3 października 2013


PET SHOP BOYS Electric, [2013] x2 || Nie wiem, nie jestem w stanie określić kto jest dziś grupą docelową Pet Shop Boys. Dla dawnych fanów popu lat osiemdziesiątych współczesne aranżacje duetu mogą być zbyt nowoczesne, dla miłośników elektroniki zapewne wydają się zbyt archaiczni. Nie sądzę, żeby istniała dziś jeszcze nisza zwolenników disco, Pet Shop Boys są chyba postrzegani jako dinozaury popu, muzealna klasyka, trochę wyrwana ze swojego czasu. Problem w tym, że wydali w tym roku lepszą i bardziej rozrywkową płytę niż <przewracanie oczami> Daft Punk.

Wyrażam cichą nadzieję, że nie wyglądam ani na dinozaura, ani na fana disco. Mój sentyment do Pet Shop Boys jest bardzo prosty. Wczesna lata dziewięćdziesiąte i ich składanka (oczywiście na kasecie) odtwarzana w czasie podróży z rodzicami naszym Fiatem 126p. Ale przede wszystkim płyta (tfu, kaseta) "Very", jeden z największych i chyba ostatni tak wielki sukces komercyjny Pet Shop Boys. Od "Go West" mogą dziś lekko zgrzytać zęby, od teledysku łzawić oczy (ale c'mon, takie efekty w 1993 roku?), lecz i dziś album ten brzmi zaskakująco świeżo. Zbieraczom szczególnie polecam poszperać za oryginalnym pierwszym wydaniem płyty kompaktowej w pudełku z pomarańczowego plastiku.

Zeszłoroczne "Elysium" okazało się bardzo przyjemnym albumem. Zapowiadający płytę refleksyjny "Invisible" prezentował się całkiem ciekawie, melancholia i refleksja nad przemijaniem, czasem traktowanym autoironicznie, zdominowała ten materiał. Całość, prowadzona kojącym wokalem Tennanta, swobodnie przepływała, przy uważniejszym słuchaniu ujawniając jednak podobieństwa między kompozycjami, wręcz na granicy autoplagiatu. Jednocześnie zabrakło na "Elysium" wyraźniejszego przeboju, za to boleśnie odstawały niektóre teksty, jak w okrutnie banalnych "Winner" i "Hold On".


Tak szybka zapowiedź wydania nowego albumu była sporym zaskoczeniem. Po wiekowym już jednak duecie spodziewać by się można było znacznie dłuższych przerw, zwłaszcza w kontekście samorefleksyjnego "Elysium". Tymczasem, nowa płyta nie tylko ukazała się ledwie dziesięć miesięcy po poprzedniej, ale i ukazała Pet Shop Boys od diametralnie innej strony.

"Electric" to od początku do końca płyta taneczna, bez popisów, żonglerki stylami czy silenie się na oryginalność, choć już w otwierającym całość, niemal instrumentalnym "Axis" pojawiają się lekkie dubstepy. Silniej jednak pobrzmiewa tu roztańczony Kraftwerk. Najkrótsze w zestawie "Shouting in the Evening" przypomina Groove Armadę z okresu "Black Light". W ponadczasowo tanecznym "Bolshy" odzywa się house. To jednak cały czas Pet Shop Boys, "Thursday" najbliższe jest ich przebojom z lat osiemdziesiątych, "Vocal" to ich eurodance'owe wcielenie z początku lat dziewięćdziesiątych. Typowy, odrobinę wesołkowaty banał wkrada się w "Love Is A Bourgeois Construct", przypominającym zresztą trochę "Go West". Banału nie uświadczymy jednak we "Fluorescent" czy "Inside A Dream".

"Elysium" nie miało większych szans, zarówno pod względem muzycznym, jak i lirycznym, na przyciągnięcie do Pet Shop Boys nowych fanów. "Electric" zasługuje na daleko większą uwagę, ale sądzę, że trudno będzie się tej płycie przebić przez tłum zasłuchany w "Get Lucky" i najbardziej przecenianą płytę roku. Na szczęście niektórzy stale pamiętają, który duet to prawdziwi klasycy. 7/10 [Wojciech Nowacki]

2 października 2013


DEERHUNTER Monomania, [2013] 4AD || "Halcyon Digest" było jak nocna jazda samochodem. Przytłumione radio, kontrolki na desce rozdzielczej, zjazd z obwodnicy, pierwsze światła miasta i świadomość dotarcia do domu już za parę minut. "Monomania" to szaleńcza jazda motorowerem marki "Romet" po zaśmieconych ulicach, kocich łbach, bez celu, bez trzymanki i dla samej przyjemności odbicia sobie pośladków na roztrzęsionych resorach. Ostatnią rzeczą, którą można powiedzieć o nowym albumie Deerhunter jest to, że jest to piękna płyta. A taką w 2010 roku było "Halcyon Digest".

Wiadomo, "Earthquake" czy "Helicopter" przyniosły zgodnie z tytułem kusząco hipnotyczną atmosferę, ale wystarczającym powodem do istnienia tego albumu był jeden jedyny utwór. "Desire Lines" to opus magnum zespołu, najbardziej fascynująca gitarowa kompozycja XXI wieku, niemal popowa piosenka, która przeradza się w intensywne, niekończące się pierwotnie rockowe uniesienie. Co ciekawe, choć Deerhunter powszechnie utożsamiany jest z Bradfordem Coxem, to akurat "Desire Lines" (oraz równie melodyjna i motoryczna piosenka "Fountain Stairs") jest kompozycją gitarzysty Locketta Pundta.

Nie jest zatem zaskoczeniem, że na "Monomanii" muzycznie wyróżnia się jedyny (niestety) jego utwór. "The Missing" to kolejny dowód na jego niesamowite, naturalne wyczucie prostych, powtarzalnych melodii. Reszta płyty to królestwo Coxa, królestwo w stanie rozkładu i chaosu. Od pierwszych sekund uderza wielka ilość brudu, zarówno w dźwiękach gitar, licznych zniekształceniach, jak i w głosie Coxa. Który momentami karykaturalnie przypomina Marylina Mansona. Jednak pod grubą warstwą brudu nadal skrywają się w gruncie rzeczy popowe piosenki, czasem wręcz wesołkowate, jak w brudnym country "Pensacola", czasem wyjątkowo ładne, jak "T.H.M.", "Sleepwalking" i "Back to the Middle" w samym, nomen omen,  środku płyty.


Kluczowe słowa dla tego albumu to sick, crazy, insane, mad, queer, powtarzające się w każdym niemal tekście. Tytułowa "Monomania", przy okazji najbardziej reprezentatywny dla całości utwór, dotyczy obsesyjnego skupienia Coxa na tworzeniu muzyki. Zaskakująco jednak dużo miejsca poświęca on nie swoim schorzeniom i fizycznej ułomności, ale swej wynikającej z tego (a)seksualności. I could be your boyfriend or I could be your shame zauważa słodko-gorzko w "Pensacoli", słowami I tried to keep him straight / ever since the day he was born / He came out a little too late / Maybe that's where frustration's born zdaje się przywoływać w "T.H.M." dawne samowyparcie, próby akceptacji zaś w skromnej "Nitebike": And I was queer / And I was only of age one year / I was on the cusp of a breakthrough / When they took me out / And stuck it in. Do dumnej frazy For a year I was queer / I had conquered all my fears powraca zresztą z lubością w fajnym finałowym "Punk (La Vie Antérieure)".

