25 lutego 2014


GOLD PANDA Half of Where You Live, [2013] Notown || "You", praktycznie najpopularniejszy utwór Gold Pandy, który spinał klamrą jego debiutancki album, definiował jego styl i do dziś entuzjastycznie przyjmowany na żywo, jest tak naprawdę nieznośnie irytujący. Może nie w jakiś wyjątkowo nieprzyjęty sposób, ale "tytułowy" sampel wokalny brzmi po prostu infantylnie. Jednak "Lucky Shiner", choć albumowy debiut, był wyjątkowo dojrzałą i stosunkowo nietypową wypowiedzą na polu elektroniki. Zarejestrowany w domu wujków, poświęcony pamięci rodziny, zatytułowany na cześć swojej babki a zarazem celebrujący orientalne korzenie i doświadczenia, ukazał oblicze elektroniki ludzkiej, intymnej i osobistej.


Kto jednak potrzebował tanecznych bitów, znalazł tam wyśmienite "Vanilla Minus", ale też niemal równie chwytliwe "Marriage" i "India Lately". Późniejszy singiel "Mountain / Financial District" kontynuował brzmienie albumu, dopiero na EP "Trust" Gold Panda lekko zaskoczył poważniejszą atmosferą i niemal jazzowymi odniesieniami. Najważniejsze jednak, że po tym "kryzysie zaufania" i wcześniejszej celebracji rodziny, Panda znów wyruszył w drogę.

Słuchanie "Half of Where You Live" faktycznie odpowiada doświadczeniu podróży i kolejnych krajobrazów, zasadniczo miejskich, za oknem. Wyznacznikiem tego był już zapowiadający album "Brazil", który spokojnie mógłby być singlem Bonobo (ale z gatunku tych udanych, vide "Cirrus"). Ciekawie wypada naturalne i bardzo organiczne stosowanie egzotycznych instrumentów. O ile na "Lucky Shiner" może też nie dominowały, ale stały się najbardziej charakterystycznym patentem Gold Pandy jako producenta i aranżera, o tyle na "Half of Where You Live", choć nadal obecne i nadal bogate, to są już tylko jednym z integralnych elementów jego kompozycji. "Half of Where You Live" w znacznie bowiem większym stopniu niż debiut bazuje na tanecznym bicie.


Szczególnie pierwsza połowa płyty. Otwierający "Junk City II", bazuje na zaskakująco mechanicznym, później wręcz house'owym bicie. "An English House" brzmi lekko-chillwave'owo, ale Gold Panda nie z tych co podpinają się pod cudze nurty, więc utwór ten oparł na szybkim bicie i bogato przyozdobił. Album traci na tempie w drugiej połowie, zbliżając się do intymności debiutu. A o tym, że miejska turystyka w wykonaniu Gold Pandy to nie klubowanie do nieprzytomności w egzotycznych miejscach, ale ciągłe poszukiwanie swojego miejsca z obrazem domu i rodziny z tyłu głowy. Are you getting depressed? słyszymy zatem w "The Most Liveable City". Nie, zdecydowanie nie, odpowiadamy. 7/10 [Wojciech Nowacki]

23 lutego 2014


Czołem! To jest kolejny, piąty już, odcinek "Pocztówek z Obozu". Do tej pory starałam się dobierać albumy otagowane podobnymi nazwami gatunków muzycznych, ale ten odcinek będzie wolny od szufladkowania.

Rozpocznie wiśniowy punko-indie-rock z Miasta Aniołów, czyli Cherry Glazerr, w skład którego wchodzą: Clementine Creevy (frontwoman - tworzy teksty i gra na gitarze), Sean Redman (basista) oraz Hannah Uribe (odpowiedzialna za perkusję). Początki grupy sięgają 2012 roku kiedy to Clementine w domowym zaciszu zaczęła komponować pierwsze utwory. Długogrający album "Haxel Princess" ukazał się 14 stycznia tego roku i zawiera dziesięć numerów, których warstwy liryczne nierzadko ociekają absurdem. Moim faworytem w tej kategorii jest utwór zatytułowany "Grilled Cheese" znajdujący się na pozycji trzeciej. Grilled cheese in my mouth / Get on your knees if you wanna bite wyśpiewane delikatnym, eterycznym kobiecym wokalem nadaje utworowi groteskowego charakteru. Brzmienie tego tria przypomina nieco dokonania Pixies, za to sposób śpiewania Clementine przywodzi mi na myśl wcześniejsze produkcje Cat Power.

Wśród najlepiej sprzedających się krążków na Bandcampie znalazłam jeden należący do znanego francuskiego DJ'a i producenta. Minimatic, założyciel wytwórni Tour Eiffel, ma na swoim koncie wiele dobrze przyjętych przez publiczność remixów i coverów (m.in remixy utworów Janko Nilovica) a jego muzykę charakteryzuje ciepłe, organiczne brzmienie. "Get Swingy EP" rozpoczyna aranżacja znanego wszystkim (za to nie przez wszystkich lubianego) hitu duetu Daft Punk "Get Lucky". Następny w kolejce czeka niezwykle energetyczny kawałek "Gonna Swing You", który rozbudzi największych śpiochów i postawi na nogi maksymalnie skacowanych imprezowiczów. Trochę przywodzi mi on na myśl dokonania Parow Stelara. Jako trzeci i zarazem ostatni żegna nas utwór "Betty Was Here", zdecydowanie najbardziej oryginalny i klimatyczny z całego wydawnictwa. Jest to idealny album na przywitanie przedwiośnia, które powoli wkrada się na nasze podwórka.

Na koniec coś polskiego. Mam przyjemność zaprezentować Wam minialbum poznańskiego duetu Folga, za którego brzmienie odpowiada Michał Wierzbicki z grupy Admiration Is For Poets (była już o nich mowa tutaj). Artur i Iga pracują aktualnie nad kolejnym krążkiem, który ma się ukazać jeszcze w tym roku. Jeśli macie ochotę na odrobinę przyjemnego dla zmysłów synth-popu to... klik! Album zatytułowany jest po prostu "Folga", czekają tam na Was cztery utwory o łącznej długości około szesnastu minut, w sam raz na przerwę w pracy. Życzę miłego odsłuchu! [Agnieszka Hirt]

14 lutego 2014


MOGWAI Rave Tapes, [2014] Rock Action || Nie wiem jakim cudem dopiero teraz po raz pierwszy recenzuję regularny, studyjny album Mogwai, jednego z kilku esencjonalnych dla mnie przecież zespołów. Nie żeby nie można było na nich liczyć, płyty wydają regularnie, równie regularnie przeplatając je epkami, zbiorami remiksów czy soundtrackami. A może szkoda, może dłuższa przerwa by im nie zaszkodziła, w końcu "Rave Tapes" to jeden ze słabszych ich albumów. Nie, nie musicie się zatem obawiać. Owszem, mógłbym zrobić sobie Mogwai-tematyczny tatuaż, na ich koncercie pewnie płakałbym jak mała dziewczynka, "Rave Tapes" kupiłem na płycie, tylko po to by dwa dni później kupić również winyl a zdjęcie TEGO podnieca mnie bardziej niż niejeden hipsterski porno-blog na Tumblru. Miłość miłością, ale może właśnie dlatego zasłużonej chłosty nie odmówię.

Bo Mogwai to już trochę takie Iron Maiden post-rocka. Będąc ledwie jednym z odgałęzień arcyciekawego i metagatunkowego nurtu w muzyce wygenerowali masę epigonów, która nie tylko zjadła sens pierwotnego pojęcia, ale złapała same Mogwai w pętlę kopiowania kopistów. Wierzcie lub nie, ale post-rock to nie ugrzeczniony instrumentalny metal z długimi i smutnymi tytułami kompozycji oraz zdjęciami zachmurzeń w różnych stadiach na okładkach. Czyli plus minus to, co serwują fanpejdże w stylu Post-rock PL itp. Pierwotnie post-rock to i to, i to, i to, ale i faktycznie nurt a'la GY!BE czy Mogwai właśnie. Niestety, plejada mniej lub bardziej udanych kopii w stylu God Is An Astronaut czy Russian Circles mocno zawęziła percepcję pojęcia post-rocka, tak, że dzisiejszy miłośnik "gatunku" może poczuć się zaniepokojony widząc różową okładkę i słowo "rave" w tytule płyty.

