Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antony And The Johnsons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antony And The Johnsons. Pokaż wszystkie posty

17 kwietnia 2017


ANOHNI Paradise EP, [2017] Rough Trade || Recepcja "Hopelessness" nadal mnie zdumiewa. Mogę jeszcze zrozumieć akceptację strony muzycznej, pomimo wielkich imion umiarkowanie rozczarowującej, ale jednocześnie doskonale wpisującej się w obecne, szybko się starzejące, lekko pretensjonalne wielkomiejskie trendy. Intelektualna miałkość politycznej refleksji Anohni to problem na który ewentualnie można przymknąć oko, ale powszechne obezwładnienie słuchaczy i inteligentnej przecież krytyki to już rzecz poważnie zastanawiająca. Zostawiając jednak na boku kwestie aparatów krytycznych i, być może, politycznej poprawności, dziś już możemy odpowiedzieć na pytanie czy zawiodło "Hopelessness" czy Anohni.

Tym razem pomaga nie tylko format epki, z którym zręcznie obeznany był jeszcze Antony And The Johnsons. Niewątpliwie krótsza, bardziej kompaktowa forma skutecznie zapobiega zmęczeniu przesadnie wyeksponowanym przekazem czy niezbyt wyrafinowaną muzyką. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że jakimś cudem "Paradise" nie trapi żaden z tych problemów. Anohni nadal ma to w sobie, duch Antony'ego And The Johnsons powraca i owiewa "Paradise" bynajmniej nie delikatnie, przede wszystkim jednak zrównoważone zostały proporcje. Muzyka zyskała sobie więcej przestrzeni, znaczenia i urozmaicenia, warstwa tekstowa nadal jest naiwnie zaangażowana, ale przynajmniej odrobinę bardziej zawoalowana i bardziej osobista, dzięki powrotowi do tematów feminizmu, wiary i tożsamości. Co jak co, ale o tym akurat Anohni ma ciekawe rzeczy do powiedzenia.


Tytułowe "Paradise" podejmuje wątki z "Hopelessness", lecz za pomocą bardziej enigmatycznego i dość zręcznie wieloznacznego tekstu. Przede wszystkim jednak kontynuuje ideę lekkiej chwytliwości zapakowanej w mocniejszą elektronikę, ale tym razem umiejętnie prowadzoną i nieprzerysowaną. Jej lekki archaizm, dość przytłaczający na "Hopelessness", tutaj funkcjonuje po prostu jako jedna z intrygująco wybranych stylizacji, epka jest bowiem w przeciwieństwie do albumu odświeżająco różnorodna. Do lirycznego poziomu "Hopelessness" powraca "Jesus Will Kill You", można więc znów przewracać oczyma, ale pewnie niezamierzenie tekst i tytułowa fraza odbierane mogą być humorystyczno-ironicznie, sam utwór zaś brzmi jakby do Oneothrix Point Never dołożyć woodkidową rytmikę z młodzieżowych filmów. Jedynym zgrzytem będzie więc "Ricochet" z mało wyrafinowanym i niezręcznym refrenem, ale na sześć różnych kompozycji jest to rzecz do wybaczenia.

Nawet tak prosty zabieg, jak powstrzymanie się od bombastycznego efekciarstwa w pierwszym utworze, znacznie ułatwia odbiór Anohni i nadaje tej muzyce tak potrzebnej przestrzeni, na "Hopelessness" skompresowanej do nicości. "In My Dreams" to w zasadzie wietrzne, oddychające, ambientowe trzyminutowe intro ze skromnym, enigmatycznym tekstem i niemal progrockowymi klawiszami. "You Are My Enemy" brzmi sakralnie, ale zaskakująco bezpretensjonalnie, zaczyna się niemal a capella, by w finale przerodzić się w gospel i naprawdę niewiele więcej tu potrzeba. Podobnie skromnie, przestrzennie i kojąco brzmi niemal medytacyjne "She Doesn't Mourn Her Loss". Zamiast sloganowych narzekań "Hopelessness" czuć tu wreszcie rześką bryzę optymizmu, przede wszystkim wybija się tu jednak poczucie uwolnienia, swobody, zrzucenia krępujących więzów albumu na siłę innego, chwytliwego, modnego. Dzięki "Paradise" Anohni i Antony And The Johnsons okazują się jedną i znacznie ciekawszą postacią. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

6 listopada 2016


ANOHNI Hopelessness, [2016] Rough Trade || "Hopelessness" to festiwal miałkich i infantylnych obserwacji (mamy globalne ocieplenie, w Ameryce jest kara śmierci a drony są nieludzkie), niewiedzy i niezrozumienia dla złożoności świata oraz polityki (wszystko to wina Obamy) a nawet konserwatywnego populizmu (Ameryka stworzyła ISIS). Bezrefleksyjna treść została równie niestety bezrefleksyjnie przyjęta przez dotychczasowych fanów Antony Hegarty'ego, którego cały polityczny program powinien był się zawrzeć w coverze "Imagine" Johna Lennona, zawartym na epce "Thank You For Your Love", ostatnim jego prawdziwie pięknym wydawnictwie.

