicznymi plamami w stylu "Atomic" i Boards Of Canada. Najbliżej więc mamy tutaj do wypadkowej brzmień Mogwai z różnych etapów ich kariery, ale przyznać trzeba, że później następują mniej lub bardziej udane, ale szczere próby poszukiwań brzmień nowych.

"aka 47" to dronowe plumkanie z tajemniczo bluesującą gitarą intrygująco kontynuujące wątek "Atomic" i Boards Of Canada, bliskie też ambientowym fragmentom Godspeed You! Black Emperor. Cięższa melancholia "20 Size" to soniczny ekwiwalent powolnego krzesania ognia kamieniami prowadzący w stronę kusząco zapętlonej eskalacji. "1000 Foot Face" nieprzypadkowo zapewne przywołuje mantryczną atmosferę "Secret Pint" z "Rock Action", najlepszej (sic!) płyty w dorobku Mogwai z którą "Every Country's Sun" na poły obiecująco, na poły rozczarowująco dzieli osobę producenta Dave'a Friedmanna. Jeszcze "Don't Believe The Fife" przynosi mocny, kroczący i markowo walcujący finał, do którego prowadzi jednak zbyt nijaka i rozciągnięta podbudowa.

W końcówce znów powracają mielizny typowego późnego Mogwai, choć "Battered At A Scramble" okazuje się całkiem fajną rockową piosenką, to "Old Poisons" jest tylko kolejną wariacją na temat "Batcat" i "Glasgow Mega-Snake" a utwór tytułowy perfekcyjnie nijakim finałem. Cała środkowa część albumu naprawdę niesie ze sobą pewien potencjał i jestem w stanie zrozumieć entuzjazm Stuarta Braithwaite'a, który jeszcze nigdy chyba z takim oddaniem nie poświęcał się promocji nowego albumu Mogwai. O tym, że nawet w późnych latach klasycy post-rocka są w stanie nagrać świeży ("Hardcore Will Never Die, But You Will") czy zaskakujący ("Atomic") album już wiemy, "Every Country's Sun" nie otrząsa się jednak w pełni ze starych przyzwyczajeń. Mam nadzieję zobaczyć w tym roku po raz pierwszy Mogwai na żywo i oczywiście, że wolałbym, żeby mój pierwszy ich koncert odbył się gdzieś między 2001 a 2006 rokiem, ale możliwość przekonania się jak wypadną na żywo kompozycje "Every Country's Sun" nie wydaje się już tak złą perspektywą. 7/10 [Wojciech Nowacki]

12 kwietnia 2016


MOGWAI Atomic, [2016] Rock Action || Potrzeba kontekstu wpływa na odbiór muzyki szczególnie w dwóch przypadkach. Po pierwsze, jeśli mamy do czynienia z wykonawcą o sporej i systematycznie rosnącej dyskografii a utrzymujące się na plus minus równym poziomie nowe tytuły potrzebują specyficznego wyróżnika lub, mówiąc wprost, powodu do istnienia. Po drugie, zespoły parające się muzyką w większości instrumentalną w swych najlepszych momentach są w stanie zbudować samowystarczalną narrację, ale w tych słabszych wymagają wsparcia zewnętrznych czynników. Sensem istnienia "Rave Tapes", najsłabszego jak dotąd albumu Mogwai, był głównie luksusowy box set i wydanie na różowej kasecie. "Atomic" jest albumem znacznie lepszym nie tylko dlatego, że w przeciwieństwie do poprzednika posiada myśl przewodnią i nadbudowę w postaci filmu. "Atomic" sprawdza się z łatwością zarówno jako regularny album Mogwai, jako ścieżka dźwiękowa, jak i pierwsze dokonanie zespołu po odejściu jednego z kluczowych członków.

"Zidane: A 21st Century Portrait", pierwsze i kompleksowe podejście Mogwai do muzyki filmowej, ukazało się w dość ciężki dla zespołu okresie, po ówcześnie najsłabszym ich albumie "Mr. Beast". Album sięgał po starsze kompozycje i chciał raczej powracać do starszego brzmienia Mogwai (najlepiej uchwyconego na "EP+6"), lecz pozbawiony był dynamiki a jako głęboko medytacyjny nie przynosił żadnego satysfakcjonującego rozwiązania ciągle powtarzanych motywów. "Les Revenants" zaś przyniósł zbiór krótkich i kompaktowych form (ba, znalazła się tam nawet piosenka), opartych o melodyjne brzmienie pianina, ksylofonu i subtelnej dość gitary. Co ciekawe, o tym, że "Les Revenants" nie jest typowym soundtrackiem a bardziej niż o ilustrację (do serialu, którego członkowie zespołu nie widzieli), chodzi o zaznaczenie obecności dźwięku, mówił John Cummings. Ten sam, który pod koniec zeszłego roku i wkrótce po wydaniu retrospekcji "Central Belters" ogłosił odejście z grupy by zająć się własnymi projektami.


