Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorillaz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorillaz. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2018


GORILLAZ The Now Now, [2018] Parlophone || "The Now Now" to "The Fall" po raz kolejny. Zarówno warunki wydania, jak i stojąca za tymi płytami filozofia są niemalże identyczne. Oba albumy ukazały się niemal niespodziewanie i wyjątkowo szybko po swoich poprzednikach. Oba należą do dość spontanicznej i niezbyt jednak potrzebnej kategorii "ze szkicownika Damona Albarna", zapoczątkowanej niegdyś już przez "Democrazy". Wreszcie po raz kolejny tenże notatnikowy charakter wynika nie tyle z trapiącej Albarna w ostatnich latach niefiltrowanej nadprodukcji, co z ciągłej fascynacji Stanami Zjednoczonymi i melancholijno-obserwacyjnego podróżowania od hotelu do hotelu. O ile jednak "The Fall" jako iPadowy eksperyment i szkicownik z podróży od samego początku pozycjonowane było lekko jako album trzeci i pół, o tyle na "The Now Now" ciąży znacznie większa presja. Jako pełnoprawny szósty album Gorillaz zatrzeć ma niedobre wrażenie po "Humanz".

I udaje się to, przy okazji ujawniając kolejne podobieństwo do "The Fall". Tamta płyta również po plejadzie gości na "Plastic Beach" zwracała się w stronę samotniczego wokalu Albarna. "Humanz" było płytą złą na wielu poziomach i przeładowanie gośćmi było tylko tym najbardziej oczywistym, ale i tutaj reakcja w postaci nacisku gwałtownie położonego tylko na głos Albarna to niewątpliwa ulga. Już początek płyty sugeruje całość znacznie lżejszą, o zamierzeniach niekoniecznie równie ambitnych co "Gorillaz" i "Demon Days", ale w albarnowym świecie będącą ekwiwalentem płyty na lato. Słoneczne "Humility" nie niesie może jakoś porywająco przebojowa melodia, ale uwolniona atmosfera, ładna produkcja i przyjemnie wpleciona gitara po przyciężkim i przeprodukowanym "Humanz" działa naprawdę odświeżająco. "Tranz" to wreszcie mocniejsza kompozycja, niepozbawiona rytmiki i efektownego napięcia. Ba, nawet "Hollywood" ma sens, bo gość tak charakterystyczny jak Snoop Dogg wyróżnia się tylko jeśli jest umiejętnie dawkowany, poza tym piosenka nieśmiało wkracza na house'owe terytoria Hercules & Love Affair.


Szkoda zatem, że później objawiają się inne typowe dla Albarna bolączki i w efekcie "The Now Now" faktycznie kończy jako nieinwazyjna płyta na jedno lato. W miarę spójna i przystępna, wydaje się próbować wszystkiego po trochu i brakuje jej odwagi do głębszego zanurzenia się w którąkolwiek ze sygnalizowanych stylistyk. Większość pozostałych kompozycji okazuje się albo przyciężka, albo niezapamiętywalna, albo tak szkicowa, że potencjał do rozwinięcia w ciekawsze utwory w nich istotnie tkwi, ale w zalążkowej tylko formie. Dopiero "Souk Eye" na sam koniec okazuje się rzeczą prawdziwie przemyślaną, z łatwością mogącą uchodzić za część bardziej skupionej całości. Tropikana rodem z windy początkowo zwodzi, ale coś się w niej czai i utwór wreszcie eskaluje nabierając całkiem niezłego rozmachu.

