Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Björk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Björk. Pokaż wszystkie posty

2 stycznia 2018


BJÖRK Utopia, [2017]  One Little Indian || Björk stoi w miejscu. Robi to jednak tak efektownie, spazmatycznie wirując i drżąc w oczekiwaniu na uwagę, że zdecydowana większość jej miłośników z łatwością nabiera się na jej coraz bardziej udawaną kreatywność. Niezmiennie typowe bolączki Björk widoczne były na wszystkich jej ostatnich albumach, ale "Utopia" jest pierwszym na którym nie są niczym równoważone. W efekcie jest to też pierwsza w jej karierze płyta ewidentnie nieudana, dość boleśnie karykaturalna, pełna zmarnowanych szans i możliwości.

Największym problemem albumów Björk jest sama Björk. Moim skromnym zdaniem zaczął on dawać o sobie znać już na "Vespertine", ale w mniejszym lub większym stopniu u Björk XXI wieku jest obecny stale. Pamiętacie czasy gdy z dziką łatwością potrafiła zaśpiewać jazzowe i musicalowe standardy, piosenki punkowe, popowe, ba, nawet w techno potrafiła znaleźć linię melodyczną zmieniając je w autentyczny przebój? Ja już prawie nie. Björk już od dawna zasadniczo nie śpiewa, cokolwiek robi ze swoim głosem, a wielu wariacji ostatnio nie ma, to dzieje się to w całkowitym oderwaniu od muzycznego tła. Ciągle ta sama pseudo-melodyczna linia wokalu przypomina dziś bardziej gdaczący w uniesieniu spoken-word niż śpiew. Dlatego wyjątkowo zniechęcał już "The Gate", zdecydowanie najsłabszy singiel zapowiadający nowy album Björk w jej karierze, męczący nieznośnym, przeciągniętym I care for you, care for you.


Najnowszym zauroczeniem Björk są zresztą długie utwory. Na "Vulnicurze" mieliśmy "Black Lake", niespecjalnie fascynujące, ale z punktu widzenia tamtej w miarę jednak zróżnicowanej płyty jakoś się wpisujące w jej narracyjną strukturę. "Body Language" jest takie jak cała "Utopia", nudnawe, przydługie, powierzchownie niepomysłowe i z wolna irytujące. Jednocześnie jednak dysponuje tymi elementami, które na "Utopii" się udają: intrygującą, choć stłamszoną warstwą muzyczną oraz zaskakująco udaną liryką. Wbrew pozorom mamy tu nie tylko waginalne fiksacje Björk, ale i proste, urokliwe przyjemnostki, które, jak tworzenie mixtape'ów ("Arisen My Senses"), szperanie po sklepach płytowych ("Features Creatures") czy posyłanie sobie empetrójek ("Blissing Me"), dają dość sympatyczny wgląd w to jak Björk wyobraża sobie narodziny miłości w pokoleniu millenialsów. Ale uwaga, w "Sue Me" znów zaczyna babrać się w rodzinnych ranach, zupełnie jakby na wszelki wypadek ostatnie słowo musiało należeć do niej, pomimo tego, że swój związek z Matthew Barneyem przemolestowała już na wszelkie możliwe sposoby na "Vulnicurze". "Utopia" pierwotnie zapowiadana była jako Tinder album, Björk nie wydaje się jednak być świadoma tego, że wg wszelkich prawideł etykiety randkowych aplikacji ostatnią rzeczą o której chcemy w nich słyszeć są historie o swoich byłych.