Nie wierzę, by za tym, że "Atomic" to nie tylko lepszy album niż "Rave Tapes", ale także najlepszy soundtrack ich autorstwa, stało odejście jednego z gitarzystów. Elektronika obecna jest na płytach Mogwai od półtora dekady, syntezatory również, choć faktycznie nigdy wcześniej w tak silnej, zaznaczonej ledwie na "Rave Tapes", retro odsłonie. Kluczem do wyjątkowo plastycznego charakteru "Atomic" jest raczej obrana tematyka, bo cóż lepiej pasuje do sonicznych kontrastów post-rocka niż historia epoki atomowej, od nadziei związanych z postępem naukowym, poprzez otchłań Hiroszimy i Czarnobyla, aż po grozę nadal istniejących na świecie 15700 głowic nuklearnych?

Z jednej więc strony "Atomic" brzmi jak soundtrack do "Fallouta", z drugiej jednak dokumentuje bodaj najbardziej upiorny element naszej rzeczywistości. Więzi między muzyką a filmem bywają problematyczne, ale w tym wypadku, choć album może z łatwością funkcjonować jako niezależna całość z wyraźną narracją, to wyjątkowo zachęca do obejrzenia eksperymentalnego dokumentu "Atomic: Living In Dread And Promise". Szkoda zatem, że tym razem nie połączono filmu i muzyki w jedno fizyczne wydanie. "Atomic" nie pozostawia jednak wielkiego pola do domysłów, obrazy kreowane przez kwartet są dostatecznie czytelne.


Rozpoczynający album "Ether" to zdecydowanie jeden z najbardziej optymistycznych utworów w historii Mogwai, ale zarazem kompozycja najbliższa ich klasycznemu rękopisowi. Prosty, powtarzalny motyw dęciaków z wolna się zagęszcza i już wydaje się, że zaskoczy brakiem eskalacji, ta jednak, niczym za najlepszych czasów "Come On Die Young" i "EP+6" nadchodzi, choć wyjątkowo delikatnie i łagodzona budującą atmosferą utworu. Naukowy optymizm "Ether" przechodzi w pozorną emocjonalną neutralność "SCRAM", którego laboratoryjna mechaniczność z łatwością by ilustrowała utrwalony na celuloidowej taśmie eksperyment. Lub przynajmniej program popularno-naukowy sprzed półwiecza. Ale z krztyną niepokoju oraz pomimo obecności gitar, ledwie jak na Mogwai zaznaczonej, mamy tutaj utwór, który najbardziej w ich katalogu zbliża się do rodaków z Boards Of Canada.

Syntezatorowe "U-235" sprawdzało się jako zapowiedź albumu, wychodząc poniekąd z brzmienia "Rave Tapes", lecz bez głupkowatości tamtej płyty. Tutaj jednak miażdżony jest przez następującą po nim "Pripyat", potężną, wręcz pastoralnie modlitewną ścianę syntezatorów, która najpełniej pokazuje, jak Mogwai zastępując nimi gitary potrafią osiągnąć ten sam klasyczny efekt jazdy walcem po dźwiękowych falach. Szkoda, że druga połowa "Atomic" wpływa już na bezpieczniejsze wody bliższe "Zidane" i "Les Revenants", ale w "Are You A Dancer?" na skrzypcach gości wieloletni współpracownik grupy Luke Sutherland, "Tzar" wydaje się być antytezą "Ether" kontrowaną jednak mechanicznymi uderzeniami, wreszcie finałowy "Fat Man" to znów klasyczne Mogwai budujące medytacyjną atmosferę głównie dźwiękami pianina. Ilustracyjne czy nie, jeśli chodzi o format albumu to "Atomic" okazuje najbardziej satysfakcjonującym wydawnictwem Mogwai w ostatnich latach. 8.5/10 [Wojciech Nowacki] 

18 lutego 2016


MOGWAI Central Belters, [2015] Rock Action || Trójka Szkotów, Stuart Braithwaite, Dominic Aitchison, Martin Bulloch, założyła zespół w 1995 r., pierwszy siedmiocalowy singiel z utworami "Lower" i "Tuner" ukazał się na początku kolejnego roku, nakładem własnego labelu Rock Action. Dwadzieścia lat później jeden z najbardziej wpływowych zespołów współczesnej muzyki jako setny tytuł w katalogu Rock Action wydał imponującą kompilację "Central Belters". 34 kompozycje, od trzyminutowych piosenek po dwudziestominutowe monstra budują historię post-rocka, ale kompleksowo oddają istotę Mogwai, zwłaszcza dla tych, którzy z niedowierzaniem przeczytali wyżej o "jednym z najbardziej wpływowych zespołów"?

Kompilacje słusznie rozpoczynają dwie kompozycje pochodzące jeszcze sprzed oficjalnego albumowego debiutu Mogwai, już wtedy, w 1997 r. zabrane na proto-albumie "Ten Rapid (Collected Recordings 1996 - 1997)". Nie dziwi pojawienie tutaj "New Paths To Helicon Part 1", bo jest to utwór do którego Mogwai mają do dziś ewidentną i niewytłumaczalną słabość, nadal grany jest na żywo, zamieszczony był już na koncertowym albumie "Special Moves" i wyborze radiowych sesji "Government Commissions: BBC Sessions 1996-2003". Wydawać się może faktycznie najdojrzalszym ze wczesnych dzieł Mogwai, wskazującym ponadto późniejszy kompozycyjny kierunek, ale nigdy ani specjalnie nie porywał, ani nie opuszczał bezpiecznej kategorii ładnych melodii. "Summer" natomiast to wybór znakomity, wczesne i surowe jeszcze Mogwai w ciągu niecałych pięciu minut pokazuje przywiązanie do jeszcze zwartych piosenkowych struktur, ale całkiem słodką melodię punktuje już niemal metalową perkusją i nagłymi wybuchami gitarowego hałasu. Na tyle skutecznie, że jako "Summer (Priority Version)" pojawiła się na oficjalnym debiucie "Mogwai Young Team".


