12 marca 2015

Recenzja Steven Wilson "Hand. Cannot. Erase."


STEVEN WILSON Hand. Cannot. Erase., [2015] Kscope || W pewnym mieście, w jednym z europejskich krajów żyła kobieta. Osoba ta, choć dla większości anonimowa, nie była całkowicie samotna, miała rodzinę, pracę oraz dalszych znajomych. Miała również sąsiadów. Ze względu na problemy rodzinne posiadała mieszkanie komunalne, była więc również znana urzędnikom społecznym. A mimo to nikt przez ponad dwa lata nie zorientował się, że w mieszkaniu leżą jej zwłoki.

Społeczeństwo miało gotową odpowiedź na wszelkie stawiane mu zarzuty. Każdy element układanki składającej się na sygnały ostrzegawcze był tak przedstawiany aby wytłumaczyć zaniechania, których dopuściło się najbliższe otoczenie kobiety. A więc: dlaczego nikt się nie zainteresował jej nieobecnością w szeroko rozumianej „przestrzeni publicznej”? Bo ona sama unikała towarzystwa. Dlaczego nie wyjaśniono powodu rosnących długów za media? Bo część opłat automatycznie pokrywała opieka społeczna z jej renty. Dlaczego w końcu nikt nie zainteresował się mdlącym fetorem z jej mieszkania? Bo w okolicy widywano bezdomnych. Choć są nas miliony: pracowników, obywateli, pasażerów komunikacji miejskiej, internautów, ofiar, zawsze możemy bezpowrotnie zniknąć dla wszystkich innych. I tego właśnie problemu tyczy się najnowsza płyta Stevena Wilsona.


Cóż, koncept dobry jak każdy inny. Pamiętam zachwyty nad, najczęściej przywoływanym w odniesieniu do "Hand. Cannot. Erase.", albumem "Brave" odrodzonego Marillion. I wówczas, i obecnie temat alienacji powracał jako ściana nośna, kręgosłup konstrukcji zwanej „ambitny koncept-album progresywny”. A w rzeczywistości o alienacji, wyobcowaniu, nieprzystosowaniu społecznym i aberracjach emocjonalnych pisać jest najłatwiej. Zresztą Wilson już wcześniej poruszał podobny temat. Różnica polega na tym, że na "Fear Of The Blank Planet" robił to z zupełnie innej perspektywy. Na albumie Porcupine Tree przemyślenia muzyka (bo Porcupine Tree = Steven Wilson) oscylowały wokół tematu technologii, społecznych słabości i zaniechań odbijających się na coraz bardziej zdeprawowanej psychice dzieci. Teraz mamy do czynienia z podejściem bardziej indywidualnym, ale nadal marketingowo skalkulowanym. I chociaż muzycznie "Hand. Cannot. Erase." jest płytą niezwykle piękną, to ani przez chwilę nie ufam w szczerość Wilsona.

Ale nie ufałem mu też wcześniej, co nie przeszkadza mi doceniać jego dorobku solowego, jak i zespołowego. Szkoda jedynie zmarnowanego potencjału opisywanej historii. Przygnębiająca, przeszywająca zimnym dreszczem opowieść o rozkładzie samej idei jednostki w społeczeństwie zostaje bowiem przekazana nie poprzez równie chłodną muzykę,  ale poprzez grzeczne pop-balladki (skądinąd świetny utwór tytułowy) czy wyciskacze łez („Routine”, a i to tylko jeżeli słuchacz wczyta się w tekst). Utwory są czasami smutne, czasami radosne, tak, żeby nikt nie poczuł się zawiedzony. czasami bardziej ambitne („Ancestral”) a czasami mniej ("Home Invasion", swoją drogą w utworze tym zbieżności z „The Devil’s Orchard” oraz „Eternal Rains Will Come” Opeth są oczywiste. Dopiero teraz widać, ile Szwedom dała współpraca z Wilsonem).

