Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lana Del Rey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lana Del Rey. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2017


LANA DEL REY Lust For Life, [2017] Polydor || Kojarzycie rysunkowy żart w którym jego bohater, leniwiec nota bene, budzi się z dwuletniej śpiączki, ale z ukontentowanym uśmiechem przewraca się na drugi bok mówiąc, że "jeszcze pięć minut"? Jak w zegarku wydając co dwa lata nowe albumy Lana Del Rey do leniwych nie należy, ale ospałość już jej obca nie jest. Po anemicznej śpiączce "Honeymoon" faktycznie wydaje się budzić, kontruje ją nieoczekiwanym uśmiechem, ale przewraca się jednak na drugi bok i pozostawia nas w dalszym oczekiwaniu. Coraz bardziej niecierpliwym, lecz z umiarkowanie rosnącą nadzieją.

Przyznaję, że swoje uwagi na temat Lany śmiejącej się w materiałach promocyjnych nowej płyty brałem jako ironizujący żart. Tymczasem okazuje się, że jest to nie tylko największy wyróżnik "Lust For Life", ale i jego oficjalna niemal wykładnia interpretacyjna. Imponujące są dokonania krytyki i fanów doszukujących się tutaj meta-powiązań między albumami, ciągłej narracji budującej wykoncypowaną personę Lany Del Ray czy też komentarzy na temat trumpowskiej Ameryki. Oczywiście, pełno tu popkulturowych czy literackich odniesień, ale najczęściej rozwodnionych w popowym słownym kisielu. Ciężko zdecydować czy Elizabeth Grant naprawdę jest mądra i oczytana, czy pod postacią Lany Del Rey lekko się lobotomizuje eksponując pozorne wyrafinowanie. Her sophistication makes you wanna quit the bitch you datin' to zdanie, które jasno pokazuje jakim to kręgom postać ta wydawać się może wyrafinowana, wiele też mówi o niej samej. Obrazy w rodzaju my cherries and wine, rosemary and thymeand all of my peaches are ruined czy This is my life, you by my side / Key lime and perfume and festivals to raczej atrakcyjne ciągi atrybutów hipsteriady i millenialsów niż poetycka symbolika. Wydaje się jednak, że Lanę owo lekko prowokacyjne mieszanie tropów autentycznie bawi.


Ile już jednak razy słyszeliśmy w jej ustach przeciągłe craaazy? "Love" naprawdę brzmi jak każda inna piosenka Lany Del Rey, z tymi samymi chwytami produkcyjnymi i deklaracją miłości, która w kategoriach temperatury wydaje się być równie letnia co eksponowana na płycie radość Lany. Początek tego wyjątkowo długiego albumu jest to zatem niespecjalnie zachęcający. "Lust For Life" dzieli się jednak na kilka wyraźnych części, na 16 utworów znaleźć tu też można więcej satysfakcjonujących kompozycji niż na "Honeymoon", ale z przeciągniętej całości dość trudno je wyłuskać. Problematyczna jest też najbardziej wtórna część albumu rozciągająca się na praktycznie całą jego pierwszą połowę. Mające w zamyśle stanowić urozmaicenie gościnne występy wahają się pomiędzy pobłażliwymi (The Weeknd) a całkiem okropnymi (A$AP Rocky), piosenki przelewają się jak z szablonu, odrobinę większy nacisk na okazjonalną elektronikę też nie przynosi większej ulgi. Jedynie "13 Beaches" po lekkim podrasowaniu odnalazłoby się na "Ultraviolence", ale prawdziwie udanie brzmią "White Mustang" i "In My Feelings", nieprzypadkowo zresztą najkrótsze tu utwory, w których mimo to słychać największy wewnętrzny progres, emocjonalne wahnięcia, sprawnie implementowaną elektronikę i wreszcie odważniejszy, lekko kombinujący wokal.