Wracając jednak do samych kompozycji, Björk nie ma na nie pomysłów. Oczywiście nikt nie wymaga od niej klasycznej piosenkowej struktury czy nawet przebojowości, ale najzwyczajniejszej w świecie oryginalności i efektowności. Nie licząc dwóch bardzo subtelnych wyjątków, "Utopia" jest pierwszym tak wyraźnie jednorodnym albumem Björk, złożonym wyłącznie z przydługich i bardzo umownych kompozycji zbudowanych z muzycznego tła i przypadkowo doń dolepionego równie umownego wokalu. "Mutual Core", "Lionsong", "Hidden Place", nawet "Earth Intruders", na każdej z poprzednich płyt można było z łatwością znaleźć coś naprawdę się wyróżniającego. Na "Utopii" pozytywnie zaskakują jedynie "Blissing Me" oraz "Losss", dwie delikatne piosenki, tak, prawdziwe piosenki, w których Björk wreszcie przypomina sobie, że potrafi śpiewać. "Blissing Me" brzmi jak odświeżająco freak-folkowy miks Joanny Newsom z "Vespertine" i "Drawing Restraint 9", w "Losss" zaś wyjątkowo nie przeszkadza nawet niemal siedmiominutowy czas trwania, choć utwór ginie niestety w zdecydowanie za długiej końcówce płyty. Czternaście utworów? Powinno być najwyżej dziesięć.

Tymczasem Björk i Arca przygotowali na "Utopii" całkiem fascynujący świat. Płyta pełna jest urokliwych dźwięków, niczym wyjętych prosto z przygodowej gry komputerowej. W połączeniu z atonalnymi flecikami mocno sugerują naturalny, światotwórczy efekt, ale tym silniej odsłaniają jego wirtualny, cyfrowy aspekt. Szkoda, że ta niezwykle plastyczna egzo-xeno-muzyka redukowana jest tylko do tła dla Björk. Nieprzypadkowo zresztą jednym z najprzyjemniejszych fragmentów płyty jest początkowe półtorej minuty tytułowej "Utopii". Półtorej minuty zanim Björk nie zacznie śpiewać. Artystka znakomicie sprawdziłaby się jako producentka, art director, content creator, ale już nie jako wokalistka. Świadoma najlepszego elementu tego albumu już zapowiedziała jego specjalną "fletową edycję". I tak oto znów grzęźniemy w kolejnej z przywar późnej Björk, czyli eksploatowaniu swych nie najlepszych przecież płyt do granic wytrzymałości kolejnymi ich wersjami. "Utopia", tak samo jak koncepcja której nazwę nosi, nudzi, nie zachęca do zgłębiania i przynosi nikłe tylko promyki nadziei. 4/10 [Wojciech Nowacki]

9 marca 2016


BJÖRK Vulnicura Strings, [2015] One Little Indian || Gdyby Islandia eksploatowała swoje surowce naturalne tak intensywnie, jak Björk swoje własne albumy, to kraj ten stałby się unoszącym się na powierzchni oceanu wypalonym kawałkiem żużlu. Być może obraz ten przemawiałby do jej publicznie udręczonej duszy, ale ciąg wydawnictw towarzyszących jej regularnym płytom stał się już niespecjalnie atrakcyjną rutyną. Od czasów "Volty" każdy album kontrowany jest albo płytą koncertową, albo płyta z remiksami, albo wszystkim na raz. Nie posądzam Björk o dyskontowanie sukcesu finansowego, na to jest artystką jednak zbyt niszową. Ale baza fanów jest na tyle wierna i oddana, że chętnie przyjmie wszystko, więc idea upominku dla fanów to ta wersja bardziej optymistyczna. Bardzo możliwe jednak, że dla Björk jest to maniakalne podkreślanie "ważności" aktualnego albumu, co już trąci masowaniem ego i lekkim fałszem.

"Vulnicura" była niezaprzeczalnie emocjonalnie trudną płytą, Björk zdarzyło się i uronić łzę podczas wywiadu, i wyrazić obawę, czy będzie w stanie odtwarzać ten materiał na żywo, ba, emocjonalne wyzwanie stało się oficjalnym i jednym z najgłupszych w historii powodów dlaczego album ten początkowo nie znalazł się na Spotify. Powrót do tej płyty i odtworzenie jej w jeszcze surowszej wersji wydaje się zatem z tego punktu widzenia zbytecznym grzebaniem w ranie. Albo więc Matthew Barney wywietrzał już Björk z głowy, albo "Vulnicura Strings" odsłania muzycznie zupełnie nową jakość.