Ze skupieniem Albarn miewa ostatnio problemy, "Everyday Robots" i "The Magic Whip" jasno pokazują, że jego muzyczna nadprodukcja przefiltrowana musi być przez zespołową wrażliwość. Problemem samych Gorillaz jest natomiast kwestia tożsamości. Na dwóch pierwszych albumach, różnorodnych, awanturniczych, ale spójnych, dzięki unikatowej atmosferze z łatwością można było uwierzyć w istnienie wyimaginowanego zespołu. "Plastic Beach" jako model Albarn + goście mogło się jeszcze sprawdzać, ale dziś już wiemy, że doprowadziło to do monstrualnego "Humanz". I tak oto zostajemy z "The Now Now" jako z kolejnym zeszytem pomysłów Albarna. Mimochodem, wracając do kluczowego dla niego okresu przełomu wieków odkryć można, że "Think Tank", ówcześnie "dziwna" płyta Blur, dziś sprawdziłaby się doskonale jako album Gorillaz właśnie. Sprawdźcie sami. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

7 lipca 2017


GORILLAZ Humanz, [2017] Parlophone || Zakładając, że w początkach XXI stulecia Gorillaz było czymś więcej niż substytutem Blur, pamiętać należy o dwóch najważniejszych aspektach sukcesu tego, fikcyjnego przecież, zespołu. Po pierwsze, silne osadzenie w przebiegającej równolegle internetowej rewolucji. Odbiór muzyki poprzez radio, przegrywane kasety, wypalane płyty, muzyczne miesięczniki zastępowany był przez rosnącą blogosferę, flashowe strony, pierwsze gify, YouTube'a, torrenty i sieciowy marketing, którego inkorporującą te wszystkie fenomeny forpocztą byli właśnie Gorillaz. Po drugie, co wydawać się może szczególnym paradoksem w przypadku zespołu, który nie istnieje, wyjątkowe znacznie miała jego tożsamość. Przy całej swej kalejdoskopowej różnorodności piosenki Gorillaz z łatwością mogły uchodzić za kompozycje rzeczywistej formacji z ukształtowanym spójnym brzmieniem, nie zaś za producencki projekt Damona Albarna.

Nawet "The Fall", album, który za regularną płytę Gorillaz można uważać w takim samym stopniu, w jakim za solowy debiut Albarna uchodzić może "Democrazy", wpisywał się w ten kontekst eksperymentując z uchodzącymi wtedy za technologiczną nowość mobilnymi aplikacjami i iPadem. Animowana tożsamość Gorillaz zaczęła się jednak rozwadniać już na "Plastic Beach", pierwszej płycie, która nie miała powstać (jeśli ktoś pamięta jeszcze deklaracje, że "Demon Days" miało być drugim i ostatnim albumem formacji). Albarn nie tylko zaczął wtedy występować z żywym zespołem, porzucając koncertowe skrywanie się za ekranami z animacjami, ale i zdecydowanie przekształcił Gorillaz w platformę do kolaboracji i plejady gościnnych występów. "Plastic Beach" było wyraźnym rozczarowaniem, ale znalazło się na tej płycie przynajmniej kilka wyraźniejszych przebojów oraz charakterystyczne poczucie humoru. "Humanz" nie oferuje już żadnej z tych rzeczy.


Słuchaniu tej płyty często towarzyszy dość silne poczucie zażenowania i konieczność usprawiedliwienia się w oczach przygodnych słuchaczy, że nie, nie słucha się właśnie amerykańskiego radiowego popu pośledniego sortu, ale muzyki wywodzącej się jednak w jakiś sposób z kręgów alternatywy. Pojawia się też złość, zagęszczenie hip-hopu jest bowiem tak wielkie, że sprzeciw zarówno wobec jako ilości, jak i jakości, spycha nas niemal na konserwatywno-terazrockowe pozycje. Problemem jest jednak zarówno przesyt, jak i jego przeciętność, szereg hip-hopowców zabija bowiem kluczową niegdyś dla Gorillaz różnorodność (gdzie podziały się gospel, disco, punk, dub?), płoży się ponadto na wyjątkowo przeciętnym muzycznym tle.