To nadal Deerhunter, choć sprowadzony do roli zespołu akompaniującego neurozom Coxa. Szczególnie szkoda, że Lockett Pundt nie otrzymał tu większej przestrzeni. Na garażowy rock wbrew pozorom też trzeba mieć pomysł, "Monomanii" brakuje trochę świeżości i chwytliwego punktu zaczepienia. Szczególnie, że to bynajmniej nie nadmiar hałasu najbardziej tu przytłacza, ale zdecydowane "prześpiewanie" materiału przez Bradforda Coxa, który w swej "Monomanii" skupia całą uwagę na sobie. 5/10 [Wojciech Nowacki]

30 września 2013


POST-HUDBA Artefakty, [2013] self-released || Złota Praga? Caput Regni? Miasto Stu Wież? Nie. Witajcie w mieście gigantycznych osiedli, bloków z wielkiej płyty, piwnic z wyłożoną trutką na szczury, gdzie szerzy się beznadzieja i podskórny rasizm a wszystkie drogi prowadzą jedynie po papierosy lub do hospody, ale nie wesołej i rumianej rodem z folderu, lecz prawdziwie czeskiej, obskurnej, zadymionej, z ceratą na stołach i hokejem w telewizji.

Post-hudba, post-muzyka, to ma nawet sens. W twórczości duetu Domingo (wokal, teksty) - Tomáš Havlen (muzyka, drugi wokal) najważniejsze są obrazy. Nie mogę napisać "teksty" tudzież "przekaz słowny", marginalizowało by to bowiem zasadniczy wkład Havlena i spychało post-hudbę w niebezpieczne i okropne okolice poezji śpiewanej. W post-muzyce chodzi o kreowanie obrazów przy pomocy mocnej warstwy lirycznej, ale nierozerwalnie wspieranej dźwiękami. Ale popisy melodyczne, ładne dźwięki, przebojowe zagrywki dla samych zabaw dźwiękiem? Nie. Całość konsekwentnie podporządkowana jest przekazowi.


Konsekwencja i dojrzałość uderzały już od pierwszego wydawnictwa duetu. "EP 2011" to dzieło już ukształtowanego, pewnego siebie i oryginalnego twórcy. Ponurym, melorecytowanym tekstom o czeskiej miejskiej rzeczywistości towarzyszyła żywa muzyka, oparta o gitary z subtelnym elektronicznym podkładem, zbliżająca się jednak do hałaśliwych obszarów noise'u. To jednak "Zvláštní láska na nás zbyla" zwróciła należną uwagę na post-hudbę. Kolejne cztery utwory, pełne konkretnych odwołań do czeskiej rzeczywistości i, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej ponure. W tekstach pojawiło się jednak znacznie więcej emocji niż tylko wycofanych obserwacji. I paradoksalnie, im więcej ludzkiego, żywego elementu w warstwie lirycznej, tym mniej go w muzyce. Gitary są już tylko dodatkiem, do czynienia mamy raczej z monotonną, elektroakustyczną, laptopową elektroniką. Pamiętacie etykietkę "emotronika"? Tutaj pasowałaby idealnie.

Po tym jak "Zvláštní láska na nás zbyla" uznana została za najlepsze czeskie wydawnictwo roku 2012, po fazie zaskoczenia (darmowa epka mp3 nieznanego wykonawcy płytą roku?) przyszło oczekiwanie na pełnowymiarowy debiut. Pełnowymiarowość "Artefaktów" jest jednak umowna, album nie jest wiele dłuższy od obu poprzedzających go epek. Zawiera ledwie sześć utworów i już stał się przyczyną tajemniczych kontrowersji związanych z jego oceną. Nie ma zatem zatem większej różnicy ilościowej, rozczarowany również może poczuć się ktoś, kto spodziewał się dramatycznej różnicy jakościowej. Przy poziomie jaki prezentowała od początku post-hudba, można mówić jedynie o dalszej ewolucji.



"Artefakty" to w jeszcze większym stopniu emocje niż opisy. Przy tym emocje już nie tak jednoznacznie negatywne i depresyjne, raczej niepewne, rozdygotane, czasem niedojrzałe, czasem autoironiczne. Przykłady? "Pytasz się, czy cię rozumiem / Wiesz o tym, więc dlaczego o tym mówić / Przecież nie wierzymy ludziom / A oboje jesteśmy ludźmi" (ptáš se, jestli tě chápu / víš to, tak proč to říkat / nevěříme přece lidem / a oba jsme lidi), czy "Kiedyś usiądziemy sobie przy kawie / A ja będę ci opowiadać / Jak mnie nudzi szkoła / Jak mnie nudzi praca / ... / Ja to wszystko rozumiem / Też kiedyś miałem 20 lat" (někdy si sednem ke kávě / a já ti budu vyprávět / jak mě nudí škola / jak mě nudí práce / ... / úplně všechno chápu / taky mi bylo dvacet). Touché.

Muzycznie coraz śmielej możemy mówić o post-dubstepie. Nie ma już na "Artefaktach" śladu po noise'owych gitarach. Elektroniczne podkłady Havlena stają się coraz bardziej piosenkowe, refreny (w których często towarzyszy Domingowi jako drugi głos) coraz śmielej melodyjne. Jego "post-dubstep" to nie jest jednak płaczliwy James Blake, post-hudbie najbliżej dziś do uhiphopowionej melancholii Nosaj Thing. Nie wiem czym dla post-hudby są tytułowe artefakty, unikatowymi przedmiotami czy niepożądanym szumem. Może wyjaśni się to w przyszłości, duet ma już bowiem skonkretyzowane plany. Być może "Artefakty" to ślady uczuć na blokowisku, łyk kawy na dworcu kolejowym, gorzki półuśmiech w nieszczęściu. Tymczasem wiadomo, że jest to album wyjątkowy, choć zatrzymany w pół drogi. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

26 września 2013


Cześć niteczki! Od dzisiaj w ustalonej przeze mnie częstotliwości (która jeszcze nie została do końca określona), będzie się pojawiał nowy cykl: "Pocztówki z Obozu". Nie bójcie się jednak o nasze życie. Nie wybieramy się z Wojciechem na półroczny obóz przetrwania w przepastne tereny rosyjskiej Syberii. Ja zostaję w okolicach Trójmiasta a naczelny zdecydowanie wybiera naszych czeskich sąsiadów. Ale w ogóle nie zamierzamy wysyłać wam kartek!

"Pocztówki z Obozu" będą wam serwowały propozycje ciekawych albumów z Bandcampa. Jak wiadomo jest on kopalnią muzyki, niestety między wieloma fantastycznymi krążkami znajduje się tam też okrutnie dużo chłamu. Postaramy się pokazywać wam te lepsze strony muzycznego obozu. Do pierwszego odcinka wybrałam cztery krążki obracające się w okolicach szeroko rozumianej elektroniki. Zaczynamy!

Na pierwszy ogień pójdą single. Jeden z nich pochodzi z Rosji. I Am Waiting For You Last Summer, bo taką nazwą firmuje się grupa, pochodzi z miejscowości o nazwie Ryazan. Jest to trio związane z wytwórnią FLOWERS BLOSSOM IN THE SPACE. Dzisiaj chciałabym zaprezentować wam ich wydawnictwo zatytułowane "Distant Voices".

Następny w kolejce czeka projekt Poldoore stacjonujący w Belgii i należący do Jochema Daelmana. "Nothing Left To Say" to coś na powolne rozpoczęcie dnia albo wyciszenie się po ciężkim dniu. No i wymyka się szufladce z etykietą "elektronika", ale to szczegół.

Teraz muszę wyznać swój sekret. Kocham elektronikę Dvořáka. I w głębi muzycznego obozu znalazłam kolejne dźwiękowe doznania spod jego dłoni. Jeśli mieliście kiedykolwiek okazję grać w "Machinarium" i poza grafikami tak jak ja rozpływaliście się nad soundtrackiem, to wypadałoby zapoznać się z innymi dokonaniami tego artysty. Panie i Panowie, Floex!

