Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wild Tides. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wild Tides. Pokaż wszystkie posty

16 czerwca 2017


Nadal mamy spory zapas nowości, którym przyjrzymy się dokładniej, choć znając tempo mojej refleksji nowościami do tego czasu być przestaną. W ostatnich miesiącach obok płyty Zrní z pewnością najważniejszym powrotem są Květy i ich pierwszy album zarejestrowany w odmienionym składzie, ale już teraz zatrzymać się musimy przy kilku tytułach, rozpoczynając od najatrakcyjniejszego ostatnio przykładu czesko-polskiej przyjaźni.

Remiksy ukazują wszechstronny potencjał kompozycji ba:zel. Dizzcock okazuje się zaskakująco kojący ze swą atmosferą północnego miasta, Mary C z Martinem Tvrdým proponują bardziej rozedrgane i lekko niepokojące podejście, Ježiš táhne na Berlín intensyfikuje brzmienie aż po granice agresywności a Lovenius sugeruje dla przeciwwagi deep-house'ową abstrakcję. Oryginalny utwór "Pace" przypomina jednak o swych neoklasycznych korzeniach, jakby zaś tego było mało, nowa wersja "Mandatory" dodaje jeszcze synth-popowe składniki do tej różnorodnej całości. Niemniej "RMX" pozostaje całością spójną i w tym własnie objawia się stylowość ba:zel. Nawet jednak tak zręczna epka nie jest w stanie przygotować nas na zjawiskowość "Scene 7", premierowego materiału duetu i pełnoprawnego następcy "eye draw​(​s) the line". Uwodzicielski przecież poprzednik w porównaniu ze "Scene 7" wydaje się wręcz nieśmiały, bowiem na każdym niemal polu ba:zel są po prostu odważniejsi. Wokal Eweliny jest pełniejszy, produkcja zdecydowanie klarowniejsza niż na zamglonym "eye draw​(​s) the line", okazjonalna gra na pianinie jeszcze bardziej wyrafinowana, brzmienie zaś po prostu bogatsze, głębsze a w robiącym największe chyba wrażenie "Marschfield" niemal bitewnie wojownicze. Talent do dźwiękowego designu kulminuje zaś w siedemnastominutowym dark-ambientowym utworze finałowym.



Po zeszłorocznej epce "Endian" Słowacy z Bulp debiutują długogrającym albumem "Yrsa". W tej zręcznie wyprodukowanej pigułce skupiają się liczne fascynacje czecho-słowackiej elektroniki paru ostatnich dekad: popowa melodyczność czeskiej elektroniki lat dziewięćdziesiątych (patrz: Prince Of Tennis), do dziś kultywowane słowackie nu-jazzujące downtempo (patrz: Autumnist) i przebojowość alternatywno-elektronicznego pogranicza Radiohead-Moderat. Przy okazji, z nowym singlem "Stoke The Fire" po wieloletnim milczeniu powróciła Khoiba, jeden z tych zespołów, które w znacznej mierze wpłynęły na tak inne niż w Polsce postrzeganie elektroniki. Wracając na Słowację, na główną siłę netlabelu Gergaz zdecydowanie wyrasta formacja Fallgrapp. Ich drugi album sięga do podobnych tradycji co ich krajanie z Bulp podkreślając tylko jak świetnie ma się tam tego typu muzyka. "V hmle" jednak uzupełnia te brzmienia o znaczący żywy pierwiastek. Zręcznie w całość wkomponowane smyczki oraz słowackie wokale zamiast imitować folklor tworzą raczej jego współczesny odpowiednik.



Antidotum na jakąkolwiek pretensjonalność jest tylko jedno. Kuba. Czegokolwiek się nie tknie zmienia się w zroszone potem czyste muzyczne złoto. Obfitym potem, aktywności Kuby Kaifosza są bowiem tak intensywne, że plan wydawniczy ma już przygotowany najprawdopodobniej przynajmniej do 2034 roku. Zespół Wild Tides na wysokości płyty "Hung Loose" popadać zaczął w szkatułki, błyskotliwa rewitalizacja przyszła zatem wraz z początkiem kariery solowej, najpierw jako Boy Wonder & The Teen Sensations, potem jako Lazer Viking. Ani krytyka, ani publiczność nie zdążyły jeszcze ochłonąć a tu powrócili Wild Tides zaskakując podwójnie. Po pierwsze, czeskie wokale, co w Republice Czeskiej, kraju, przypominam, czeskojęzycznym, spotkało się z podejrzeniami o żartobliwą pastiszowość. Po drugie zaś, co znacznie ważniejsze, rozpiętość stylistyczna "Sbohem a šáteček" w połączeniu z intensywnością albumu przyprawia wręcz o zawroty głowy. Piosenki sięgają od półtorej do czterech minut, ale doszukać się w nich można niemal każdego chwytu stylistycznego z historii muzyki rockowej, od rock'n'rolla przez swojski bigbit lat sześćdziesiątych i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych po country, folk i metal. I cała maestria tkwi w tym, że nie brzmi to jak popartowy mixtape, lecz spójny, rockowy album, jeden z najlepszych i najżywotniejszych jakie możecie usłyszeć w tym roku. [Wojciech Nowacki]