Dalej następuje ciąg ładnych piosenek z długimi tytułami, co wydaje się być całkiem wystarczającym ich podsumowaniem. Lana tutaj właśnie zamieszcza swoje, hmm, społeczno-polityczne komentarze, pojawia się pianino, gitara akustyczna, utwory mają niewątpliwy urok, choć nie sięgają dawnej przebojowości. Kompozycją z ambicjami jest natomiast tutaj "When The World Was At War We Kept Dancing" z minorowym, akustycznym początkiem, stopniową eskalacją, intrygującym zaśpiewem oraz senną, lecz niepokojącą atmosferą. W ładnych piosenkach od tego momentu pojawia się stopniowo coraz więcej ciekawych elementów, udany duet z Stevie Nicks i echa "Queen Of Denmark" Johna Granta w "Beautiful People Beautiful Problems", harmonie wokalne w "Tomorrow Never Came" i tak oto dochodzimy to części ostatniej, trzech niepozornych piosenek zamieszczonych na samym końcu płyty. Ponure, kroczące "Heroin" ze swoją pełną rozmachu progresją, gotującym się basowym tłem i subtelnie poutykaną gitarą elektryczną byłby ozdobą "Ultraviolence" lub każdej innej krótszej płyty i bez rozdzierająco zaczepnych finałowych zaśpiewów. "Change" to rzecz jak dotąd w karierze Lany Del Rey niebywała, czyli klasyczna piosenka zaaranżowana niemal wyłącznie na pianino. Wreszcie "Get Free", również brzmiące znajomo, płynące na stylowych wodach popu lat sześćdziesiątych, przede wszystkim zaś na sam koniec wprowadzające prawdziwie zespołowy feeling.

Z pewnego punktu widzenia jest zatem "Lust For Life" płytą odświeżająco niespójną i najbardziej różnorodną, oczywiście w ramach możliwości Lany. Nie jest bynajmniej wypadkową poprzednich albumów. Nie ma klasycznej już przebojowości "Born To Die", choć stamtąd czerpie część nieszczęsnych produkcyjnych zabiegów i kompozycyjnych klisz. Daleko jej do kwintesencjonalności "Paradise" i absolutnej wyjątkowości "Ultraviolence", płyty, której zawsze będę bronić jako wybitnej nie tylko w jej dorobku. Na szczęście nie ma tu też nudzącej ospałości "Honeymoon", aczkolwiek pozwala dziś bardziej docenić tamten album jako ewolucyjny przystanek między majestatem "Ultraviolence" a próbą lekkości "Lust For Life". Początkowo na największy zarzut wobec nowej płyty Lany Del Rey zapowiadały się stagnacja, monotonia brzmienia, petryfikacja w sprawdzonych rozwiązaniach. Tymczasem żałować trzeba raczej, że oznaki ożywienia, badania nowych brzmień i kierunków, przełamywania własnych ograniczeń i przyzwyczajeń są zbyt mało odważne i łatwe do przeoczenia. 6/10 [Wojciech Nowacki]

2 października 2015


LANA DEL REY Honeymoon, [2015] Polydor || Każdy, nawet najlepszy serial ma swoje słabsze momenty. Odcinek wepchnięty, by dotrwać do końca sezonu, czy nawet cała seria, bo zmieniła się ekipa scenarzystów albo wyczerpały się pomysły, ale oglądalność jeszcze nie spadła na tyle, by serial zakończyć. Niektóre ciągną się zatem na sztucznym podtrzymywaniu życia w nieskończoność, inne decyzją stacji kończą się gwałtownym cliffhangerem, nielicznym udaje się odbić i słabszy okres zamienić w wypadek przy pracy. Lizzy Grant znalazła się w ciekawym momencie swojej kariery, choć nie w sposób jakiego się spodziewała. "Honeymoon" jest bowiem najsłabszym momentem serialu p.t. "Lana Del Rey".

Mimo ojca-milionera, jednego z pionierów handlu domenami, Lizzy miała burzliwą młodość, ale gdzieś w czasach wegetacji w typowym amerykańskim trailer parku, pojawił się pomysł na wprowadzenie do świata popu postaci Lany Del Rey. Submisywna femme fatale, antyfeministyczna pin-up girl, gangsterska muza i perfekcyjna projekcja popkulturowych klisz połowy XX wieku. Każdy artysta jest w mniejszym lub większym stopniu kreacją, Lana Del Rey wyróżniała się jedynie większym dopracowaniem, przez co powinna była być jako kreacja jeszcze bardziej czytelną i oczywistą, ale świat i tak wyruszył na poszukiwania autentyczności w fikcyjnej opowieści.