Ale album ten, uznawany za jeden z najważniejszych i definiujących tytułów lat dziewięćdziesiątych, w tym miejscu zostaje pominięty i od razu przeskakujemy do drugiej płyty "Come On Die Young" z 1999 r. Niemal tytułowy "Cody" prezentować zapewne ma wokalną stronę Mogwai, ale, po pierwsze, ciekawszym wyborem byłoby pozostać przy "Mogwai Young Team" ze spoken-wordową piosenką "R U Still In 2 It", z wokalnym udziałem Aidana Moffata z Arab Strap, co udanie pokazałoby bliskie korzenie obu legend szkockiej alternatywy, po drugie zaś, "Come On Die Young" lepiej przypomnieć jako płytę spójniejszą i ciemniejszą od eklektycznie rozedrganego "Mogwai Young Team". Jeśli więc mamy tutaj piorunujące "Christmas Steps", model z Sèvres post-rockowej kompozycji, to jego brutalizm sparowany mógł być raczej z medytacyjną melancholią "May Nothing But Happiness Come Through Your Door" niż z ładnym, ale miałkim "Cody".


Kolejny przeskok ponad trzecim albumem "Rock Action" stawia nas prosto przed płytą "Happy Songs For Happy People" z 2003 r., która na nowo zdefiniowała brzmienie Mogwai, jako bardziej kompaktowe i nieustannie balansujące między gitarami a elektroniką, co trwa zasadniczo do dziś. Przykładem będzie tu oczywiście zwarte, ale mimo 4 minut okrutnie emocjonalne "Hunted By A Freak", któremu towarzyszy hipnotyzujące "I Know You Are But What Am I?" Następnie cofamy się do kompilacyjnej płyty "EP+6", która swego czasu zebrała wczesne epki Mogwai w bodajże najlepszy ich album, tutaj jednak reprezentowany przez "Stanley Kubrick", kolejny ładny, ale niezbyt emocjonujący utwór do którego Mogwai mają ewidentną słabość. Po nim dopiero wracamy do "Rock Action" z 2001 r., albumu tak udanego, że zasługuje na osobne omówienie, i z którego rozbrzmiewa tutaj "Take Me Somewhere Nice", klasyczna slowcore'owa piosenka Mogwai z kruchym wokalem, oraz "2 Rights Make 1 Wrong", najbardziej pozytywna i budująca kompozycja w dorobku grupy. "2 Rights Make 1 Wrong" skupia w sobie wszystko to, co charakterystyczne było dla alternatywy przełomu stuleci, gitarowy post-rock, laptopowa emotronika, sekcja dęta, wokalne harmonie, ba, nawet banjo, spotykają się na przestrzeni dziesięciu minut tworząc pomnikową i boleśnie wręcz ekstatyczną całość.


Niespodziewanie pierwszy dysk kompilacji kończy jedyny utwór z "Mogwai Young Team" i nie, nie jest to monumentalny i wzorcowy "Like Herod", lecz rozbiegane i znacznie ustępujące mu znaczeniem "Mogwai Fear Satan". Największym problemem dysku dokumentującego pierwszy okres działalności Mogwai nie jest nawet kulejąca i niekonsekwentna chronologia, która zamazuje drogę jaką Szkoci przeszli od "Mogwai Young Team" do "Happy Songs For Happy People", ale zmiękczanie wizerunku i brzmienia zespołu. Sporadyczne utwory z wokalami i flirty z ładnymi melodiami, nie powinny mieć wpływu na to, że wczesne, "klasyczne" Mogwai to wielominutowe gitarowe monstra, emocjonalne szantaże, markowe kontrasty między ciszą a hałasem, księżycowe krajobrazy pełne dźwiękowych kraterów.


Drugi dysk i do dziś trwający drugi okres działalności Mogwai to wtłaczanie post-rockowych struktur w bardziej tradycyjne formy, krótkie, przystępniejsze, często więc rockowo-piosenkowe, ale silniej podbijane elektroniką. Szkoda tylko, że inaugurowała go najsłabsza i zdecydowanie tu nadreprezentowana płyta "Mr. Beast" z 2006 r. "Friend Of The Night" to jeden z najpiękniejszych i najbardziej zwiewnych utworów Mogwai, "Auto Rock" zgodnie z nazwą niemal definiowało zmodyfikowane brzmienie Mogwai w nowy gatunek, ale "Travel Is Dangerous" był po prostu dość tradycyjnym rockowym singlem a przyciężkie "We're No Here" może służyć najwyżej jako przykład kompozycyjnych mielizn "Mr. Beast". Następca "The Hawk Is Howling" z 2008 r. przyniósł nie tylko pełną rehabilitację, ale też chwilowy i całkowicie instrumentalny powrót do melancholijnych brzmień ery "Come On Die Young" i "EP+6", co najpełniej ilustruje znakomity "I'm Jim Morrison, I'm Dead" a o nowe style uzupełnia ognisty "Batcat" (choć nie tak oryginalny, bo będący kalką "Glasgow Mega-Snake" z "Mr. Beast") i wyjątkowo jak na Mogwai radosne "The Sun Smells Too Loud".


