2 lutego 2014

Relacja z koncertu Nils Frahm 31.01.2014


NILS FRAHM [31.01.2014], Palác Akropolis, Praha || Pisząc o muzyce Nielsa Frahma ma się zasadniczo do wyboru dwie strategie. Emocjonalną, która niemal gwarantuje popadnięcie w bezlitosny banał, lub intelektualną, równie silnie grożącą bezdusznym i wydumanym żargonem. Sytuacji nie ułatwia pozycja Frahma na scenie muzycznej, kolejny to bowiem artysta, którego nie sposób jednoznacznie zakwalifikować. W zależności od własnego przygotowania i osłuchania, każdy może znaleźć swój punkt dostępu do jego po-prostu-muzyki.

Nie należę do słuchaczy, którzy na koncertach poświęcają się głównie barowi, piwu i wesołym konwersacjom ze znajomymi. Dawno już jednak nie zdarzyło się, żebym słuchał koncertu w aż takim skupieniu i w poczuciu totalnego bezczasu. Często jestem w stanie przewidzieć następne dźwięki czy ruchy artysty, nawet w przypadku nieznanych mi kompozycji. Frahm nie poddaje się temu, skupienia i uwagi wymaga zatem śledzenie jego pracy nad dźwiękiem i napięciem wykonania. Zwłaszcza, że większość koncertu zagrana została bez przerw, pod palcami pianisty kompozycje przekształcały się płynnie jedna w drugą, czasem diametralnie różne, ale połączone z niebywałym talentem.

Frahm wykonuje nad swym pianinem autentyczną pracę. Łatwo ulec złudzeniu, że słuchamy jednej ciągłej improwizacji, ale nawet jeśli fragmenty oparte są na luźniejszych strukturach, to bez przerwy i bezbłędnie kontrolowane są przez artystę. Nils Frahm, sympatyczny i bezpretensjonalny chłopak, podczas koncertu z każdym uderzeniem w klawisze nabiera dojrzałości i męskości. Jego gra momentami jest niesamowicie wysiłkowa, ramiona Frahma nieraz wydawały się być na granicy bólu, kapiący z jego czoła pot nie był pod koniec występu zatem żadną niespodzianką.

Zaskoczeniem było natomiast to, jak… seksowną jest jego muzyka. Pierwszy utwór, na rozgrzewkę mocno oparty na loopach i elektronice (oparty na nagranym wspólnie z Ólafurem Arnaldsem „Stare”), niewiarygodnie gradując w stronę ekstatycznego finału rodził całkiem oczywiste skojarzenie. Poczucie wielkiej sensualności kompozycji Frahma trwało do końca występu, był to też jeden z powodów, dla których jego klasyczna przecież muzyka nigdy nie zbliżała się choćby do granic banału. Z dwójki Frahm – Arnalds po piątkowym koncercie zdecydowanie wybieram Frahma, jego twórczość jest może bardziej wymagająca, ale też znacznie bardziej wciągająca, a jego technika i doskonały warsztat dają mu lekką przewagę nad niemniej przecież utalentowanym przyjacielem.

Nils Frahm jest wreszcie przeuroczą osobą. Chętnie konwersuje i wciąga publiczność do prawdziwego współuczestnictwa w koncercie. Dosłownie zresztą, bo napięcie w maksymalnie wypełnionej sali Palácu Akropolis rozładował zapraszając kilkanaście osób na scenę. Przed koncertem sprzedawał swoje wydawnictwa swobodnie, chętnie i naturalnie rozmawiając ze swoimi fanami, a przynajmniej z tymi, którzy rozpoznali w nim gwiazdę wieczoru. Sam też zaproponował „nielegalny”, bo już po godzinie 22, bis, grając delikatny utwór i prosząc o nie klaskanie. Ku memu zaskoczeniu publiczność posłuchała a wieczór oficjalnie zakończył się sympatycznym machaniem do siebie widowni i artysty. Burzę oklasków otrzymał już zresztą zasłużenie wcześniej. [Wojciech Nowacki]