1 grudnia 2014


LEONARD COHEN Popular Problems, [2014] Columbia || W książeczce do jego trzynastego studyjnego albumu znajdziemy szereg zdjęć Cohena zajętego czyszczeniem butów. Prozaiczna, pozbawiona większej głębi czynność zilustrowana została krok po kroku. Emanuje z niej jednak absolutny spokój, który Leonard Cohen osiągnął bynajmniej nie z racji swojego wieku. I live the life / I left behind / I live it full / I live it wide / Through layers of time / You can't divide śpiewa w symptomatycznie zatytułowanym "Nevermind". Choć najbardziej dla nas czytelne będą starotestamentowe odniesienia w "Samson In New Orleans" czy "Born In Chains", to filozofia buddyzmu sączy się z jego słów, będąc zapomnianym kluczem do fenomenu 80-letniego Kanadyjczyka.

Pamięć o żydowskim pochodzeniu Cohena jeszcze pobrzmiewa w świadomości słuchaczy. Uświadomienie sobie, że jeden z czołowych "amerykańskich bardów" jest w istocie Kanadyjczykiem, zdaje się być za każdym razem zaskakujące, choć nie ma większego znaczenia dla jego twórczości. Na pierwszy plan wysuwa się natomiast jego wiek. Poprzedni, znakomity album "Old Ideas" w doskonale autoironiczny sposób tą kwestię komentował, zarówno lirycznie, jak i muzycznie. Nareszcie żywe aranżacje były wyczekiwanym powiewem świeżości, choćby po okropnym, syntetycznym brzmieniu "Ten New Songs". Podczas gdy cały świat uległ fascynacji wiekiem Cohena, ten, po najkrótszej w karierze przerwie, ze spokojem przygotował kolejny album.


Źródło ciepła i witalności Cohena staje się całkiem oczywiste, jeśli jego przejścia na buddyzm szkoły rinzai zen w latach 90-tych nie potraktujemy jako płytki, new-age'owy kaprys celebryty. Ego i inteligencja Stinga pozwoliły mu na odkrycie w buddyzmie co najwyżej uroków tantrycznego seksu, Cohen natomiast udał się na tradycyjne dla zenu rinzai paroletnie odosobnienie a filozofię tą zaprzągł nie tylko do swego życia, ale i muzyki oraz poezji. "Almost Like The Blues" okazuje się prawie-bluesem, bo tej spowiedzi grzesznika przemyca słowa There's no G-d in Heaven / And there is no Hell below / So says the great professor / Of all there is to know. Najpełniej ciężko pojmowalną buddyjską "obojętność" oddaje Cohen we wspomnianym już "Nevermind" słowami And all of this / Expressions of / The Sweet Indifference / Some call Love.

Za postawą tą skrywa się jednak głębokie współczucie i życzliwe poczucie humoru. Tragedię "Almost Like The Blues" oddaje wersami There's torture and there's killing / There's all my bad reviews. Otwierające album "Slow" tylko pozornie wydaje się być komentarzem do wieku Cohena, ze słów It's not because I'm old / It's not the life I led / I always liked it slow / That's what my momma said / ... / You want to get there soon / I want to get there last przebija wręcz lekko frywolna afirmacja spokojnego życia.

Muzycznie płyta intryguje o tyle, że nigdy nie jesteśmy do końca pewni, czy kolejne, tradycyjne stylistyki Cohen traktuje na serio, czy z przymrużeniem oka. Choć nadal ma ewidentną słabość do żeńskich chórków, to na "Popular Problems" usłyszymy i country w "Did I Ever Love You", i południowy blues-rock w "My Oh My", i późne The Doors w "A Street" i "Nevermind", tu i ówdzie pojawią się ciepłe klawisze, pianino, dęciaki, całość jednak brzmi skromnie i niewymuszenie.

Większość zagadek Cohen rozwiązuje w finałowym "You Got Me Singing", muzycznie najbliższym dzisiejszego indie-folku/country. Śpiewając Even tho' the news is bad / Even tho' it all looks grim / You got me singing / The Hallelujah hymn nie tylko, w podobnie autoironiczny sposób co Sinead O'Connor, dekonstruuje swój największy muzyczny sukces, ale i podpowiada zrozumiałe dla każdego rozwiązanie. "Popular Problems" z tytułu albumu popularne są dlatego, ponieważ są naturalną częścią życia. Będący praktycznie w wieku mojego dziadka Cohen może przemycać nam najbardziej wyrafinowane koncepcje, ale w ostateczności podpowiada, że czasem wystarczy po prostu zaśpiewać. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 listopada 2014


CARIBOU Our Love, [2014] City Slang || “Can’t Do Without You” to najlepszy tegoroczny kandydat to niemal wymarłej już kategorii letniego przeboju. Wydany w lipcu singiel niesamowicie podgrzał atmosferę przed zapowiedzianym na październik albumem. I nic dziwnego, kontynuował taneczną, deep-house’ową stylistykę doskonale przyjętego „Swim”, ale jeszcze bardziej uwypuklał jej przebojowy potencjał, tutaj wręcz bezwstydnie popowy.

„Our Love” miało być zatem po raz pierwszy w przypadku Caribou wyraźną kontynuacją i poszerzeniem brzmienia poprzedniego albumu. Dan Snaith zawsze był twórcą rozpoznawalnym, ale każda z wcześniejszych płyt, choć poruszających się w szerokich granicach muzyki tanecznej, niosła ze sobą swój własny charakterystyczny sznyt. Na „The Milk Of Human Kindness” był to kraut/math/post-rock, na „Andorra” hippisowska psychodelia i pop lat 60-tych, wreszcie “Swim” zawędrowało w najbardziej oczywiste regiony współczesnej elektroniki, proponując jednak wyrafinowane i przystępne zarazem podejście znane choćby z płyt Four Tet.


Jeśli Snaith zdecydował się pozostać na drodze, która przyniosła mu największy i zasłużony sukces, należy tylko przyklasnąć, kto jak kto, ale Caribou może ją eksploatować nadal w ciekawy sposób. „Our Love”, owszem, kontynuuje elektroniczne podejście „Swim”, jest jeszcze przystępniejsze, ale zakłada bardziej „osobistą” i „emocjonalną” wymowę. W efekcie, zamiast „Swim” jeszcze bardziej tanecznego, otrzymujemy „Swim” spokojniejsze, ugładzone i pozbawione jakiegokolwiek intrygującego pierwiastka. „Can’t Do Without You”, pierwszy singiel i pierwszy utwór na płycie, okazuje się być zatem zmyłką.