Mój pogląd na albumy Mogwai? Debiut tak istotny i kultowy, że niemal nie mam potrzeby go słuchać (chyba, że "Like Herod" w kolejnych koncertowych wersjach, im dłuższa, głośniejsza i rzężąca, tym lepiej). Album nr 2 po prostu lepszy, spójniejszy i obezwładniający atmosferą. Tendencja zwyżkowa kulminowała moim zdaniem na "Rock Action", płycie na której Szkoci pokazali, że zdolni są zmian, wzbogacania brzemienia i poszukiwań, przy jednoczesnym zachowaniu swej tożsamości, a wszystko to na albumie niewiele dłuższym od niektórych ich wcześniejszych utworów. Płyta "Happy Songs For Happy People" tylko to potwierdziła, przy okazji uwypuklając zmysł Mogwai do pisania znakomitych melodii. A potem zaczęły się schody.


"Mr. Beast" to najsłabsza płyta z najfajniejszą okładką. Kilka bardzo dobrych pomysłów, skumulowanych głównie na początku, parę świetnych melodii, ale poza tym mnóstwo dziwnie "zwyczajnej" gitarowej nudy i zejścia do poziomu własnych epigonów. Trochę zapomniany "The Hawk Is Howling" na szczęście udanie powrócił do brzmienia rodem z pierwszych albumów i zjawiskowego zbioru "EP+6", a "Hardcore Will Never Die, But You Will" przyniosło znów odrobinę świeżości i zasłużonego sukcesu. I tak oto dotarliśmy do "Rave Tapes".

Kompaktowy tytuł może rodzić skojarzenia z "Rock Action", ironia w nim zawarta z "Happy Songs Happy People", niestety, równie fajna okładka odsyła zdecydowanie w stronę "Mr. Beast". Różnica między tymi albumami polega głównie na tym, że na "Mr. Beast" było klika świetnych pomysłów i kilka bardzo słabych. "Rave Tapes" jest znacznie bardziej spójna jako całość, nie ma tu złych utworów, ale nie ma też bardzo dobrych. A przede wszystkim zapamiętywalnych, nawet te trzy najlepsze (znów skumulowane na samym początku), "zaskakują" dopiero na zasadzie wielokrotnych przesłuchań albumu.


Czemu akurat vocoderowo-piosenkowe "The Lord Is Out of Control" opatrzone zostało teledyskiem naprawdę nie rozumiem. Ot, zwyczajna, odrobinę bezpłciowa kompozycja, podobnie jak tradycyjnie melancholijna "Blues Hour", rodem z dawnych czasów Mogwai, ale nie dorastająca do ówczesnego poziomu. Ale jeszcze gorzej jest w krótkich, gitarowych  i instrumentalnych utworach, jak zmęczone "Deesh", absolutnie nijakie "Hexon Bogon" i naprawdę okropnie się zaczynające "Master Card". Zamiast ponadgatunkowych wizjonerów, mamy tutaj nastawienie We play rock music, dude! w wykonaniu panów w wieku andropauzalnym. Co z kolei myśleć o "Repelish", dialogu poświęconemu słynnej niegdyś sprawie "Stairway To Heaven" Led Zeppelin, również nie wiem. Wiadomo, żart, ale czy czasem aby trochę nieświeży?

Otwierająca album triada jest jednak znacznie zapowiedzią czegoś znacznie ciekawszego. Przy lepszym dopracowaniu mogła by to być podstawa do naprawdę udanej epki. Szczególnie "Remurdered", pierwszy znany utwór z "Rave Tapes", choć trochę poszatkowany i chaotyczny, wydaje się być punktem wyjściowym do znacznie dłuższej i złożonej kompozycji. Kończy się jednak plus minus w tym momencie, kiedy zaczyna naprawdę wciągać. Problemu z natychmiastowym zainteresowaniem nie ma natomiast "Simon Ferociuous", w którym Mogwai brzmią jak... The Chemical Brothers rodem z "Further"! I wreszcie medytacyjne "Heard About You Last Night", oparte na obezwładniającym pulsie, pokazuje, że Mogwai zdecydowanie zasłużyli sobie na dłuższą przerwę w poszukiwaniu nowych pomysłów. 5/10 [Wojciech Nowacki]

5 lutego 2014


Stosunkowo często niestety powraca w moich praskich opowieściach motyw Czeskiego Słowika. Pod koniec roku przy okazji tej jednej z najbardziej lamerskich nagród muzycznych wybuchł skandal i ogólnokrajowa debata na tematy kulturalne. Wszystko za sprawą stosunkowo niewinnej kategorii "Gwiazda Internetu", jedynej poddanej powszechnemu głosowaniu. Dwa dni po wręczeniu nagród, Mattoni, producent wody mineralnej i główny sponsor Słowika, wydał oświadczenie o uprzedniej dyskwalifikacji rapera występującego pod pseudonimem Řezník. Powodem miało być "posługiwanie się przez artystę wulgarnym językiem, obraźliwym dla niektórych grup obywateli, dosłownie opisującym gwałt i stosowanie substancji uzależniających."

Oświadczenie wydane zostało w odpowiedzi na słowa Řezníka, jakoby nagroda należała się jemu i została mu odebrana, głównie z obaw, że zwycięstwo rapera wiązało by się z jego występem na żywo podczas rozdania Słowików. I faktycznie na 10 dni przed oficjalnym zakończeniem głosowania, Řezník widniał na stronie internetowej jako zwycięzca tej konkurencji, co nie jest żadnym zaskoczeniem, ponieważ dysponuje ogromną bazą niezwykle oddanych fanów.

I rozpętała się burza. Najpierw w geście protestu otrzymanego w 2006 roku Słowika oddał Matěj Ruppert, lider i wokalista popularnej funkowej grupy Monkey Business. Piorunujące medialne wrażenie jednak uczyniła dopiero rezygnacja Tomáša Klusa z udziału w kolejnych edycjach Czeskiego Słowika. Ten młody debiutant należy do najpopularniejszych obecnie muzyków w Czechach a w zeszłym roku po raz pierwszy od lat zrzucił ze słowiczego tronu samego Karela Gotta. Głosy takie jak Richarda Krajčo, lidera starczo-rockowej grupy Křyštof, który powiedział, że "nie chciałby, żeby jego dzieci słuchały Řezníka", należały do zdecydowanej mniejszości.

Podobnie kontrowersyjnie potoczyła się sprawa występu zespołu Vanessa w czeskiej telewizji. Co prawda w późnych godzinach i na niszowym kanale tematycznym (a'la nasza TVP Kultura), ale wokalista grupy Samir Hauser (której członkiem jest Moimir Papalescu, jedna z ważniejszych postaci czeskiej elektroniki) w czasie przeprowadzanego na żywo wywiadu, nie tylko pił, palił i przeklinał, ale i symulował zwracanie oraz wciągał kokainę z Biblii. Tym razem jednak chodziło o przygotowaną z premedytacją prowokację artystyczną, która zaowocowała zwiększoną o 100 % sprzedażą najnowszej płyty Vanessy oraz kolejną ogólnomedialną dyskusją o swobodzie artystycznej, cenzurze, kształtowaniu gustu społeczeństwa czy próbie ograniczania wolności internetu. I to właśnie fascynujące jest w Republice Czeskiej, że tego typu problemy bardziej rozpalają zmysły niż polityka. No chyba, że prezydent Zeman znów się upije.

Za miesiąc więcej o bieżących nowościach, czeskich podsumowaniach roku i nagrodach bardziej wartościowych od Słowika. [Wojciech Nowacki]

3 lutego 2014


COLDAIR [1.02.2014], Café V Lese, Praha || Całe szczęście, że muzyka Tobiasza Bilińskiego wciąga praktycznie od pierwszych dźwięków, inaczej naprawdę ciężko byłoby się mi skupić, słysząc wciąż szeptane do lewego ucha obserwacje Look! Look at the girls! They all wanna sleep with him right now! Rzut okiem na ukrywające się pod ścianami dziewczęta potwierdził spostrzeżenie, bardziej jednak wolałem się skupić na dźwiękach, które Tobiasz grał, niż na feromonach, które ewidentnie wydzielał.