O ile płyta, tak po prostu, jest niezwykle przyjemna w odbiorze (mądrze skonstruowana, przepełniona chwytliwymi melodiami, niepozbawiona elementów ambientu czy neo-prog-rocka), to ponownie czuje się tu przerost formy nad treścią. Spoglądając bowiem przez okno na tysiące rozpalonych małych światełek w molochu naprzeciwko, soundtrack w mojej głowie przybiera zupełnie inne muzyczne kształty niż te zaproponowane przez Stevena Wilsona. 7/10 [Jakub Kozłowski]

21 KOMENTARZE:

Anonimowy pisze...

Recenzja trochę w stylu zblazowanego hipstera, znudzonego dusznym pokojem. Więcej serca!

Anonimowy pisze...

Panie Recenzencie, gdyby to były inne czasy wyzwałbym Pana na pojedynek. Gdybym to ja zginął , byłbym szczęśliwy bo nie musiałbym czytać więcej takich wypocin. Gdyby zginął Pan, uwolniłbym Świat od następnego nawiedzonego żałosnego Krytyka. Szkoda , że nie rozpoznam Pana na jednym z koncertów w Polsce. Wyp... bym Pana za drzwi. Radzę pisać recenzje do Bravo czy inne tego typu badziwia. Będzie Pan pasował tam jak ulał, wielbicielu zespołu Weekend. Pana pewnie to by nikt nie szukał i 10 lat

Anonimowy pisze...

Kilka cytatów z recenzji:
,,Nie wierzę w szczerość Wilsona,,
,, Ale nie ufałem mu też wcześniej, co nie przeszkadza mi doceniać jego dorobku solowego, jak i zespołowego. Szkoda jedynie zmarnowanego potencjału opisywanej historii,,
I wreszcie najlepsze:
,,to ponownie czuje się tu przerost formy nad treścią,,
A jaki dorobek ma Pan Panie Recenzencie , że ma Pan w sobie tyle odwagi popartej głupotą , że jest Pan na tyle bezczelny ,żeby wypisywać takie brednie? Takie zdania mógł wypisać tylko sfrustrowany megaloman z przerośniętym ego, który gdy zniknie z tego świata to i tak nikt nigdy nie będzie o nim pamiętał. W swoim życiu węża przyczajonego za kamieniem i kąsającego w aktach strachu i cykorii i tak nie osiągnie Pan nawet 0,0001 % tego co dla muzyki zrobił Wilson. Skąd się biorą takie miernoty ???
Jak Ci Wilson nie pasuje to po co go słuchasz i po jaką cholerę recenzujesz? Jedyny przerost formy nad treścią z jaką tu mamy do czynienia to ta recenzja i cała Pańska osobowość.
Powstrzymuję się , żeby na forum nie wyzwać Cię od najgorszych słowami powszechnie uważanymi za obraźliwe. Idź posłuchaj Dody, do tego się nadajesz.Jej wyczyny możesz ocenić 10/10

Anonimowy pisze...

Poziom komentarzy jest porażający... Aż dziw bierze, że takie głupole słuchają ambitnej przecież muzyki... No ale przyznać trzeba, że recenzja trochę irytująco "wyniosła"....

Anonimowy pisze...

Nazywając kogoś głupolem sam zaniżasz poziom dyskusji. Ja po prostu nie cierpię , żeby nie powiedzieć NIENAWIDZĘ krytyków wszelkiej maści, co to w d...byli i g... widzieli , a wymądrzają się jakby pozjadali wszystkie rozumy. Mam wszystkie płyty Porców, wszystkie Blackfield i wszystkie solowe Wilsona i każdą w oryginale. Pisanie o człowieku który obok Morsea i Stolta włożył największy wkład w odrodzenie muzyki progresywnej , że jest to przerost formy nad treścią nie zasługuje na delikatne sformułowania . Wymaga prostej i jasnej deklaracji odrzucenia takiego chłamu jakim jest ta recenzja. Z terrorystami się nie dyskutuje, ich się eliminuje. Takie pisanie też należy eliminować. Taki krytyk powinien od jutra zająć się sprzedażą buraków na zielonym rynku, bo najzwyczajniej w świecie nie zna się na muzyce i jest szkodnikiem. Spowoduje , że ludzie coraz bardziej będą się odwracać od ambitnej muzyki w kierunku czegoś co na pewno jest szczere np. disco polo. Tam ten Pan pasuje i tam niech recenzuje płyty. Niech jeszcze skrytykuje Watersa, Banksa , Fisha, Anderona i paru innych i będzie git. Stawanie w jego obronie to taka poprawność polityczna , która niestety w życiu codziennym się nie sprawdza.