Kolejne odsłony tej samej historii przynosiły z jednej strony drobne przesunięcia akcentów w wizerunku i nastroju, z drugiej zaś poszukiwania w obszarze nośnika, który opowieść o Lanie Del Rey podawał. "Born To Die" przyniosło bowiem sporo czysto muzycznych niezręczności, które nie pozwoliły tej płycie osiągnąć statusu do którego słusznie aspirowała, co zmieniło na szczęście znakomite "Ultraviolence". Ale jeśli "Born To Die" zostało wyeksploatowane do cna możliwości, kolejnymi singlami, wersjami deluxe, edycją z epką "Paradise" (najbardziej kompaktowym i przez to najlepszym zestawem piosenek Lany Del Rey), to wydaje się że rozdział "Ultraviolence" został zbyt pospiesznie zamknięty. Rozdzierająco ponury album, mimo wreszcie więcej niż satysfakcjonującej muzyki, która płaskie hiphopowe bity debiutu zastąpiła żywymi instrumentami i rockowo-bluesowo-jazzową otoczką, miał być trudniejszy i w efekcie sprzedał się znacznie słabiej niż "Born To Die". Niestety, musi być to główny powód dlaczego już po roku został odesłany na półkę jako punkt w dyskografii a jego następca przyniósł muzyczny regres i największą zawartość Lany w Lanie.

Reakcje na "Honeymoon" przynajmniej wreszcie przyniosły akceptację Lany Del Rey jako wykreowanej postaci, ale jednocześnie w przeważającej większości skupiły na szczegółowej analizie wszystkich (pop)kulturowych elementów ją budujących. Zwróćcie uwagę, że większość recenzji "Honeymoon" wygląda jak licealna analiza tekstu literackiego, kolejne cytaty są wytłuszczane i objaśniane, bo tu mamy art deco, tutaj The Eagles, tam trochę poezji i Ninę Simone plus sporo szczegółów z topografii Kalifornii. Nie żyjemy w Hollywood, więc nawet jeśli wizje Lany Del Rey odpowiadają jakieś rzeczywistości najbogatszego jednego procenta, to dla nas i tak pozostaną znaną z filmu, mediów, muzyki populturową kliszą. Nie mając możliwości weryfikacji tych realiów pozostajemy sami z tekstami Lany i, choć nie ma tu już cipek o smaku Pepsi-Coli, to trzeba przyznać, że w większości są proste i infantylne jak z pamiętnika smutnej nastolatki. Jasne, kreacja, może ironia, ale jeśli akurat nie leżymy na basenie przy Sunset Boulevard, to trudno nam się w nich rozsmakować.

Co więc symptomatyczne, muzyka pozostaje na marginesie zarówno na płycie, jak i w reakcjach na nią. Poza zagadkowym entuzjazmem w odpowiedzi na "High By The Beach", rzekomo najlepszy singiel Lany od czasów debiutu, w istocie tym razem naprawdę brzmiący jak każda inna jej piosenka i powracający niestety do slow-motion hip-hopu i perkusji z automatu znanych z "Born To Die". A i tak jest najbardziej wyróżniająca się piosenka na płycie, poza "Don't Let Me Be Misunderstood" (bo cover), "Salvatore" (bo tak głupio pastiszowe, że aż niezłe, jak na piosenkę Lady Gagi na zwolnionych obrotach), "Art Deco" (bo częstochowskich rymów nie sposób nie zauważyć) i wreszcie "Music To Watch Boys To", bo faktycznie naprawdę niezła piosenka, ot typowy singiel Lany ze średniej półki z przestrzenną produkcją.