15 marca 2017


Symptomatycznym jest, że dziesięciomilionowy kraj ma aż dwie nagrody poświęcone muzyce alternatywnej, obie przyciągające równą uwagę mediów. I nie liczymy tutaj postczechosłowackiego Złotego Słowika, który niemal corocznie od czasów wczesnego średniowiecza nagradza Karela Gotta a ostatnio coraz chętniej prymitywnie ksenofobiczną grupę Ortel. Nie liczymy też już nagród Anděl, czeskiego odpowiednika Grammy, którego spotkała nagła degradacja i likwidacja doceniających muzykę alternatywną kategorii gatunkowych. Vinyla oraz Apollo, to dwie nagrody, obie zainaugurowane w 2011 r., które zamiast ze sobą konkurować raczej mapują czeską scenę w całkiem reprezentatywną całość. Po raz pierwszy jednak w historii obu nagród, i Vinyla, i Apollo trafiły w tym roku w ręce tego samego artysty.

Ondřej Holý egzystuje pod pseudonimem dné na czeskiej scenie już od paru lat, ciężko zatem uwierzyć, że album "These Semi Feelings, They Are Everywhere" jest jego formalnym płytowym debiutem. Owszem, ma w dorobku kilka epek, debiutancką "Talking With Crayons" możecie nadal pobrać ze strony naszego zaprzyjaźnionego labelu Starcastic, lecz wydana była w 2009 r. i od tego czasu dné stoczyć musiał niejedną walkę, fizyczną, emocjonalną i artystyczną. Trwający kilka lat kryzys twórczy, niemożność dokończenia kompozycji w ogromie producenckich możliwości, przełamał ostatecznie powrót do podstaw. Album opiera się na dźwiękach pianina i oklaskach, ma zatem niezwykle organiczną bazę, którą Ondřej Holý zalewa ciepłym, różowym światłem kojąco melancholijnej folkotroniki. "These Semi Feelings, They Are Everywhere" to album pozornie skromny, pełen jednak subtelnych warstw i przedziwnie ponadczasowy. Przede wszystkim jest jednak przykładem na to, że do odniesienia sukcesu zagranicą nie trzeba sięgać do mitycznej "czeskości", lokalności i wysilonej oryginalności. Czasem wystarczy być po prostu bardzo dobrym.


Dizzcock, laureat nagrody Vinyla z 2015 r. za album "Elegy Of Unsung Heroes", powrócił z jego mniej zaangażowanym następcą. Tematyczno-ideologiczna otoczka muzyki elektronicznej często ogranicza się tylko do notki prasowej, dobrze zatem, że "Night Rider" obywa się bez tej warstwy. Kompozycje są dłuższe, wydają się bardziej uwolnione i skupione zarazem, nadal sięgają do szeregu estetyk brytyjskiej sceny elektronicznej i amerykańskiego hip-hopu, ale przynoszą fragmenty zarówno agresywniejsze, jak i nocne przestrzenne pejzaże z imponującymi liniami basu. Nadal wydaje się, że Dizzcocka docenia głównie wąski krąg czeskiej krytyki z lubością wymieniającej kolejne mikrogatunki z których korzysta, jednocześnie chwaląc jego oryginalność, im więcej jednak odcieni emocjonalnych, tym lepsze są jego albumy.



Podobną ścieżką zdaje się podążać młody słowacki producent Ink Midget. Epka "Send Help" przynosi tylko trzy utwory i jeden remiks, ale tam gdzie jego dawny towarzysz Pjoni zmierza w stronę eksperymentalnej elektroakustyki, Ink Midget bawi się w dekonstrukcję klubowych mitów i hip-hopowej rytmiki, tworząc gęstą, ale klarowną całość.