Anonimowy pisze...

Szanowni Czytelnicy,
Z tej strony Jakub Kozłowski. Chciałbym odnieść się do pierwszego komentarza do mojej recenzji. Tylko do pierwszego, gdyż przypuszczam, że pozostałe pisała mama Stevena Wilsona. Jeżeli chodzi o zblazowanego hipstera to, niestety, nie mogę zgodzić się z krytyką. Cytując bowiem Dr Misio muszę stwierdzić, że na hipstera jestem za gruby… Pozwolą państwo, że powrócę teraz do lektury Bravo.

Pozdrawiam serdecznie!
Autor

Anonimowy pisze...

Brawo i Bravo.Tak trzymaj człowieku , to jest Twoje miejsce i Twój poziom. Zalecałbym jeszcze znany periodyk Disco Polo Mix. Można się postarać o egzemplarz z płytą CD. Tam wykonawcy są szczerzy do bólu i u ich nigdy nie natrafi się na przerost formy nad treścią . To są wykonawcy , którym może Pan ufać w ciemno i nigdy Pana nie zawiodą. Na koniec uwaga do człowieka , który wszystko wie i jako Redaktor sztukę epistolografii opanował w stopniu przewyższających klasyków gatunku choćby Allana Ginsberga. Jak się Pan do kogoś zwraca Panie Redaktorze to się pisze z dużej litery, tak więc nie ,,państwo,, bo to może być co najwyżej Irak. Powinien Pan się zwracać ,, Państwo,, ale tego pewnie w szkołach nie uczyli, tych hipsterskich. Po prostu nic Pan nie zrozumiał z tej muzyki , ale po co ogłaszać to całemu światu? Kogo to obchodzi ? Więcej pokory i szacunku dla mistrzów gatunku.I nie mówię tu o padaniu na kolana.Też potrafię być krytyczny, ale te uwagi zostawiam dla siebie!!! Proponuje przy okazji wizyty Wilsona w Polsce poprosić o wywiad i powiedzieć mu w oczy , że pisze taki chłam co to forma przekracza treść i że mu Pan nie ufa. Pogadać z organizatorami, może wpuszczą na backstage? Chciałbym widzieć Pańską odwagę : oko w oko, mistrz pióra, wybitny krytyk muzyczny i ta miernota Wilson. Żałość ogarnia, skąd się w ludziach bierze taka pycha, buta i zarozumiałość. A polemizować ze mną ? Można ,trzeba mieć tylko świadomość , że ma się przeciwko sobie wszystkich muzyków świata. Spora grupa. Mam na poparcie mojej tezy fakty i cytaty z biografii wielu muzyków. P.S. Fiona w Shreku miała jeden fajny tekst , dedykuje go Panu....

Anonimowy pisze...

Cyt:,, Spoglądając bowiem przez okno na tysiące rozpalonych małych światełek w molochu naprzeciwko, soundtrack w mojej głowie przybiera zupełnie inne muzyczne kształty niż te zaproponowane przez Stevena Wilsona,, To jest dopiero grafomania !!!
Czekam na płytę sygnowaną : Jakub Kozłowski i jego wizja świata.
Już nie mogę się doczekać. Po wydaniu płyty dostarczę ją Wilsonowi razem oryginalną Pańską recenzją HCE i poproszę Wilsona o kontrrecenzję . Aaaaaaaaaaaaaa..............