"Honeymoon" po prostu nuży, męczy, nudzi. Wszystkie niemal piosenki oscylują wokół pięciu minut a jest ich aż czternaście i to tym razem bez żadnych bonusów. Jednostajne tempo krwotoku z nosa, jednostajny ketaminowy wokal, zerowe emocje sięgające najwyżej pułapu zbyt słodkiego, zbyt ciężkiego, za mocnego i za drogiego drinka. Album męczy już na wysokości "God Knows I Tried", ciężko przez niego przebrnąć w całości i skupieniu, w pamięci pozostanie najwyżej tytułowe zawodzenie our honeyyyymoooon a nieliczne wzloty bardzo łatwo przeoczyć. Bo "Freak" w końcówce ciekawie się zagęszcza a w "Religion" i "The Blackest Day" mamy nawet zalążki prawdziwych melodii, ale i tak nic nie sięga tu poziomu "Ultaviolence" czy nawet "Born To Die", którego największe wady nie tylko powiela, ale i eksponuje jako trademark Lany Del Rey.

Tymczasem jednak "Honeymoon" naprawdę dobrze brzmi, co również łatwo przeoczyć, bo ani nie jest to album do głośnego słuchania, ani nie przykuwa zwiększonej uwagi. Noirowe, niemal dark-ambientowe aranżacje, gustowne, snujące się smyczki, operowanie ciszą, czasem minimalistyczne aranżacje oparte tylko na dźwiękach pianina i subtelnej gitarze, ba, nawet okazjonalny porno-saksofon naprawdę mogłyby się sprawdzić jako drastyczny kontrast dla "Ultraviolence". Ale do leniwej eteryczności "Felt Mountain" Goldfrapp brakuje po prostu dobrych kompozycji. "Honeymoon" pojawiło się zbyt prędko, świadomie wyolbrzymiając te elementy Lany Del Rey, które zawsze były najbardziej kontrowersyjne i zniechęcające dla części słuchaczy. Pociąć, skrócić, dopracować melodie, wyrzucić dwadzieścia minut, zaoferować w postaci epki albo poutykać te kompozycje po hollywoodzkich ścieżkach i materiał ten mógłby zaintrygować. Ale jako album zwyczajnie zawodzi. 5/10 [Wojciech Nowacki]

27 czerwca 2014


LANA DEL REY Ultraviolence, [2014] Polydor || O tym, jak istotnym zjawiskiem w popkulturze jest Lana Del Rey świadczy to, że praktycznie niemożliwym jest pisać i rozmawiać wyłącznie o jej muzyce. Owszem, wydanie drugiego albumu przynosi zwyczajową porcję porównań do debiutu, rozważania na temat utrzymania (lub nie) poziomu, poszukiwania zmian i rozwoju. Ale w przypadku Lany nadal istotniejsze są pytania o jej tożsamość. Jest kreacją czy nie. Jeśli tak, to czy odpowiada za nią sama, czy złowroga wytwórnia a może nadal tata, którego konto na Twitterze poświęcone jest dziś niemal w całości córce a nie handlu domenami. Czy naprawdę jest dziś tak ponura, czy naprawdę chce umrzeć młodo, czy jej teksty są feministycznym antidotum na wszechobecną radość popu czy submisywnymi fantazjami na temat autodestrukcji?

Tymczasem już przy okazji "Born To Die" pisałem, że Lana Del Rey jest w takim samym stopniu artystyczną kreacją, co praktycznie każdy w świecie muzyki (nie tylko) rozrywkowej. Jej postać wyróżnia się jednak totalnym dopracowaniem i perfekcyjną świadomością. Publicystyka do dziś nie rozszyfrowała Lany a rozpisując się o jej życzeniu śmierci tylko udowadnia, że całkowicie zapomniała o istnieniu Elisabeth Grant. Emocje Lany podsuwane są nam pod nos na zakrwawionej tacy, o tym, co czuje Lizzy wiemy bardzo mało albo zupełnie nic. Ale nie należy wątpić, że przynajmniej część jej własnych doświadczeń użyta została jako podstawa dla "Ultraviolence". Podobnie jak Stefani Germanotta do stworzenia Lady Gagi wykorzystuje swoje ciało, Lana Del Rey jest projekcją duszy Lizzy Grant.