Co ciekawe, było to moje pierwsze koncertowe zetknięcie się z Coldair. Parokrotnie widziałem Kyst, w tym w dwuperkusyjnej odsłonie, każdy kolejny raz był niezaprzeczalnie lepszy i ciekawszy od poprzedniego. Ale w przypadku Coldair przyznaję, że musiałem ulec powszechnemu niemal złudzeniu, że jak zespół, to na bogato, a jak solo, to smutny chłopiec z gitarą. Na szczęście już drugi album Coldair, "Far South", pokazał, że to nie gitarowy szkicownik z szuflady, ale przy utrzymaniu stałego tempa zmian/rozwoju, pełnoprawny projekt, którego kolejne kroki mogą być potencjalnie ciekawsze niż Kyst. I płyta "Whose Blood" tylko te przypuszczenia potwierdziła.

Na chłopca z gitarą dali się nabrać i Czesi. Wydawało się, że w odpowiedzi na pierwsze dźwięki Coldair, niemal słyszeć było można odgłos zdziwienia dobiegający ze skromnego publikum. Odbiór ten tylko umacniał się w trakcie stosunkowo krótkiego koncertu. Ogromny talent, w pełni ukształtowania muzyczno-sceniczna osobowość, bezbłędny miks i przede wszystkim niebywale bogata, wręcz zaskakująco różnorodna przy pierwszym kontakcie muzyka.

Najlepsze momenty? Single z "Whose Blood", świetny i profesjonalny cover "Strawberry Bubblegum" Justina Timberlake'a, czy moje ulubione "What Is There To Know" na bis. Ale przede wszystkim nowy, po raz pierwszy zagrany utwór, z płyty nad którą Tobiasz właśnie pracuje. Nie, nie napiszę jak brzmi, poczekajcie na plus minus 2015 rok, bo zaskoczeń ze strony Coldair może być naprawdę sporo. Porzućcie też już wszelkie etykiety i porównania, Tobiasz Biliński gra po prostu jak Tobiasz Biliński a pomysłów na siebie ma co raz więcej.

Szkoda, wielka szkoda, że całkowicie zawiedli organizatorzy. Byłem niemal pewien, że jeśli udało sie zorganizować koncert w Café V Lese, jednym z najważniejszych miejsc na muzyczno-alternatywnej mapie Pragi, to nie należy się przejmować resztą. Zerowa promocja, event na Fejsie utworzony na trzy dni przed, brak choćby symbolicznej kartki w samym klubie, że tego dnia odbywa się w nim potencjalnie intrygujący koncert. Poczułem, że jeśli polscy wykonawcy chcą przyjeżdżać do Pragi (bo warto!) to skoro jestem na miejscu to naprawdę powinienem wziąć sprawy w swoje ręce.

Wreszcie uwaga dla fanów, miłośników, czy osób które zetknęły się muzyką Coldair dopiero na żywo. Dziewczęta, nie przygryzajcie nerwowo warg! Chłopcy, nie uciekajcie spłoszeni zaraz po koncercie! Nie musicie bać się Tobiasza, przynajmniej na razie, dopóki nie zostanie obrzydliwie bogatą gwiazdą światowego formatu. Za parę lat, czeska widownia i praskie kluby naprawdę mogą mieć powody by żałować, że nie poświęciły Coldair takiej uwagi na jaką zasługuje. [Wojciech Nowacki]

2 lutego 2014


NILS FRAHM [31.01.2014], Palác Akropolis, Praha || Pisząc o muzyce Nielsa Frahma ma się zasadniczo do wyboru dwie strategie. Emocjonalną, która niemal gwarantuje popadnięcie w bezlitosny banał, lub intelektualną, równie silnie grożącą bezdusznym i wydumanym żargonem. Sytuacji nie ułatwia pozycja Frahma na scenie muzycznej, kolejny to bowiem artysta, którego nie sposób jednoznacznie zakwalifikować. W zależności od własnego przygotowania i osłuchania, każdy może znaleźć swój punkt dostępu do jego po-prostu-muzyki.

Nie należę do słuchaczy, którzy na koncertach poświęcają się głównie barowi, piwu i wesołym konwersacjom ze znajomymi. Dawno już jednak nie zdarzyło się, żebym słuchał koncertu w aż takim skupieniu i w poczuciu totalnego bezczasu. Często jestem w stanie przewidzieć następne dźwięki czy ruchy artysty, nawet w przypadku nieznanych mi kompozycji. Frahm nie poddaje się temu, skupienia i uwagi wymaga zatem śledzenie jego pracy nad dźwiękiem i napięciem wykonania. Zwłaszcza, że większość koncertu zagrana została bez przerw, pod palcami pianisty kompozycje przekształcały się płynnie jedna w drugą, czasem diametralnie różne, ale połączone z niebywałym talentem.

Frahm wykonuje nad swym pianinem autentyczną pracę. Łatwo ulec złudzeniu, że słuchamy jednej ciągłej improwizacji, ale nawet jeśli fragmenty oparte są na luźniejszych strukturach, to bez przerwy i bezbłędnie kontrolowane są przez artystę. Nils Frahm, sympatyczny i bezpretensjonalny chłopak, podczas koncertu z każdym uderzeniem w klawisze nabiera dojrzałości i męskości. Jego gra momentami jest niesamowicie wysiłkowa, ramiona Frahma nieraz wydawały się być na granicy bólu, kapiący z jego czoła pot nie był pod koniec występu zatem żadną niespodzianką.

Zaskoczeniem było natomiast to, jak… seksowną jest jego muzyka. Pierwszy utwór, na rozgrzewkę mocno oparty na loopach i elektronice (oparty na nagranym wspólnie z Ólafurem Arnaldsem „Stare”), niewiarygodnie gradując w stronę ekstatycznego finału rodził całkiem oczywiste skojarzenie. Poczucie wielkiej sensualności kompozycji Frahma trwało do końca występu, był to też jeden z powodów, dla których jego klasyczna przecież muzyka nigdy nie zbliżała się choćby do granic banału. Z dwójki Frahm – Arnalds po piątkowym koncercie zdecydowanie wybieram Frahma, jego twórczość jest może bardziej wymagająca, ale też znacznie bardziej wciągająca, a jego technika i doskonały warsztat dają mu lekką przewagę nad niemniej przecież utalentowanym przyjacielem.

Nils Frahm jest wreszcie przeuroczą osobą. Chętnie konwersuje i wciąga publiczność do prawdziwego współuczestnictwa w koncercie. Dosłownie zresztą, bo napięcie w maksymalnie wypełnionej sali Palácu Akropolis rozładował zapraszając kilkanaście osób na scenę. Przed koncertem sprzedawał swoje wydawnictwa swobodnie, chętnie i naturalnie rozmawiając ze swoimi fanami, a przynajmniej z tymi, którzy rozpoznali w nim gwiazdę wieczoru. Sam też zaproponował „nielegalny”, bo już po godzinie 22, bis, grając delikatny utwór i prosząc o nie klaskanie. Ku memu zaskoczeniu publiczność posłuchała a wieczór oficjalnie zakończył się sympatycznym machaniem do siebie widowni i artysty. Burzę oklasków otrzymał już zresztą zasłużenie wcześniej. [Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2014


NEW ORDER Lost Sirens, [2013] Rhino || Na początek mały eksperyment. Włączcie płytę "Waiting For The Sirens' Call". Pamiętajcie, że macie do czynienia z zespołem, który praktycznie jest Joy Division bez Iana Curtisa. Post-punk, depresja, czarno-białe fotografie, szare płaszcze. Na wysokości utworu (nomen omen) "Guilt Is A Useless Emotion" wyobraźcie sobie, że wszystkie wokale nie należą do Bernarda Sumnera, ale do Lady Gagi. Pasuje? I to jak.