Anonimowy pisze...

Jakub Kozłowski ponownie: Drogi Panie Anonimowy, podziwiam Pana. Tyle zapału, tyle emocji- wspaniale, że są jeszcze tacy ludzie! A i fakt, że ma Pan wszystkie solowe płyty Wilsona, i Porcupine Tree i jeszcze Blackfield!- I to na dodatek (co słusznie Pan w tych ciężkich czasach podkreśla) oryginalne! No no... Ponadto tyle w Panu takiej, no ludzkiej po prostu, wiary w ludzi (vide wiara w Wilsona). Oczywiście, nie mogę zapomnieć o Pana pełnym zrozumieniu przekazu Artysty. Myślę, że mógłby Pan przekaz ten wyjaśnić samemu Stevenowi W! Aż dziw bierze, że jeszcze (przy okazji wizyty Wilsona w Polsce oczywiście) nie wysłano do Pana osobistego zaproszenia od Artysty! Ileż by ta muzyczna uczta zyskała, gdyby usiadł Pan po koncercie na scenie i, z dobroci serca, wyjaśnił wszystkim błądzącym, co też ten Wilson miał na myśli. Za bardzo jednak uciekłem w dygresję. Podsumowując, dziękuję, że otworzył mi Pan oczy na tak wiele spraw! Choć Pana recenzji Hand. Cannot. Erase pewnie nigdy nie uświadczę, to śmiem twierdzić, że byłaby to na pewno oczyszczająca lektura. Serdecznie Pana pozdrawiam- Mam tylko nadzieję, że od tych emocji niestrawności Pan nie dostanie. Drogi Panie- Nie warto!

Anonimowy pisze...

zadziwiająca znajomość branży disco polo u anonimowego krytyka krytyka Kozłowskiego może wskazywać jedynie na to, że dotknięty się poczuł on niezwykle osobiście. Szkoda, bowiem recenzja napisana jest z nieukrywaną pasją, ze swadą i nie stroni (i dobrze!) od osobistych odczuć Kozłowskiego, co wskazuje na pewną dojrzałość recenzenta, nie zaś na bravo style, o którym z zapałem (i to też jest godne podziwu!) anonimowy krytyk Kozłowskiego z taką lubością i znawstwem się wypowiada!

Anonimowy pisze...

Tani chwyt i nie ze mną takie numery. Wiedzę na temat czasopism disco polo osiągnąłem w sposób następujący:trzeba w Google wpisać,, czasopisma disco -polo,, I już mamy , ale rozumiem , że dla mojego adwersarza to za trudne , żeby na to wpaść i myślał, że mnie przyłapał. Słabe. Dla ścisłości papierowo czytam Metal Hammer i Teraz Rock .Czy ja poczułem się dotknięty osobiście? Nigdy w życiu. Nie ma takiej możliwości. Ustaliliśmy , że nie jestem mamą Wilsona. Natomiast krytykowanie, czytaj ,, krytykanctwo,, dla samej idei ,wkurza mnie i tyle. The Dark Side Of The Moon zostało na początku zjechane przez krytyków.Dopiero niesamowity sukces w USA zamknął usta ludziom, którzy nie znają się na muzyce i uważają , że to jest cool krytykować Wielkich. Patrzcie jaki jestem bohater, taki sobie Wilson , a mu dokopałem. Trzecią płyte Genesisu też zjechano na maksa , a czym dzisiaj w historii muzyki art rockowej jest Nursery Crime? O tym co sądze o krytykach muzycznych wszelkiej maści w następnym wpisie.

Anonimowy pisze...