Po niecałym tygodniu od premiery "Ultraviolence" opinie zgrupowały się w dwóch obozach, płyta jest albo nudna, albo lepsza od "Born To Die". Rozumiem nieprzychylnych, minorowa atmosfera i tempo "Ultraviolence" nie muszą i pewnie nie powinny trafić to każdego, są to jednak głównie ci, których Lana nie przekonywała już od początku. Nowym albumem niestety ciężko będzie jej zyskać sobie nowych miłośników, ale wystarczy przecież ponad milion fanów, którzy kupili "Born To Die" w samych Stanach Zjednoczonych. Reszta nie będzie miała możliwości dostrzec imponującej zmiany jakościowej muzyki Lany Del Rey i ominie ich jeden z najistotniejszych albumów współczesnego popu.

Zniknęły hiphopowe elementy i irytujące pseudo-taneczne zabiegi produkcyjne. Patetyczne orkiestrowe aranżacje zredukowane zostały do śladowego minimum. Produkcyjne mankamenty znikały już na "Paradise", zbiorze świetnych singli, kompozycyjnie utrzymanych jednak w stylu "Born To Die". "Ultraviolence" przynosi zmianę w samym kształcie piosenek, ale po miejscami płaskim i jakby nieprzystającym do stylu i wizerunku debiucie, największą nadzieję miałem na prawdziwe żywe aranżacje. I to właśnie otrzymujemy, prawdziwe gitary, żywą perkusję, produkcyjną przestrzeń za którą w większości stał Dan Auerbach z The Black Keys. Lana Del Rey zyskała dokładnie takiego muzycznego partnera jakiego potrzebowała, jej muzyka zaś stała się prawdziwsza, żywa i bardziej ludzka, choć w dramatyczny sposób.


"Cruel World" to zjawiskowy wstęp i jedna z najbardziej wyjątkowych kompozycji Lany. Żywe instrumenty kreują atmosferę z początku lat 70-tych, pobrzmiewa tu lekko The Velvet Undergound i Jefferson Airplane. Napięcie budowane jest stopniowo, niemal w soundtrackowy sposób i tak oto piosenka sięga niemal siedmiu minut. Jednak kluczowy jest tu niebanalny refren i histeryczny wokal Lany, która dosłownie goes crazy. Minorowy nastrój utrzymany zostaje oczywiście w tytułowym "Ultraviolence" prowadzonym przez pianino i pląsającą gitarę w znów niebanalnym refrenie. I'm your jazz singer and you're my cult-leader śpiewa Lana w finale oferując nam kolejny muzyczny klucz. "Shades of Cool" tworzy bowiem jazzową atmosferę, bez jazzowego instrumentarium a Lana wciela się tu w diwę z lat 50-tych. Przede wszystkim jest to koronny dowód wielkiej muzycznej zmiany, gdy piosenka rozdzierająco eskaluje i pojawia się najprawdziwsze gitarowe solo.

"Brooklyn Baby" przynosi odrobinę wytchnienia od gęstniejącej atmosfery, Lana pozwala sobie na sporą dozę dowcipnej (auto)ironii gdy śpiewa I get high on hydroponic weed, And my jazz collection's rare lub My boyfriend's pretty cool, But he's not as cool as me. To jednak całkowicie poważny wers They judge me like a picture book, By the colors, like they forgot to read powinien zapaść w pamięć wszystkim obcującym z Laną Del Rey. "West Coast" nie jest bynajmniej lekką piosenką, ale z pewnością najbardziej nietypowym singlem, rytmicznym, pełzającym, wręcz nerwowym.


W połowie albumu poziom minimalnie opada, "Sad Girl" i "Pretty When You Cry" to dwie jazzująco-popowe piosenki, ale wraz z powolnym i niepokojącym na niemal trip-hopowy sposób "Money Power Glory" pojawia się kolejny potencjalny przebój. Niepokój, odrobina szaleństwa i ciągle rosnące napięcie czynią świetną kompozycję również z "Fucked Up My Way Up To The Top". Dla kontrastu finałem albumu są urokliwe "Old Money" i chyba najlżejsze w zestawie "The Other Woman".