Dotrzymywać mu kroku może jedynie kompozycja tytułowa, nabiera nagle zdecydowanie najwyraźniej house’owego charakteru. Jest też chyba jedyna, która w jakikolwiek sposób się rozwija i zaskakuje. Nie ma oczywiście nic złego w monotonni czy braku wewnętrznego progresu poszczególnych kompozycji, jeśli jednak oparte są na dostatecznie interesujących motywach. Tymczasem większość „Our Love” przemija lekko, łatwo i niezauważalnie. Utwory miewają niemal szkicowy charakter („All I Ever Need”) albo brzmią jak przerywniki wycięte z większej całości („Julia Brightly”), w większości jednak są równie ładne, co niezapamiętywalne (piosenkowe „Silver” czy „Back Home”, ten drugi niebezpiecznie bliski ostatnim poczynaniom Röyksopp, co dla Caribou nie jest bynajmniej komplementem).


„Mars” wyróżnia się jedynie afrobitowym brzmieniem, charakterystycznym dla Daphni, drugiego wcielenia Snaitha. „Second Chance” zaś tym, że jest wyjątkowo miałką kompozycją, niemającą nic wspólnego z dorobkiem Caribou. Dobieranie sobie nudnawych wokalistek to objaw starzenia się w stylu Bonobo, efekty mogą być jednak lepsze lub gorsze. Miałka Jessy Lanza jest bardzo słabym wyborem, co tylko potwierdziła swym wymęczonym występem na koncercie Caribou.

Nie twierdzę bynajmniej, że „Our Love” to zła płyta, zważywszy jednak na talent i dotychczasowe działania Caribou jest niezmiernie rozczarowująca. Nie ma też nic złego w łagodzeniu brzmienia i poszerzaniu przystępności. Jeśli jednak „Swim” było albumem niezwykle ciekawym i przy okazji przyjemnym, to na „Our Love” jest już tylko przyjemnie. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

21 listopada 2014


HOW TO DRESS WELL [19.11.2014], Futurum, Praha || Obcowanie z muzyką na żywo i z płyty to całkowicie odmienne doświadczenia. Ta banalna prawda czasem jednak spada na nas jak grom z jasnego nieba i takim właśnie był dla mnie koncert How To Dress Well. Widziałem w tym sezonie Caribou, widziałem Swans, ale to Tom Krell, do którego poprzedniej płyty "Total Loss" wracałem jedynie okazjonalnie, stoi za bodaj najbardziej udanym i angażującym koncertem tego roku.

Zawsze uważałem How to Dress Well za jednego z najsmutniejszych przedstawicieli alternatywnego popu/r'n'b, które nie jest bynajmniej stylistyką jakoś specjalnie przeze mnie cenioną i potrafię w niej znaleźć ciekawszych wykonawców. Po wstępnych przesłuchaniach kupionej wreszcie na koncercie najnowszej płyty "What Is This Heart?" widać, że bogatsza stała się zarówno nie tylko muzyka, ale i spektrum emocji. Jednak to kontrast między czasem rozdzierająco smutną (w najlepszym razie melancholijnie romantyczną) muzyką a absolutnie naturalnym a niewymuszonym poczuciem humoru Krella i jego zespołu był największym motorem tego niezwykle udanego wieczoru.


Czego, że zatem dowiedzieliśmy? Że Kanada nie jest fajna, że Tom lubi Prince'a z The Revolution, Fleetwood Mac, The War On Drugs oraz zdjęcia nagich mężczyzn na koniach, przede wszystkim zaś, że za swobodna i wyjątkową atmosferą występu stał fakt, że był to praktycznie ostatni koncert trasy. Dzień później How To Dress Well zagrać mieli w Wiedniu, ale na festiwalu, więc klubowe warunki użyli sobie po raz ostatni w Pradze.

Nie użyli ich sobie jednak w... Poznaniu. Komplementując praską publiczność Tom wspomniał, że dzień wcześniej czuł się jakby grał przed "grupą zakonnic", koncert był prawdziwie shitty a w połowie chciał zejść ze sceny. Ups. W rozmowie po koncercie nie pamiętał nawet nazwy klubu w którym w Poznaniu występował (Eskulap, cóż), na osłodę jednak bardzo dobrze wspomina wcześniejszy występ w maleńkim Spocie.


Praska lokalizacja nie należała do typowych, smíchovski klub Futurum znany był do tej pory z przaśnych dyskotek w stylu lat 80-tych i 90-tych a jego retrofuturystyczny wygląd prezentuje się jak wyjęty prosto z BioShocka. Początkowo miałem wrażenie, że być może w innym miejscu koncert tego kalibru przyciągnąłby większą publiczność a pod "innym miejscem" na myśli miałem naczelną praską hipsternię MeetFactory. Gdy w połowie zdałem sobie jednak sprawę z niezwykłej ciszy i panującego skupienia, wiedziałem, że podobne warunki nie byłyby do osiągnięcia w klubie do którego niektórzy chodzą się głównie po to, by otagować się na późniejszych zdjęciach.

Rozśpiewany Krell był w znakomitej formie, szczególnie zwracała uwagę precyzja i zręczność z jaką posługiwał się dwoma mikrofonami i szeregiem pogłosów. Służyły zresztą jedynie jako dodatkowy, zwiększający napięcie akcent, Tom radzi sobie bowiem doskonale bez żadnych wspomagaczy co tylko udowodniła zaśpiewana na sam koniec piosenka a capella. Zespół natomiast nie tylko dotrzymuje mu kroku w dowcipach, ale i nadaje prawdziwej głębi kompozycjom na płytach zdominowanych głównie przez wokal. How To Dress Well na żywo to wyjątkowa kombinacja muzyki, komunikacji i bezpośredniości, z potencjałem zainteresowania i utrzymania uwagi niemal każdego. Może poza grupą zakonnic. [Wojciech Nowacki]

14 listopada 2014


BLONDE REDHEAD Barragán, [2014] Kobalt Music || O ile albumem "23" Blonde Redhead sięgnęli wierzchołka popularności, o tyle "Penny Sparkle" spotkało się z chłodnym przyjęciem a grupa niemal z miejsca spadła do pobłażliwej kategorii dawnych legend z przeciętnymi nowymi płytami. "23" było największym sukcesem komercyjnym zespołu regularnie odmieniającego swoje brzmienie. Wydane przez 4AD nie tylko przyniosło autentyczne przeboje, ale i wpisało się we wznoszącą się wtedy falę dream-popu. Zwrot w stronę chłodnej elektroniki i syntezatorów na "Penny Sparkle" niezasłużenie pogrzebał album wśród krytyków, na poziomie melodii i kompozycje niewiele ustępował poprzednikowi.

"Barragán" zatem nie należało do wyczekiwanych albumów. Spośród tych, którzy zarejestrowali jego wydanie, część automatycznie uznała go za podążający ścieżką "Penny Sparkle". Tymczasem ścieżka ta nie była wcale błędną a muzycznie "Barragán" zdecydowanie różni się od poprzednika i jawi się jako całość co najmniej intrygująca. Podobnie jak okłada, która bije popartowo-modernistycznym chłodem, ale jednocześnie skupia się na zdjęciu embriona, tak samo muzyka w zaskakujący sposób miesza elektroniczny minimalizm z niemal folkową naturalnością.