Kto to powiedział , mówiąc o krytykach muzycznych:
Zrozum, Rolling Stone wart jest tylko tego, żeby, kiedy zdejmiesz portki i strzelisz solidnego klocka, wytrzeć sobie nim dupę. To banda japiszońskich niespełnionych muzyków, którym się nie udało, więc piszą dla punkowych gnojków z gównianej, żulerskiej gazetki. Ich pojęcie o tym, co jest, kurwa, zajebiste, jest żałosne, ja pierdolę!
Zakk Wylde.
Jeszcze chcecie parę cytatów ?

Anonimowy pisze...

Dziennikarz: Wielu krytyków przyznaje, że jesteś całkiem dobrym muzykiem, ale jest kilku smutasów, którzy oskarżają cię o to, że kradniesz muzykę innych kompozytorów. Twierdzą, że jesteś dobrym aranżerem, ale nie wielkim kompozytorem. Czy chciałbyś się jakoś do tego ustosunkować?

Frank Zappa: Nie mam tym ludziom nic do powiedzenia. Oni są głusi

Anonimowy pisze...

Da Pana Kozłowskiego: mojej recenzji na temat płyty Wilsona Pan nie zobaczy, a to z tego powodu:,, Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury,, Również Frank Zappa.

Anonimowy pisze...

A teraz mam Pytanie do Pana Kozłowskiego? Fajnie być krytykowanym ?Jak się Pan czuje ? Pan się na forum może bronić, Wilson nie.

Anonimowy pisze...

Kozłowski ponownie: Drogi Panie, nie mam nic przeciwko Pana wpisom. Naprawdę, chociaż troszkę się Pan już ośmiesza. Ponadto Pana uwagi nie są wcale krytyką (ta- to może być dla Pana szok!- nie polega na wyzwiskach). Pana po prostu uraziło, że mam odrębne zdanie, czego najwidoczniej nie jest Pan w stanie zaakceptować. Trudno, będę musiał z tym żyć. Recenzje mają to do siebie, że przedstawiają punkt widzenia recenzenta. A co do wyświechtanego już (bo używanego na każdym kroku) stwierdzenia Franka Zappy (który wcale tego wyrażenia nie wymyślił- niech Pan, jak w przypadku Disco Polo, zrobi mały research w internecie- może się Pan zdziwić): Jeżeli pisanie o muzyce jest jak tańczenie na temat architektury to mnie osobiście tańczenie o niej wcale nie przeszkadza. Za to Pan najwidoczniej uznaje tylko taniec do melodii, którą to Pan nuci- Samemu, oczywiście, nie wstając z fotela.

Anonimowy pisze...