Na zakończenie pocztówki mam coś, czego nie polecałabym słuchać przed wyjściem do pracy lub na jakieś wymagające spotkanie. Jest to typowa muzyka do poduszki. Krążek nosi nawet adekwatną nazwę "Dreamteacher". I rzeczywiście, jeśli ktoś ma problemy z zasypianiem to projekt Exist Strategy stworzył prawdziwego nauczyciela snów, który chowa się tutaj. Miłego odsłuchu i do następnego razu, hej! [Agnieszka Hirt]

25 września 2013


KAMP! + DEATHS [24.09.2013], MeetFactory, Praha || Zabawne, że Kamp!, powszechnie uznawany za najlepszy polski zespół koncertowy ostatnich lat, miałem okazję zobaczyć dopiero w Pradze. Z czeskiej perspektywy nie jest to formacja zupełnie nieznana, o czym można było przekonać się naocznie. Koncert, choć w mniejszej sali MeetFactory, zgromadził całkiem sporą publiczność, której reakcje świadczyły o entuzjastycznym obyciu z materiałem łódzkiego tria.

MeetFactory należy do najważniejszych miejsc na koncertowej mapie Pragi i zdecydowanie do najbardziej hipsterskich. Chcecie zobaczyć jak wygląda, jak ubiera się i prezentuje młoda, modna i alternatywna Praga – wybierzcie się do MeetFactory. Nie jest to typowy klub muzyczny, choć koncertowe eventy dają mu największego rozgłosu. Miejsce to, położone z dala od centrum, w południowej części Smíchova, mieści się w sporym pokolejowym budynku, w raczej industrialnym otoczeniu i tuż przy linii kolejowej. Pomyślane było jako centrum alternatywnych, czy wręcz awangardowych sztuk, na parterze mieszczą się sale w których odbywają się koncerty, wystawy, warsztaty, czy przedstawienia teatralne. Piętra oddane są w użytek artystom, warto wspomnieć, że swój warsztat ma tam m.in. słynny i kontrowersyjny rzeźbiarz David Černý.

Łodzianie mogą się zatem poczuć w takim otoczeniu całkiem swojsko, na szczęście horyzonty Kamp! wykraczają daleko poza granice Łodzi a nawet Polski. Długo egzystowali przede wszystkim jako zespół koncertowy, mając na koncie świetne epki i kolejne single, przez kilka lat podgrzewali atmosferę oczekiwania na swój pełnowymiarowy debiut. Przez ten czas jednak nabyli niesamowitego obycia scenicznego, w Pradze zaprezentowali się jako doświadczony, pewny siebie i bezbłędny technicznie zespół.

Koncert trwał niewiele ponad godzinę, napięcie siadło odrobinę dopiero pod koniec właściwego setu. Od początku postawili na szczęście na bezlitosne taneczne kawałki i swoje najlepsze kompozycje, obyło się zatem bez dansingowej otoczki rodem z płyty „Kamp!”, która jest bezdyskusyjnie jednym z najważniejszych polskich albumów dekady, ale niestety również przeleżanym i dyskusyjnie ukierunkowanym na ejtisowe pościelówy. Koncert jednak pokazał Kamp! nadal od elektroniczno-tanecznej strony, rodem z pierwszych epek, lecz w jeszcze bogatszej odsłonie. Kompozycje były dłuższe, napięcie było w nich dawkowane jeszcze bardziej sprawnie nie pozostawiając chwili wytchnienia.

Czesi najżywiej reagowali na single, co wcale nie było rzeczą oczywistą, najwyraźniej znali również teksty i mieli opanowane wszelkie taneczne ruchy. „Distance of the Modern Hearts” czy „Melt” przyjęte zostały szczególnie żywo, podobnie jak zagrane na bis „Cairo”. Pod sceną podskakiwał sam Petr Marek z Midi Lidi, praska publiczność kupiona była już od drugiego, trzeciego utworu, a bardziej rozgrzane od Czechów były chyba tylko Czeszki. Pozdrowienia dla jednej, która wybrała się na koncert w szpilkach. Moja stopa nigdy Cię nie zapomni.

O suporcie, praskim trio Deaths (dawniej Girls on Drugs), powiedzieć można tyle, że dobrany był całkiem nieźle. Zaprezentowali mocno inspirowaną latami osiemdziesiątymi muzykę, podobną właśnie do spokojniejszej, albumowej wersji Kamp! z odrobiną Twin Shadowa. Szkoda, że na razie bardziej skupiają się na wrzucaniu zdjęć na tumblra niż publikowaniu swojej muzyki. [Wojciech Nowacki]

22 września 2013


NINE INCH NAILS Hesitation Marks¸ [2013] Null Corporation || I am just a copy a copy a copy. Wszystko już było, dzieje się znów i zawsze będzie. Możesz bluzgać z kapelą nienawistne słowa, odnieść sukces za sprawą swej technicznej agresji, dojrzeć, odstawić używki, zadbać o swoje fizyczne zdrowie, rozpocząć wspólnie z atrakcyjną małżonką nowy rozdział swej artystycznej kariery, możesz nawet zgarnąć Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu o Facebooku. Wszystko może układać się w ścieżkę najlepszą z najlepszych, ale niezależnie od tego ile masz lat i jakie za sobą dokonania, jeśli raz już posmakowałeś smaku depresji, ta dopadnie cię znowu. I wtedy znów będziesz potrzebować gwoździ.


Zapowiedź nie tylko koncertowego powrotu Nine Inch Nails spotkała się z życzliwym przyjęciem. Nie minęło jeszcze aż tyle lat od uśpienia formacji, żeby móc oskarżać Reznora o skok na kasę ani o odcinanie kuponów, mamy raczej do czynienia z dłuższym okresem milczenia niż wielką reaktywacją. Stąd oczekiwania wobec „Hesitation Marks” nie powinny być chyba aż tak wielkie. Ot po prostu kolejny album zespołu o charakterystycznym stylu i ugruntowanej pozycji, po którym wiadomo czego oczekiwać. Nie jest z pewnością najlepsza płyta w dyskografii Nine Inch Nails, ale nie ma też mowy o zejściu poniżej zwyczajowo dobrego poziomu.

Wyraźnie słyszalny jest nacisk położony raczej na syntezatory niż gitary. Ostrzejsze brzmienia gitar pojawiają się choćby w „Various Methods of Escape”, ich dźwięki pojawiają się poprzetykane tu i ówdzie, brudne ściany dźwięku stawiane są jednak w większości przy pomocy syntetycznych środków, klawiszy, efektów, automatów perkusyjnych. Choć w „While I’m Still Here” pojawia się nagle saksofon. Z większych zaskoczeń można mówić jedynie o quasi-hiphopowym charakterze „All Time Low” oraz syntetycznym bluesie rodem z albumów Depeche Mode w „I Would For You”.

W kontekście zmysłu melodycznego Trenta Reznora można wręcz mówić w przypadku „Hesitation Marks” o industrialnym synth-popie. Zaskakująco przebojowe „Everything” spotkało się już zarzutami o „komercyjny” charakter, uświadomić sobie jednak trzeba, że mocna i agresywna muzyka Nine Inch Nails zawsze miała spory potencjał. Ostatnia jak do tej pory płyta, darmowe „The Slip”, wypełniona była przecież kompozycjami, które spokojnie można było wraz z Reznorem zaśpiewać/wykrzyczeć. Na tym tle „Hesitation Marks” wypada nawet odrobinę gorzej, brakuje tu bowiem bardziej charakterystycznych melodii, nie licząc oczywiście singlowych „Came Back Haunted” czy „Copy of A”. Pulsu materiałowi dodają raczej typowe dla Reznora repetycje, choćby w utworze „Satellite”.