To nie tylko dowód na mój ulubiony relatywizm muzyczny, ale i przyczyna sukcesu New Order. Ich bezbłędne, przebojowe i radosne kompozycje mają potencjał spodobać się niemal każdemu. Od ponurych miłośników żyletek czy podtatusiałych "koneserów starego rocka" po gwiazdeczki gej-klubów i słuchaczy komercyjnych stacji radiowych. New Order w XXI wieku to zaledwie dwa albumy, "Get Ready" i "Waiting For The Sirens' Call", ale ten drugi doczekał się wreszcie swoistego rozwinięcia.

Pozostałe utwory z tej samej sesji nagraniowej miały zostać pierwotnie wydane niedługo po właściwym albumie. Historia grupy, jak i planowanego materiały, trochę się jednak skomplikowała. New Order praktycznie rozpadli się w 2007 roku, by wkrótce powrócić, ale bez Petera Hooka, legendarnego basisty, będącego obok Sumnera jednym z filarów New Order / Joy Division. Stosunki między zespołem a Hookiem są obecnie bardzo napięte, basista odmawia im prawa do posługiwania się szyldem New Order czy wykonywania utworów Joy Division na koncertach. Grupa bowiem nadal koncertuje, Hook głównie syczy w wywiadach a "Lost Tapes" jest najprawdopodobniej ostatnim wydawnictwem oryginalnego składu New Order.

Niby samodzielna pozycja w dyskografii, niby mini-album, niby odrzuty, "Lost Sirens" formalnie bliżej mają do "Not Music" Stereolab niż "Amnesiaca". Fajnie jednak, że materiał sprzed niemal dekady ukazał się i w międzyczasie praktycznie się nie zestarzał. Pierwszego przeboju doczekał się zresztą już wcześniej, piosenka "Hellbent" trafiła bowiem na kompilację "Total: From Joy Division To New Order" robiąc tam za ostatnią, powtórnie gitarową kropkę w dziejach grupy.

Otwierające płytę "I'll Stay With You" to typowe, pogodne, energetyczne i emocjonujące New Order. Zgodnie z tytułem nieznośnie słodkie "Sugarcane" brzmi z kolei jak typowy singiel... Pet Shop Boys. Ale wspomniane "Hellbent" to z kolei najbardziej rockowa odsłona zespołu, mocno gitarowa i niemal zgrzytliwa. Gitara Sumnera zresztą ogólne zdaje się dominować na "Lost Sirens" nad równie charakterystycznym basem Hooka. Ale oprócz tego mamy tu akustyczno-egzotyczne "Recoil", pop-rockowe "I've Got A Feeling", orkiestracje w "Californian Grass", niemal rave'owy "Shake It Up" oraz remiks "I Told You So", na "Waiting For The Sirens' Call" elektro-dubowy, tutaj a'la pustynna psychodelia. 6/10 [Wojciech Nowacki]

29 stycznia 2014


ELEKTRO GUZZI + HOLY [25.01.2014], MeetFactory, Praha || Widzicie na scenie klasyczny zestaw gitara + perkusja + bas. Czego się spodziewacie? Szeroko pojętego rocka. Co otrzymujecie? Techno. Jednym z najprzyjemniejszych koncertowych doznań są niespodzianki. Nie należę do osób, które chodzą do "klubów", ale na konkretne eventy. Tym razem wyjątkowo w mroźny praski weekend zachciało mi się koncertu. Wiadomo, jesteśmy po jesiennym sezonie, wiosenny jeszcze się nie zaczął, ale skoro jesień spędziłem praktycznie w całości na koncertach w MeetFactory, nie zaszkodziło sprawdzić, czy przypadkiem nie szykuje się coś na sobotni wieczór. I owszem, Elektro Guzzi, czyli według zapowiedzi elektro na kytaru, basu a bicí. Chętnie!

Austriackie trio Bernhard Breuer, Bernhard Hammer i Jakob Schneidewind grają i chcą grać techno. Używają do tego najprostszych dostępnych dla nich środków, czyli standardowego rockowego instrumentarium. Nie kryje się za tym żadna przeintelektualizowana filozofia i jest to jednym z największych atutów Elektro Guzzi. Dopiero na bazie prostego punktu wyjściowego pojawił się atut. Skoro już zabieramy się za elektronikę to ograniczmy jej stosowanie do minimum. Efektem są choćby ostatnie dwie znakomite epki "Allegro" i "Cashmere", czy występ na festiwalu Sonar.


Nic dziwnego, że praski koncert okazał się stosunkowo krótki. Bez przerw między "kompozycjami" usłyszeliśmy tak naprawdę jeden kilkudziesięciominutowy stale przekształcany "set". A że różnica między klikaniem w laptopie a bezustannym nawalaniem w perkusję jest zasadnicza, po tak energetycznym wyczynie wiedeńczycy mieli prawo być wyczerpani. Przede wszystkim jednak byli niezmiernie uradowani. Jeszcze nie byłem świadkiem czeskiej publiczności tak zapamiętale domagającej się drugiego bisu. Transowa, motoryczna muzyka, ułożona w przemyślane struktury, "produkowana" na żywo przez, co po raz kolejny podkreślam, gitarę, bas i perkusję, w teorii brzmi złowieszczo, ale niesie ze sobą obezwładniająco pozytywny ładunek emocjonalny.

Uwielbiam żywe dowody na absurd podziałów gatunkowych, tym większą przyjemnością jest dla mnie odkrycie Elektro Guzzi. Muzyka rockowa, taneczna, elektronika, gitary, żywe instrumenty vs. "muzyka z komputera" to dziś nic więcej niż krzywdzące muzykę i artystów archetypy, szkodzą bowiem zbytnim zawężaniem grona odbiorców do okopujących się nisz. Jedyny możliwy dziś podział to spełnienie lub nie naszych emocjonalnych potrzeb. Elektro Guzzi grają akustyczne techno a w ich muzyce słychać krautrockowe pierwociny, biały szum a'la Fuck Buttons i ściany dźwięku niczym Mogwai, cóż więc zrobić z tym faktem? Nic, najlepiej tańczyć. Jak głoszą na swoim fanpejdżu to play techno is not a crime.


Jak zwykle plus dla MeetFactory za bezpretensjonalną atmosferę i punktualność eventu. Wspomnieć też trzeba o supporcie, bo wydany tuż przed końcem roku (darmowy) album "T" jednoosobowego projektu Holy uznany został za jedno z najciekawszych wydarzeń i nadzieję na przyszłość. Taneczny wesoły synth-pop, melodyjny house, odrobina piosenkowej odsłony dubstepu a'la James Blake tworzą naprawdę przyjemną całość. Šimon Holý nie dysponuje może wprawionym wokalem, sprawia wrażenie jeszcze mocno nieociosanego, ale można się do niego przyzwyczaić i zdecydowanie nadrabia świetnym talentem do tworzenia przebojowych melodii (vide "LOL"). Na żywo można się zatem bardzo dobrze bawić, o ile jest się w stanie strawić dla wielu nieznośną i wystudiowaną manierę choreograficzną Holégo. [Wojciech Nowacki]

10 stycznia 2014


MODERAT II, [2013] BPitch Control || Intro "The Mark" brzmi jak Berlin nocą, kolejny przerywnik "Clouded" to już raczej miasto o mglistym poranku, gdy wszystko powoli budzi się do życia. Ładnie się to spina, pomiędzy przerywnikami rozpościerają się jednak moderatowe słodkości, które zasadniczo nie wiążą się w szczególnie interesującą całość i nie oferują wiele więcej niż to, że są ładne.

Pierwszy "Moderat" był albumem interesującym, jak zwykle zresztą, gdy dochodzi do połączenia sił dwóch różnych wykonawców. Solidna porcja momentami niepokojącej muzyki, stosunkowo "męskiej", czasem wręcz hip-hopowej, bliska również była Radiohead w ich flirtującej z elektroniką odsłonie. Moderat zresztą koncertował razem z Radiohead, ale ich supportujący występ podczas słynnego już poznańskiego koncertu była raczej pomyłką. Tysiące słuchaczy, wielka scena w pełnym słońcu, warunki totalnie niesprzyjające ich muzyce, stworzonej zdecydowanie do intymnych klubowych występów. Szkoda, że Radiohead nie przywieźli wtedy ze sobą do Polski Bat For Lashes.