Drażni dosłowność tekstów. PJ Harvey, której powierzchowny polityczny namysł również zawiódł na "The Hope Six Demolition Project", używa przynajmniej poetyckiego języka, w którym jeśli tu i ówdzie przypląta się banalny slogan, to przynajmniej stara sie go umieszczać w metaforycznym kontekście. Przyciężkim, pocztówkowym, lecz przynajmniej zmyślniejszym niż prostackie wręcz teksty Anohni. Najbardziej wyrafinowaną figurą retoryczną jest przewrotność, dzięki której w trzech kolejnych piosenkach słyszymy tak zaskakujące deklaracje, jak 1) Drone bomb me, 2)  I wanna burn them, I wanna burn them czy 3) Daddy! Daddy! Watch me. I absolutnie nic z tego nie wynika, żadna narracja, żadna opowieść, żadna metarefleksja, nic, najmniejszy nawet ślad rozwiązania, ot tylko płytka i niezmiernie naiwna obserwacja.


Naiwność oczywiście była nierozerwalną częścią płyt Antony And The Johnsons, przedmiotem jej rozczulającej wtedy refleksji były jednak emocje. By zabrać się za politykę trzeba być świadomym tego, że chwalebny idealizm zawsze konfrontuje się w niej z twardą rzeczywistością. Potrzeba rozwagi, wiedzy, gotowości do kompromisu i rozbudowanego aparatu krytycznego. Tym, co zatem naprawdę zdumiewa na "Hopelessness" nie jest naiwność refleksji, ale jej wyjątkowa płytkość. Obcujemy tu z głębią intelektualną albo rozedrganego nastolatka, albo osoby dorosłej czerpiącej informacje tylko z jednego źródła, lecz z pewnością nie kogoś o szerokich horyzontach. Naiwność to jedno, ale w połączeniu z niewiedzą prowadzi do ignorancji i twierdzeń niemal niebezpiecznych. W "Obama" Anohni przyznaje się zresztą do ignorancji całkiem otwarcie. Jeśli ktoś oczekuje od prezydenta Stanów Zjednoczonych spełnienia wszystkich marzeń i prerogatyw godnych monarchy absolutnego, to nie tylko staje na antydemokratycznym froncie, ale nie ma pojęcia o tamtejszym systemie politycznym, roli Kongresu, dwupartyjnych warunkach, uprawnieniach rządu federalnego, władz stanowych etc. Cóż, Antony Hegarty urodził się w Wielkiej Brytani, podobnie więc jak PJ Harvey z uporem maniaka komentuje obcą sobie rzeczywistość. Jeśli jednak w "Crisis" posługuje się argumentacją republikańskiej prawicy i samego Donalda Trumpa a na swym Facebooku na miesiąc przed wyborami wspiera kandydatów tzw. third-party, to jest to narracja której trzeba się przeciwstawić. Co na szczęście czynią już bardziej krytyczni fani komentując: If you're voting Stein in this election, you're an active participant in Trump's rise to power.

Niestety, przekazu albumu nie da się zignorować, przymrużyć oczy, skupić się tylko na muzyce. By podkreślić ważność słów Anohni, polski dystrybutor zdecydował się na krok niebywały, mianowicie na dołączenie osobnej książeczki z polskimi tłumaczeniami tekstów. Ich autorem jest niejaki Zdzisław "The Bat" Zabierzewski, który uraczył nas takimi oto kwiatami sztuki translatorskiej jak "zbombarduj mnie dronem / zmieć mnie z gór co są mym domem" (Drone bomb me / Blow me from the mountains), "jeśli Europa nie da nam tego / wstrzyknij mi coś innego" (If Europe takes it away / Inject me with something else) czy "już w ogóle cię nie kocham od niedawna / choć chwilę to trwało, doszła do mnie prawda / zostawiłeś mnie dla innej panny przecież / zostawiłeś w zrujnowanym świecie" (I don't love you anymore / It's been a while and I am sure / You left me for another girl / You left me in the broken world). Wow.