A co z zarzutem, że Trent Reznor jest już za stary aby cedzić słowa o depresji/bezmocy/bezsensie? Och, nie bądźcie śmieszni. Wszystko już było, dzieje się znów i zawsze będzie. I wtedy znów będziecie potrzebować gwoździ. 7/10 [Wojciech Nowacki]

21 września 2013


GOLDFRAPP Tales of Us, [2013] Mute || Z Alison Goldfrapp nigdy nie było łatwo. Czasem królowa parkietu, czasem leśna nimfa, w każdym z tych wcieleń równie inteligentna i przekonywująca, z dyskretnym wsparciem swej szarej eminencji Willa Gregory'ego.

Po klasycznym "Felt Mountain" osobowość Alison zaczęła wibrować. Z każdą kolejną płytą jej wahnięcia między tanecznym disco a akustyczną melancholią stawały się coraz silniejsze. Cykl wydawniczy albumów Goldfrapp nie przynosi żadnych zaskoczeń, choć różnica między eurowizyjno-pastelowym "Head First" a "Tales of Us" tym razem szczególnie wielka. O ile nie jest to dowód schizofrenicznej osobowości to z pewnością dwubiegunowej. Nawet jeśli muzyka Goldfrapp była bezwstydnie słodka i przebojowa (często z naciskiem właśnie na "bezwstydnie") to teksty Alison do beztroskich najczęściej nie należały. Czasem ukojenie przynosiło jej tanecznie uniesienie, czasem, jak i tym razem, smutna kontemplacja i eskapizm.

Pierwsi słuchacze odbierają "Tales of Us" jako piękną płytę. Pojawiają się jednak głosy krytyczne o niepowodzeniu odtworzenia brzmień z "Felt Mountain" i wyczerpaniu się zdolności kompozytorskich i zmysłu melodycznego Goldfrapp. Choć "Tales of Us" wpisuje się w cykl melancholijnych albumów duetu, to jest to w istocie zupełnie nowy materiał i wbrew pozorom udana próba osiągnięcia nowego brzmienia. Innego i niekoniecznie dla wszystkich przekonywującego.


Otwierający album "Jo" jest kompozycją niezwykle minimalistyczną, opartą na jednym prostym powtarzalnym motywie. W prostocie tkwi piękno, trzeba być jednak świadomym tego, że minimalizm jest jedną z nowych dla Goldfrapp i charakterystycznych dla "Tales of Us" cech. Nawet singlowa "Anabel" prezentuje się bardzo skromnie, "Drew" zaś bardzo nieśmiale zwraca się w stronę dawnych przebojów Goldfrapp. Orkiestracje nie przytłaczają i dalekie są od rozbuchania. Oparta głównie na nich "Ulla" zaskakuje jednak głównie pojawieniem się akustycznej gitary.

Centralnym punktem płyty wydaje się "Alvar", najdłuższy w zestawie, o niepokojącej, gęstniejącej atmosferze. Mrok utrzymuje się w kolejnej, zdecydowanie wyróżniającej się za sprawą mocnej, rozdygotanej elektroniki piosence "Thea". Melodii faktycznie nie znajdziemy tutaj wiele. Finałowy "Clay", podobnie jak pierwszy singiel "Drew" najbardziej przypomina starsze utwory Goldfrapp, ale to powtarzalność, brak wyraźnej melodii oraz czasem narastające napięcie charakteryzują większość materiału.

"Tales of Us" to niezwykle sensualna płyta, która szepcze prosto do ucha. Słuchaczowi towarzyszy obraz Alison Goldfrapp obserwującej z okien angielskiego dworku zamgloną łąkę, ale czyż ból w jej głosie w zadymionym "Laurel" nie przypomina raczej samej Billie Holiday? Nie, nie ma mowy o wyczerpywaniu się pomysłów Goldfrapp, w dyskografii duetu nie ma chyba tak spójnej, skromnej i ciemnej płyty. Jest to również album niezwykle brytyjski, w tym względzie porównywalny chyba tylko z "Dr. Dee" Damona Albarna. Rozumiem jednak rozczarowanie tych, którzy oczekiwali raczej kolorowego blichtru. "Tales of Us" zapewnie nie stanie się najpopularniejszym albumem Goldfrapp, jest jednak pozycją wyjątkową i jako taką należy ją cenić. 7/10 [Wojciech Nowacki]

11 września 2013


PANTHA DU PRINCE & THE BELL LABORATORY Elements of Light, [2013] Rough Trade || W 1675 roku Isaac Newton sprzeciwił się teorii obowiązującej od początków nowożytnej nauki, mówiącej o tym, że światło jest falą, podobną do fali dźwiękowych. Światło bowiem miało poruszać się jedynie po prostych liniach, podczas gdy fale znane są ze swobodnego zaginania. Wg Newtona zatem światło to cząsteczki, cząstki materii poruszające się z ogromną prędkością ze źródła we wszystkich kierunkach począwszy. Cząsteczkowa teoria światła obowiązywała przez cały niemal XVIII wiek. Ok. roku 1800 Thomas Young przeprowadził słynny eksperyment, potwierdzający, że światło, podobnie jak fale dźwiękowe czy fale na wodzie, podlegają zjawisku dyfrakcji, tworząc w ten sposób kolory. Falowa teoria światła powróciła w pełnej krasie, choć nie potrafiła wyjaśnić problemu medium świetlnej fali, czyli tego, co konkretnie podlega falowaniu. W roku 1900 Max Planck zasugerował, że światło zachowuje się jak fala, która jednak emitowana jest w stałych porcjach zwanych kwantami. Był to początek największej naukowej rewolucji, która niczym Marię Antoninę na szafocie uśmierciła klasyczną fizykę i dała początek mechanice kwantowej. Dziś zatem światło, w zależności od potrzeb, traktowane jest jako fala lub jako cząsteczki, przy czym są to tylko metafory pomagające nam zrozumieć niebywały świat kwantów.

W 1510 roku nieznany z imienia muzyk zagrał na dzwonach ratuszowej wieży flandryjskiego miasta Oudenaarde, dając początek karylionowi. Ten niezwykły i potężny instrument mieści się najczęściej w kościelnych i ratuszowych wieżach, składa się minimalnie z 23 dzwonów, na których gra się przy pomocy klawiatury, niemal na kształt organów. Pierwszy karylion na ziemiach polskich pojawił się w 1561 roku na gdańskim ratuszu, największy zaś, bo liczący 50 dzwonów i ważący ponad 17 ton, można zobaczyć i usłyszeć również w Gdańsku, w kościele św. Katarzyny.

W 2010 roku Hendrik Weber, znany jako Pantha du Prince, wydał „Black Noise”, jedną z najlepszych i najważniejszych płyt muzyki elektronicznej ostatnich lat, łącząc elementy tanecznego house’u i niemieckiego minimal techno z żywymi instrumentami. Charakterystyczne dla „Black Noise” było niezwykle klimatyczne zastosowanie różnego rodzaju dzwonów, stąd następnym krokiem stało się stworzenie „symfonii” na elektronikę, perkusję i trzytonowy karylion złożony z 50 dzwonów. Efektem jest „Elements of Light”.