Tytułowe dwuminutowe intro jest miniaturą w starym folkowym stylu, z akustyczną gitarą, fletem, wsamplowanymi dźwiękami ptaków i ogrodu. Sample te przewijają się przez album ujmując go w zaskakująco ciepłą klamrę. Powtarzają się też motywy, szczególnie jeden, grany na klawesynie, pojawia się po raz pierwszy w niby typowej dla Blonde Redhead piosence "The One I Love" i dodaje płycie barokowego posmaku. Bynajmniej nie w sensie aranżacyjnego bogactwa, ale detali łamiących utarte przyzwyczajenia.


Charakterystyczne brzmienie Blond Redhead usłyszymy w surowym "Lady M" czy "Cat On The Roof", zbliżającym się dźwiękowych zabaw a'la Deerhoof czy wręcz Gorillaz. W "No More Honey" mamy już kanciasty, zniekształcony refren, "Penultimo" zaś, choć również wychodzi z tradycyjnego dla Blonde Redhead warsztatu, okazuje się bardzo mocną piosenką, daleką od sennego chłodu, inkorporując jednocześnie w praktycznie finałową kompozycję wszystkie niemal wyróżniki "Barragán".

Jednym z nich jest też położenie większego nacisku na męskie wokale. Choć Kazu Makino dzieliła się obowiązkami wokalistki z jednym z braci Pace już na wcześniejszych płytach, tutaj jednak wydaje się dominować mniej niż na "23", kiedy to dream-popowa stylistyka automatycznie spajała się z jej leniwym głosem. Tutaj nie usłyszymy jej choćby w dziewięciominutowym, syntezatorowym "Mind To Be Had", rozpoczynającego się niemal od cytatu z Forest Swords, choć nie rozwijającego się w żadnym określonym kierunku.

Do elektroniki początku stulecia odwołuje się sześciominutowe "Defeatist Anthem (Harry And I)", w którym po karuzelowym początku pojawia się zniekształcona gitara akustyczna i subtelny elektroniczny bit a my musimy odświeżyć ówczesne pojęcie "emotroniki". I wreszcie "Dripping", utwór w karierze Blonde Redhead chyba w najbardziej oczywisty sposób przebojowy, czysty synth-pop jakby wyjęty z ostatniej płyty Little Dragon.

"Barragán" miało być jeszcze chłodniejsze, bardziej minimalistyczne i elektroniczne od "Penny Sparkle". Tymczasem nic nie jest tutaj oczywiste, są tu elementy typowe dla tria w warstwie kompozycyjnej, ale pozostałe zadziwiają i intrygują. W pewien sposób jest nawet concept-album a jeśli jego tytuł jest faktycznie nawiązaniem do meksykańskiego architekta-modernisty, twierdzącego, że budynki nie są tylko "maszynami do mieszkania", to Blond Readhead zdaje się pokazywać, że nawet w pozornie odhumanizowanej muzyce znajaduje się zaskakująco dużo naturalnego elementu ludzkiego. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 listopada 2014


JAZZPOSPOLITA Jazzpo!, [2014] Postpost || Przysiągłbym, że od ostatniego albumu Jazzpospolitej minęło znacznie więcej czasu niż regularne dwa lata. Świadczy to tylko o tym, że brakuje równie ekscytującej muzyki. A ekscytację pamiętać musi każdy, kto miał przyjemność uczestniczyć w jednym z koncertów po wydaniu pierwszego albumu. Porywające występy kwartetu nie znały ograniczeń, Jazzpospolita grała z taką samą werwą w małych klubach, jak i supportując największych, żeby wspomnieć choćby Bonobo, którego zespołowe koncerty nie mogą marzyć o porównywalnej skali energii i zaangażowania co Jazzpospolita.

W tym roku otrzymaliśmy już solowy debiut Michała Przerwy-Tetmajera, gitarzysty zespołu, mierzący do zbliżonej grupy słuchaczy, ale jazzowe odniesienia i konstrukcje pojmujące w bardziej intelektualny sposób. Wyróżnikiem jednak trzeciej płyty jego macierzystego zespołu jest właśnie większa niż dotychczas rola gitary elektrycznej. Jazzowe pasaże znalazły swe ujście w „Doktorze filozofii”, „Jazzpo!” tymczasem jest płytą o bodajże najbardziej rockowym charakterze w karierze grupy.


Choć wzajemnie jazzowe nawoływania gitary i klawiszy rozpoczynają album w kompozycji „Balkony”, to w tym samym gęstym utworze, elektryczna gitara pokazuje mocniejszy, rockowy pazur. Podobnie w krótki, intensywnym i rozpędzonym „Motor motor motor”, czy w rytmicznej „Istocie” o mniej niż dotychczas skomplikowanej strukturze. Na poziomie elementarnej energii można zatem tym razem mówić po prostu o rocku, zamiast o często wcześniej w przypadku Jazzpospolitej stosowanej etykiecie post-rocka. Choć i ta stylistyka na „Jazzpo!” się pojawia, choćby stopniowo nabierającym przestrzeni, niemal 9-minutowym „Locie”, echa Tortoise odnaleźć można z kolei w „Dobrze jest mieć odznakę”.

Nie da się zapomnieć, że jest to prawdzie zespołowe dokonanie i każdy z instrumentalistów ma tutaj wyraźną rolę do odegrania. Nie chodzi jednak o solowe popisy, ale o wzajemnie przeplatanie się instrumentów, często o odmiennym charakterze, co tylko poszerza paletę barw albumu. Jeśli zadziorna gitara brzmi tu miejscami wręcz agresywnie, to klawisze z kolei wprowadzają do gry najbardziej klasyczny element. Na pracy klawiszy opiera się w znacznej mierze ponad ośmiominutowy „Topniejący śnieg”, ale równocześnie w „Widzieliśmy ich trzy dni temu” okazują się wręcz rockowo-psychodelizujące, co świetnie wzbogaca ten gnany funkową linią basu utwór. Sekcja rytmiczna zawsze była jednym ze znaków rozpoznawczych grupy, mocniejszego akcentu dostarcza tym razem w szeregu kompozycji rytmiczna perkusja.

Nie tylko jednak poszczególne instrumenty, ale wymowa całych utworów świadczy o talencie Jazzpospolitej. „Pogadanka” naprawdę ma rozgadany „charakter”, „Opary” są powolne, mocne i kroczące, podczas gdy delikatne, ilustracyjne „Jedno jabłko mniej” wprowadza bajkową atmosferę. Wszystkich tych niuansów można nie zauważyć od razu przy pierwszym, pobieżnym przesłuchaniu, „Jazzpo!” potrzebuje zarówno odrobiny czasu, jak i skupienia. Podobnie jak nowy Skalpel nie dostarcza nam oczywistych i z miejsca chwytliwych melodii, ale o ile wrocławianie stawiają na przystępność, o tyle Jazzpospolita okazuje się nieco bardziej wymagająca. Ale przez to i bardziej ekscytująca. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

4 listopada 2014


SKALPEL Transit, [2014] PlugAudio || Skalpel najwyraźniej nie ma powodu, by cokolwiek komukolwiek udowadniać. Duet wydał po blisko dekadzie nowy album praktycznie na własną rękę, bez podpierania się legendarnym szyldem wiadomej wytwórni, bez specjalnego rozgłosu, na który z pewnością zasługuje, ale też bez zbytecznego ciśnienia. Bo najwidoczniej Skalpel nie ma też żadnego powodu, by nie tworzyć nowej muzyki.