Zarówno Apparat, jak i Modeselektor, powracali jeszcze do nas z własnymi koncertami, z sukcesami wydali kolejne swoje albumy ("The Devil's Walk" Apparat i "Monkeytown" Modeselektor) i można przypuszczać, że ich wspólny projekt był jednorazową ciekawostką. Szkoda, że tak się nie stało, "II" jest bowiem płytą zasadniczo niepotrzebną.


Najmniej odpowiadającym mi składnikiem tego albumu jest znacznie bardziej niż na debiucie wyeksponowana rola Apparata. Sascha Ring ze swoimi melancholijnie słodkimi wokalami czyni z dzisiejszego Moderat ot taką elektronikę dla smutnych dziewczynek z ambicjami. Zamiast intrygujących kompozycji otrzymujemy po prostu ładne piosenki. O ile "Moderat" brzmiał jak faktyczna fuzja dwóch wykonawców w nową jakość, o tyle na "II" również muzycznie bardziej słyszalny jest udział Ringa niż Modeselektor. Kompozycje jednak przepływają jedna za drugą nie pozostawiając wiele za sobą i jakkolwiek materiał jest dobrze wyprodukowany to ma się poważne wątpliwości czy czasem zbyt szybko się nie zestarzeje.

Na szczęście jest też "Ilona", instrumentalny utwór, zdecydowanie ciekawszy i ciemniejszy od otaczającej go słodyczy, jest i "Gita" z bardziej hip-hopowym podkładem, jest "Therapy", choć oparte na wszystkich zgranych moderatowych patentach to przyjemnie mocne, czy wreszcie dziesięciominutowe "Milk", które zginęłoby w ciekawszym otoczeniu, ale na "II" robi za bardzo fajny instrumental. Singlowe zaś "Bad Kingdom", które zupełnie nie ujęło mnie jako zapowiedź albumu po którym oczekiwałem znacznie więcej, faktycznie okazuje się najbardziej chwytliwą kompozycją.

W przypadku "II" nie chodzi o to, że jest płyta jest zła, bynajmniej, nie jest i przyjemnie przygrywa w tle nie przyciągając zbytniej uwagi. Z nie do końca jednak dla mnie zrozumiałych powodów jest albumem zdecydowanie przecenianym, podczas gdy wielu innych wykonawców zasługuje na większą uwagę, nie posiadając jednak tak atrakcyjnego szyldu. 5/10 [Wojciech Nowacki]

6 stycznia 2014


MORCHEEBA Head Up High, [2013] [PIAS] || Słodka Morcheeba dość mocno wykoleiła się w przeciągu ostatniej dekady. Bracia Godfrey pozują na wesołków w wywiadach i rzadko mają coś interesującego lub poważnego do powiedzenia. Ich ruchy w ostatnich latach uchyliły jednak rąbka zapewne prawdziwszego wizerunku Godfrey'ów jako koniunkturalnych skurczybyków. Odejście Skye (a dla 99,9 % fanów Skye = Morcheeba) początkowo próbowali wynagrodzić sobie nową, ale niemal identyczną wokalistką ("The Antidote"), następnie modelem producenckiego projektu ("Dive Deep"). Wyniki sprzedaży, pozycje w rankingach, zainteresowanie mediów i słuchaczy gwałtownie spadało, więc nie było wielką niespodzianką przeproszenie się ze Skye Edwards i nagranie pierwszego od 8 lat albumu w klasycznym zestawie.

Recepta na sukces gwarantowana, tymczasem "Blood Like Lemonade"  jako reunion-album naprawdę zaskoczyło. Brak wyraźniejszych przebojów, choć to właśnie zaciążyło na wynikach płyty, ewentualnie można jeszcze zrozumieć, potrafię sobie wyobrazić, że Skye i Godfrey'owie potrzebowali się znów kompozycyjnie dotrzeć. Bardziej jednak zadziwiała ponura, niemal funeralna atmosfera albumu, zarówno muzycznie, jak i przede wszystkim w tekstach. To naprawdę nie był dobry ruch, zamiast ekstatycznego powrotu otrzymaliśmy chyba wynik upuszczenia wszystkich dawnych napięć i emocji panujących w Morcheebie. Może słusznie, może potrzebnie, może właśnie dlatego to "Head Up High" brzmi jak prawdziwy reunion-album tria.


Udział dodatkowych wokalistów na "Charango" podobno miał być oznaką nadchodzącego kryzysu i odejścia Skye. E tam. Nie każdy może nagrać rewelacyjny duet z Kurtem Wagnerem z Lambchop i album wypełniony tak przebojowymi kompozycjami. "Head Up High" najbliżej właśnie do "Charango". W przeciwieństwie do jednolitego "Blood Like Lemonade" znów jest różnorodnie, znów mieszają się tu różne stylistyki, znów pojawiają się goście, choć daleko tej płycie do rozmachu "Charango". Niepokojące disco "Face of Danger", wesołe "To Be", nośne "Do You Good" i mocny refren w "Release Me" to wreszcie dokładnie to, czego można po Morcheebie oczekiwać. W dubowym "Make Believer" Skye wciela się w rolę młodszej siostry Grace Jones a "Call It Love" brzmi niemal jak rockowa ballada z lat dziewięćdziesiątych w wykonaniu zespołu, który śpiewał niegdyś przecież Rock and roll music's a thing of the past.

Tytuł, okładka, piosenki, śpiew o miłości już w pierwszym utworze. "Head Up High" nie jest płytą ani wybitną, ani modną czy oryginalną. Niemniej tak właśnie powinien brzmieć powrót Morcheeby. Po prostu przyjemnie. 6.5/10 [Wojciech Nowacki] 

5 stycznia 2014


ARCTIC MONKEYS AM, [2013] Domino || Arctic Monkeys to interesujący przypadek grupy, która udanie wychodzi z pobłażliwie czasem traktowanego kręgu młodzieżowego indie-rocka lat 00’, wkraczając na terytorium zarezerwowane dla „prawdziwego” dorosłego rocka pełnego deluxe reedycji klasyków i pogardy dla wszystkiego co młodsze niż 20 lat. Pojawili się jako ostatni chyba wielcy debiutanci brytyjskiej „nowej rockowej rewolucji”, dysponując potężnym pierwszym albumem, idiotyczną nazwą i masowym wsparciem ś.p. MySpace’a. To właśnie oni, nie Franz Ferdinand, ostatecznie przekształcili wizerunek Domino Records z niezależnego ambitnego labelu mieszającego alternatywne i folkowe brzmienia z elektroniką przełomu stuleci w nadal niezależnego giganta indie i zdobywcę okładek NME.

Historia potoczyła się dalej jednak nietypowo. Zamiast albumu nr 2 „takiego samego jak debiut i odnoszącego sukces z rozpędu”, albumu nr 3 „pokażmy, że eksperymentujemy i utraćmy połowę fanów” oraz albumu nr 4 „powróćmy po latach do pierwotnego brzmienia niewywołując najmniejszego zainteresowania mediów”, czyli plus minus dziejów takich zespołów jak Interpol, The Strokes, czy Franz Ferdinand właśnie, jakimś cudem wyszli z modnego kręgu współczesnego „indie” wstępując na ścieżkę bogów rocka.


Tym cudem zasadniczo okazał się Josh Homme. Wystarczyło pozadawać się regularnie z prawdziwym bogiem rocka i dodać nieco klasycznych riffów, by pokazać zatwardziałym rockistom, że gitarowe granie nie przestało być interesujące wraz z dubeltówką Kurta Cobaina. Po gówniarsko-krzykliwym debiucie Arctic Monkeys każda kolejna regularnie wydawana płyta faktycznie przynosiła stopniowo coraz bardziej dojrzałe i interesujące dźwięki. Można było przypuszczać, że proces ten zaowocuje w końcu albumem równie istotnym, lecz totalnie innym od „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not”. Wielu, łącznie z redakcją NME (album roku 2013, serio?), uważa, że jest nim „AM”. Jest? Nie.