Album rozpoczynają niemal pozytywkowe dźwięki „Wave” przypominające atmosferą „Vespertine” Björk. Fala przechodzi w cząsteczki, w „Particles” pojawia się bit, ale nadal wygrywany na dzwonach, wreszcie pojawia się i elektronika oraz wyraźniejszy pierwiastek taneczny. W połowie płyty następuje wyciszenie, przy którym ciężko wyobrazić sobie coś lepszego niż „Particles”. Ale ponad siedemnastominutowy „Spectral Split”, choć rozwija się podobnie, okazuje się jeszcze bogatszy i bardziej przestrzenny. Finałowe „Quantum” to podobny do „Wave” krótki epilog. Czcionka z okładki, przypominająca cyrylicę lub średniowieczny gotyk, kojarzy się z miejskimi księgami, karylion kreuje wizję miasta, ratuszowej i kościelnych wież, w mieście tym ukryte są jednak kluby, w których mieszczanie wszystkich warstw tańczą do ścieżki dźwiękowej opowieści o naturze światła. Brzmi to równie szalenie, co spójnie. Pantha du Prince od elektroniki zbliżył się do współczesnej muzyki konkretnej, nie tracąc nic ze swojej przystępności. Przeżyciem bardziej intensywnym od „Elements of Light” może być jedynie usłyszenie (i zobaczenie) tej karylionowej symfonii na żywo. 9/10 [Wojciech Nowacki]

29 sierpnia 2013


AUTUMNIST Sound Of Unrest, [2013] Starcastic / Deadred Records || Interesującym jest fakt, jak ciekawa i prężna, choć przecież stosunkowo niewielka, jest słowacka scena elektroniczna. Zwłaszcza w porównaniu z polską. Podobno każdy twórca muzyki elektronicznej na Słowacji chce brzmieć jak Amon Tobin i bynajmniej nie jest to opinia dyskredytująca. Wystarczy przesłuchać choćby wydawnictwa labelu Exitab, by uświadczyć światowego poziomu.

Vlado Ďurajka już ponad dekadę temu tworzył pod szyldem Abuse stylową muzykę, przekraczającą podziały gatunkowe a jednocześnie spójną i relaksującą. Charakterystyczną soundtrackową atmosferę zapowiadała już EP „Sleepfields”, jednak największego jak do tej pory uznania doczekał się album wydany pod nowym pseudonimem Autumnist. Odmienne stylistyki nadal służyły wykreowaniu spójnego klimatu, któremu też podporządkowana była niebanalna piosenkowość materiału „The Autumnist”. W przeciwieństwie jednak do Abuse Ďurajka ograniczył tutaj ilość sampli na rzecz żywych instrumentów, osiągając kolejny stopień wyrafinowania.



Na kolejny album Autumnist musieliśmy czekać aż cztery lata. Opłaciło się, gdyż „Sound Of Unrest” posiada tylko jedną wadę, licząc nieco ponad pół godziny pozostawia wielki niedosyt, będąc jednak albumem bardzo kompaktowym i skończonym. Już otwierająca „Tunguska” oferuje nam filmową atmosferę kontrowaną udanym bitem, hipnotyczny „Some Ground” wyraźnie odwołuje się do tradycji trip-hopu, „Bogeyman” do nu-jazzu spod znaku Bonobo, „Rehash” dzięki udziałowi koszyczan z Jelly Belly pobrzmiewa shoegaze’em, a to tylko najbardziej oczywiste tropy przewijające się przez te złożone, lecz piosenkowe kompozycje.

Nie tylko ograniczenie sampli na rzecz żywych instrumentów uwypukla piosenkowy charakter większości materiału. Dodatkowego ciepła i emocji dodają mu wokale a wielką ich zaletą jest to, że są to praktycznie wyłącznie męskie głosy. Kobiece wokale w tego typu muzyce wydają mi się coraz bardziej banalne i podobne do siebie a silenie się na oryginalny żeński głos często okazuje się niestrawne w skutkach. Richard Imrich, Oleg Tera i Boris z Jelly Belly prezentują zbliżone, mruczące i inwazyjne wokale, dodatkowo potęgując napięcie emocjonalne „Sound Of Unrest”.

Ten krótki album jest bowiem niezwykle intensywny, co słychać już w singlowym „A Distant Speck”, miejscami niepokojący, jak w kolejnym singlu „Tiny Bit”, często udanie gradujący napięcie, jak w hipnotycznym „Some Ground”. „Sound Of Unrest” to światowy poziom, zero nudy i absolutnie stylowe ujęcie wszystkiego co w elektronice niekoniecznie najmodniejsze, ale z pewnością najlepsze. Jeśli komuś się spodoba, to warto by postarał się o płytę na fizycznym nośniku. Choć w Czechach i na Słowacji coraz częstszym zjawiskiem w alternatywnych kręgach jest wydawanie muzyki wyłącznie w postaci i na winylu, to „Sound Of Unrest” otrzymać możemy też na płycie kompaktowej, w pięknej, ręcznie drukowanej okładce z ekologicznego kartony. Na którym dodatkowo rozczula, niewiarygodny dla Polaków, logo słowackiego Ministerstwa Kultury, jako jednego ze sponsorów tego wydawnictwa. 8/10 [Wojciech Nowacki]

DAFT PUNK Random Access Memories, [2013] Columbia || Nowe dzieło Daft Punk wyskoczyło jak wilk zza krzaków pożerając  na pierwszym miejscu wyznawców znanej od lat, stylistyki robotów. Z ich ust popłynęły ostre słowa krytyki gdy światu pokazała się w całej krasie płyta „Random Access Memories“. Plotki mówiły: „Daft Punk wydało okrutnie słabą płytę“,czy słusznie?

Zgodzić się należy, że nie jest to płyta mocna brzmieniowo. Jest zdecydowanie wycofana i o wiele spokojniejsza niż choćby debiutancki krążek „Homework“. Nie uświadczymy też tutaj energetycznych bomb w stylu „Robot Rock“ czy dziwolągów typu „Steam Machine“ z wydanej osiem lat temu „Human After All“.

Gdyby dzieła duetu porównać do istoty ludzkiej, to można by stwierdzić że ich najnowsze dziecko jest po prostu pozbawione dysfunkcji i w przeciwieństwie do pozostałych nie będzie potrzebowało konsultacji psychiatrycznej.

Paradoksalnie, jednym z moich ulubionych utworów na tym krążku jest znajdujący się na pozycji drugiej „The Game Of Love“. Ma on w sobie niesamowitą magię, i w niezwykle uroczy sposób nie przypomina poprzednich dokonań duetu. Jednak jego przekaz kojarzy mi się nieco z „Something About Us“ z krążka „Discovery“. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że tworzą one swoistą symbiozę i są dopełniającą się opowieścią.

Co do singlowego „Get Lucky“(które doczekało się już około mnóstwa coverów różnej maści) oraz „Lose Yourself To Dance“, w których głosu udzielił Pharell Williams, to słuchając tych kawałków myślę sobie: "w której szufladzie on się chował te wszystkie lata"? Nie twierdzę, że nie ma w swojej karierze znamienitych dokonań, ale w połączeniu z robotami wychodzi to na prawdę zjawiskowo. To są super funkujące numery, przy których stopy i bioderka same zaczynają się ruszać, nawet jeśli nie mamy na to ochoty ani czasu.

Właściwie nie ma na tym wydawnictwie utworu, który w jakikolwiek sposób by mnie zawiódł. W całości czuje się delikatną skłonność do archaizacji brzmienia, do powrotu do dawnego myślenia o muzyce rozrywkowej. Przy czym, wszystko brzmi spójnie i czuję doskonale że to jest przemyślany koncept album.

Odnoszę wrażenie, że recenzenci skazujący tę płytę na mentalne wygnanie, nie rozumieją podstawowej rzeczy. Otóż artysta w swoim życiu ewoluuje, staje się coraz bogatszy w doświadczenia, które zmieniają jego postrzeganie świata. I nie powinno nikogo dziwić, że tak tajemniczy muzycy jak francuski duet DP, skrywają w sobie wiele odmiennych stanów emocjonalnych. Nie jest to co prawda wybitny album ale z pewnością warty polecenia. 7/10 [Agnieszka Hirt]

27 sierpnia 2013


D.O.M. D.O.M., [2013] French Girls Records || Po części znana z Old Time Radio subtelna elektronika, charakterystyczny bas Piotra Salewskiego oraz jego łagodnie mruczący, dochodzący z głębi wokal złożyły się na „Dowódcę wiatru”, pierwszy singiel projektu D.O.M. Tekst utworu zawiera w sobie tyle obrazów, że nie sposób za nimi nadążyć, kompozycja rozpływa się jednak w drugiej części, by przejść w ambientową „Levandula spica”, w której kraftwerkowy syntezator kontrastowany jest z „ludzką” gitarą.