Długa przerwa nie oznaczała bynajmniej dla obu wrocławian braku aktywności. Wkrótce po fali ostatnich sukcesów Skalpela Igor Pudło wystartował z Igorem Boxxem, multimedialnym projektem, mocno jednak zakorzenionym w lokalnych warunkach. Marcin Cichy głównie poświęcił się pracy producenta, ale jego projekt Meeting By Chance od pewnego czasu przynosi regularnie nowe kompozycje i współpracuje z szeregiem artystów, od Japonii po Europę Środkową (żeby wspomnieć choćby obiecującą czeską wokalistkę Never Sol).

Oczekiwania względem trzeciego albumu Skalpela były zatem z pewnego punktu widzenia uzasadnione. Przyznajmy szczerze, że mieliśmy nadzieję, na powrót z gatunku rewolucyjnych. Tymczasem, co sugerowała już epka „Simple”, mamy do czynienia z klasycznym Skalpelem i albumem, który spokojnie mógłby ukazać się rok po poprzednim. Trzeba zatem zmienić punkt widzenia. Skalpel nie musi niczego udowadniać, nie musi niczego rewolucjonizować, ale z prostej potrzeby tworzenia muzyki może z dumą prezentować swoją największą zaletę – godną podziwu nadzwyczajną stylowość.


„Transit” jest oczywiście albumem świetnie brzmiącym. Płyta dosłownie przepływa, napięcie buduje powoli i ledwie zauważalnie. Trudno tym razem wyróżnić kompozycje, które zdecydowanie by się wyróżniały. Nie ma wspomnianej rewolucji, ale jednak Skalpel w 2014 roku przynosi subtelne różnice. Pierwszą jest właśnie postawienie bardziej na klimat całości albumu niż na melodyczną chwytliwość poszczególnych utworów. Ale są też różnice zdecydowanie ciekawsze. Z jednej strony, choć zasadniczo nie ma na „Transit” oczywistych i natychmiastowych przebojów to jako całość wydaje się przystępniejsza i miejscami wydaje się podążać podobnym kierunkiem do Bonobo („Surround”, „Sound Garden” czy otwierająca całość firmowa „Siesta”).

Z drugiej strony, nowością się nawiązania do avant-popu, na tyle silne, że chwilami ma się wrażenie słuchania Stereolab na zwolnionych obrotach (znów „Siesta” i urokliwe „Sea). Pojawiają się i dość wyraźne elementy afrobeatu, ale jeśli po epce „Simple”, ktoś miał nadzieje na bardziej taneczny charakter nowego materiału, to może poczuć się rozczarowany. „Transit” polega na charakterze i stylowości, choć jest tu i odrobina napięcia („Snow”). Parę dni temu miałem przyjemność słyszeć "Sea" w praskim Radio 1, więc z ulgą odnotowuję, że duet nadal ma markę, potencjał i świetnie brzmienie. Póki co, mogę sobie wyobrażać jedynie jak znakomicie „Transit” brzmi z płyty winylowej. Skalpel powrócił i mam wielką nadzieję, że nie jest to tylko podróż sentymentalna, ale i zapowiedź nowego etapu kariery. 7/10 [Wojciech Nowacki]

21 października 2014


SWANS + PHARMAKON [20.10.2014], Lucerna Music Bar, Praha || Grają najdłuższe koncerty! Są najgłośniejszym zespołem na świecie! Mają w składzie faceta o imieniu Thor, który półnagi gra na gongu! To tylko pierwsze z brzegu slogany, którymi uzasadnić można konieczność udania się na koncert Swans. Jest to wydarzenie ekstremalne i nie dla każdego, ale z drugiej strony jest obowiązkowe i każdy zobaczyć je powinien.

Zgodnie z przypuszczeniami, pierwszy utwór koncertu trwał dokładnie 45 minut. Dopiero po czasie, który niektórym zespołom starczyłby na odegranie całego setu, pojawił się pierwszy w miarę rozpoznawalny fragment "To Be Kind": rozciągnięte do 20 minut "A Little God In My Hands". Pierwsza kompozycja z "The Seer" pojawiła się po półtorej godziny, ale z "The Apostate" wybrzmiało zaledwie ok. 10 minut, wtedy bowiem basista Christopher Pravdica wysadził jeden ze wzmacniaczy. Taśmowo produkowany przez niego basowy groove był zresztą tym elementem, dzięki któremu robił na mnie największe wrażenie spośród instrumentalistów Swans. Thor Harris robi oczywiście największe wrażenie wizualnie, ale sprawiał wrażenie nieco schowanego w tle, ale części potencjalnie najciekawszych tworzonych przez niego dźwięków po prostu nie było słychać.

Michael Gira pełnił rolę bardziej dyrygenta utrzymującego kontrolę nad zespołem, dającego  ciągłe instrukcje celem osiągnięcia dźwięku zgodnego z własnymi oczekiwaniami. A propos oczekiwań, w swych kaznodziejskich zapędach zmierzył wzrokiem publiczność i patrząc przypadkiem akurat w stronę gdzie się znajdowałem sapnął do mikrofonu grandmas.


Zamierzeniem Swans jest wprowadzenie słuchaczy w rodzaj totalnego sonicznego transu. Rozciąganie zatem jednego motywu do 20 minut nie służy zatem budowaniu napięcia, jest już celem samym w sobie. Swans ma aspiracje do bycia czymś więcej niż zwykły zespół rockowy, niebezzasadnie zresztą. Jeśli jednak wykracza poza standardowe ramy gatunku, to czy nie zasługuje też na warunki wykraczające poza typowy rockowy koncert? Bardzo chciałem dać się porwać ogłuszającej monotonii Swans, udawało mi się to zaledwie momentami, co przy koncercie zapowiadanym na 2 godziny i 40 minut jest zdecydowanie za mało.

Być może pewną rolę odgrywa tu specyfika twórczości Swans, nie ma bowiem czegoś takiego jak ustalone i skończone kompozycje. Albumy grupy to zaledwie uchwycone w czasie momenty twórczego procesu, muzyka pod czujnym okiem Giry stale się zmienia, rozrasta, modyfikuje, nie ma więc mowy o typowym koncercie zestawionym z utworów znanych z płyt. Co jest oczywiście fascynujące, ale nie w tych warunkach. Jestem przekonany, że Swans potrzebują więcej przestrzeni, wymagają totalnej koncentracji, nie mówiąc o wytrzymałości czysto fizycznej. Ba, sądzę nawet, że koncerty Swans powinny być siedzącymi.