Jakoś do wypowiedzi Zakka się Pan nie odniósł , a przytoczyłem tylko ten mniej ostry fragment. Przytoczę Panu za parę dni , tylko odszukam w książce, wypowiedź Tony Banksa. Co do tańca jako formy zabawy przy ognisku, która historycznie powstała w radości po zabiciu , a tuż przed zjedzeniem ofiary z wrogiego plemienia , nie przepadam. Zostanę w fotelu.
Odrębne zdanie to Pan może sobie mieć i Pańskie prawo, ale proponuje zachować je dla siebie. Natomiast pisanie krytyczne o dobrej przecież płycie, jest roznoszeniem wirusa. Osoby które mają grypę, powinny siedzieć w domu i nie powinny go roznosić. Negatywne recenzje rozsiewają chorobę. Ja i cała moja historia słuchacza muzyki to właśnie ludzie ,którzy podsuwali mi płyty i mówili ,, posłuchaj to jest dobre,, Moje szersze zainteresowania muzyką dzisiaj , a kiedyś, to wpływ POZYTYWNYCH relacji na temat płyt. ( vide recenzja Metal Hammer SMPTe Transatlantica - od tego wszystko się zaczęło po latach Smuty ) Ile płyt odrzuciłem na podstawie złej recenzji, pewnie kilka. I pewnie w ten sposób coś mnie ominęło bo dałem się ,, zawirusować,, I o to w tym wszystkim chodzi. Widzenie mam szersze niż Krytycy. Otóż otwierając ostatnią płytę Morsea ,a tydzień póżniej Wilsona , drżałem na myśl , że będą słabe , miałkie , wtórne i nudne. Morse nie zachwycił, ale też nie rozczarował. Natomiast Wilson . Przy drugim utworze darłem się jak dziecko na dźwięki płynące z głośników, tyle tam się dobrego działo, głównie w dźwiękach i aranżach. Tak więc martwię się , że jeżeli uznamy , że drugiego Smoke On The Water , The Wall, czy Last Train Home nie da się już skomponować ,to złą krytyką można coś zniszczyć. Cieszy mnie każdy dźwięk, który ktoś napisze i który wzbudzi we mnie zachwyt i emocje, BO SIĘ MARTWIĘ I BOJĘ. Nie widzę na horyzoncie nowych Wilsonów, Morseów czy Stoltów. Co będzie jak znikną? Co będzie jak stwierdzą tak jak klawiszowiec z IQ, że odchodzi , bo z progresji nie może się utrzymać ? A płyty w oryginale kupuję w myśl właśnie tej szerszej idei wspierania muzyki. Dopóki będzie mnie stać , będę kupował oryginały po to, żeby muzycy ,,mojego,, nurtu muzycznego najzwyczajniej w świecie mieli z czego żyć i żeby mieli siłę nagrać następną płytę. Zła recenzja może spowodować , że 10,100, 1000 osób płyty nie kupi, NASTĘPNEJ NIE BĘDZIE. I to jest moje kredo. Krytykujmy , mieszajmy z błotem , wyśmiewajmy, to za kilka lat nie będzie czego słuchać. Nie będzie alternatywy wobec Bieberowych osiągnięć muzycznych. Zamiast klimatycznych kafejek z atmosferą, zostaną nam już wszędzie tylko same muzyczne Mc Donaldy.

Wojciech Nowacki pisze...

Parę uwag od naczelnego:

Dzięki tej oto radosnej, niemerytorycznej i będącej na granicy wulgraności dyskusji szybują nam statystyki, rośnie liczba odsłon strony a wpis pnie się w gorę w wynikach wyszukiwania. W tym miejscu zawsze mnie zastanawia na jaki efekt liczy komentator, poza oczywiście wesołym trollingiem? Że się nagle opamiętamy, doznamy objawienia i zamkniemy stronę w poczuciu zawstydzenia? Że zmienimy teskt? Ocenę? Wyślemy pisemne przeprosiny do artysty za negatywną recenzję oraz do czytelnika za zranienie jego uczuć? [Nota bene, 7/10 to w naszej skali pozytywna ocena, sam jestem głęboko przekonany, że płycie Stevena Wilsona brakuje uniwersalności pozwalającej jej wyjść poza krąg die-hard fanów, zatem jest to jej maksymalny pułap.]

Nie oczekuję ani odpowiedzi, ani merytorycznego rozwinięcia, wiemy przecież doskonale, że do nikąd to nie doprowadzi. Jeśli jednak w chaotyczny i niespójny sposób podważana jest sama instytucja krytyki, to może warto wyprostować parę spraw. Krytyka nie jest z natury negatywna, choć potoczny wydźwięk tego słowa jest niestety pejoratywny. Warsztat krytyka jest naturalnie odmienny od warsztatu muzyka, pasażer samolotu ma prawo do oceny komfortu podróży, ale przecież nikt od niego nie oczekuje znajomości awioniki i umiejętności pilotażu Boeinga. Jeśli od niewyszukanych personalnych ataków, przechodzi się płynnie do odrzucenia krytyki jako takiej, następnie do napiętnowania krytyki negatywnej, by w końcu przyznać, że ta pozytywna ma sens, to wiadomo o co chodzi.