Nie jest to album akustyczny, w typowym bowiem rozumieniu tego pojęcia kryje się przearanżowanie wyjściowego materiału na akustyczne instrumentarium. "Vulnicura Strings" natomiast po prostu usuwa jego część. Muzycznie "Vulnicura" miała dwie części umowne składowe, jednakowo niestety stłumione wokalem: elektronikę za którą odpowiadał Arca i The Haxan Cloak oraz smyczki zaaranżowane przez samą Björk. O ile te drugie stanowiły przyjemne nawiązanie do czasów "Homogenic" to jednak elektronika była elementem znacznie bardziej intrygującym oraz tym, co przyciągnęło do tego albumu w pierwszej kolejności.

"Vulnicura Strings" odsłania nie tyle emocjonalny rdzeń, co niewątpliwe słabości oryginalnego materiału, na "Vulnicurze" efektownie i nabożnie skrywanych. Płyta naprawdę w przeważającej swej części brzmi jak "Vulnicura" pozbawiona większości ścieżek. W efekcie "Mouth Mantra" jawi się jako chaos bez synchronizacji między muzyką a natrętnym sylabizowaniem Björk. "Black Lake", teoretyczne opus magnus, ciążyło już w wersji pierwotnej, tutaj jawi się jako pozbawiony pomysłu i narracji monodram, muzycznie prowadzący donikąd i będący jakąś zwichrowaną wariacją na temat cierpiętniczej poezji śpiewanej. Potwierdza się natomiast, że najlepsze kompozycje ("Lionsong" i "Atom Dance") to te, które najbardziej zbliżają się do piosenkowych form a w wokalu Björk pojawia się choćby zarys melodii, zamiast rutyniarskiego i męczącego już frazowania.

"Stonemilker" prezentuje się po prostu ładnie, ot, smyczkowy standard. "Notget" jako jedyne przynosi tutaj porządną dawkę napięcia, "Quicksand" zaś to jedyna kompozycja, która została zauważalnie przearanżowana i instrumenty smyczkowe zastąpiły elektronikę. I jeśli o "Vulnicurze" pisałem, że jej najsłabszym elementem jest sam wokal Björk, to tutaj potwierdza to całkowicie instrumentalne, niemal siedmiominutowe i bliskie klasycznej awangardzie "Family", po którym następuje ukryta, również instrumentalna, druga wersja "Black Lake", która jednak nie po raz pierwszy służy raczej prezentacji dziwnego instrumentu (viola organista) niż odkrywaniu prawdziwie nowych dźwięków (podobnie jak pipa na "Volcie" czy transformator Tesli na "Biophilii").

Jeśli już koniecznie "Vulnicura" doczekać się musiała remake'u, to Björk miała przed sobą kilka możliwości. Wyeksponowanie elektroniki kosztem smyczków, smyczki zaaranżowane instrumentalnie, nie wspominając o oczywistych remiksach. Kombinacja instrumenty smyczkowe plus głos Björk z tym materiałem i na tym etapie jej kariery nie przynosi niczego, co usprawiedliwiałoby taki powrót do tak specyficznego albumu. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

25 stycznia 2015


BJÖRK Vulnicura, [2015] One Little Indian || “Vulnicura”, najtrudniejsza emocjonalnie dla samej Björk płyta w jej karierze, sama stała się przedmiotem przemocy. Weekendowy wyciek albumu wywołał masowy entuzjazm zachwyconych fanów radośnie pobierających niewydane jeszcze dzieło ubóstwianej przez siebie artystki. Ledwie parę dni po oficjalnym ogłoszeniu znaliśmy tylko tytuły i przybliżony jedynie czas wydania. Zasłużony proces promocji ledwie się rozpoczął, Arca został ogłoszony jako współproducent, The Haxan Cloak jako współpracownik, zapewne w swoim czasie dowiedzieliśmy by się o gościnnym występie Antony’ego.

