Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khoiba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khoiba. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2021


Nie mieszkam już w Pradze, niestety. Są takie momenty w życiu, choć ten trwał ponad półtora roku, gdy pewne rzeczy, nawet tak podstawowe jak obcowanie z muzyką i o niej pisanie, ulegają niekoniecznie chcianemu zawieszeniu. Nie oznacza to jednak, że w tym zwichrowanym okresie nie rejestrowałem żadnej nowej muzyki, stąd pokaźna lista zaległych recenzji, ale i czeskich nowości o których nie można nie wspomnieć. Z powrotem do pisania powraca i Bohemoflia, w paru najbliższych wydaniach będziemy więc nadrabiać solidne zaległości. Może nie mam już tak bezpośredniego dostępu do czeskiej sceny, ale z pomocą internetu i szeregu muzycznych serwisów możemy cieszyć się fenomenem tamtejszego rynku równie owocnie jak do tej pory.

Chłopaki z Himalayan Dalai Lama wygrali w 2016 roku Czeching, eksportowy konkurs praskiego Radia Wave, i o ile zarówno zasadność tego typu konkursów, jak i ich skuteczność, jest dość dyskusyjna, o tyle wzmogło to tylko oczekiwania przed wydaniem albumu "Orange Coloured Rose Leaves". Płyta ukazała się oczywiście i na pomarańczowym winylu, przyniosła też elektronikę różnorodniejszą i bardziej melancholijną niż na dość prostolinijnym debiucie "Lama". Dalszy rozwój obserwować będziemy mogli już wkrótce, bo duet właśnie ogłosił zakończenie nagrywania kolejnej płyty.


Na debiucie "Under Quiet" można było się jeszcze pokusić o doszukiwanie się alternatywno-popowych ambicji Never Sol. "Chamaleo" również ukazało się nakładem Supraphonu, największego czeskiego wydawcy, ale album ten to pełne i głębokie zanurzenie w smutek czeskiej klubowej sceny. Minimalizm, senne bity, kruchy śpiew, silny nacisk na granie raczej z ciszą niż z dźwiękiem, przede wszystkim zaś przydymiona atmosfera najmodniejszych praskich miejsc, z których powraca się do jasnych mieszkań wypełnionych starannie wypielęgnowanymi roślinami.


Debiutować można tylko raz, zwłaszcza w tak, bez przesady mówiąc, historyczny sposób jak Manon Meurt. Zespół własnoręcznie jest odpowiedzialny za charakterystycznie czeski revival shoegaze'u jako rockowej estetyki, czego symbolicznym momentem było nie tyle wydanie pierwszej płyty, lecz występ przed My Bloody Valentine. "MMXVIII", formalnie pierwsza ich płyta długogrająca, przyniosła oczywiście znacznie pełniejsze brzmienie. Za to odpowiada Jan P. Muchow, niegdyś lider shoegaze'owej legendy The Ecstasy Of Saint Theresa, która w latach dziewięćdziesiątych zwróciła uwagę samego Johna Peela z BBC, naturalnie więc z produkcją poradził sobie znacznie lepiej niż z ostatnim albumem Kieslowski. Manon Meurt są tymczasem po prostu zbyt dobrzy, żeby traktować ich jak przelotną modę, w muzyce ich znajdziemy i charakterystycznie shoegaze'owy efekt "wciąganej taśmy", i całkiem epickie gitary, co jednak na "MMXVIII" zaskakuje, to fascynująca bliskość Low.


Właściwie nie chciałem pisać o kolejnych albumach grupy Květy, w końcu to jeden z moich ulubionych czeskich zespołów, wolę więc ich nie deprecjonować informowaniem o wszystkich ich pobocznych i darmowych wydawnictwach. Wydane pod szyldem YM płyty "Lorenzovi Hoši" i "Japonec" oferują jednak znakomity wgląd w brzmienie i tożsamość grupy, tutaj wyraźnie rozszczepionej. Za pierwszą w całości odpowiada Martin E. Kyšperský, utrzymana jest więc w duchu pogodnie alternatywnego country, drugą zaś napisał Aleš Pilgr i ta eksploruje electropopową stronę ich eklektycznej, macierzystej formacji.