Warstwa słowna odstręcza, ale muzyczna prawdziwie rozczarowuje, nie ma tu bowiem ani intrygującej i eksperymentalnej elektroniki, ani tanecznego popu. A przecież Oneohtrix Point Never stworzył choćby na "R Plus Seven" muzykę niezwykle intrygującą i niejednoznaczną, czego echem tutaj jest zaledwie "Violent Men", miniaturowa i paradoksalnie najciekawsza kompozycja. Antony zaś za sobą całą historię udanych lub bardzo udanych kolaboracji z twórcami elektroniki, naprawdę poszerzających jego możliwości, od Björk po Hercules & Love Affair. Wczesna zapowiedź albumu Anohni, ówcześnie mającego być wspólnym projektem Antony'ego, Oneohtrix Point Never i Hudsona Mohawke, miała zatem pełne prawo wzbudzić poważne oczekiwania. Zwłaszcza w kontekście pewnej stagnacji Antony And The Johnsons. Kolejna banalna figura stylistyczna, czyli zestawienie poważnych tekstów z radosną muzyką, tylko podkreśla jak bardzo rozczarowująca jest ta właśnie strona Anohni. Najczęściej bowiem brzmi zasmucająco tandetnie, rozdrażnienie tekstami tylko wzmacnia niestety mnogość tanich efektów i uciążliwa archaiczność. Jeśli zatem tekstom brakuje ponadczasowej uniwersalności, to muzyka Anohni zestarzeje się i zdezaktualizuje jeszcze szybciej. Nie pomagają ani chwile wytchnienia z dźwiękami pianina czy syntetycznymi dęciakami, ani bardziej znośne piosenki z najbliższym przebojowości "4 Degrees" na czele. "Hopelessness" nieświeżo brzmi właściwie już dziś. 4/10 [Wojciech Nowacki]

19 stycznia 2015


ANTONY AND THE JOHNSONS Turning, [2014] Rough Trade || Przemowa “Future Feminism”, wyodrębniona w osobny track na płycie “Cut The World”, może być naiwna, ale jest w zachęcający sposób dyskusyjna. Antony z humorem, urokiem i wielką charyzmą wciąga w świat swej filozofii, pełniącej tam rolę jakby wstępu do następującej potem muzycznej retrospekcji całej jego kariery. Na „Turning” nie usłyszymy słów innych niż wyśpiewanych charakterystycznym głosem, tutaj wizja Antonego wyłożona została w odrębny, audiowizualny sposób, w postaci filmu, który jest nie jest kolekcjonerskim dodatkiem, ale zasadniczą częścią wydawnictwa.

Od „Swanlights”, wydanego w 2010 roku ostatniego jak do tej pory studyjnego albumu Antony And The Johnsons, jest to zatem już druga płyta koncertowa, ale mimo naturalnych podobieństw można zrozumieć zamysł stojący za jej wydaniem. „Cut The World”, choć z wyjątkiem premierowego utworu tytułowego zawiera materiał zarejestrowany na żywo z towarzyszeniem orkiestry, stanowi przede wszystkim doskonałe wprowadzenie do muzyki Antony And The Johnsons i swego rodzaju wybór z całej dyskografii Antony’ego. „Turning” pochodzi z czasów jego największych sukcesów po wydaniu z wielu powodów przełomowego albumu „I Am A Bird Now”. Materiał zawiera zatem utwory z dwóch pierwszych płyt Antony’ego a zarazem jego najbardziej rozpoznawalne kompozycje, przy okazji więc tylko pojedyncze powtarzają się w stosunku do „Cut The World”.


Aranżacje są na równie skromnym i emocjonalnie intensywnym poziomie, ale przy uważnych wsłuchaniu się widoczne stają się subtelne różnice. „Cut The World” jest bardziej wyważone, siłą rzeczy odrobinę dojrzalsze, na „Turning” jednak emocje częściej wędrują między poziomami, miejscami oferując więcej pierwotnego napięcia i teatralno-bajkowego dramatyzmu. Na wyczuwalne pogłębienie nastroju wpływ mają pozorne drobiazgi, jak minorowe pianino czy pobrzmiewająca tu i ówdzie gitara akustyczna. Krucha gitara dodaje wymiaru prowadzonego fantastycznym smyczkowym motywem „Where Is My Power?”, które rozpędza się równie efektownie co imponujący finał „Hope There’s Someone”. Perkusja zaś zmienia „Kiss My Name” w rytmiczną, niemal folkową piosenkę. Choć więc jako całość „Cut The World” jawi się jako bardziej intensywne niż liczące 17 utworów „Turning”, to intrygujących emocjonalnych wahnięć usłyszymy tutaj więcej.

Muzycznie zatem „Turning” nie musi się bronić, gdyby nie „Cut The World”, byłby to wyjątkowy album koncertowy. W porównaniu zatem jasne jest, że „Cut The World” powinien posłuchać każdy, szczególnie ktoś poszukujący kompletnego wprowadzenia do muzyki Antony’ego. „Turning” celuje bardziej w oddanych już fanów, ale nie zapominajmy że sama płyta jest tak naprawdę do filmowego projektu, którego przekaz po niemal dekadzie od powstania niestety nadal pozostaje aktualny. 7/10 [Wojciech Nowacki]