Nie rusza mnie kwestia piractwa jako dzielenia się wydaną już muzyką, dyskusyjna i na inną okazję, ale odbieranie artyście prawa do kontroli nad prezentacją swego dzieła, to nie tylko kradzież, ale wręcz jego uszkodzenie. Trudno, kochasz Björk i do głosu dochodzą emocje a nie racjonalne argumenty, to wytrzymasz i poczekasz z szacunku do niej. Emocje właśnie dodatkowo podgrzewają atmosferę, „Vulnicura” wstępnie zapowiedziana została jako pamiętnik rozpadu związku, końca miłości i leczenia ran. O prywatnym życiu Björk nie wiemy wiele, bo i też nie musimy, więc początkowo można było pomyśleć, że miał to być kolejny albumowy koncept a nie rzeczywistość. Teraz już wiemy, że chodzi o Matthew Barney’a, jej długoletniego partnera i ojca kolejnego dziecka, który swego czasu stał za jej przemianą w pokrytego wazeliną wieloryba a jeszcze w książeczce do „Biophilii” przesyłała mu strong love to my mutual core. Dziś Björk płacze w wywiadach opowiadając dwa miesiące za wcześnie o nowej płycie, ale zmierzyła się z tym nadużyciem dziękując za zainteresowanie i natychmiast oficjalnie wydając album na iTunes.

Wobec wielkich i ulubionych artystów pewnie zawsze będę nieusatysfakcjonowany i najbardziej krytyczny. Radiohead nie osiągną poziomu „Kid A”, Björk nie powtórzy już klasycznej i definiującej dźwięk lat dziewięćdziesiątych trylogii „Debut” – „Post” – „Homogenic”. Wszystkie elementy składowe jej muzyki, melodie, awangarda, przebojowość, produkcja, na późniejszych płytach już tylko fluktuowały, ale z tych wahnięć za każdym razem rodził się zupełnie inny album, Björk zatem zapewnie nigdy nie przestanie zaskakiwać i chwała jej za to. Więc choć „Vulnicura” dzieli podobne bolączki z każdą z ostatnich płyt, to pojawiające się naturalne porównania do „Homogenic” (bo smyczki i bity), „Vespertine” (bo emocjonalnie i intymnie), czy „Medúlli” (bo awangardowo i nieprzystępnie) a nawet „Drawing Restraint 9” (bo cień Barney’a) nie mają na szczęście większego sensu.

Zaaranżowane przez Björk smyczki są nie tylko świetnie wyprodukowane, ale sprawiają naprawdę poruszające wrażenie. Prawda, od pierwszych dźwięków „Stonemilker” niezaprzeczalnie przypominają „Homogenic”, nawet niby-refren niemal dosłownie cytuję „Jógę”. Nie są jednak upiększającym wypełniaczem, ale głównym nośnikiem emocjonalnego ładunku albumu. Miejscami nabierają wręcz ilustracyjno-soundtrackowego charakteru, zwłaszcza tam, gdzie Björk okazuje się za mało elastyczna do prowadzenia zasadniczej części narracji, jak w mającym być opus magnum płyty dziesięciominutowym „Black Lake”. We fragmentach blisko im do współczesnej muzyki konkretnej, która w połączeniu z ciężkim ambientem i elektronicznymi dronami w „Family” robi bardzo silne, upiorne wręcz wrażenie.

Arca jest jedynie współproducentem, The Haxan Cloak dołączył dopiero na etapie miksu i wyraźniej odznaczył na wspomnianym „Family”. Podkłady brzmią fantastycznie, schowane są jednak w tle i najlepiej do nich dotrzeć przy pomocy potężnych słuchawek. Jeśli ktoś spodziewa się, że „Vulnicura” to Arca z Björk na wokalu może poczuć się rozczarowany. Nie, Björk czerpie z ich talentów w takim samym stopniu jak czerpała z Matmos na „Vespertine”. Efekt jednak jest jej muzycznie najbardziej satysfakcjonującym dokonaniem od ponad dekady, nie ma tu śladu chaosu i przeprodukowanie „Volty”, nie ma też okazjonalnej pustki „Biophilii”.