Lazer Viking przyzwyczaił nas do muzyki frywolnej, pozornie śmieszkowatej, ale z wdzięcznym rozsądkiem odnoszącej się do rockowych tradycji. Zawsze też u niego pełno autentycznych emocji i w tej właśnie sferze wyczuwalne jest na płycie "Drag" największe pęknięcie w stosunku do "Flesh Cadillac" i nagranego jeszcze pod starym szyldem "Radical Karaoke". Spójrzcie choćby na tytuły piosenek, "The Last Waltz", "Monument Of Doubt", "Partnerless In Crime". To nadal rockowy dansing, ale w tej fazie, gdy ekipa sprzątająca z wolna zaczyna wyganiać ostatnich zrozpaczonych gości z baru.


Po pamiętnych "Artefaktach", pomimo krążących ówcześnie plotkach o szybkim wydaniu części drugiej, chłopaki z post-hudby rozeszli w stronę działań solowych. Dominik Zezula poświęcił się swej wielkomiejskiej poetyce w projekcie Děti mezi reprákama, Tomáš Havlen zaś wydał drobnostkę pod szyldem Spomenik, przede wszystkim jednak rozwinął się jako znakomity producent. Wbrew tytułowi album "Není se na co těšit" na nowo wypełnia wieloletni brak praskiego nerwu, przeżyć i obserwacji, (post-)muzyką jakby nieco niż dotąd cieplejszą, ale jeszcze pełniejszą dźwiękowych faktur i, jak na skalę duetu, miejscami nawet intymnie epicką ("Smrt Letný (I, II, III & IV)").



Powrót po ponad dekadzie Khoiby jest fascynujący nie tylko w skali czeskiego rynku, ale i z powodu tajemniczej grupy fanów ich muzyki rozsianych z jakiegoś powodu po całym świecie. Od czasu do czasu natykam się na osoby pamiętające głównie płytę "Nice Traps" z 2004 roku, a to w Polsce, a to w Stanach, Khoiba zatem jakimś cudem dokonała wtedy wyjścia poza lokalne granice, co jest nie tylko niezwykle ciekawe, ale i w pełni zasłużone. To właśnie jeden z doskonałych przykładów na czeską akceptację elektroniki w szeroko rozumianym mainstreamie. "Khoiba" jednak jest płytą tylko flirtującą z popową melodyką, ale tym razem łamiącą ją dźwiękowymi teksturami prosto ze skąpanych w nerwowowej melancholii dzisiejszych praskich klubów. Oby i uśpieni po latach fani odkryli ją znów dla siebie!


Lubimy Sundays On Clarendon Road, nawet bardzo lubimy. Niepozorny duet zachwycił świetnym  songwritigiem o chwytliwości na światowym wręcz poziomie na albumie "Unward", później zaś na epce "Pale Blue Dot". Płyta "Solid State", śpiewna jak zawsze, mniejszą nieco uwagę tym razem poświęca zmysłowi melodycznemu kompozycji, skupiając się silniej, choć może i lekko chaotycznie, na brzmieniowych poszukiwaniach i aranżacyjnych eksperymentach, od ejtisowego popu przez elektronikę po współczesne indie. Do tego jedynym fizycznym nośnikiem na jakim się ukazała jest... warzywna zupa z makaronem, nadal dostępna do zakupienia, miejmy więc nadzieję na jej długi termin przydatności do spożycia.



[Wojciech Nowacki]

16 czerwca 2017


Nadal mamy spory zapas nowości, którym przyjrzymy się dokładniej, choć znając tempo mojej refleksji nowościami do tego czasu być przestaną. W ostatnich miesiącach obok płyty Zrní z pewnością najważniejszym powrotem są Květy i ich pierwszy album zarejestrowany w odmienionym składzie, ale już teraz zatrzymać się musimy przy kilku tytułach, rozpoczynając od najatrakcyjniejszego ostatnio przykładu czesko-polskiej przyjaźni.