Podobnie jak w przypadku "Born To Die" wraz z edycja rozszerzoną "Ultraviolence" otrzymujemy kilka dodatkowych utworów. Warto jednak trzymać się myśli, że są to tylko dodatki, album złożony z 14 piosenek byłby zdecydowanie za długi a bonusowe kompozycje rozbijałyby jego koncepcyjną całość. "Black Beauty" utrzymane jest w stylu płyty, ale zdecydowanie "ładniejsze". Skromne "Guns And Roses" ma lekko szkicowy charakter a "Florida Kilo" nawiązuje muzycznie do zupełnie innej Lany, niemal tej sprzed czasów debiutu.

Lana Del Rey na "Born To Die" była postacią rodem z przestylizowanych lat 50-tych, 60-tych, pod pastelowym wizerunkiem skrywającą olbrzymie frustracje i bardzo niechrześcijańskie pragnienia. Ale Ameryka się zmieniła i "Ultraviolence" jest dalszym ciągiem tej samej historii. Dekadę później Bob Dylan sięgnął po gitarę elektryczną a grzeczne dziewczęta i sfrustrowane gospodynie domowe stały się albo hippiskami na rogu Ashbury i Haight albo narkotycznymi boginiami nowojorskiej bohemy. Być może jest to historia, którą Lana Del Rey tylko odtwarza, ale jej opowieść, jej muzyka, mówi więcej niż większość dzisiejszego popu. 9/10 [Wojciech Nowacki]

19 maja 2013


LANA DEL REY Paradise EP, [2012] Interscope || Biedna Lana. Emocje wokół jej osoby oraz ubiegłorocznego debiutu-nie-debiutu już zdecydowanie opadły. Status quo na dziś wygląda tak, że Lanę się uwielbia albo się jej nie znosi. Niewątpliwym sukcesem jest zebranie sporej i oddanej bazy fanów, bazy jednak zamkniętej. W tej chwili ciężko wyobrazić sobie artystyczny bądź marketingowy ruch, który nagle przekonałby rzeszę przeciwników kreacji jaką jest Lana Del Rey.

Zwłaszcza w obliczu kolejnych nieprzemyślanych ruchów. Do wykazu „wpadek” doliczyć można kolejne, choć już nie tak efektowne jak sztuczne usta, lecz po ludzku denerwujące. Polscy fani z pewnością wiedzą, że 2 czerwca Lana Del Rey wystąpi w Warszawie. Oczywiście, że wiedzą, w końcu bilety na ten koncert (najtańsze za 120 zł) są już dawno wyprzedane. Nigdy nie byłem na Torwarze, mogę się zatem mylić, ale zakładam, że jest to hala zdolna pomieścić kilka tysięcy osób.

13 kwietnia Lana wystąpiła w Pradze w ramach… Electronic Beats Festival. Znamy formułę tego objazdowego, jednodniowego mini-festiwalu muzyki elektronicznej, niedawno gościliśmy w jego ramach w Poznaniu Modeselektor i Dizzee’go Rascala. Na praskie ogłoszenie soczystym WTF zareagowali wszyscy. Fani elektroniki i stali bywalcy EBF w oczekiwaniu na innych wykonawców poradzić sobie musieli z gwiazdą zupełnie nie pasującą do tradycyjnego line-upu oraz dzikim tłumem jej fanów. Tłum ten bowiem wykupił bilety bodaj w ciągu jednego dnia, a dodajmy, że ich cena wynosiła 350 Kč, czyli niecałe, uwaga, 60 zł! Dodajmy jeszcze, że Divadlo Archa goszczące to wydarzenie, jest miejscem bardzo przyjemnym i uznanym na praskiej mapie koncertowej, ale zdolnym pomieścić kilkaset osób.