Współcześnie podretuszowany powrót do przeszłości umocnił jednak wrażenie, ze wraz z szóstym albumem Mogwai stało się oficjalnie zespołem tylko dla fanów. Siódma płyta, "Hardcore Will Never Die, But You Will" okazała się największym sukcesem zespołu w ostatnich latach, przynosząc plejadę przystępnych, lekkich i wyjątkowo witalnych kompozycji, bliskich ideałom rockowego przeboju. Obecność trzy utworów, "Mexican Grand Prix", "Rano Pano" i "How To Be A Werewolf", jest zatem w pełni uzasadniona. W tym miejscu dziwi jednak "Wizard Motor" ze ścieżki dźwiękowej serialu "Les Revenants" a z ostatniego jak dotąd regularnego albumu "Rave Tapes" obecność ciężkawego "The Lord Is Out Of Control", ale  oprócz sympatycznego "Remurdered" istotnie trudno wybrać coś z tej drugiej najsłabszej płyty Mogwai. Na zakończenie zatem pojawia się autentyczny piosenkowy przebój "Teenage Exorcists" z epki "Music Industry 3. Fitness Industry 1." a historia grupy wszczęta potencjalną przebojowością "Summer" zdaje się zataczać pełne koło.


Dla tych, którzy regularną dyskografię Mogwai znają na wylot oczywiście największe znaczenie będzie miał dysk trzeci z tzw. rarytasami. Tutaj również zdarzają się niekonsekwencje, dlaczego bowiem powtórnie sięgnięto po "EP+6" i soundtrack do "Les Revenants", skoro utwory z nich znalazły się już w części podstawowej? Zwłaszcza, że "Hungry Face" to ciekawsza kompozycja z "Les Revenants" niż zamieszczony wcześniej "Wizard Motor" a "Burn Girl Prom Queen" z "EP+6" jest nie tylko lepsze od "Stanley Kubrick, ale jest wręcz esencjonalnym i jednym z najlepszych utworów Mogwai, mistrzostwem wielowarstwowej eskalacji i rozdzierającej emocjonalności, punktem pośrednim na drodze od surowości "Like Herod" i "Christmas Steps" do eklektyzmu "2 Rights Make 1 Wrong".


Ilustracyjne zdolności Mogwai reprezentuje tutaj również "Half Time" ze ścieżki dźwiękowej "Zidane: A 21st Century Portrait", co po raz kolejny trudno jednak zaliczyć do rarytasów. Tymi są z pewnością "Hugh Dallas", piosenka z rocznicowej reedycji "Come On Die Young", "Devil Rides", b-side singla "Batcat" brzmiący jak piosenka R.E.M., gęste, rockowe, energetyczne i bardzo udane "Hasenheide", b-side "Rano Pano" z "Hardcore Will Never Die, But You Will" wypełnionego jednak podobnymi kompozycjami, jednorazowy i pobrzmiewający alt.country singiel "Tell Everybody That I Love Them", czy "D To E" z koncertowej epki z czasów "Rock Action" oraz japońskiego wydania tamtego albumu.


Prawdziwym zjawiskiem jest tutaj jednak "Earth Division", utwór, który dał tytuł epce udanie uzupełniającej "Hardcore Will Never Die, But You Will", ale ostatecznie znalazł się wyłącznie na kompilacji "Occupy This Album". Sześciominutowe "Earth Division" to najlepszy utwór Mogwai ostatnich lat, medytacyjny, intensywny, z elementem tajemnicy, którego brakuje nowszym piosenkom Mogwai, precyzyjnie skupiony, ale rozedrgany, do całkowitego się w nim zatopienia, pomimo a być może dzięki kolejnym emocjonalnym szpilom wbijanym w słuchacza. "Central Belters" można jednak zakupić tylko dla jednej kompozycji, o historycznej wręcz wadze i dosłowniej koronnej w dorobku Mogwai. "My Father My King", dwudziestominutowa wariacja na temat żydowskiej melodii i modlitwy Avinu Malkeinu, rozdzierająca i brutalnie piękna, łączy niedoścignioną potęgę post-rocka z klasyczną duchowością, jak nic innego ucieleśnia ideę transcendencji poprzez hałas.