Nie da się nawiązać więzi z zespołem i zsynchronizować się z tworzonymi przez nich dźwiękami w ciasnym klubie znanym z nienajlepszego nagłośnienia, pośród ciągłych wędrówek do baru po kolejne piwo, czy w otoczeniu plagi fotografów wciskających się wszędzie ze swoimi aparatami większymi od przeciętnego praskiego mieszkania. W tym warunkach zaczyna się kwestionować sens tak ekstremalnej muzycznej formuły. A wiedząc, że poza obezwładnieniem ciągłymi repetycjami nie oferuje ona żadnych niespodzianek, po dwóch godzinach można mieć dosyć i wyjść. Choć Swans zdecydowanie polecam to mam wątpliwości jak sprawdzą się podczas nadchodzących trzech koncertów w Polsce.

Niespodzianką za to okazał się support. Pharmakon, czyli niepozorna, drobna blondynka Margaret Chardiet, na bazie potężnych loopów generowanych przy pomocy płachty blachy prowokuje swym przesterowanym krzykiem, wychodzi do publiczności, konfrontuje się z nią bezpośrednio, chętniej nawet z jej żeńską częścią. Występ równie intensywny jak Swans, ale krótki i zaskakujący. [Wojciech Nowacki]

19 października 2014


CARIBOU + JESSY LANZA [16.10.2014], MeetFactory, Praha || “Swim” należy do najczęściej słuchanych przeze mnie płyt a Caribou do mych najbardziej ulubionych wykonawców szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Samodzielnymi koncertami Polski nie rozpieszcza, tym większa moja radość, że przy okazji promocji nowego albumu „Our Love” Dan Snaith odskoczył na jeden wieczór do Pragi.

W koncertowym podaniu Caribou przyjmuje niemal klasyczny kształt zespołowy. Jeśli ktoś spodziewa artysty nad Sammlerami, to zapewne zaznajomiony jest jedynie z tanecznymi przebojami ze „Swim”, czy z nowym singlem „Can’t Do Without You”. Kto jednak pamięta słonecznie-psychodelizującą „Andorrę” i niemal kraut-rockowę „The Milk Of Human Kindness”, wie, że Caribou dalekie jest od związanych z elektroniką stereotypów a koncertowy potencjał tej muzyki jest spory.

Niewątpliwie jednak sukces „Swim” i, co już dziś wydaje się nieuniknione, jego przebycie jeszcze przystępniejszym i bliższym powszechnemu słuchaczowi „Our Love”, był przyczyną całkowitego wyprzedania praskiego koncertu i wypełnienia MeetFactory do granic możliwości. Publiczność może nie była zupełnie przypadkowa, ale po reakcjach najsilniejszych na „Can’t Do Without You” i niewiele słabszych na najbardziej chwytliwe kompozycje ze „Swim”, widać, że Caribou zyskuje na odbiorze, co może tylko cieszyć, o ile odbije się to na jakości proponowanej muzyki.

„Our Love” wydaje się być elektronicznym ekwiwalentem muzyki wieku średniego, najnowsze utwory są delikatniejsze, łagodne, często oparte na niemal piosenkowej strukturze. Zaistniało niebezpieczeństwo, że Caribou może pójść drogą Bonobo, który oferuje przyjemną, ale podwieczorkową muzykę, bez większych emocji i zdecydowanie rozczarowującą w koncertowym, zespołowym podaniu. Snaithowi towarzyszą jednak znakomici muzycy, szczególnie (drugi) perkusista, udowadnia jak niesamowitej precyzji potrzeba, by żywymi instrumentami akompaniować elektronice i wzbogacać ją o nowe wymiary.


Nie wiem, czy przyczyną miękkiego brzmienia koncertu było nagłośnienie czy charakter nowych kompozycji i aranżacji, ale oczywiście najbardziej satysfakcjonujące były przejścia między częściami piosenkowymi a house’owo-tanecznymi. Kulminacją koncertu było zdecydowanie „Bowls”. Mimo, że podobnie jak w innych utworach brakowało tu najbardziej charakterystycznych elementów, i wydawało się, że utwór wybrzmi jako rytmiczny, krautowy instrumental, to mocny, dwuperkusyjny finał pokazał drapieżność bliską niemal „Aurory” Bena Frosta.

Dla przeciwwagi „Second Chance” ukazało niebezpieczną drogę bezbarwnych piosenek z nudnymi wokalistkami w czym zaczyna się specjalizować ostatnio Bonobo. Zaproszona na scenę Jessy Lanza obdarzona jest słabym, ledwie słyszalnym głosem, pozbawiona jest zaś jakiejkolwiek charyzmy i sama swoim występem wydawała się znudzona i śmiertelnie zmęczona. Jako support zaś brzmiała jako FKA twigs bez odpicowanych przez plejadę producentów podkładów, co nie wiem czy świadczy gorzej o Jessy, czy o twigs.

Ważne jednak, że sam Dan Snaith, o aparycji nudnego nauczyciela akademickiego (doktor matematyki, przypominam) ze słabością do sztruksowych marynarek, okazał się bardzo sympatycznym wykonawcą, a i towarzyszący mu muzycy wyraźnie radowali się reakcjami publiczności, zwłaszcza na najnowsze, liczące ledwie dwa tygodnie kompozycje. Wieczór był zdecydowanie udany, jeśli Snaith, sam lub z zespołem, pojawi się w Polsce, nie powinniście mieć wątpliwości go zobaczyć. Warto jednak obserwować, w jaką stronę podąży w przyszłości, wraz z „Our Love” Caribou zdecydowanie znalazło się w zwrotnym punkcie kariery. [Wojciech Nowacki]

16 października 2014


THOM YORKE Tomorrow's Modern Boxes, [2014] self-released || Drugi solowy album Thoma Yorke'a zapewne nie zapisze się w historii jako pamiętne czy przełomowe dzieło. Wystarczy kolejny tweet, zdjęcie ze studia, tajemniczy obrazek zapowiadający ukończenie lub nagłe wydanie nowego tytułu Radiohead i "Tomorrow's Modern Boxes" spadnie znów do znanej kategorii "projektu pobocznego" czy "tymczasowego substytutu". Przypadłość ta, typowa dla solowych działań członków uznanych zespołów, często jest głęboko niesprawiedliwą. Tym razem jednak nie da się rozgraniczyć między solową, zespołową czy poboczną działalnością, "Tomorrow's Modern Boxes" jest bowiem najbardziej satysfakcjonującym dokonaniem Yorke'a od półtora dekady. Co ważne, po raz pierwszy od dawna satysfakcjonującym muzycznie.