Old Time Radio należy do moich ulubionych i jednocześnie najbardziej niedocenianych polskich zespołów. Kilka płyt na koncie, niewielkie koncerty a trójmiejskie trio pozostaje nadal bezpretensjonalne i niezwykle sympatyczne. Ostatnia, choć nietypowa, bo zawierająca piosenki dla dzieci, płyta „Stare radyjko gra dla dzieci” spotkała się chyba z najszerszym odzewem. Mam nadzieję na kolejny album Old Time Radio, który być może zwróci na nich zasłużoną większą uwagę, tymczasem basista Piotr Salewski proponuje swoje solowe dokonania, roboczo szufladkowane jako kraut-rockowe.


Debiutancki singiel pokazywał jednak bardziej rozwinięcie elektroniki w wydaniu Old Time Radio, nawiązującej do nowych brzmień początku XXI wieku, spod znaku Hood czy The Notwist i rozmytej melancholią w stylu Low. Dopiero pełen album D.O.M. pokazuje, choć nie od razu, bogatsze stylistycznie oblicze, w tym i faktycznie krautowe. Mechaniczny początek „W ruchu” bardziej bowiem zmierza w stronę shoegaze’u a następująca po nim autentycznie przebojowa „Lista”, z bitem z automatu, syntezatorem i gitarą a’la The Cure brzmi niemal jak ejtisowy synth-pop.

Odrobina krautowej motoryki pojawia się dopiero w „Deset prstů”, odwołującym się jednak bardziej do pustynno-cyrkowej psychodelii przełomu lat 60-tych i 70-tych. „Dwa i pół Księżyca/Wiatr i piasek” to spojenie hałasu z piosenkowością, szczególnie zaś ładna melodia wyłania się z ambientowych pogłosów w „115-188-115”, koronkowej kompozycji, której nie powstydziłby się John Frusciante z czasów „To Record Only Water For Ten Days”.

Od tego też miejsca, z wyjątkiem singlowego „Dowódcy wiatru” kraut-rockowe nawiązania stają się bardziej czytelne, co zapewnie nieprzypadkowo łączy się z ciemniejącą atmosferą albumu. Gitarowy motyw w drugiej połowie „Ogrodów” faktycznie zbliża się do najlepszych dziś „kopistów” kraut-rocka z Beak> w „Ogrodach”. Na charakterystycznej i niezwykle urokliwej powtarzalności oparta jest też konstrukcja utworu „Oksus i Jaksartes” oraz powoli pulsujący finał „Afryka”.

Wielką zaletą jest też łagodny wokal Piotra Salewskiego, czasem odrealniony, niby ciepły, niby chłodny, teksty zaś układają się bardziej w towarzyszący muzyce ciąg scen i obrazów niż w opowieści. Jako takie nie musiałyby być nawet wydrukowane na okładce płyty. Która pozostaje jednym z najciekawszych odkryć tego roku i zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. 7/10 [Wojciech Nowacki]

25 sierpnia 2013


Pierwszym mym tekstem po dłuższej przerwie i zarazem pierwszym napisanym już na czeskiej ziemi musi być oczywiście wakacyjne wydanie „Bohemofilii”. Lato jest zazwyczaj dość spokojnym sezonem jeśli chodzi o premiery wydawnicze, ale tradycyjnie bogatym jeśli chodzi o festiwale. Czesi, co dość zaskakujące, zazdroszczą Polakom podobno bogatszego życia koncertowego (chyba na zasadzie „większy kraj – więcej koncertów”, sama Praga jednak zdecydowanie nadrabia z nadwyżką domniemane braki) oraz festiwali z Open’erem i Offem na czele (mimo częstych utyskiwań na ich organizację w polskim wydaniu – „strefy gastronomiczne”? brak możliwości wypicia piwa podczas koncertu? zgroza!). Jednak sami mają się czym pochwalić i nie chodzi tylko o najpopularniejszą u nas Ostravę.

Colours of Ostrava to zdecydowanie największy festiwal muzyczny w Czeskiej Republice, rangą występujących tam artystów zbliżony do naszego Open’era. W industrialnym otoczeniu kopalń i hut zabytkowego obszaru Dolní Vítkovice zagrali w tym roku m.in. Sigur Rós promując swój ostatni album „Kveikur“ czy The Knife z kontrowersyjnym w odbiorze quasi-spektaklem nawiązującym do „Shaking The Habitual“. Z pewnością warto było zajść na koncert freak-folkowca Devendry Banharta, którego „Mala“ jest jedną z piękniejszych płyt tego roku. Czesi zaś bardzo entuzjastycznie przyjęli Marię Peszek, która w Ostravie zaprezentowała się przy okazji jej trzeciego, jak zwykle kontrowersyjnego, albumu „Jezus Maria Peszek“. Dla Czechów rzeczywiście musiało być zaskakujące, że mamy w Polsce artystkę, która odważyła się użyć słowa „Jezus“ w tytule płyty...

Największą konkurencją dla Ostravy jest słowacki festowal Bažant Pohoda, odbywający się na letnisku w Trenčínie. Gwiazdą tegorocznej edycji było oczywiście Atoms For Peace, co z racji odwołania na ostatnią chwilę poznańskiego koncertu, było najlepszą możliwością zobaczenia nowej grupy Thoma Yorke’a. Nick Cave zaprezentował się na podobnym poziomie co na Open’erze, ale już The Smashing Pumpkins coraz częściej odbierane jest ledwie jako niezbyt udany cień dawnej wielkości grupy.

Spragnionych czysto rockowych dźwięków wita miasto Hradec Králové na festiwalu Rock for People. Po katastrofie zeszłorocznej edycji, gdy problemy organizacyjne w połączeniu z nagłą burzą uniemożliwiły odbycie się koncertu choćby Faith No More, tegoroczny Rock for People uradował publiczność przede wszystkim występem Queens Of The Stone Age, popularniejszych w Czechach niż w Polsce The Gaslight Anthem, czy koncertem… Karela Gotta. Tak, tak, kontrowersyjna decyzja o zaproszeniu Złotego Słowika na rockowy festiwal zaskakująco okazała się strzałem w dziesiątkę. Czeska rockowa młodzież tłumnie podciągnęła to wydarzenie pod kategorię „guilty pleasure”, sam zaś Gott zdobył się na odrobinę autoironii.

Z nowości płytowych warto zwrócić uwagę na nowy album hiphopowego składu Prago Union, dwupłytową kompilację Tata Bojs z okazji dwudziestopięciolecia działalności zespołu oraz na album „Sound Of Unrest” The Autumist, czyli małą porcję bardzo stylowej elektroniki ze Słowacji, która doczeka się zresztą niedługo naszej recenzji. Floex, poza granicami Czech znany jako Tomáš Dvořák, kompozytor ścieżek dźwiękowych do gier „Samorost 2“ i „Machinarium“, zapowiedział kolejną reedycję swego debiutu „Pocustone“ oraz wydanie pod koniec sierpnia nowej epki.

Na koniec ciekawa historia międzynarodowego skandalu, który sprowokował podziemny zespół z Brna. Mowa o grupie Piča z hoven, której kontrowersyjna nazwa pojawiła się w wykropkowanej wersji we wszystkich niemal czeskich i słowackich mediach. Czasem posługują się zatem symbolem ◊►≈ a w 2012 roku wydali debiutancki album „Doom na kraji lesa“, będący świetną mieszaniną gotyckiego synth-popu z czeską odpowiedzą na witch-house.