Duch Queens of the Stone Age unosi się już w pierwszym utworze, znajdziemy tu również sporo firmowych od pewnego czasu dla Arctic Mokeys blacksabbathowych riffów. Natychmiast rozpoznawalny jest tutaj nadal wokal Alexa Turnera. Jest to jednocześnie jedyny chyba element, który przynosi autentyczny progres, Turner coraz odważniej i dojrzalej operuje swoim głosem, szkoda jednak, że nie przekłada się to na melodie. Wokalista wyraźnie zatraca się przekombinowanych i połamanych liniach wokalnych, w większości zupełnie niezapamiętywalnych. Jego charakterystyczne liryki dominują, spychając na dalszy plan muzykę, aczkolwiek również kompozycje nie przynoszą na „AM” nic specjalnie interesującego.


Opinie o stylistycznej różnorodności tego albumu (od post-punku po hip-hop) można spokojnie włożyć między bajki. Jedyna prawdziwe dramatyczna (dosłownie) zmiana następuje w połowie albumu, gdy piosenki o tak potencjalnie atrakcyjnych tytułach jak „No.1 Party Anthem” i „Mad Sounds” okazują się niemal soft-rockowymi balladami. Całość zupełnie nie angażuje, brzmi przyciężko i dość surowo zarazem. Dawna gówniarska zadziorność Arctic Monkeys czasem irytowała, ale „AM” zdecydowanie brakuje tamtej lekkości.

Nie ma jednak specjalnie nad czym rozpaczać. Arctic Monkeys nadal wydają się być fenomenem ograniczonym do Wielkiej Brytanii, Open’era i zachwyconych redaktorów „Teraz Rocka”. Bo czy znacie osobiście jakiegoś oddanego fana Arctic Monkeys? Ja nie. 5/10 [Wojciech Nowacki]

2 stycznia 2014


M.I.A. Matangi, [2013] Interscope || „Matangi” była płytą wyczekiwaną już w 2012 roku. Jej poprzedniczka „/\/\/\Y/\” spotkała się w roku 2010 z, delikatnie mówiąc, mieszanym przyjęciem. Za ciekawsze dokonanie uznano opublikowany ledwie pół roku później mixtape „Vicki Leekx”, zawierający fragmenty utworów pochodzących z tej samej sesji, lecz nieumieszczonych na płycie. Wkrótce jeden z nich doczekał się przemiany w pełnowartościowy singiel mający się znaleźć na planowanej czwartej płycie M.I.A. „Bad Girls” nie tylko zobrazowane zostało udanym teledyskiem, ale i stało się najpopularniejszym singlem M.I.A. od czasu „Paper Planes”.

Wydawało się, że M.I.A znajduje się na fali wznoszącej, udany singiel, featuring na „MDNA” Madonny, udział w jej teledysku razem z Nicki Minaj i wreszcie słynny fuck podczas wspólnego występu w przerwie Super Bowl. Nic tak nie napędza medialnej koniunktury jak wkurzenie Madonny i obnażenie hipokryzji przebrzmiewającej Królowej Popu. Tymczasem o albumie, który zdążył się już dorobić oficjalnego tytułu „Matangi”, nie słychać było nic poza kolejnymi przekładanymi datami premiery. Gotowa do wydania płyta z nie do końca znanych i zrozumiałych powodów przeleżała na półkach Interscope ponad rok. Wydaje się, że impulsem do jej dość nagłego wydania był, jak zwykle bojowniczy, tweet M.I.A. grożący udostępnieniem „Matangi” za darmo w sieci.


Długi okres oczekiwania nie tylko nie zaszkodził M.I.A., ale i prowadząc w pewnym stopniu do wyciszenia medialnej atmosfery, sprawił, że „Matangi” powszechnie uznana została za powrót do formy z dwóch pierwszych płyt i jeden z najlepszych albumów minionego roku. Tymczasem muszę przyznać, że lubię „/\/\/\Y/\”. Owszem był to album chropawy, momentami wręcz nieprzyjemny (oparte na wiertarkach „Steppin’ Up”), ale różnorodny w szalony wręcz sposób, ze świetnymi moim zdaniem singlami „Born Free” i „XXXO”, czy wreszcie z profetycznym, jak się wkrótce okazało dzięki Snowdenowi, „The Message”.

Na tym tle „Matangi” przy pierwszym kontakcie okazuje się rozczarowująco niezapamiętywalna. Poza znanym już od lat „Bad Girls” ciężko od razu wyłonić potencjalne przeboje, całość zaś jej spójna do granic jednorodności. Nie znaczy to, że nie ma tu szaleństw, ale Maya Arulpragasam emanuje tu spokojem. Zgodnie zresztą ze swoim prawdziwym imieniem Matangi, które dzieli z indyjską bogini, zdaje się unosić nad światem, który kapryśnie, lecz miłosiernie obserwuje.


Spokój bije już z dźwięku „ohm” otwierającego zaskakująco intymne, choć krwiście zatytułowane intro „Karmageddon”. „Ohm” pojawia się raz jeszcze, lecz paradoksalnie w bojowniczym utworze „Warriors”. Matangi objawia się jako goddes of word ("Bring The Noize"), w utworze tytułowym zdaje się wyliczać kraje nad którymi czuwa. Waleczna to bogini, lecz jej bronią są faktycznie słowa, obserwacje M.I.A. wydają jednym z najciekawszych elementów jej płyty. Pomijając utarczki z Madonną czy Drake'iem, padają tu słowa YOLO? I don’t even know anymore What that even mean though If you only live once why we keep doing the same shit? Back home where I come from we keep being born again and again and then again and again That’s why they invented karma ("YALA"). W pozornie bezmelodyjnym "Only 1 U" mocno brzmią Making money is fine But your life is one of a kind. Maya powraca z impetem (M.I.A. coming back with power power! w "Come Walk With Me"), ale i z samorefleksją (I used to be a bad girl now I'm even better w "Lights").

Choć początek albumu brzmi dość surowo, później znajdziemy na nim jednak popowe melodie ("Come Walk With Me"), melancholijne wręcz piosenki ("Exodus" / "Sexodus" z samplem od The Weeknd), czy nawet całkiem taneczne utwory ("aTENTion"). Strasznie fajnie brzmi chórek rodem z lat 60-tych w "Boom Skit" czy dubowe "Double Bubble Trouble ". Podsumowując, "Matangi" wypełniają dźwięki znacznie przyjemniejsze niż poprzedniczkę, ciekawsze są tu czasem rzeczy dziejące się w tle niż same kompozycje i melodie, jednak czwarty album M.I.A. to typowy grower. O ile na "/\/\/\Y/\" wracam najchętniej do wybranych piosenek, to "Matangi" kusi do kolejnych powrotów jako spójna, lecz niebanalna całość. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

18 grudnia 2013


MOUNT KIMBIE [30.11.2013], MeetFactory, Praha || Zakończenie jesiennego sezonu koncertowego nastąpiło dla mnie ledwie parę dni po fatalnym występie Starfucker. Na Mount Kimbie jednak zapatrywałem się optymistycznie, duet wydał w tym roku świetną płytę, elektronika zawsze sprawdza się w ścianach praskiego MeetFacory. I faktycznie, nie dość, że poza nie było rozczarowania, to koncert ten okazał się chyba najlepszym na jakim byłem w tym roku.

Już frekwencja pokazywała, że możemy mieć do czynienia z dobrym eventem. Spośród wszystkich tegorocznych koncertów w MeetFactory Mount Kimbie przyciągnęli zdecydowanie największą widownię. Duża sala wypełniona była niemal po brzegi, powietrze pod sceną dosłownie skraplało się na czołach uczestników, oddychać można jednak było niezwykle przestrzenną i intymną zarazem muzyką.

Mount Kimbie próbuje się wpisywać w kontekst współczesnego post-dubstepu i nowego soulu a'la James Blake i spółka. Nie twierdzę, że nie jest to całkowicie prawdą, ale inspiracje i horyzonty duetu sięgają znacznie dalej w czasie i przestrzeni niż większość skupiającej na "tu i teraz" dzisiejszej elektroniki. "Cold Spring Fault Less Youth" bez wahania zaliczyć można do najlepszych albumów roku 2013. Na żywo Dominic Maker i Kai Campos mało, że bezbłędnie oddali wszystko to, co w ich studyjnej pracy najlepsze, ale i uwypuklili to, co w ich muzyce jest wyjątkowe i często nie do końca uświadamiane.