O lenistwie Albarna pisze się często w kontekście jego charakterystycznego wokalu, ewentualnie rozczochranej aparycji, ale dotyczy też zdolności kompozycyjnych, czemu paradoksalnie towarzyszy bipolarna niemal nadpobudliwość. Stąd też mamy pozbawione filtra szkicowe wydawnictwa w rodzaju "The Fall" i "Democrazy", ale też niezliczone projekty, zespoły i kolaboracje. Nie jest więc przypadkiem, że najlepsze tytuły z udziałem Albarna to te, w których nie jest pozostawiony sam sobie ("Magic Whip" vs "Everyday Robots") lub podporządkowuje się odgórnej idei ("Dr Dee"). Zarówno jego geniusz, jak i lenistwo, przejawia się w tym, że zdolny jest do stworzenia zjawiskowego wersu, przebojowego motywu, obezwładniającego zaśpiewu, ale często brakuje mu sił do rozwinięcia pojedynczego przebłysku w pełnoprawną kompozycję. I tak oto odkrywamy klucz do "Humanz", płyty, na której lepsze lub częściej jednak słabsze wyjściowe pomysły Albarna pociągnięte zostały przez dość męczący szereg gości.


W efekcie nowy album Gorillaz brzmi jak przydługi hip-hopowy mixtape z okazjonalnym featuringiem Damona Albarna. Otwierające go utwory "Ascension" i "Strobelite" jeszcze zachowują jakąś świeżość, ale chałupnicze "Saturn Barz" już drażni impresją taniego alkoholu i brudnego klubu. Kelela w "Submission" udanie nawiązuje do udziału Little Dragon na "Plastic Beach", co i tak popsute zostaje hip-hopem nie do powstrzymania. Wokale Albarna są co najwyżej symboliczne, dopiero gdzieś w połowie albumu zyskuje sobie więcej przestrzeni, ale z efektami przypominającymi najmniej fascynujące i najbardziej ckliwie fragmenty jego solowej płyty i ostatniego Blur ("Busted And Blue"). Z dwoma wyjątkami reszta albumu przemija jako przeciętna, przyciężka masa. Jedynie "Charger" z udziałem Grace Jones intryguje swoją wciągającą anty-przebojowością, zaś "We Got The Power" z Jehnny Beth z Savages wreszcie przynosi odrobinę (bo trwa zaledwie dwie minuty) dawnej ekstatycznej, komiksowej energii Gorillaz. Właśnie, przeciętność kompozycji to tylko część problemu, gorzej, że tylko nieliczne brzmią jak piosenki Gorillaz  a jeśli już, to na poziomie dawnych B-side'ów ("Andromeda").

"Humanz" jest więc płytą nie tylko bez kontekstu, ale i bez tożsamości. Nie ma na niej przebojów, nie ma barwnych pomysłów, nie ma zbyt wiele Albarna, nie ma tu już Gorillaz. Przegrzane oczekiwania oczywiście przesadnie wydźwignęły ten album w momencie premiery, ale większość singli została hurtowo udostępniona jeszcze przedtem, dziś więc o płycie już się nie mówi, nie pisze i niespecjalnie wierzę, że się jej słucha. Jedynym jej wymiernym efektem było natychmiastowe nakręcenie sprzedaży biletów na tegoroczne koncerty Gorillaz, czymkolwiek ten zespół jest obecnie na scenie. To jednak nie piosenki z "Humanz" będą po nim oczekiwane. 3.5/10 [Wojciech Nowacki]

10 grudnia 2011


GORILLAZ The Fall, [2011] Parlophone || Nie macie zielonego pojęcia, jak wielce byłem zdziwiony ukazaniem się tego krążka. Między wydaniem „Demon Days”, a „Plastic Beach” minęło 5 lat, dlatego nie ma nic dziwnego, że z początku niedowierzałem, że Damon Albarn w nieco ponad pół roku przygotował całkiem nowy materiał, nie będący, tak jak we wcześniejszych przypadkach, zbiorem B-side-ów z ostatniej płyty. Pomimo, że Gorillaz ma u mnie dożywotni kredyt zaufania, to przeczucia co do tego albumu miałem nieco dwojakie. Bo czy ktoś, mający na głowie kilka innych projektów muzycznych, a dodatkowo będący w dalszym ciągu w trasie koncertowej promującej poprzedni krążek, może nagrać dobry materiał?