Czysto emocjonalna reakcja jest nawet całkiem urocza. To autentycznie słodkie, że muzyka potrafi nadal tak poruszać. Oczywiście, serduszko zawsze zaboli, gdy przeczyta się niemiłe rzeczy o ulubionej płycie, ale gwarantuję, że serduszko krytyka nie ma żadnych oporów przed powiedzeniem muzykowi szczerej opinii. Muzyk też człowiek, nie żadne bóstwo, gdybyśmy tylko poklepywali się po plecach to w rozwoju muzyki byśmy się nigdzie nie posunęli od czasow "Smoke On The Water" i wierzyli, że Roger Water jest nadal muzykiem innowacyjnym albo Fish istotnym.

MultiKmicic pisze...

Część 1
Nie jest to żaden trolling. To nie mój styl. Mojemu poziomowi wulgarności daleko do Zakka i tylko z litości nie przytoczyłem reszty komentarza. Na życzenie mogę to zrobić. Dyskusja i moje wpisy mają na celu , spowodowanie refleksji i zastanowienia. Może kiedyś komuś zadrży ręka zanim napisze krytyczną recenzję , którą można skrzywdzić. Wiem, wiem prawdziwa cnota krytyk się nie boi. Czym innym jest jednak krytyka, a czym innym krytykanctwo. Przykład pilota i pasażera to dobra figura stylistyczna. Moja odpowiedź brzmi jednak tak. Nigdy w życiu sam sobie niczego nie ugotowałem , no może poza jajecznicą i makaronem. Obiady całe życie robi i podaje mi żona. Bywało różnie , ale NIGDY jej nie skrytykowałem. Jak obiad jest średni to zmilczę , ale jak wspaniały to jestem zachwycony i daję temu wyraz. Dlaczego? Jak śmiałbym krytykować cokolwiek , skoro sam nic nie umiem. Ja po prostu padam do stóp za to , że Ona stoi przy tych garach i poświęca dla mnie swój czas. To jest wyraz szacunku za pracę i starania . Czy mam ją chwalić i dziękować , czy może mam jej codziennie marudzić , że mogłoby być lepiej? No to któregoś dnia pieprznie garami i obiadu wcale nie dostanę.. A jak taki Wilson też tak zrobi i co ? Czego będę słuchał ? Nawinę co najwyżej na uszy ten makaron co go sobie ugotuję . I O TO CHODZI W TEJ DYSKUSJI !!!! W muzyce szukam raczej pozytywów, niż prezentuję postawę Smerfa Marudy. Muzyka to nie booking i nietaktem jest pisanie i narzucanie opinii w stylu 7/10 czy 5/10. Muzyka to nie rzut oszczepem , że można coś tam zmierzyć. I nie chodzi też o to , że taki Waters to bóstwo i nie można Go krytykować. Ja Go krytykuję ,ale za to , że nie mogli chociaż raz zrobić wspólnej trasy zanim skład się skurczył. Ale nigdy nie krytykowałem jego płyt solowych, które uchodzą za gorsze niż PF. One nie są gorsze , one są inne !!!!! Tak samo jak wkurza mnie postawa tysięcy ludzi , którzy idąc za głosem krytyków ( sic!) twierdzą , że Marillion bez Fisha to już nie to. Ci ludzie NIE MAJĄ PRAWA TAK MÓWIĆ , bo nawet dobrze nie posłuchali zespołu z Hogarthem. Wiem co mówię, bo sam tak miałem. Przejrzałem jednak z wiekiem na oczy i zrozumiałem. Te płyty z Hogarthem nie są gorsze , SĄ INNE !!! Nie ma w Sevre pod Paryżem wzorca płyty progresywnej. Każdy ma inny. Chodzi o to , że mniej zła czyni ocena nawet trochę na wyrost, niż ta która zniszczy i zdołuje. Listą ludzi kultury i sztuki ,którzy nie przebili się , przez mur niechęci krytyków, zapisano by pewnie niejedną ścianę płaczu. A co z wypaleniem artystycznym, wynikającą w ślad za tym depresją, może brakiem chęci? Trzeba czasami muzykom wybaczać słabsze płyty, dać im czas , może się odnajdą, a nie jedna słabsza płyta i w łeb. Tak samo jak nie zawsze Małyszowi wychodziły skoki. A jednak po okresie słabych startów powrócił, chociaż niejeden mu dokopał. We wszystkich dziedzinach życia jest tak , że trudniej jest utrzymać się na szczycie niż go osiągnąć.