Nie ma też piosenek. W jednej z bardziej kuriozalnych recenzji, można było przeczytać, że „Vulnicura” jest płytą „urokliwą” oraz że jest zestawem piosenek właśnie. Serio, rozdzierające smyczki, awangardowa elektronika i intymne, najbardziej mięsiste w karierze Björk teksty (every single fuck we had togehter w „History Of Touches”) mają być „urokliwe”? Tam jednak, gdzie „Biophilia” przynosiła faktycznie kilka najlepszych piosenek w jej karierze, „Vulnicurę” wypełniają długie kompozycje o bardzo luźnej strukturze, sięgające sześciu, ośmiu, dziesięciu minut a nawet trzyminutowe „History Of Touches” nie posiada konstrukcji piosenki. Nie tylko bowiem konstrukcja tworzy piosenkę, tworzą ją też melodie i jest to kolejny element, którego „Vulnicura” nie dostarcza.

Najlepszy na płycie „Lionsong”, choć sięga ponad 6 minut, to zawiera najbardziej melodyjny i chwytliwy wręcz refren maybe he will come of this loving this, który, co wyjątkowe u późnej Björk, niemal chce się śpiewać. Zaskakująco ślad melodii pojawia się w mrocznym, pełnej atonalnej elektroniki „Notget”. Wreszcie „Atom Dance”, jeden z nielicznych tu utworów, który wydaje się w jakiś sposób eskalować, jest w końcu prawdziwie zadowalającym przykładem współpracy Björk z Antonym Hegartym, o ile ciekawszym od mdłych i rozwleczonych utworów z „Volty”.

Elementem, który tutaj zawodzi jest jednak znów sama Björk, która na swych trzech pierwszych albumach dostarczała intrygujące, ciekawe i różnorodne wokale, ale ma z tym trudności już od czasów „Vespertine”, gdzie brzmiała jak marznąca na śniegu staruszka. Paradoksalnie, to uchodząca jak dotąd za najtrudniejszą „Medúlla”, przynosiła autentycznie przebojowe i wielobarwne wokale. Tym większym rozczarowaniem była „Volta”, w tym tkwiły też słabości części „Biophilli”. Björk na „Vulnicurze” znów praktycznie nie śpiewa, ale upaja się niezmiennym frazowaniem, sylabizowaniem, czy wręcz skandowaniem, co szczególnie przeszkadza, gdy dzieje się to w totalnym oderwaniu od towarzyszącej jej w tle muzyki.

Mimo to, mam silne wrażenie, że „Vulnicura” będzie albumem, do którego będę wracał częściej niż do „Biophilli”, podobnie jak po latach zaskakująco chętnie wracam właśnie do „Medúlli”. „Biophilia” ma jednak obiektywną przewagę w większej przystępności i uniwersalności, co w połączeniu z kompleksowym przekazem było autentyczną siłą tej płyty. „Vulnicura”, przez swój diametralnie inny, choć równie kompleksowo przepracowany przekaz jest również albumem znaczącym. Godzina z Björk w tym wypadku, mimo muzycznie lepszej propozycji niż „Biophilia”, to o jakieś dwadzieścia minut za dużo. Gdyby poskracać dziewięć zawartych na „Vulnicurze” utworów, dopiero wtedy można by było mówić o albumie wybitnym. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

11 stycznia 2015


BJÖRK Biophilia Live, [2014] One Little Indian || “Biophilia” od samego początku była konceptem przeznaczonym do totalnego wyeksploatowania. Nie można więc mieć za złe Björk, że album ten przejawił się w każdej możliwej formie. Poczucie wymęczenia może rodzić jedynie rozciągnięcie tego procesu w czasie. Regularny album, wcześniej zresztą w postaci aplikacji, ukazał się w 2011 roku, wybór remiksów już rok później, wersja filmowo-koncertowa, po okresowej kinowej dystrybucji, wydana została pod koniec roku 2014.