Fascynacja Yorke'a własnym głosem objawiła się na "Hail To The Thief", albumie zawierającym jeszcze kilka zjawiskowych kompozycji, ale jako całość zapadającym się pod własnym ciężarem, za długim, nierównym i wypełnionym falsetowym wokalem. Na "The Eraser" Yorke zaczął dawać upust swojej drugiej fascynacji, płaskimi bitami i rytmem, które zdominowały też brzmienie Radiohead. "In Rainbows" i "The King Of Limbs" były na szczęście krótsze i spójniejsze od "Hail To The Thief", ale brzmieniowo i kompozycyjnie umacniały tylko obraz "jęków Yorke'a na perkusyjnym automacie" jako dominującego wyznacznika jego stylu. Poprawę przyniósł "AMOK", ale po czasie muszę przyznać, że z płyty Atoms For Peace niewiele zostaje w pamięci.

Nie BitTorrent, ale Polyfauna powinna być kluczem do "Tomorrow's Modern Boxes". Tajemnicza aplikacja, przygotowana przez Yorke'a, jego naczelnego producenta Nigela Godricha i naczelnego grafika Stanleya Donwooda, oferuje hipnotyczną wędrówkę po niepokojących krajobrazach, ilustrowaną fragmentami muzyki. Pierwotnie były to sample z "The King Of Limbs", ale po wrześniowej aktualizacji aplikacja została de facto zastąpiona całkowicie nową, z zupełnie nowymi obszarami do zbadania i przede wszystkim z nową, nieznaną wtedy jeszcze muzyką.

Yorke podgrzewał atmosferę publikacją kolejnych obrazów z, jak się miało okazać, nowej wersji Polyfauny. Muzyka, od początku brzmiąca jako jego najciekawsza muzyczna propozycja od dawna, w powiązaniu z wieściami o wejściu Radiohead do studia, rozbudziła nadzieję na nagłe wydanie nowego albumu, tudzież hipotetycznej drugiej części "The King Of Limbs". Wreszcie publikacja zdjęcia białego winyla doprowadziła niemal do histerii p.t. "nowe Radiohead w drodze", jakby nikt nie zauważył grafiki w tle, charakterystycznej dla obu "nieradioheadowych" płyt Yorke'a.

Swój głos zawsze w ostatnich latach traktował w kategoriach instrumentu, najczęściej jednak dominującego. Na "Tomorrow's Modern Boxes" nie ma mowy o powrocie do bardziej piosenkowych form ekspresji, ale z drugiej strony eksperymentujący wokal wreszcie wycofuje się i stapia się z tłem w jedną kojącą całość. Mogę się w pewien sposób zgodzić z twierdzeniem, że te osiem utworów brzmi jak jedna nierozróżnialna kompozycja, protestować jednak będę stanowczo przeciw głosom mówiącym, że jest to kolejna taka sama propozycja z ciągu wymienionych wyżej albumów.

Wreszcie otrzymujemy spójny, komplementarny projekt, w którym żaden z elementów nie wybija się, nie irytuje, nie dominuje, ale wszystkie zapadają się do siebie, do konceptu, który po zetknięciu się z Polyfauną musi kojarzyć się ze ścieżką dźwiękową po sennych krajobrazach. Rozpikselowane wzgórza, wielokątne konstrukcje, unoszące się w powietrzu barwne formy, uczucie dojmującej pustki, ale i czyjejś obecności zarazem. Idealnie ilustruje to ponadczasowy głos Thoma Yorke'a w pełnej harmonii z niepokojącą, ale zaskakującą ciepłą i bogatą elektroniką. Niezależnie od tego, czy Yorke zbliża się do Radiohead w "Guess Again!", czy do techno w "There Is No Ice (For My Drink)", po raz pierwszy od dawna w głowie zostają przede wszystkim dźwięki.

"The Eraser" doceniłem dopiero po latach, bynajmniej nie dzięki ówczesnej płasko-terkoczącej produkcji, ale dzięki kilku klasycznym już dziś kompozycjom. Pierwszy solowy album Thoma Yorke'a uchodzić zatem może za przystępniejszy, ale nie znaczy to, że "Tomorrow's Modern Boxes" jest materiałem wymagającym. Wręcz przeciwnie. Ta muzyka nie zaskakuje, ale opływa słuchacza i jak krajobraz gotowy do odkrywania nie wymaga uzasadnień. 9/10

***

Celowo pomijałem w zasadniczej części tekstu sposób publikacji "Tomorrow's Modern Boxes". Po pierwsze, w większości przypadków rozważania na temat nowych dróg dystrybucji zaciemniają kwestie muzyczne. Po drugie, doszedłem do wniosku, że żadna rewolucja się nie dokonała. Thom Yorke udostępnił odpłatnie swój nowy album w postaci plików mp3, a czy zrobił to za pośrednictwem strony internetowej, BitTorrenta czy profilu na Bandcampie, nie ma większego znaczenia. [Wojciech Nowacki]

13 października 2014


KRISTEN The Secret Map, [2014] Endless Happiness || Kristen to jeden z nielicznych polskich zespołów, które naprawdę wysoko cenię. Jeśli po latach działalności i szeregu znakomitych albumów nową płytę wydaje praktycznie własnym sumptem i nadal gra koncerty w niewielkich klubach, to doskonale obrazuje to moje niewielkie zainteresowanie polską sceną. Tym chętniej wyłączam Kristen z lokalnych warunków i po prostu ustawiam w szeregu jednego z najlepszych przedstawicieli współczesnej gitarowej alternatywy.

Zaczęło się od debiutanckiego albumu „Kristen”, którego do dziś słucham na wydanej w 2000 roku przez Gusstaff Records kasecie. Choć nie do końca, wszak wczesnych i surowych wersji części zamieszczonych tam utworów posłuchać można na pochodzącym z zamierzchłego 1998 roku demo. „Kristen” przyniosło muzykę, która dziś może nie uchodziłaby za w pełni oryginalną, ale wtedy całkowicie autorską i nawiązującą do najciekawszych tradycji post-rocka lat 90-tych. Siłą albumu były dłuższe, precyzyjne i skupione formy, ale przede wszystkim inteligentne i emocjonujące melodie. To jednak wyprodukowane przez Macieja Cieślaka „Stiff Upper Worlds” należałoby dziś uznać za klasyk polskiej alternatywy, choć był to już materiał bardziej wymagający i wielowymiarowy, odrobinę mniej oddziałujący na emocje, z kompozycyjnymi nieregularnościami, ale i inkorporujący lekką, piosenkową odmianę post-rocka w stylu The Sea & Cake.

Zróżnicowane „Please Send Me A Card” jeszcze załapało się na chwilowo wzbierającą falę polskiej alternatywy początku XXI wieku. Jako całość był to album rozedrgany, ale przyniósł też kilka z najlepszych kompozycji Kristen, nieprzypadkowo tych najdłuższych. „Night Store”, wypełnione formami wręcz ekstremalnie krótkimi, ciążyło już bowiem patchworkowym, surowym i nieprzystępnym charakterem a obcowanie z tym wcieleniem Kristen było doświadczeniem lekko niepokojącym. Był to rok 2005 i zespół zamilkł na parę, zdecydowanie zbyt długich lat, przynajmniej jeśli chodzi o działalność wydawniczą.