MultiKmicic pisze...

Część 2 i ostatnia.
Komentując jednak końcową treść Pańskiego wpisu pragnę jedno zauważyć i tu się Pan zdradził. Jacy ,, Myśmy,, ? Jeżeli myśli Pan , że motorem powstawania nowych trendów muzycznych było to, że krytycy nie poklepywali twórców po plecach, tylko ich ganili zmuszając do wysiłku intelektualnego, to......brak mi słów na taki przejaw egocentryzmu. Czyli Ciechowski, Hendrix, Waters , McLaughlin,Zappa i inni, grali i komponowali bo tak podpowiedali im krytycy ? Miły Panie, litości. Grali im wszystkim na przeciw!!! Grali bo tak czuli, kochali ,nienawidzili, buntowali się przeciwko mainstreamowi. To właśnie droga z piosenki zespołu TEST ,, pod prąd,, otwierała i tworzyła nowe gatunki muzyki .Na przekór modom i komercji, a nie dzięki krytykom. Wiem , że to trudne, że występuję przeciwko sensowi istnienia krytyków , ale czy można wyobrazić sobie świat z muzykami bez krytyków. Ja mogę. A czy istniał by świat samych krytyków bez muzyki. No NIE. Krytycy żyją dzięki muzyce i jeżeli z nią współdziałają, pomagają Twórcom, wspierają ich, to jest to symbioza. Jeżeli tylko z niej czerpią i niszczą zarazem ( tak oceniam nieuprawnione krytyczne recenzje ) to takie zjawisko w przyrodzie nazywa się pasożytnictwo. Sorry tak wychodzi.
P.S. Waters nie musi być już innowacyjny, swoje zrobił i dziękuję mu za to, że koncertuje w swoim wieku. Fish czy istotny ? Widać dla Pana nie. Ale....jak byłem na Jego ostatnim koncercie w Polsce w Wałbrzychu ISTOTNE dla mnie było to co powiedział. ,, Dziękuję Wam wszystkim Polacy za to, że jest taki kraj na świecie , gdzie mój utwór jest na jakiejkolwiek liście przebojów, ha, ha ,,( dla niezorientowanych w Trójce) Krytyk powie, tekst pod publiczkę. A ja powiem , że nie mógł tego powiedzieć ani Czechach, ani w Austrii , ani chyba nigdzie. ( tu trzeba złożyć hołd Panu Piotrowi Kaczkowskiemu bo to Jego zasługa, On tak wykształcił muzycznie wielu z nas ) Chwili , w której biorąc flaszkę do ręki zaintonował słowa piosenki The Company i gdy cała sala zaśpiewała mu ,, Oh, boys would you drink to me now ,, nie zapomnę do końca życia. Tyle metafizycznej siły było w tym momencie , że myślałem , że dach uniesie się od pozytywnej energii. Proszę mi wierzyć , koncertów mam już zaliczonych dobrze ponad setkę i to sama I liga muzyczna świata. Ten wieczór, a właściwie te 5 minut będę pamiętał na długo , bo taka chwila się już nie powtórzy i to jest dla mnie ISTOTNE. Tym się różnimy
Pozdrawiam i życzę więcej zrozumienia dla dobrej Muzyki

MultiKmicic pisze...

A zdjęcie z konta Google jest z mojego auta, i wie Pan co kocham wszystkie płyty Genesisu nie ważne co tam napisali o Abacab. Jedne mniej drugie bardziej, ale może dzięki tej słabszej można było odetchnąć z ulgą słuchając "Second Home by the Sea" Tonight Tonight Tonight, Fading Lights, nie mówiąc o There Must Be Some Other Way

Prześlij komentarz