"Central Belters" to również  rarytas dla winylowych onanistów, czyli dla tych, którzy chcieliby dumnie wyeksponować sześciopłytowe wydanie na półce lub których bawi dwunastokrotne wstawanie z kanapy i zmienianie stron celem wysłuchania jednego albumu. Fani zawsze będą mieć zastrzeżenia odnośnie wyboru, zawsze też będą chcieć więcej niepublikowanego materiału. Reszta, chcąca się przekonać, jak jeden zespół przywłaszczył sobie etykietę post-rocka, generując setki naśladowców i wpływając na szereg gatunków, od elektroniki przez indie-rock po post-metal, ma ku temu znakomitą okazję. 8/10 [Wojciech Nowacki]

3 grudnia 2014


MOGWAI Music Industry 3. Fitness Industry 3. EP, [2014] Rock Action || Mogwai nie skończyli się na "Kill 'Em All", ale ich debiut ma w dziejach rocka takie samo znaczenie, co debiut Metalliki. Kontrowersja związana z tegorocznym Glastonbury była po prostu głupia i tak naprawdę nie popisały się obie strony. Utarcie nosa komuś takiemu jak Lars Ulrich zawsze cieszy, ale gusta zwolenników alternatywy niby takie szerokie, niby takie eklektyczne, niby takie ponad podziałami a XXI wiek taki post- i meta-, więc skoro na Glasto wystąpić mogła Lady Gaga, to dlaczego nie Metallica? Z drugiej strony wesoło było, choćby na fejsbukowym profilu naszego jedynego rockowego czasopisma, bo "co to jest za śmieszny zespół, o którym nikt nie słyszał, hehe \m/".

Mimo wszystko upierał się będę, że prędzej fan Mogwai doceni znaczenie Metalliki, niż na odwrót. Oba zespoły są na swój sposób rockowymi gigantami a jedyna różnica w ich statusie wydaje się być czysto pokoleniowa. Metallica dotarła już do etapu "powrotu do korzeni" i wszyscy wiemy jaka jest jej obecna częstotliwość nagrywania nowych płyt. Mogwai nie dość, że nadal inspirują kolejne szeregi epigonów post-rocka, to kolejne wydawnictwa publikują praktycznie co roku.

"Do korzeni" jeszcze nie wracają, ale w ciągłym strumieniu regularnych albumów, remiksów, epek, progres Mogwai nie jest łatwy do uchwycenia i wydaje się dość umowny. Zależy przede wszystkim na ilości dobrych pomysłów na kompozycje, których niestety brakowało na "Rave Tapes". Ale tradycyjnie dla Mogwai po albumie przychodzi dodatek, tym razem znów w postaci epki. Po "Hardcore Will Never Die, But You Will" otrzymaliśmy i cały remiksowy album, i epkę, która stanowiła jednak w pełni samodzielne i przy okazji bardzo dobre dzieło. "Music Industry 3. Fitness Industry 1." takim nie jest, choć po raz kolejny pokazuje potencjał formatu epki, przynosi bowiem trzy premierowe utwory i trzy remiksy z "Rave Tapes".


Nowe kompozycje nie przynoszą, z jednym wyjątkiem, aż takiej różnicy jaką było "Earth Division" w stosunku do "Hardcore Will Never Die, But You Will". "History Day" to typowe późne Mogwai, melodyjne i ujęte w pięciominutowe ramy, które spokojnie mogło by się znaleźć na "Happy Songs For Happy People", "The Hawk Is Howling" czy na ścieżce dźwiękowej do "Les Revenants". "HMP Shaun William Ryder" to już jednak powrót do Mogwai wczesnego, choć nadal w pięciominutowym formacie. Utwór zatem większy nacisk kładzie na niepokój niż na melancholię i w starym dobrym stylu eskaluje oraz gra zestawieniem gitarowych ścian z nagłymi wyciszeniami. Największą niespodzianką jest oczywiście "Teenage Exorcist", autentyczna, krótka i intensywna piosenka z refrenem tak chwytliwym, że ocierać się może wręcz o, za przeproszeniem, pop-punkowy przebój. Lecz nie powinna dziwić nikogo, kto pamięta, że i Mogwai na wczesnej kompilacji "Ten Rapid", i Hood sprzed czasów Domino Records, zbliżali się do późniejszego post-rocka właśnie od strony surowych, noise'owych piosenek.

Remiksy, przynajmniej te, po których można było obiecywać sobie najwięcej, rozczarowują. "Re-Remurdered" w wersji Blanck Mass, czyli połowy Fuck Buttons, brzmi przyciężko niczym techno-industrial z końca lat 90-tych i może odnalazło by się wtedy na soundtracku do "Matrixa". Nils Frahm przerobił "The Lord Is Out Of Control" na typowe dla siebie kruche pianino z lekko tylko przybrudzonym oryginalnym motywem. Najbardziej udany remiks pochodzi zatem od twórcy najmniej znanego. Pye Corner Audio rozpoczyna "No Medicine For Regret" od poligonalnego krajobrazu rodem z ostatniego albumu Thoma Yorke'a, by po pojawieniu się bitu zawędrować regiony, w których blisko dwadzieścia lat temu królować mógł Jean Michel Jarre.