Powrót albumem „Western Lands” ukazał Kristen w bardzo dobrej formie i choć nie jestem fanem potraktowania tego materiały przez Etamskiego, to doskonałe „We Want To Weave A Pattern” było dokładnie tym czego od zespołu można było oczekiwać. Tym lepiej, że niewiele później nastąpiło wyraziste, zadziorne i skupione „An Accident!”, teoretycznie epka, co nie ma większego znaczenia jeśli albumy Kristen oscylują wokół całkowicie satysfakcjonujących trzydziestu minut. Cztery zawarte tam utwory do dziś stanowią jeden z najlepszych tytułów jakie w polskiej muzyce można było usłyszeć w ciągu ostatniej dekady.


Oczywiście, można po raz kolejny narzekać, do jak umownie wąskiego grona trafia w Polsce muzyka Kristen, lecz zespół nie zasługuje na to, by być ciągle wykorzystywany jako podręcznikowy przykład problemów z tzw. polskim gustem i muzycznym obyciem. „The Secret Map” wydaje się być świadectwem tego, że bracia Rychliccy i Michał Biela po prostu znajdują się w swej strefie przynajmniej minimalnego komfortu i nieskończone szczęście zapewnia im tworzenie muzyki, która przy okazji okazuje się być wyśmienitą.

Po raz kolejny zmianie ulega struktura albumu. W przypadku Kristen praktycznie jedyną stałą rzeczą jest wspomniana już wyżej zwięzłość, całkowicie przekonywująca, choć akurat w przypadku „The Secret Map” mówić można o stosunkowo największym niedosycie.Płytę spina klamra dwóch niezwykle długich utworów, dziewięciominutowego „Upward, Beyond The Onstreaming, It Mooned” i jedenastominutowego „Endless Happiness”. Pierwszy, pełen dźwiękowych zniekształceń przypominających jeszcze „Western Lands”, ma kontemplacyjny charakter i wykonaniu Kristen stanowi niemal podejście do dark ambientu. Drugi, o pustynnym niemal charakterze, prowadzony jest przez syntezatorowy puls i kombinujące perkusjonalia.

Pomiędzy nimi znajdują się trzy kompozycje. Z atmosfery „Upward, Beyond The Onstreaming, It Mooned” zdaje się wypływać swobodne, rozstrojone “2 A.M.” z przygłuszoną niby-melorecytacją Bieli, niemal jazzowymi akcentami i finałową mantrą I don’t know, która rozwiązanie znajduje w „Music Will Soothe Me”, jednej z najlepszych piosenek, tak, piosenek, ostatnich lat. Taneczny wręcz funkowy groove, ciężkiego kalibru, ale lekko stąpający, rozwija najbardziej skupione pomysły i melodie z „An Accident!” i prowadzi je w bardziej chwytliwą i przystępną stronę. Wreszcie tekst I'm always broke, desperated, but I'm not breaking / I need a brake, but baby, I won't get a brake / … / and yet at home there's music to soothe me brzmi jak uniwersalny hymn zarówno zespołu, jak i introwertycznego słuchacza. Tytułowe “The Secret Map”, znów niesamowicie melodyjne i piosenkowe, najbliżej ma do znakomitego solowego materiału Michała Bieli, ale w zespołowym podaniu powoli buduje napięcie aż do intensywnego i dosłownie rozmarzonego finału.

Czy jest to najlepsza płyt Kristen? Na tak postawione pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Manipulowanie konwencją płyty w rękach Kristen przynosi za każdym inne efekty i choć sam zespół wydaje się być zainteresowany tylko „tu i teraz”, to dla słuchacza fascynujące jest właśnie to, że ich twórczość najlepiej pojmować jako całość, z kolejnymi, miejmy nadzieję, że regularnie pojawiającymi się odcinkami. Tymczasem „The Secret Map” jest najlepszym, co możecie dziś, w tym roku, w tym kraju usłyszeć. 8/10 [Wojciech Nowacki]

3 października 2014


KIESLOWSKI Mezi lopatky, [2014] Indies Scope || Formuła duetu jest jedną z najbardziej wdzięcznych, ale i najbardziej wymagających. Interakcja między dwoma muzykami, dwiema osobowościami, łatwo może zapaść do sztampowych klisz, ale przy niewymuszonej chemii i naturalnym talencie może odwdzięczyć się niezwykle intensywną i intymną zarazem twórczością. O tym, że Kieslowski potrafią w duecie dosięgnąć maestrii udowodnili już na znakomitym albumie "Na nože".

Jest to płyta z gatunku tych, które po odtworzeniu natychmiast chce się zapętlić. Co jest zasługą w podobnym stopniu jej idealne wyważonej długości, co bezbłędnych kompozycji. "Na nože" jest zadziorna, wyrazista i chwytliwa. Od pierwszego indeksu praktycznie każda piosenka niesie ze sobą intensywność przeboju. Współgra duetu w czystej formie oddana została w sposób niemal niemożliwy do polepszenia. Duetu, zaznaczmy raz jeszcze podstawowy warunek, prawdziwie i bezpretensjonalnie utalentowanego.

Nie mogą zatem dziwić spore oczekiwania wobec następcy, zaostrzone tylko remiksowym minialbumem "Na lože", udowadniającym mocne zakotwiczenie Kieslowski we współczesnych realiach muzycznych. Oczekiwania nie dotyczyły bynajmniej jakości kompozycji, piosenki z "Mezi lopatky" już od dawna są stałym elementem koncertów duetu. Uwagę najsilniej zwróciła osoba zapowiadanego producenta płyty.

Jan P. Muchow to już legenda, ale nadal filar czeskiej sceny muzycznej. Taki trochę Artur Rojek, ale bez festiwalu, za to z karierą uznanego producenta, autora muzyki filmowej a nawet aktora. W początku lat 90-tych, na fali shoegaze'u zespół The Ecstasy of Saint Theresa promowany był przez samego Johna Peela. Umakart, mając na koncie zaledwie dwa albumy, jest w czeskich warunkach nie mniejszą legedną. "Samotáři" z muzyką Muchowa to w Polsce film kultowy, w Czechach taki sam status ma "Šeptej", w którym zagrał jedną z głównych ról.


Osoba producenta o tak uznanym statusie i od lat wypracowanym warsztacie odznaczyła się na "Mezi lopatky" na tyle silnym piętnem, że czasami mam wrażenie jakbym słuchał płyty Jan P. Muchow feat. Kieslowski. Nie ma wątpliwości co do autorstwa kompozycji, to nadal pełna napięcia interakcja Marie i Davida. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że płyta jest przeprodukowana, zdecydowanie nie. Delikatniejsze niż na "Na nože" piosenki pozostawiają sporo miejsca do słusznego wypełnienia. Większość jednak produkcyjnych i aranżacyjnych zabiegów jest na tyle charakterystyczna dla Muchowa, że do muzycznego związku Kieslowski wniknął z zewnątrz ktoś trzeci naruszając kruchy ideał.