Jasne, nadal jest to szeroko pojęta elektronika, ale zaskakująca wielką rolę pełnią tutaj żywe instrumenty w najbardziej klasycznym zestawieniu gitara + bas + perkusja. Szczególną uwagę zwraca właśnie szurająca, niemal jazzowa perkusja, a obok pulsującego, choć nie szaleńczego basu, to proste gitarowe frazy i repetycje zbliżają Mount Kimbie do klasycznego ponadgatunkowego post-rocka sprzed ponad dekady. Motoryka ich kompozycji również ma bardziej post-rockową niż elektroniczną genezę a gradacje dźwięków i napięcia wskazują, że jest to właściwa etykieta. Jednocześnie ważną rolę pełnią tutaj wokale, kruche i delikatne, ale nie pretensjonalnie soulowe. Mount Kimbie łączą zatem to, co najlepsze w dzisiejszych trendach z alternatywą początku lat 00'. W efekcie otrzymujemy muzykę melodyjną i taneczną, ale jednocześnie złożoną.

Recepcja koncertu była szalenie entuzjastyczna, sami wykonawcy byli wyraźnie i szczerze uradowani, może nawet zaskoczeni. Pościelowe "Home Recording", kroczący "Blood And Form", wsamplowany King Krule w "Break Well", gitarowe ściany i kwaśny taneczny bis, wszystko to wywoływało kolejne fale emocji. Czy czegoś zabrakło? A i owszem. Pomijając kwestię braku merchendisingu, która trapić może jedynie największych muzycznych geeków, to sam koncert okazał się rozczarowująco krótki. Dla mnie wyglądało to tak, że najpierw się spociłem, potem wycofałem na tył, wypiłem butelkę Club Mate, wróciłem na front a za moment już były bisy. Szkoda, wielka szkoda. [Wojciech Nowacki] 

16 grudnia 2013


FOUR TET Beautiful Rewind, [2013] Text Records || Kieran Hebden w ciągu ostatniej dekady zasłużenie stał się jedną z najważniejszych postaci muzyki elektronicznej. Mowa oczywiście o twórczości pod jego solowym szyldem Four Tet, mało kto bowiem, poza największymi miłośnikami post-rockowych eksperymentów przełomu stuleci i labelu Domino, pamięta dziś o Fridge, nawet pomimo powrotu tria z nowym albumem w 2007 roku. W tym czasie Hebden był już instytucją. Kilka albumów Four Tet, w tym jeden powszechnie uznawany za klasykę nowego wieku, dziesiątki, jeśli nie setki remiksów, późniejsza współpraca z Thomem Yorkem, Burialem, Stevem Reidem, nie wspominając o takiej nobilitacji jak wykorzystanie jednej jego kompozycji w "House M.D."

Wspomniany klasyczny album to oczywiście "Rounds" z 2003 roku, choć stanowiący rozwinięcie brzmienia Four Tet z wcześniejszych płyt (głównie urokliwie intymnego "Pause"), to konstytuujacy brzmienie zarówno tamtych lat, jak i Domino Records sprzed indie-rockowych czasów. Etykiety "emo-" lub "folkotroniki" może nie do końca się przyjęły, ale doskonale opisują ponadgatunkową i oryginalną twórczość Hebdena, cieplejszą i budzącą więcej emocji niż większość "żywej" muzyki.

Owe ciepło ustąpiło miejsca kwaśnej i kanciastej psychodelii na "Everything Ecstatic", albumie, który ukazał szersze możliwości Hebdena, ale jako trudniejszy w odbiorze nie miał szans powtórzyć sukcesu "Rounds". Ten nastąpił dopiero po dłuższej przerwie w roku 2010 wraz z niemal taneczno-house'ową płytą "There Is Love In You". I faktycznie, miłość do Four Tet znów powszechnie rozkwitła, album bezdyskusyjnie postawić można obok "Rounds", Hebden zaś udowodnił, choć wcale nie musiał tego robić, że po ponad dekadzie od debiutu Four Tet nadal znajduje się w czołówce.

Dyskontowanie sukcesu? Wręcz przeciwnie. Kolejne ruchy Four Tet sprawiały wrażenie czyszczenia szuflady i przygotowań do przeprowadzki z klubowych świateł do domowego undergoundu. Kolekcja całkiem udanych winylowych singli zebrana została w album "Pink", za darmo upubliczniony został także zestaw "0181", zawierający wczesne niepublikowane nagrania Four Tet z lat 1997-2001. Najważniejszym jednak gestem Hebdena, niekoniecznie muzycznym, było zaprzestanie wydawania dla Domino Records na rzecz własnego labelu Text Records. Odcięcie się od Domino, wielkiej, ale nadal niezależnej wytwórni, i wydawanie płyt własnym sumptem wpłynęło zasadniczo na dostępność muzyki Four Tet. Jasne, zakup mp3 nie stanowi problemu, gorzej jednak w przypadku fizycznych nośników i ich dystrybucji. Jakby Hebden wyraźnie chciał zaznaczyć, że interesuje go tylko produkowanie muzyki w domowym zaciszu i nic więcej. Co łączy się też z jego deklaracją, że nowy album Four Tet obejdzie się bez preorderów, Spotify, streamingów, singli.



Firmowe dzwonki Four Tet usłyszyły tylko w otwierającym całość, nomen omen, "Gong". Ten w duchu odrobinę post-dubstepowy krótki utwór opiera się na rozszalałych perkusjonaliach i wokalnym samplu, będąc tym samym w pełni reprezentatywny dla "Beautiful Rewind". Utwory ciężko tutaj nazwać kompozycjami, w większości są to krótkie, mocno perkusyjne szkice, praktycznie pozbawione melodii. Oraz emocji. Jest to też pierwszy album Four Tet, który ciężko nazwać przyjemnym, brzmienie jest tu bardzo surowe a pomysły proste, by nie powiedzieć prostackie. Materiał jest jednak jak zwykle u Hebdena świetnie wyprodukowany, dlatego też zyskuje przy bliskim, słuchawkowym kontakcie.

"Beautiful Rewind" najbliżej do również surowego, kanciastego i perkusyjnego "Everything Ecstatic". Tamta płyta była jednak zdecydowanie bardziej pomysłowa i melodyjna, choć nie w oczywisty sposób. Pobrzmiewały na niej inspiracje jazzem, kraut rockiem i psychodelią, na "Beautiful Rewind" doczytać można się ewentualnie nawiązań do dubstepu i hip-hopu oraz tej samej fascynacji automatami perkusyjnymi, której przesadnie uległ ostatnio Thom Yorke. Jego solowe dokonania przypomina zresztą "Your Body Feels", w kontekście maszynowego początku zatytułowany chyba ironicznie. Emocje były kluczem do sukcesu elektroniki Four Tet, bez tego czynnika Hebden zredukował się do szeregu setek bandcampowych artystów bawiących się w robienie elektroniki przed domowym komputerem.



Jedyną emocją jaką potrafi wzbudzić "Beautiful Rewind" jest irytacja, spowodowana głównie wspomnianymi samplami wokalnymi. Jeden z dwóch najciekawszych utworów, "Kool FM", popsuty został jednocześnie najbardziej denerwującym samplem. Jako jedyny jednak wydaje się dokądś prowadzić a głęboki, potężny bas stanowi ogromną ulgę po dominujących płaskich automatach. Drugim niezłym utworem jest "Unicorn", bynajmniej nie za sprawą zachęcającego tytułu. Więcej tutaj wreszcie przestrzeni, całość opleciona jest ładnymi koronkowymi syntezatorami, po zabiegu z nagłym wyciszeniem ma się wrażenie, że tytułowy jednorożec mógłby tak urokliwie biec jeszcze kilka dobrych minut w całkiem interesującym kierunku. "Unicorn" ma najbliżej do wcześniejszej twórczości Four Tet, w otoczeniu starszych kompozycji jednak nie wyróżniałby się tak mocno jak na "Beautiful Rewind".