Zarówno remiksy, jak i epki, mogą być pełnowartościowymi i niezależnymi wydawnictwami. "Music Industry 3. Fitness Industry 1." nie ma jednak aż takiego ładunku wartości dodanej, by być czymś więcej niż tytułem wyłącznie dla fanów. A może się mylę. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

14 lutego 2014


MOGWAI Rave Tapes, [2014] Rock Action || Nie wiem jakim cudem dopiero teraz po raz pierwszy recenzuję regularny, studyjny album Mogwai, jednego z kilku esencjonalnych dla mnie przecież zespołów. Nie żeby nie można było na nich liczyć, płyty wydają regularnie, równie regularnie przeplatając je epkami, zbiorami remiksów czy soundtrackami. A może szkoda, może dłuższa przerwa by im nie zaszkodziła, w końcu "Rave Tapes" to jeden ze słabszych ich albumów. Nie, nie musicie się zatem obawiać. Owszem, mógłbym zrobić sobie Mogwai-tematyczny tatuaż, na ich koncercie pewnie płakałbym jak mała dziewczynka, "Rave Tapes" kupiłem na płycie, tylko po to by dwa dni później kupić również winyl a zdjęcie TEGO podnieca mnie bardziej niż niejeden hipsterski porno-blog na Tumblru. Miłość miłością, ale może właśnie dlatego zasłużonej chłosty nie odmówię.

Bo Mogwai to już trochę takie Iron Maiden post-rocka. Będąc ledwie jednym z odgałęzień arcyciekawego i metagatunkowego nurtu w muzyce wygenerowali masę epigonów, która nie tylko zjadła sens pierwotnego pojęcia, ale złapała same Mogwai w pętlę kopiowania kopistów. Wierzcie lub nie, ale post-rock to nie ugrzeczniony instrumentalny metal z długimi i smutnymi tytułami kompozycji oraz zdjęciami zachmurzeń w różnych stadiach na okładkach. Czyli plus minus to, co serwują fanpejdże w stylu Post-rock PL itp. Pierwotnie post-rock to i to, i to, i to, ale i faktycznie nurt a'la GY!BE czy Mogwai właśnie. Niestety, plejada mniej lub bardziej udanych kopii w stylu God Is An Astronaut czy Russian Circles mocno zawęziła percepcję pojęcia post-rocka, tak, że dzisiejszy miłośnik "gatunku" może poczuć się zaniepokojony widząc różową okładkę i słowo "rave" w tytule płyty.

Mój pogląd na albumy Mogwai? Debiut tak istotny i kultowy, że niemal nie mam potrzeby go słuchać (chyba, że "Like Herod" w kolejnych koncertowych wersjach, im dłuższa, głośniejsza i rzężąca, tym lepiej). Album nr 2 po prostu lepszy, spójniejszy i obezwładniający atmosferą. Tendencja zwyżkowa kulminowała moim zdaniem na "Rock Action", płycie na której Szkoci pokazali, że zdolni są zmian, wzbogacania brzemienia i poszukiwań, przy jednoczesnym zachowaniu swej tożsamości, a wszystko to na albumie niewiele dłuższym od niektórych ich wcześniejszych utworów. Płyta "Happy Songs For Happy People" tylko to potwierdziła, przy okazji uwypuklając zmysł Mogwai do pisania znakomitych melodii. A potem zaczęły się schody.


"Mr. Beast" to najsłabsza płyta z najfajniejszą okładką. Kilka bardzo dobrych pomysłów, skumulowanych głównie na początku, parę świetnych melodii, ale poza tym mnóstwo dziwnie "zwyczajnej" gitarowej nudy i zejścia do poziomu własnych epigonów. Trochę zapomniany "The Hawk Is Howling" na szczęście udanie powrócił do brzmienia rodem z pierwszych albumów i zjawiskowego zbioru "EP+6", a "Hardcore Will Never Die, But You Will" przyniosło znów odrobinę świeżości i zasłużonego sukcesu. I tak oto dotarliśmy do "Rave Tapes".

Kompaktowy tytuł może rodzić skojarzenia z "Rock Action", ironia w nim zawarta z "Happy Songs Happy People", niestety, równie fajna okładka odsyła zdecydowanie w stronę "Mr. Beast". Różnica między tymi albumami polega głównie na tym, że na "Mr. Beast" było klika świetnych pomysłów i kilka bardzo słabych. "Rave Tapes" jest znacznie bardziej spójna jako całość, nie ma tu złych utworów, ale nie ma też bardzo dobrych. A przede wszystkim zapamiętywalnych, nawet te trzy najlepsze (znów skumulowane na samym początku), "zaskakują" dopiero na zasadzie wielokrotnych przesłuchań albumu.


Czemu akurat vocoderowo-piosenkowe "The Lord Is Out of Control" opatrzone zostało teledyskiem naprawdę nie rozumiem. Ot, zwyczajna, odrobinę bezpłciowa kompozycja, podobnie jak tradycyjnie melancholijna "Blues Hour", rodem z dawnych czasów Mogwai, ale nie dorastająca do ówczesnego poziomu. Ale jeszcze gorzej jest w krótkich, gitarowych  i instrumentalnych utworach, jak zmęczone "Deesh", absolutnie nijakie "Hexon Bogon" i naprawdę okropnie się zaczynające "Master Card". Zamiast ponadgatunkowych wizjonerów, mamy tutaj nastawienie We play rock music, dude! w wykonaniu panów w wieku andropauzalnym. Co z kolei myśleć o "Repelish", dialogu poświęconemu słynnej niegdyś sprawie "Stairway To Heaven" Led Zeppelin, również nie wiem. Wiadomo, żart, ale czy czasem aby trochę nieświeży?