Piča z hoven wystąpiła w słowackiej telewizji, gdzie wykonała (znajdujący się zresztą na wspomnianej płycie) słowacki hymn z czeskim tekstem. Zgorszony występem poczuł się były słowacki poseł i lekarz z Nitry Štefan Paulov, który złożył na policji doniesienie na telewizję za znieważenie państwowego symbolu, domagał się odwołania jej prezesa oraz wysłał list otwarty do ministra kultury Marka Maďariča, w którym pisał „o brutalnym ataku na symbol państwowy ze strony czeskiej kapieli Piča z hoven śpiewającej po czesku słowacki hymn“. Zgorszony „niewiarygodną perwersją w wykonaniu zespołu o wulgarnej nazwie“ poczuł się również prezes Unii Słowaków żyjących zagranicą, wzywając do reakcji i prezydenta, i premiera, oraz pisząc, że „św. Cyryl i św Metody muszą się w grobie przewracać“.


Zespół w odpowiedzi zapytał, co złego jest w śpiewie hymnu po czesku oraz tym, że 170-letnia kompozycja „Nad Tatrou se blýská“ jest do dziś inspirująca, przypominając jednocześnie, że wykonuje ją w pełnej czterozwrotkowej wersji. W obronie grupy stanęła większość czeskich i słowackich mediów oraz muzycznej blogosfery. Petr Marek z niezwykle popularnej electropopowej grupy Midi Lidi natychmiast zadedykował byłemu posłowi czeski hymn zaśpiewany po słowacku. Warto w tym miejscu przypomnieć o inicjatywie sprzed paru lat, gdy słowacki label Exitab wydał darmową kompilację Slovenský národný remix, przedstawiającą interpretacje hymnu w wykonaniu młodych twórców wspołczesnej elektroniki. I żaden święty w grobie się wówczas nie przewracał. [Wojciech Nowacki]

23 sierpnia 2013


SOUNDQ Barbarians, [2013] Wytwórnia Krajowa || Z pierwszym utworem krakowiaków zetknęłam się w okolicach maja, kiedy przesłuchiwałam składankę KSM, na której znajdował się numer „Elephant’s Graveyard“. Mile mnie on zaskoczył i bardzo często przywracałam mu żywotność naciskając „replay“. Bardzo sie nakręciłam na ten album i ogromne było moje zaskoczenie kiedy w końcu przyszło zapoznać się z pozostałymi pozycjami.

Całość "Barbarians" obraca się w okolicach synth-popu, elektropopu z elementami disco. W tytułowym utworze zostały użyte sample głosu Lisy Gerrard z "The Arrival and the Reunion". Jest to jeden z lepszych utworów na płycie, no i mamy do niego przy okazji klip, który warto obejrzeć.

Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że co najmniej połowa tego albumu jest do niczego. W dużej mierze druga połowa. Kiedy czytam na blogu FYH "Bogata paleta dźwięków i instrumentów! Tkliwe momenty wokalne! Z jakim umiarem!", to w sumie mogę się zgodzić ze wszystkim, poza tym, że nie jest to zrobione z umiarem. Wokal jest tak denerwujący, że po czwartym kawałku słucha się tego na siłę a każdy kolejny utwór jest gorszy od poprzedniego. Zarówno jeśli chodzi o sam pomysł, jak i nieprzemyślane wykorzystanie instrumentarium.

Przede wszystkim mam wrażenie, że chcieli być na tym albumie na siłę trendy i super ekstra disco. Ale jakoś tak się to nie upłynnia z tekstami i tym irytującym wokalem. Jaki efekt osiągnęli? Ano właśnie taki że "replay" wciskać chce się bez przerwy, ale już po czwartym kawałku, bo odczuwa się strach przed tym co czeka nasze uszy od utworu "Cargo Planes" w dół listy.

Niestety, mimo dobrze prosperujących trzech pierwszych utworów, ten album jest bardzo przeciętny. Nie wystarczy zrobić rozrywkowej elektroniki, zaśpiewać po angielsku z wyuczoną manierą i zatrudnić Daniela Bergstranda. Trzeba jeszcze mieć pomysł na całość. A tutaj tego zabrakło. Nie będę się już dłużej rozpisywać, bo jak mawiał Bukowski "nic nie jak tak nudne jak prawda". 4/10 [Agnieszka Hirt]

31 lipca 2013


JAGA JAZZIST Live With Britten Sinfonia, [2013] Ninja Tune || Jednym z najlepiej przeze mnie wspominanych koncertów jest poznański występ Jaga Jazzist w ramach trasy promującej ich ostatni jak do tej pory album “One-Armed Bandit”. Wciągające kompozycje, instrumentalne eksplozje, kontrolowane emocje oraz widoczna radość muzyków ze wspólnego grania i świetny kontakt ze słuchaczami zapewniły pamiętny wieczór w dusznej atmosferze Eskulapa.

Jaga Jazzist to jedno z najciekawszych i najwartościowszych zjawisk nu-jazzu. Dziewięcioosobowa grupa znakomitych instrumentalistów, pod wodzą Larsa Horntvetha, daleka jest bowiem od relaksującej muzyki do windy, popołudniowej sjesty i wieczorów przy winie. Nu-jazz w ich wykonaniu to wyrafinowany konstrukt, w którym John Coltrane spotyka się z Tortoise a jazzowe instrumentarium przecina się z elektroniką i post-rockowymi figurami. Szczególnie dwie płyty, melodyjna „A Livingroom Hush” i najbardziej eksplorująca połamane terytorium post-rocka „What We Must”, należą już do obowiązkowych klasyków. Ale nie ustępuje im wspomniany „One-Armed Bandit” włączający z kolei w ich struktury elementy rocka progresywnego.


„Live With Britten Sinfonia” to pierwszy album koncertowy Jaga Jazzist, ale jak można się domyśleć prezentujący formację w wyjątkowej odsłonie, bowiem w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Tego typu albumów było oczywiście w historii muzyki już wiele, czy warto zatem sięgnąć po symfoniczną płytę Norwegów? Oczywiście. „Live With Britten Sinfonia” można ewentualnie potraktować jako swoisty the best of, skupiający się jednak tylko na bardziej wyrafinowanej stronie Jaga Jazzist, z naciskiem na kompozycje z „One-Armed Bandit”. Jednak przede wszystkim prezentuje znane już utwory wreszcie w ubogaconych wersjach.

Specyfiką muzyki Jaga Jazzist jest jej złożoność i niemal matematyczna precyzja wykonania. Choć budzi autentyczne emocje to jest jednak perfekcyjnie zaprojektowana. Wbrew pozorom nie ma tutaj zatem możliwości i miejsca na jazzowe improwizacje. Horntveth ściśle kontroluje swoje kompozycje, pozwalając zespołowi ewentualnie na elementy wyciszenia i przedłużania motywów, nigdy jednak na szaleńcze free-eskapady.

Dodatek w postaci orkiestry jest zatem jedną z niewielu możliwości wzbogacenia tej muzyki o nowe elementy. Rzecz jasna najczęściej pełni ona funkcję dodatkowego instrumentu, ale o tym jak doskonale poradziła sobie z samodzielnym imitowaniem brzmienia Jaga Jazzist, można się przekonać na początku pełnej piętnastominutowej wersji „One-Armed Bandit”. Jak większość albumów koncertowych, ten pozostaje zasadniczo pamiątką dla fanów. Szkoda tylko, że nie ukazał się jako DVD, z pewnością bowiem robiłby większe wrażenie, takie, na jakie Jaga Jazzist w pełni zasługuje. 7/10 [Wojciech Nowacki]

EDITORS The Weight of Your Love¸ [2013] [PIAS] || Gdy na początku lat zerowych szalała nowa rockowa rewolucja, raczej ją ignorowałem zajmując się klasyką rocka. Bo po co słuchać odniesień do bluesa, hardrocka, punku, nowej fali, skoro można sięgnąć po oryginały. Dopiero pod koniec tej fali spadły na mnie jak grom z jasnego nieba dwie piosenki ledwie zapowiadające taneczny miks gatunkowy lat następnych: „Take Me Out” Franz Ferdinand oraz „Munich” Editors.