Ze Słowacji pochodzą również Päfgens, choć ich itinerarium jest bardziej skomplikowane, Filip i Jana rezydowali bowiem w Warszawie, obecnie zaś przenieśli się do Berlina. Ich album "What Happened To Erich Zederkoff?" mógł jeszcze uchodzić za niezobowiązujący sypialniany dream-popowy projekt, o tyle "Tinyold Hands" tchnie ambientem, lo-fi elektroakustyką, field-recordingiem i dawnym folkiem z okazjonalnie całkiem upiornymi efektami (zwłaszcza, nomen omen, "Mokotów").



Podobno w dobie Bandcampa wymierają netlabele, dobrze zatem, że Foolk, kolejny zresztą Słowak w tym zestawieniu, zebrał swoje wczesne kompozycje porozsiewane po różnych i częściowo faktycznie już nieistniejących netlabelach i wydał je w postaci darmowej kompilacji "Something Like Jazz (Extended)". Dzięki temu nie zostanie zatracona zaskakująca strona jego działalności. Albumy "Red Pills For Daddy" i "Millions Of" przynosiły przede wszystkim abstrakcyjną elektronikę i instrumentalny hip-hop, "Something Like Jazz (Extended)" natomiast zgodnie z tytułem odsłania niezmiernie satysfakcjonujący jazz, od utrzymywanego w tradycyjnych formach aż po abstrakcyjnie je przekraczający. Skojarzenie ze Skalpelem i Igorem Boxxem całkiem na miejscu.



Kogo jednak zmęczył ten cały jazz i elektronika niech beztrosko się zrelaksuje przy nowej piosence Wild Tides. Ostatnim ich albumem było "Hung Loose", Kuba Kaifosz nagrał następnie płytę solową jako Boy Wonder & The Teen Sensations oraz drugą jako Lazer Viking, nigdy wcześniej jednak nie mieliśmy piosenki śpiewanej po czesku. Powiedziałbym, że czekamy na album, ale przy tempie nagrywania / wydawania nowej muzyki przez Kubę zapewne ani się nie obejrzymy a dostaniemy ich przynajmniej pięć. Na piątkę!


[Wojciech Nowacki]

15 kwietnia 2015


Z polskiego punktu widzenia istnienie w Czechach trzech nagród tyczących muzyki alternatywnej jest godne pozazdroszczenia. Nie mówimy oczywiście o Złotych Słowikach, które od jakiś czterech stuleci co roku otrzymuje Karel Gott, ale o stosunkowo nowych Apollo, Vinyla oraz po części Anděl, które faktycznie całkiem udanie mapują czeską scenę. W tym roku nie dostarczyły nam jednak specjalnych atrakcji, za to trochę rozczarowań a nawet kontrowersji. Czwarty rocznik nagród krytyków Apollo przyniósł dość oczywiste i zachowawcze nominacje (m.in. DVA, Kieslowski, Zrní, Boris Carloff czy Lenka Dusilová), ale zwyciężył niemal nierozpoznawalny ani przez słuchaczy ani przez media Adrian T. Bell, żyjący w Pradze Brytyjczyk i lider indie-rockowych The Prostitutes, za swoją akustyczną solową płytę.

Również czwarty rocznik nagród Vinyla, stosunkowo najgłębiej sięgających w scenę niezależną, przyniósł całkiem ciekawe nominacje: DIV I DED jako przykład eksplozji popularności shoegaze'u w Czechach, projekt Tvrdý / Havelka czy przede wszystkim słusznie hypowane Kalle. Szkoda więc, że płytą roku zostało "Nipomo" duetu DVA, zdobywającego już międzynarodowe, ba, nawet międzykontynentalne uznanie, zamiast udzielić poparcia prawdziwym debiutantom.


Nagrody Anděl w swej komercyjnej i jeszcze nie ogłoszonej części mają być odpowiedzią na rachitycznego Słowika. Rozdano już jednak nagrody w tzw. gatunkowych kategoriach. Kontrowersje dotyczą już samych kategorii (zbyt szeroko pojmowana "muzyka alternatywna" czy "world music" w której ciężko znaleźć wykonawców do nominacji), ale przynajmniej nagrody zgarnęli Kalle za "Live From The Room" w kategorii alternatywy, Subject Lost za "Expo Nova" w muzyce elektronicznej czy Hanba za "Silou Kovadliny" w kategorii punk & hard core. Z olbrzymią krytyką spotkało się samo rozdanie nagród, emitowane zresztą w czeskiej telewizji, na którym nie wystąpił żaden z nominowanych niszowych artystów, za to szereg drugoligowych poprockowych zespołów, których menedżerem jest sam organizator nagród Anděl.