Otwierająca album triada jest jednak znacznie zapowiedzią czegoś znacznie ciekawszego. Przy lepszym dopracowaniu mogła by to być podstawa do naprawdę udanej epki. Szczególnie "Remurdered", pierwszy znany utwór z "Rave Tapes", choć trochę poszatkowany i chaotyczny, wydaje się być punktem wyjściowym do znacznie dłuższej i złożonej kompozycji. Kończy się jednak plus minus w tym momencie, kiedy zaczyna naprawdę wciągać. Problemu z natychmiastowym zainteresowaniem nie ma natomiast "Simon Ferociuous", w którym Mogwai brzmią jak... The Chemical Brothers rodem z "Further"! I wreszcie medytacyjne "Heard About You Last Night", oparte na obezwładniającym pulsie, pokazuje, że Mogwai zdecydowanie zasłużyli sobie na dłuższą przerwę w poszukiwaniu nowych pomysłów. 5/10 [Wojciech Nowacki]

6 stycznia 2013


MOGWAI A Wrenched Virile Lore, [2012] Rock Action || Płyty z remiksami to zazwyczaj ryzykowne przedsięwzięcie. Z założenia raczej wydawane są dla fanów, zawsze uradowanych faktem, że ulubiony wykonawca prezentuje cokolwiek nowego. Najczęściej jednak okazują się ledwie ciekawostką do kilkukrotnego przesłuchania. Nie z zasady jednak, lecz z powodu rozczarowującej muzycznie zawartości.

Jednym z najlepszych remiksowych albumów ostatnich lat jest „Born This Way: The Remix” Lady Gagi. Nie tylko dlatego, że zgromadziła tam zestaw naprawdę ciekawych twórców (od Goldfrapp po Twin Shadowa), ale dlatego, że udało się przedstawić zupełnie nową jakość. Otrzymaliśmy odpowiedź na pytanie jak zanurzone w eurodance’owym sosie „Born This Way” brzmiałoby wyprodukowane wg nowocześniejszych i ambitniejszych standardów muzyki elektronicznej. Na tym tle „TKOL RMX 1234567” Radiohead prezentowało się jako dwupłytowy zbiór niezapamiętywanych wariacji na temat jęków Thoma Yorke’a, podobnie wypadła Björk na swych „Bastards”.

Chodzi zatem o innowacje, nie o wariacje. I na szczęście „A Wrenched Virile Lore” jest płytą innowacyjną. Nie jest to pierwsze podejście Szkotów do tematu remiksów, już ich legendarny debiut dosłużył się remiksowej płyty „Kicking A Dead Pig”, niemałe perły znaleźć mogliśmy też na kolejnych singlach i epkach. Albumem „Hardcore Will Never Die, But You Will”, może nie wybitnym, ale przynoszącym wreszcie delikatne odświeżenia brzmienia, Mogwai zdecydowanie nabrali wiatru w żagle. Kompozycyjnie jednak wydawał się na tyle kompletny, że pozornie nie pozostawiał wielkiego pola do modyfikacji.


Z tym większą przyjemnością słucha się „A Wrenched Virile Lore”, niemal autonomicznego albumu, który opatrzony powinien być przypisem „Based on: Hardcore Will Never Die, But You Will by Mogwai”. Nie mamy tu bowiem prostych przeróbek, lecz niemal nowe kompozycje bazujące na oryginałach. Najciekawiej prezentują się „Mexican Grand Prix (Reworked By RM Hubbert)” w postaci folkowej niemal ballady z wyeksponowanym wokalem, „Letters To The Metro (Zombi Remix)” w stylu retro-elektroniki spod znaku Kraftwerk czy ścieżki dźwiękowej do „Blade Runnera” oraz „How To Be A Werewolf (Xander Harris Remix)”, równie rozpędzone co oryginał, ale w duchu całej tej płyty jeszcze bardziej elektroniczne.

„Rano Pano” znajdziemy tutaj zarówno w przestrzennym miksie Tima Heckera oraz postaci 8bitowego elektro-remiksu o doskonałym podtytule „Mogwai Is My Dick RMX”. „San Pedro” objawia się w wersji industrialowej à la Nine Inch Nails. Najbardziej jednak, obok sporej różnorodności, na płycie cieszy wyeksponowanie wokali, obecnych na regularnych albumach Mogwai tylko czasem i najczęściej głęboko schowanych, przez co zapomina się, że mają talent nie tylko do upiornych ścian gitar, ale i do urokliwych piosenek, jak „Take Me Somewhere Nice” czy „Dial: Revange”.

I oto chodzi. W postaci „A Wrenched Virile Lore” otrzymujemy nie tylko rarytas dla najwierniejszych fanów czy dodatek do regularnego albumu, ale w pełni samodzielne wydawnictwo, do którego, kto wie, być może będę wracać częściej niż do samego „Hardcore Will Never Die, But You Will”. 7/10 [Wojciech Nowacki]

24 grudnia 2012


MOGWAI Les Revenants EP, [2012] Rock Action || Koniec świata zasługuje na porządny soundtrack. Lekko upiorny, lekko melancholijny, troszkę zrezygnowany, troszkę bojowy, mniej lub bardziej podskórnie emocjonalny. Brzmi to jak idealne zadanie dla Mogwai. Choć, jak widać, apokalipsa nam chwilowo nie grozi, Szkoci zilustrowali swoją muzyką… francuski serial o zombie.