W czasie zatem, gdy zupełnie naturalna staje się niecierpliwość związana z oczekiwaniem na nowy album, skutecznie zresztą podsycana doniesieniami o wkładzie współpracowników (Arca, The Haxan Cloak), otrzymujemy dopiero koncertową formę poprzedniego. Okres „Volty”, płyty zdecydowanie nie zaliczanej przeze mnie do najbardziej ulubionych, zwieńczony został jednak w sposób celniejszy i bardziej intensywny, choć bez kluczowego dla „Biophilii” patosu. „Voltaïc” jako kropka za „Voltą” sprawdzał się nie tylko dlatego, że za jednym razem oferował kompleksowe podsumowanie, remiksy, żywe wykonania, teledyski, film koncertowy, ale przekonywał, że cierpiący na głównie produkcyjne bolączki materiał wyjściowy miał jednak znacznie większy potencjał. „Biophilia Live”, rozpatrywana wyłącznie od muzycznej strony, nie wnosi niczego nowego do znanej już od trzech laty płyty, wręcz przeciwnie, pokazuje jej starzenie się i potrzebę wyruszenia w nowe kierunki.


„Biophilia”, głównie dzięki stojącemu za niej przekonywującemu na wielu poziomach konceptowi jedności muzyki, natury i technologii, nadal jawi się jako stosunkowo najlepsze studyjne dokonanie Björk w XXI wieku. Kompozycje okazują się jednak wyjątkowo skromne a potencjału nie wydobyły z nich ani zebrane na „Bastards” remiksy ani żywe wykonania. Niemelodyjny i rozwlekły „Thunderbolt” na początek koncertu to nienajlepszy wybór, umieszczone po sobie w środku setu „Hollow” i „Dark Matter” brzmią równie pusto i nieangażująco co na płycie. Koncertowa „Biophilia” obiecuje wyjątkowe przeżycie, tymczasem porozciągane utwory z tego albumu ani nie układają się w jakąś wciągającą narracje ani nie budzą większych emocji. Na szczęście urokliwe „Virus” i „Moon” oraz najżywsze „Crystalline” i „Mutual Core” nie brzmią ani lepiej, ani gorzej niż z płyty.

Przyznaję, najbardziej interesowało mnie, jak w epoce „Biophilli” prezentować się będzie starszy materiał. Niemal nie ma tu znanych i klasycznych piosenek, do dziś niezrozumiała jest dla mnie koncertowa słabość Björk do „Sonnets/Unrealities”, ale z niesłusznie niedocenianej „Medúlli” otrzymujemy też „Mouth’s Cradle”, które spokojnie można postawić obok starszych, największych przebojów. „Declare Independence”, jedyny zachowany z „Volty”, jawi się jako koncertowy pewnik, wyjątkowo zaś cieszy „Nattura”, zadziorna, kanciasta piosenka, która swego czasu nakreśliła ideę „Biophilii”. Nie jest przypadkiem, że prawdziwy entuzjazm niemal niesłyszalnej dotąd publiczności przejawia się wraz z klasyczną „Isobel”. Podobnie w przypadku „Possibly Maybe” i „One Day”, może nie najbardziej oczywistych, ale zaadaptowanych na potrzeby „Biophilii” niewątpliwie dzięki ich podobnie luźnej strukturze i skromnemu brzmieniu.

"Biophilia Live" miała być i jest zwieńczeniem projektu. Szkoda jednak, że nic do niego nie wnosi, tak jak „Voltaïc” swego czasu rozgrzeszył „Voltę”. Oczywiście, głównym jej elementem jest koncertowy film, choć i ten w świetle bombastycznych zapowiedzi nieco rozczarowuje przeciętnym montażem i ciasnymi ujęciami. Niemniej w kolekcji fana będzie to pozycja obowiązkowa a nowi być może przybędą wraz z powstającym właśnie kolejnym albumem studyjnym. 6/10 [Wojciech Nowacki] 