„The Back Room” jest dziś płytą niedocenianą a bez wątpienia klasyczną. Stylowa, zadziorna, surowa i nieprzyzwoicie przebojowa, w której każdy element i każda piosenka były na swoim miejscu. Między bajki włożyć można było porównania do Joy Division (via Interpol), pokażcie mi kogoś, kto potrafiłby tańczyć i wyśpiewywać swe gardło do muzyki Iana Curtisa. Joy Division ostrzyli w naszych rękach tępe żyletki, Editors wstrzykiwali adrenalinę prosto w serce.

Szkoda, że padli ofiarą znanego syndromu chęci bycia „bardziej”. Na „An End Has A Start” mamy teoretycznie te same składniki. Melodie, gitary, teatralne wokale, ale wszystko zagęszczone przeprodukowaniem i przearanżowaniem. Jest tam kilka świetnych kompozycji, ale jako całość album ten zmienił się w dźwiękową magmę. Syntezatorowy eksperyment na „In This Light And On This Evenig”, jakiekolwiek były jego przyczyny, mnie przekonywał. Utwór tytułowy, tylko początkowo irytujący „Papillon” i rewelacyjne „Eat Raw Meat = Blood Drool” należą do najlepszych utworów Editors, reszta kompozycji jest jednak dość miałka, w efekcie ten potencjalnie bardzo dobry album zapada się pod ciężarem własnej nierówności.


Stąd moje zaskakująco pozytywne odczucia po pierwszym pobieżnym przesłuchaniu „The Weight Of Your Love”. Dla odmiany płyta brzmi spójnie i równo, co przy powrocie do gitarowego grania najbardziej przypomina „An End Has A Start”, ale w znacznie lżejszej wersji. Kłopoty ujawniają się dopiero przy uważniejszym odsłuchu. Niemniej pierwsze single należą do zdecydowanie udanych, będąc zarówno przebojowymi, jaki i ukazując nowe oblicze zespołu. „A Ton Of Love” żartobliwie nazywam najlepszym singlem U2 od lat, jest tu żar, pojawia się i New York, i desire. „The Weight” to już Editors ani nie ostre, ani zadziorne, lecz przestrzenne, kroczące, a za mocną, momentami południową gitarą pojawiają się i smyczki.

Podobnie brzmi „Sugar” w stylu rocka lat dziewięćdziesiątych, z popowym refrenem i konsekwentnie kojarzący się z U2. Jeszcze mocniej słychać to w „Formaldehyde”, wbrew tytułowi sugerującemu większy ciężar gatunkowy. Wspomniane smyczki szczególnie silnie wyeksponowane są w „Honesty”, w którym pobrzmiewa też sekcja dęta oraz bardzo mocno zredukowane w stosunku do poprzedniej płyty syntezatory. Ballady na „The Weight Of Your Love” prezentują zaś różne oblicza, epicko się rozkręcające (znów lata dziewięćdziesiąte) w „What Is This Thing Called Love” czy bardziej poetyckie w „Nothing”.


Wadą albumu nie okazują się jednoznacznie wcześniej zapowiadane inspiracje amerykańskim rockiem sprzed dwóch dekad, prowadzące to silnych skojarzeń z „amerykańskim” etapem w historii U2. Tym razem płyta jest tak równa, że mało co ponadprzeciętnie się wybija, brakuje ognistych refrenów, chwytliwych melodii, w drugiej połowie robi się już miejscami nudno i nie pomaga sięgnięcie po folkową stylistykę w „The Phone Book”.

Jest to Editors dojrzalsze, ale pozbawione większości dawnego napięcia. Silnie ujawnia się tu też ich słabość do zbytniego przeciągania kompozycji, większość utworów przekracza cztery minuty, skrócenie ich z pewnością dodałoby albumowi blasku. Jak zwykle, na szczęście, dodatkowego blasku nie potrzebuje głos Toma Smitha, który znacznie poszerzył tu swoje zdolności wokalne i interpretatorskie. Płyta niepozbawiona wad, ale i zalet, nie wzbudza ani większych emocji, ani też kontrowersji. Tym bardziej po obecnym wyciszeniu ciekawi mnie ich kolejna wolta stylistyczna, jakakolwiek by ona nie była Editors brzmią zawsze unikalnie. 6/10 [Wojciech Nowacki]

26 lipca 2013


WILD TIDES Hung Loose¸ [2013] self-released || Letná to parkowe wzgórze nad brzegiem Wełtawy, znane wszystkim mieszkańcom Pragi i cudzoziemcom będącym tam dłużej niż na krótkiej standartowej wycieczce. Niegdyś stał tam monumentalny pomnik Towarzysza Stalina w otoczeniu żołnierzy i klasy robotniczej. Postać bodajże pionierki znajdującego się za nią czerwonoarmistę niefortunnie trzymała za krocze, co stało się niejako śpiewem przyszłości życia na Letnej.

Tam zawsze jest lato, niezależnie od pory dnia i roku mieszkańcy udają się do jednego letneńskich piwnych ogródków, przychodzą uprawiać sporty, biegać, bawić się z psami, lub po prostu zasiąść z piwem na trawie (co jest legalne) lub zapalić (substancje legalne z przymrużeniem oka), turyści zaś wdrapują się po betonowych schodach, by podziwiać klasyczny widok na miasto. Letná to także nazwa dzielnicy rozciągającej się parkowym wzgórzem i nic dziwnego zatem, że to właśnie stamtąd pochodzi bodaj jedyna grupa… surf-rockowa.

Bo dlaczego nie, nawet Stalinowi musiało być przyjemnie w słońcu na powietrzu, Wełtawa, choć kapryśna, nie sprzyja może surfingowi, ale miejsce to stało się synonimem przyjemności, zabawy i beztroski. Podobnie jak muzyka Wild Tides. Epka „Hearts On Fire” wskazana zostało jako jedno z najciekawszych wydawnictw zeszłego roku, chłopcy z Letnej nabrali zatem wiatru w żagle i w tym roku wydali pełnowymiarowy (choć dwudziestominutowy) album „Hung Loose”.


Wesoło jest od pierwszych taktów „Something Else About Her”, choć zespół ledwie się tu rozkręca, to wybija się tu chwilę firmowa gitara. Półtoraminutowy „Gimme’ The Blues” to już odrobinę większy kaliber cięższego i klasycznego rocka przefiltrowanego przez post-punkowe motywy. Singlowy „Watching Grlz Talk” to popisowy rock’n’roll z automatem perkusyjnym w podkładzie, po którym następuje „Little Darlin’” dansingowy przytulaniec rodem z weselnej sali.

Odrobinę poważniej robi się w po tarantinowsku południowym i koronkowo gitarowym „Marry Me”. Krótka to chwila, bo do rock’n’rollowego pędu wraca „My Daniela (Reprise)”. Najdłuższy na płycie „California Wet Dreamin’” to już całkiem udana synteza surfowego pastiszu z jak najbardziej współczesnym gitarowym indie. Odrobina folku pojawia się w „Instead Of Two Beating Hearts”, finałowe „Shrines” żegna nas zaś gęstym post-punkiem. Dwadzieścia jeden minut muzyki i chcemy tylko więcej.

Lekkość, zabawa, odrobina brudu, to wszystko znajdziemy na „Hung Loose”. Płyta, co typowe dla alternatywnych Czech, wydana została w postaci darmowego download’u oraz na pięknym winylu nakładem zasłużonego Election Records. Zachęcam zatem do pobierania i zażycia odrobiny beztroski. Słońce, piwo, pudełko pizzy, Letná. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]