Remiksy ukazują wszechstronny potencjał kompozycji ba:zel. Dizzcock okazuje się zaskakująco kojący ze swą atmosferą północnego miasta, Mary C z Martinem Tvrdým proponują bardziej rozedrgane i lekko niepokojące podejście, Ježiš táhne na Berlín intensyfikuje brzmienie aż po granice agresywności a Lovenius sugeruje dla przeciwwagi deep-house'ową abstrakcję. Oryginalny utwór "Pace" przypomina jednak o swych neoklasycznych korzeniach, jakby zaś tego było mało, nowa wersja "Mandatory" dodaje jeszcze synth-popowe składniki do tej różnorodnej całości. Niemniej "RMX" pozostaje całością spójną i w tym własnie objawia się stylowość ba:zel. Nawet jednak tak zręczna epka nie jest w stanie przygotować nas na zjawiskowość "Scene 7", premierowego materiału duetu i pełnoprawnego następcy "eye draw​(​s) the line". Uwodzicielski przecież poprzednik w porównaniu ze "Scene 7" wydaje się wręcz nieśmiały, bowiem na każdym niemal polu ba:zel są po prostu odważniejsi. Wokal Eweliny jest pełniejszy, produkcja zdecydowanie klarowniejsza niż na zamglonym "eye draw​(​s) the line", okazjonalna gra na pianinie jeszcze bardziej wyrafinowana, brzmienie zaś po prostu bogatsze, głębsze a w robiącym największe chyba wrażenie "Marschfield" niemal bitewnie wojownicze. Talent do dźwiękowego designu kulminuje zaś w siedemnastominutowym dark-ambientowym utworze finałowym.



Po zeszłorocznej epce "Endian" Słowacy z Bulp debiutują długogrającym albumem "Yrsa". W tej zręcznie wyprodukowanej pigułce skupiają się liczne fascynacje czecho-słowackiej elektroniki paru ostatnich dekad: popowa melodyczność czeskiej elektroniki lat dziewięćdziesiątych (patrz: Prince Of Tennis), do dziś kultywowane słowackie nu-jazzujące downtempo (patrz: Autumnist) i przebojowość alternatywno-elektronicznego pogranicza Radiohead-Moderat. Przy okazji, z nowym singlem "Stoke The Fire" po wieloletnim milczeniu powróciła Khoiba, jeden z tych zespołów, które w znacznej mierze wpłynęły na tak inne niż w Polsce postrzeganie elektroniki. Wracając na Słowację, na główną siłę netlabelu Gergaz zdecydowanie wyrasta formacja Fallgrapp. Ich drugi album sięga do podobnych tradycji co ich krajanie z Bulp podkreślając tylko jak świetnie ma się tam tego typu muzyka. "V hmle" jednak uzupełnia te brzmienia o znaczący żywy pierwiastek. Zręcznie w całość wkomponowane smyczki oraz słowackie wokale zamiast imitować folklor tworzą raczej jego współczesny odpowiednik.



Antidotum na jakąkolwiek pretensjonalność jest tylko jedno. Kuba. Czegokolwiek się nie tknie zmienia się w zroszone potem czyste muzyczne złoto. Obfitym potem, aktywności Kuby Kaifosza są bowiem tak intensywne, że plan wydawniczy ma już przygotowany najprawdopodobniej przynajmniej do 2034 roku. Zespół Wild Tides na wysokości płyty "Hung Loose" popadać zaczął w szkatułki, błyskotliwa rewitalizacja przyszła zatem wraz z początkiem kariery solowej, najpierw jako Boy Wonder & The Teen Sensations, potem jako Lazer Viking. Ani krytyka, ani publiczność nie zdążyły jeszcze ochłonąć a tu powrócili Wild Tides zaskakując podwójnie. Po pierwsze, czeskie wokale, co w Republice Czeskiej, kraju, przypominam, czeskojęzycznym, spotkało się z podejrzeniami o żartobliwą pastiszowość. Po drugie zaś, co znacznie ważniejsze, rozpiętość stylistyczna "Sbohem a šáteček" w połączeniu z intensywnością albumu przyprawia wręcz o zawroty głowy. Piosenki sięgają od półtorej do czterech minut, ale doszukać się w nich można niemal każdego chwytu stylistycznego z historii muzyki rockowej, od rock'n'rolla przez swojski bigbit lat sześćdziesiątych i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych po country, folk i metal. I cała maestria tkwi w tym, że nie brzmi to jak popartowy mixtape, lecz spójny, rockowy album, jeden z najlepszych i najżywotniejszych jakie możecie usłyszeć w tym roku. [Wojciech Nowacki]