11 marca 2013


BJÖRK Bastards, [2012] One Little Indian || Płyty z remiksami są stałym elementem dyskografii wielu artystów. Niby nie tak istotnym jak albumy studyjne, podobnie jak płyty koncertowe (z wyjątkami) kierowane niemal wyłącznie do fanów, ale zawsze wyczekiwanym. Dlaczego? Bowiem im lepszy materiał wyjściowy, tym większe oczekiwania. Załóżmy że mamy płytę którą lubimy a znajdują się na niej utwory od których ciarki przebiegają nam po kręgosłupie. Omdlewamy więc na samą myśl o tym, że ktoś mógłby je zrobić jeszcze lepiej. W przypadku słabszych zaś kompozycji mamy jasne wyobrażenia czego im do wielkości brakuje. Dlatego albumy remiksowe najczęściej zawodzą.

Chlubnym wyjątkiem jest „A Wrenched Virile Lore” Mogwai, które elementy „Hardcore Will Never Die, But You Will” przekształciło w zupełnie nową jakość. Jednym z najbardziej udanych albumów tego typu jest też… „Born This Way: The Remix” Lady Gagi, pokazujący jak eurodance’owe kompozycje z „Born This Way” brzmią zaaranżowane wg najlepszych kanonów współczesnej alternatywnej elektroniki. Björk poszła natomiast drogą zbliżoną do Radiohead. Po serii singli z remiksami przyszedł czas na kompilacyjną płytę. „TKOL RMX 1234567” to dwa dyski wariacji na temat wokaliz Yorke’a. Jak zatem wypadają „Bastards”?

Z pewnością bardziej różnorodnie. I tutaj jednak nie znajdziemy żadnego miażdżącego nas objawienia. Niestety, najbardziej zapamiętywalnymi fragmentami są dwa utwory z udziałem Omara Souleymana. Zapadają w pamięć bo, przyjamniej mnie, bezbrzeżnie irytują. Nigdy nie zrozumiem fenomenu Syryjczyka, który postanowił zrobić karierę objeżdżając alternatywne festiwale. Jakkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że najzwyczajniejsza w świecie i morderczo niezmienna muzyka arabska może być dla kogoś atrakcyjną stylistyką.

Do połowy albumu nie dzieje się nic specjalnie zajmującego. Etniczne wokalizy powracają w „Mutual Core” w wersji These New Puritans. „Virus” w remiksie Hudson Mohawke brzmi odrobinę jak Björk w ciuszkach M83. Ciekawiej zaczyna się robić wraz z pojawieniem się niezawodnego Matthew Herberta. Jego „Mutual Core” strukturą nie odbiega od oryginału, jest po prostu mocniejszy i stylowy. Dead Grips po nieudanym „Sacrifice” zrehabilitowali się w elektronicznym „Thunderbolt”, wreszcie brzmiącym zdecydowanie inaczej niż pierwotna wersja. Nie zawiódł też Alva Noto, którego „Dark Matter” brzmi jak dostojne, instrumentalne intro. Ciekawie, wręcz zabawnie, prezentuje się też podejście The Slips do „Moon”, zamienionego w wesołą, pozytywną elektro-piosenkę oraz dubstepowy wręcz remiks „Solstice” od Current Value.

Najlepiej potraktować „Bastards” jako zakończenie okresu „Biophilli”. Nie udał się projekt zebrania funduszy na konwersję słynnej aplikacji na Androida, szkoda, ale dla Björk najwidoczniej nadszedł czas by ruszyć dalej. 5/10 [Wojciech Nowacki]

30 października 2011


BJÖRK Biophilia, [2011] One Little Indian || Po Björk, podobnie jak po Radiohead, wszyscy oczekują kolejnych muzycznych rewolucji. Wobec artystów o takim statusie jest to całkiem zrozumiałe. Podobnie jak to, że późniejszy podział na ukontentowanych i rozczarowanych jest wprost proporcjonalny do nadmiernych oczekiwań. Czy Biophilia będzie dla Björk tym czy The King of Limbs stało się dla Radiohead?