W działaniach Mogwai jest puewna prawidłowość. Pomiędzy każdą regularną płytą studyjną oferują jakiś dodatek, pompujący ich imponującą dyskografię. Większości tych wydawnictw nie należy traktować po macoszemu, „My Father My King” był dziełem imponującym, kwintesencją muzyki Mogwai, „Earth Division” udanym dopełnieniem „Hardcore Will Never Die, But You Will” a „EP+6” jedną z najlepszych ich płyt w ogóle. Jednak do soundtracków szczęścia specjalnie nie mieli. Ilustracja filmu o Zidanie wypadła w powszechnym mniemaniu dość nijako. Dołączony jako bonusowa płyta do „Hardcore Will Never Die, But You Will” utwór “Music For A Forgotten Future (The Singing Mountain)”, mimo imponujących rozmiarów też okazał się zaledwie ciekawostką.

Tymczasem zawsze podkreślało się mocny filmowy wymiar kompozycji Mogwai, te najlepsze momentalnie wywoływały szereg obrazów w głowie i emocji w sercu, płyty „EP+6”, „Rock Action” i „Happy Songs For Happy People” brzmiały jak bajeczna ścieżka dźwiękowa nieistniejącej trylogii. Potrzeba wpisania się w oczekiwania twórców filmu wydaje się jednak mocno ograniczać wyobraźnie muzyków, w efekcie „soundtrackowość” staje się często przymiotem pejoratywnym.

Zilustrowanie francuskiego serialu o zombie jest równie szalonym i typowym dla Mogwai pomysłem co biograficzno-futbolowego filmu. Zombiakom poszczęściło się chyba jednak bardziej niż Zidanowi. Przed paroma dniami ukazała się, wyłącznie w wersji cyfrowej a wkrótce i na winylu, EP-ka „Les Revenants”, pod koniec lutego zaś, również na tradycyjnym CD ukaże się pełna ścieżka dźwiękowa do serialu pod tym samym tytułem. „Les Revenants EP” stanowi zaledwie zapowiedź przyszłorocznego albumu „Les Revenants OST”, umieszczone na niej cztery kompozycje znajdą się bowiem również tam. Można zatem spokojnie poczekać na efekt finalny do lutego, choć zapewne spora część miłośników Mogwai nie wytrzyma i sięgnie po tą zaledwie dwunastominutową EP-kę.

Cztery utwory, dlaczego akurat te dowiemy się zapewne za jakiś czas, brzmią jednak na tyle spójnie, że pojawia się obawa czy finalna pełna wersja nie okaże się po prostu zbyt długa. Miniatury mają swój urok i tak jest w tym wypadku. „Wizard Motor” to typowa kompozycja dla Mogwai ostatnich lat. Rosnące napięcie, prosta konstrukcja, zwyczajnie rockowa melodyka i refleksja – jak to klasyczny mogwai’owy patent z nagłym wyciszeniem i urwaniem wątku nadal satysfakcjonuje! „Soup” to okraszony piękną gitarą ambientowy przerywnik, po nim zaś następuje „The Hut”, najciekawszy punkt tego zbioru. „Wizard Motor”, ma być flagowym utworem EP-ki, brzmi bowiem jak Mogwai od czasów nieudanego albumu „Mr. Beast”. Gitarowy, ale ugrzeczniony i oczywisty, melodyjny w sposób bardziej klasycznie rockowy niż post-rockowy, charakterystyczny dla dzisiejszych epigonów tego gatunku. „The Hut” natomiast, choć nie zawiera ściany gitar, posiada rzecz dawno już przez Szkotów utraconą – motorykę. Upiorna, krocząca transowość charakteryzująca dawniej Mogwai, powraca w pełnej krasie i aż się prosi o rozwinięcie tematu w dłuższą, potencjalnie porywającą kompozycję.

Całość wieńczy kruchy „This Messiah Needs Watching”, do którego, mimo koronkowej natury, mój odtwarzacz uparcie pobiera jakąś płomienno-kiczowatą okładkę metalowego zespołu. Być może ma rację, za spokojem Mogwai zawsze kryły się płomienie, tak jak i serialowe zombie, choć francuskie, nadal są bezdusznymi monstrami. „Les Revenants EP”, gdyby ukazała się w postaci darmowego gwiazdkowego prezentu, mogłaby służyć za ciekawe wprowadzenie w świat dźwięków Mogwai. Ostatecznie jednak, będąc jak do tej pory chyba najlepszym podejściem zespołu do muzyki filmowej, jest rzeczą wyłącznie dla najwierniejszych fanów. 6/10 [Wojciech Nowacki]

7 listopada 2011


MOGWAI Earth Division EP, [2011] Rock Action || EP-ki, będące najczęściej bardzo sympatycznymi wydawnictwami, podzielić można zasadniczo na dwie grupy. Z jednej strony mamy ciekawostki dla fanów, wypełnione remixami, coverami, uzupełniające promowany właśnie album. Z drugiej zaś zdarzają się dzieła w pełni autonomiczne i samodzielne. Z niekłamaną przyjemnością Earth Division zaliczyć należy do tej właśnie grupy.