Sytuacja ta, a zwłaszcza porównanie polskich i czeskich warunków, nie wymaga większego komentarza. Na marginesie zaznaczyć jednak trzeba, że o doborze wykonawców na poszczególne edycje EBF we wszystkich krajach nie decydują lokalne oddziały T-mobile, lecz niemiecka centrala głównego sponsora. Dziwni ci Niemcy. W każdym razie wiem z pierwszej ręki, że koncert był udany, choć dziewczęta piszczały a Lana zaśpiewała ledwie 8 piosenek. Ale śpiewać umie.


Marketingowo jednak należy uznać to wydarzenie za porażkę, które tylko umocniło fanów i przeciwników Lany Del Rey na swych wrogich pozycjach. Mnie osobiście bardziej wkurzyła totalnie przeze mnie znienawidzona praktyka wytwórni płytowych p.t. „Wydajmy jeszcze raz to samo, tylko z bajerami”. „Born To Die” ukazało się u nas w pożal-się-boże polskim wydaniu, wersji tradycyjnej, choć już słabiej dostępnej, oraz digipakowej edycji deluxe z dodatkowymi trzema utworami. I ok, dla każdego coś miłego. Wydanie parę miesięcy później „Born To Die: Paradise Edition”, czyli podstawowej wersji albumu plus dodatkowego dysku z nowymi utworami, było grubą, grubą przesadą i klasycznie bezczelnym wyciąganiem pieniędzy.

Ok, wydaję na płyty kosmiczne czasem sumy pieniędzy, ale nie jestem (aż tak) szalony i Rajskiej Edycji powiedziałem nie. Tym bardziej, że było to działanie wytwórni a nie samego artysty, o czym świadczy fakt wydania epki „Paradise” jako samodzielnego wydawnictwa, ale tylko w Stanach Zjednoczonych (czyli casus Lady Gagi i jej „The Fame Monster”). Niech zatem Trzeci Świat wydaje bez sensu pieniądze.

Ale, o radości, pewnego dnia w jednym z moich ulubionych praskich sklepów z używanymi płytami wzrok mój padł na „Paradise” właśnie. Oryginalne, amerykańskie, samodzielne wydanie, w idealnym stanie i za śmieszną cenę. Jak zwykle w takim momencie oblałem się rumieńcem ekscytacji niczym hiszpański król polujący na słonie, w efekcie zatem mogę z czystym sumieniem napisać parę słów o płycie, która nie ma prawa istnieć na naszym kontynencie.


„Paradise” to w praktyce minialbum, 8 utworów z którymi zdążyliśmy się już osłuchać. Stylistyka identyczna jak na „Born To Die”, ale jako całość brzmi to… lepiej. Pseudo-nowoczesne i irytujące zabiegi produkcyjne zostały ograniczone do minimum, uwypuklone zostały piękne smyczki i łkająca gitara. Wszystkie kompozycje pozostają zasadniczo na tym samym poziomie, nie ma na „Paradise” takiego dystansu między singlami a resztą. Treściwa, spójna całość, która pozostawia słuchacza w przyjemnym niedosycie.

Na czoło wysuwa się jednak rozdzierające „Body Electric” oraz „Cola” (nie, nie z powodu słynnego już wersu). „Blue Velvet” to ledwie ciekawostka, „Yayo” zaś to piosenka jeszcze z repertuaru „zapomnianej” Lizzy Grant, tutaj w szurającej, jazzowej aranżacji. Lirycznie nadal mamy do czynienia z lekko gerontofilską lolitką, submisywnie wzdychającą do starszych panów, pod patronatem Springsteena, Marylin i Morrisona. Grzesznie, ale stylowo. 8/10 [Wojciech Nowacki]

26 lipca 2012


LANA DEL REY Born To Die, [2012] Polydor || Minęło już kilka miesięcy od niechcący kontrowersyjnego debiutu Lany Del Rey. Emocje opadły i okazało się, że Lana zyskała to, co z punktu widzenia twórcy najcenniejsze – oddane grono wiernych fanów, co ciekawe, pochodzących z różnych kręgów i środowisk. Choć Lizzy Grant niemiłosiernie eksploatuje płytę „Born To Die” przy pomocy kolejnych pseudo-wintydżowych teledysków, to "hejterzy" już odpuścili, a miłośnicy nadal są Laną Del Rey zauroczeni.