Ciężko określić dla kogo jest ta płyta. Najprawdopodobniej dla samego Hebdena. To miło, że postanowił się z nami podzielić szkicami ze swego notatnika, bo niestety ciężko te 11 utworów nazwać czymś więcej. Dobrze też, że nadal eksperymentuje i nie stoi w miejscu. Pozbawiając jednak Four Tet tego, co esencjonalne, Hebden spada kilka kategorii w dół albo całkowicie wycofuje się z wyścigu zadowalając się pozycją dawnego mistrza, który może sobie wreszcie pozwolić na wszelkie dziwactwa. Szkoda. 4/10 [Wojciech Nowacki]

13 grudnia 2013


CINEMON Perfect Ocean, [2013] self-released || Kiedy pierwszy raz usłyszałam materiał z "Three Days EP" pomyślałam sobie "Wow". Gdy na początku tego roku odtworzyłam singiel "Nobody`s Gonna Put Out The Fire", pomyślałam "Wow razy milion". Potem, w maju zobaczyłam ich na żywo i przepadłam. Taka irracjonalna miłość do dźwięków. Gdyby mogły się zmaterializować i stać się mężczyzną to wyglądałyby jak Johny Depp... tak, ale ja nie o tym...

Od wydania ostatniej EPki minął ponad rok. W przeciwieństwie do poprzedniczki "Perfect Ocean" jest płytą przemyślaną i nagraną z większą dbałością o szczegóły. Bardziej postawili tu na wypieszczone, melodyjne piosenki a garażowe brzdąkanie zamietli gdzieś pod izdebnikowy dywan. Przyznaję, że trochę brakuje mi tego pazura i brudu z "Three Days EP", ale dojrzewanie artysty i poszukiwanie nowych kierunków to rzecz naturalna i z pewnymi zmianami trzeba się pogodzić.

Jeśli mowa o godzeniu się ze stanami rzeczy to cały ten krążek nieco o tym opowiada.  Dokładniej mówi o dążeniu do nieosiągalnej doskonałości i o tym, że czasem powinniśmy sobie po prostu odpuścić (z mocnym naciskiem na "sobie"). We got to learn to let go słyszymy w kawałku zatytułowanym "Ride", w którym swoich talentów udzieliła gościnnie Sylwia Urban.

Do współpracy panowie zaprosili także Zuzannę Skolias z grupy Time For Funk, jednak numer z jej udziałem nie znalazł się na nośniku fizycznym. Dostępny jest za to w wersji elektronicznej, a mowa o aranżacji "Perfect Day Alise" z repertuaru PJ Harvey.

Panowie z Cinemon zaserwowali nam łącznie ponad 43 minuty muzyki zamknięte w jedenastu kawałkach (wliczając bonus track). Wydawnictwo otwiera powolny "Messenger", który przywodzi na myśl dokonania White`a czy chłopaków z Black Keys. Kawałek udany, super się go słucha i zasługuje na ocenę bardzo dobrą.

Dalej mamy wspomniane już wcześniej "Nobody`s Gonna Put Out The Fire", jest to niezaprzeczalnie jeden z najlepszych utworów na płycie a także w historii zespołu. Mam tu tylko jedną pretensję. Otóż, mój ukochany numer został zgładzony przez... no właśnie - nadmierne wygładzenie. Całe flow tego numeru poszło..., ale nadal można posłuchać go w wersji live i jest super.

Kolejną mocną pozycję zajmują "Remember Me", "Ride" (o którym wyżej) oraz następujący po nim utwór "Coma". Ten ostatni z miejsca przypadł mi do gustu i bardzo często do niego wracałam pod koniec odsłuchu, kiedy zaczynał się "Cold Sea" (taka nieco męcząca w moim odczuciu ballada).

"Mike The Headless Chicken" to jedyny czysto instrumentalny numer na albumie. Pierwsze o czym pomyślałam kiedy zobaczyłam jego tytuł to "brzmi jak nazwa jednego z kawałków Primusa", no ale stylistycznie oczywiście zupełnie inaczej.

Słabych momentów na tym krążku jest bardzo mało, dlatego odpuszczam sobie rozpisywanie się na ich temat. "Perfect Ocean" mieni się wszystkimi odcieniami błękitu a każdy z nich jest na swój sposób piękny i sprawia, że powietrze wokół słuchającego ogrzewa się o kilka stopni. Zanim pomyślicie, że się spaliłam zakończę tę recenzję... Album bardzo dobry, bardzo polecam i wystawiam równie dobrą ocenę. 8/10 [Agnieszka Hirt]

10 grudnia 2013


LOGOPHONIC Borderline, [2013] Music Is The Weapon || Krążek "Little Pieces" wypuścili niespełna rok temu, więc jako pierwsze nasunęło się pytanie: czy to będzie na pewno świeży i wystarczająco dobry materiał?

Na koncertach potrafią brzmieć nie jak dwójka, ale trójka muzyków. Jedną z najfajniejszych rzeczy, które utkwiły mi w głowie po ich występach na żywo jest fakt, że wykonują cover kawałka Massive Attack i w dodatku robią to świetnie. Autorami tego całego zamieszania są trójmiejscy muzycy Maciej Szkudlarek i Krzysztof Stachura a wszystko upięte pod nazwą Logophonic.

Kiedyś byli w bliskim związku z efektami wypuszczanymi ze swoich laptopów, potem porzucili je dla efektów podłogowych. Tak nagrali zarówno ten, jak i poprzedni krążek. Po wysłuchaniu singla promującego z udziałem gościnnym Wiosny byłam spokojna. A jak z resztą wydawnictwa?

"Borderline" jest ciekawszy niż wcześniejsze kompozycje. Nie da się też ukryć, że technika poszła na warsztat i słychać znaczną poprawę zarówno jeśli chodzi o instrumentarium, jak i o technikę śpiewu. Na krążku znajdziecie dziewięć pozycji, z czego większość z nich wyśpiewana po polsku.

Moimi faworytami są wspomniany już wcześniej singiel "Mamy Czas" (Mateusz Romanoski z Fuck You Hipsters słusznie zauważył, że ta kompozycja mogłaby zasilić dokonania Myslovitz jeszcze za czasów Rojka), "Brytan", kawałek który pokazuje, że Szkudlarek wie, co to melorecytacja w dobrym wydaniu a przy okazji tekst jest nie byle jaki, na koniec "Owad", tak jakoś zapałałam do niego sympatią.

Najbliżej brzmieniowo do "Little Pieces" jest chyba numerowi zatytułowanemu "Incision", jest to też niestety jeden z nudniejszych utworów na całej płycie. Z drugiej strony, na przykładzie poprzedniego wydawnictwa, zdaję sobie sprawę, że takie "This Is War", które w audio brzmi średnio, na koncertach wypada cudownie.

"Spotlight" można określić jako swoistą bombę energetyczną, która ma za zadanie wybudzić słuchacza z letargu w jaki wprowadziły go spokojniejsze kompozycje.

Oglądaliście "Erratum" z Tomaszem Kotem w roli głównej? Instrumentarium Logophonic pasuje mi właśnie do tego filmu. Jest klimatyczne, głębokie i smętne. A ten film jest dokładnie taki. Co więcej, kawałek "Wyżej" z miejsca przywołuje mi wspomnienie pewnej sceny z tego filmu. Kiedy filmowy Michał ze swoim starym przyjacielem wspinają się na starą wieżę ratownika (chyba, że była to inna wieża).

Nie jest łatwo nagrać spokojny album, którego granica ciężkości przebiega gdzieś pomiędzy ambitnym popem a rockiem. Teksty w większości napisane po polsku to też spore ryzyko odrzucenia przez słuchaczy. Jeśli te dziewięć pozycji okazałoby się być odrzutami z "Little Pieces", to znaczyłoby to, że panowie co lepsze pomysły wrzucili do szuflady a potem dopieszczali je długimi tygodniami.

Gdybym miała oceniać poprzedni krążek to oceniłabym go o dwa punkty niżej niż ten. A "Borderline"... nie jest idealnym tworem, ale na ocenę dobrą sobie zasłużył. 7/10 [Agnieszka Hirt]