Przy okazji Subject Lost, "Expo Nova" to naprawdę udana płyta z pogranicza elektroniki i post-rocka, którą Petr Adamec wzbogacił również darmową epka z remiksami, w marcu zaś wydał zupełnie nowy tytuł "Shelter EP" nad którym pracował kilka lat i tym samym zamyka pewien etap w rozkręcającej się karierze. Kto woli elektronikę zdecydowanie mniej grzeczną sięgnąć może po split  "Lidumil Heretik" dwóch zespołów o średnio przyzwoitych nazwach: I LOVE 69 POPGEJU (ich brudne elektro masteringowi poddał Wojciech Kucharczyk) oraz Piča z hoven (z kontynuacją ich mrocznej elektroniki z bardzo dobrego albumu "Doom na kraji lesa").


Vložte kočku już wspominaliśmy, w końcu to właśnie oni zgarnęli szereg nagród za swój poprzedni album "SEAT". Niezwykle ciężka do zdefiniowana muzyka, łącząca hiphop, gitarową alternatywę, elektronikę, jazzowe łamańce rytmiczne a nawet klasykę czeskiego popu, całą swą unikatowość pokazuje na wizualnie perfekcyjnie dopracowanych koncertach. Nowy album "Hedwika" wydaje się mniej przystępny od poprzednika, ale warto zapoznać się przynajmniej z darmowym downloadem.

Kto jednak pragnie gitar niech sięgnie po nową epkę Wild Tides. Nigdyś surf-rockowcy z Pragi, na "Sever Fashion" powracają z death-metalowym logiem i nowymi punkowo-rock'n'rollowymi piosenkami. Dla wielbicieli kruchych wokali i brzmień akustycznych, subtelnie tylko podbarwionych elektroniką, trafić powinien "Unward" debiutancki album duetu Sundays On Clarendon Road, wcześniej znanych z darmowej epki "Walking In Limbo". Na koniec zaś ciekawostka. Akustyczny math-rock? Proszę bardzo, epka "Frames" powoli nabierającego rozgłosu tria Inheritance. [Wojciech Nowacki]

26 lipca 2013


WILD TIDES Hung Loose¸ [2013] self-released || Letná to parkowe wzgórze nad brzegiem Wełtawy, znane wszystkim mieszkańcom Pragi i cudzoziemcom będącym tam dłużej niż na krótkiej standartowej wycieczce. Niegdyś stał tam monumentalny pomnik Towarzysza Stalina w otoczeniu żołnierzy i klasy robotniczej. Postać bodajże pionierki znajdującego się za nią czerwonoarmistę niefortunnie trzymała za krocze, co stało się niejako śpiewem przyszłości życia na Letnej.

Tam zawsze jest lato, niezależnie od pory dnia i roku mieszkańcy udają się do jednego letneńskich piwnych ogródków, przychodzą uprawiać sporty, biegać, bawić się z psami, lub po prostu zasiąść z piwem na trawie (co jest legalne) lub zapalić (substancje legalne z przymrużeniem oka), turyści zaś wdrapują się po betonowych schodach, by podziwiać klasyczny widok na miasto. Letná to także nazwa dzielnicy rozciągającej się parkowym wzgórzem i nic dziwnego zatem, że to właśnie stamtąd pochodzi bodaj jedyna grupa… surf-rockowa.

Bo dlaczego nie, nawet Stalinowi musiało być przyjemnie w słońcu na powietrzu, Wełtawa, choć kapryśna, nie sprzyja może surfingowi, ale miejsce to stało się synonimem przyjemności, zabawy i beztroski. Podobnie jak muzyka Wild Tides. Epka „Hearts On Fire” wskazana zostało jako jedno z najciekawszych wydawnictw zeszłego roku, chłopcy z Letnej nabrali zatem wiatru w żagle i w tym roku wydali pełnowymiarowy (choć dwudziestominutowy) album „Hung Loose”.


Wesoło jest od pierwszych taktów „Something Else About Her”, choć zespół ledwie się tu rozkręca, to wybija się tu chwilę firmowa gitara. Półtoraminutowy „Gimme’ The Blues” to już odrobinę większy kaliber cięższego i klasycznego rocka przefiltrowanego przez post-punkowe motywy. Singlowy „Watching Grlz Talk” to popisowy rock’n’roll z automatem perkusyjnym w podkładzie, po którym następuje „Little Darlin’” dansingowy przytulaniec rodem z weselnej sali.

Odrobinę poważniej robi się w po tarantinowsku południowym i koronkowo gitarowym „Marry Me”. Krótka to chwila, bo do rock’n’rollowego pędu wraca „My Daniela (Reprise)”. Najdłuższy na płycie „California Wet Dreamin’” to już całkiem udana synteza surfowego pastiszu z jak najbardziej współczesnym gitarowym indie. Odrobina folku pojawia się w „Instead Of Two Beating Hearts”, finałowe „Shrines” żegna nas zaś gęstym post-punkiem. Dwadzieścia jeden minut muzyki i chcemy tylko więcej.

Lekkość, zabawa, odrobina brudu, to wszystko znajdziemy na „Hung Loose”. Płyta, co typowe dla alternatywnych Czech, wydana została w postaci darmowego download’u oraz na pięknym winylu nakładem zasłużonego Election Records. Zachęcam zatem do pobierania i zażycia odrobiny beztroski. Słońce, piwo, pudełko pizzy, Letná. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

18 maja 2013


Jeszcze nie skończył się maj a już ukazało się kilka ważnych wydawnictw. O nich rzecz jasna następnym razem, tymczasem przypominając sobie ubiegły miesiąc okazuje się, że w czesko-słowackiej alternatywie był on niemniej interesujący.



Ponadto dostarczył nam pełne spektrum emocji. Na początek wyciszyła nas Rucola, kolejny projekt z quasi-labelu Temný síly¸ skupiającego artystów działających wokół nieistniejącego już, kultowego zespołu Sporto. Najaktywniejszy pozostaje wielokrotnie już tu wspominany Martin Tvrdý vel Bonus, ostatnio publikujący ambientowe miniatury pod nazwą aMinor. Jeśli jednak nie przekonują was nagrania terenowe z udziałem praskich ruchomych schodów, to z ukojeniem przyjdzie Rucola, oferująca na albumie „Kompasy” pięć długich kompozycji z pogranicza ambientu i IDM.


Surf-rock z Pragi? Zanim zaczniecie śmichy-chichy na temat „Republika Czeska a dostęp do morza” pomyślcie, czyż surfing na dzikich falach Wełtawy nie wpisuje się doskonale w wizerunek czeskiego absurdu? Lub raczej beztroskiej zabawy, bo to właśnie proponują nam Wild Tides, których epka „Hearts On Fire” była jednym z najbardziej wychwalanych wydawnictw zeszłego roku. Singiel „Watching Grlz Talk”, który twarzą Kevina-Samego-W-Domu zapowiada pełnowymiarowy album Wild Tides, w ciągu nawet nie dwóch minut składa obietnicę radosnej mieszaniny rock’n’rolla, punku, country i skoku na główkę w kolorowych kąpielówkach z jednego z dwudziestu praskich mostów.


Kto zamiast orzeźwiających fal woli skondensowany pot na czole i czarnej koszulce niech zapozna się z grupą Esazlesa. Łącząc brutalne screamo z melodyjnym post-rockiem pojawiała się na koncertach również na polskich squatach, ostatni rok przyniósł jednak przerwę w działalności, którą dość czarnymi barwami kreślił w rozmowie ze mną jednen z członków kapeli. Tymczasem udało się, Esazlesa znów koncertuje a rok 2013 zainaugurowała dwoma nowymi utworami.


Największa niespodzianka przyszła jednak ze świata hip-hopu, bynajmniej nie złoto-łańcuchowego, lecz niepokojąco alternatywnego. Wydanie trzeciego albumu „Atomová včela” na koniec maja zapowiedziała zjawiskowa formacja WWW. Będzie na co się cieszyć i o czym pisać, ale jeśli ktoś woli hip-hop nieco bardziej tradycyjny sięgnąć może po epkę „Pár listov z roku 2009”, którą pod pseudonimem René Gát wydał słowacki raper Bene. A skoro już zahaczyliśmy o Słowację, to warto wspomnieć, że singiel „Krakow”, inspirowany koncertami w Polsce, opublikował Stroon, czyli hiperaktywny słowacki dubstepowiec.


Na koniec zapowiedź równie ważna co tajemnicza. Na początek maja wydanie drugiego albumu zapowiedział Kittchen. „Radio” rzecz jasna już się ukazało i z czystym sumieniem można powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych czeskich albumów tego roku. Więcej jednak na ten temat za miesiąc, a kto wie, może skuszę się poświęcić Kittchnowi recenzję. [Wojciech Nowacki]