Pełno na "Mezi lopatky" ciepłych, miękkich klawiszy. Pojawia się i gitara elektryczna, ale tylko w roli akcentu, podobnie subtelna elektronika, czasem w postaci lekkiego syntezatorowego pulsu. Kieslowski swoją obecność wyraźniej zaznaczają w dynamiczniejszych utworach, których jest tu wyraźnie mniej niż na poprzedniku. Żywe "Postele" czy "Obrazy", bazujące gitarze akustycznej i linii z późniejszym towarzystwem klawiszy i rytmicznych oklasków, to jedne z najlepszych piosenek na płycie. Wizytówką albumu mogą być już otwierające całość "Doteky" a w "Sever" znajdziemy bardzo sympatyczne odniesienie do Kittchena, który na Północ chciał tylko wyjechać, ale David to faktycznie zrobił, tylko po to, żeby się przekonać, że jednak nie jest tam lepiej. Cóż, na Północy jest kraj Kieślowskiego.

"Mezi lopatky" to urocza płyta, słucha jej się bez wątpienia niezwykle przyjemnie. Po prostu bardziej ekscytuje mnie surowsza, mniej wygładzona i bardziej podstawowa odsłona tego zjawiskowego duetu. Dwa głosy, klawisze Marie, gitara Davida, wyraźne osobowości i talent to tworzenia bez wyjątku udanych piosenek zupełnie wystarczają. Miękkość nowego albumu jednak również znajduje zastosowanie a Kieslowski idealnie trafiają między łopatki jesieni. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

29 września 2014


FKA twigs LP1, [2014] Young Turks || Przed turkusową okładką i obliczem wyjętym z "Domu woskowych ciał" nie było w sierpniu ucieczki. FKA twigs udało się nie tylko przedstawić inwazyjną, niepokojącą, ale już uznawaną za klasyczną okładkę, ale i zapewnić wyjątkowy jak na wakacyjne warunki debiut. Jeśli w sezonie, w którym nawet Pitchfork posiłkować się musi zestawieniami połowy dekady, na listę najlepszych albumów trafia dopiero co wydana płyta, to czy jest to przejaw typowej wakacyjnej nudy?

W meta-post-świecie, w którym estetyczna różnorodność jest oczywistością, faktury stylistyk przenikają się bezustannie i natychmiastowo a kategorie gatunkowe są artefaktem przeszłości, zaproponować coś, co wytrąci zarówno krytyków, jak i słuchaczy, ze strefy komfortu, jest automatycznie podziwu godnym wyczynem. Wartością FKA twigs jest konieczność poszukiwań nowych kategorii lub odgrzewania starych.

Najpopularniejsza etykieta dekady, "alternatywne r'n'b", wydaje się być całkiem na miejscu, ale protestuje przeciwko niej sama artystka. Słusznie zresztą, wystarczy dziś bowiem charakterystyczny sposób frazowania, mniej lub bardziej emocjonalny tekst, by na nią zasłużyć i posłużyć za dowód tego, że "alternatywa umie robić pop". Zabawnie brzmi próba dopasowania twigs do muzealnej już kategorii "trip-hopu", którego ma być rzekomo zbawczynią. Nie te czasy, nie te warunki, nie ten kontekst, ciężko wyobrazić sobie FKA twigs obok współczesnego Portishead, czy nie daj Boże Morcheeby. Reanimowanie zamierzchłego gatunku tylko krzywdzi jej twórczość, dostatecznie oryginalną, by zostawić ją w lekkim i rozkosznym niedomówieniu.

Choć zaskakująco sprawdza się tu pozornie nietrafione pojęcie "dream-popu", bynajmniej nie w rozumieniu współczesnym, lecz tym sprzed trzydziestu lat. Miejscami i tylko jako jeden z elementów pojawia się na "LP1" atmosfera dawnych nagrań 4AD. W "Closer" rozmarzony wokal w pogłosie skojarzyć się może z Julee Cruise a dzięki mrocznej atmosferze z wiadomym serialem. Zaśpiewy niemal w stylu Lisy Gerrard pojawiają się już w "Preface". Quasi-operowe wokalizy przypominać mogą podobne sztuczki Emiki z jej ostatniego albumu. Co ciekawe, "Preface", mimo, że jest ledwie półtoraminutowym intrem, jest jednym z najmocniejszych utworów na płycie i, uwaga, jednym z nielicznych wyprodukowanych wyłącznie przez samą FKA twigs.


Album jest istnym festiwalem producentów. Za "Lights On", niby klasycznym r'n'b, ale z fantastycznym i zagęszczającym się podkładem stoi Arca, który jest też jednym z aż czterech (obok m.in. Clams Casino) producentów "Hours", nota bene, kolejnego z najjaśniejszych punktów albumu. Jest dziwnie, nietypowo, wciągający zaśpiew I could kiss you for hours brzmi niemal atonalnie, dźwiękowe eksperymenty kojarzyć mogą się z Björk a jednocześnie pojawia się pierwiastek r'n'b i całość brzmi naprawdę unikalnie. Znakomite i podobnie wyjątkowe "Numbers" współprodukował Sampha, znany ze współpracy z SBTRKT. Paul Epworth stoi za przebojowym potencjałem "Pendulum", z gitarą w stylu Twin Shadowa i chórkiem a'la Florence.

Od muzycznej, produkcyjnej i aranżacyjnej strony jest to album wyśmienity. Kolejne warstwy dźwięków zaskakują, utrzymują w pełnej uwadze i, co rzadkie, wytrącają słuchacza z utartych przyzwyczajeń. Kontrast między mrokiem podkładów i mimo wszystko najczęściej popowym wokalem jest również charakterystyczny dla "LP1". Ale zredukowany wyłącznie do warstwy kompozycyjnej nie wznosi się ponad przeciętność.

Bez fenomenalnej produkcji, za którą nie wiadomo czy i w jakim stopniu FKA twigs odpowiada, zostają w gruncie rzeczy zwyczajne, czasem wręcz banalne piosenki, z prostymi i opartymi na powtórzeniach tekstami, śpiewane głosem pozbawionym większych możliwości. Właśnie wokal jest największą wadą płyty, szczególnie w wysokich rejestrach po prostu irytuje, choćby w autobiograficznym "Video Girl", czy nawet w najbardziej standardowym przeboju "Two Weeks". Zmęczenie wywoływać też może długość poszczególnych utworów, oscylująca najczęściej wokół 4-5 minut. Waga "LP1" jest zatem równie niejednoznaczna, co gatunkowa przynależność. Są tu jednak na ślady tego, że FKA twigs równie dobrze, a może nawet lepiej, powinna poradzić sobie bez plejady współpracowników. 6/10 [Wojciech Nowacki]

22 września 2014


Ostatnie miesiące lata przyniosły pewne ożywienie, szczególnie pod względem zapowiedzi. Programy praskich klubów zapełniają się świetnymi koncertami, trzeba będzie poświęcić setki, jeśli nie tysiące koron, ale i przeprowadzić poważną selekcję. Jeśli tego samego dnia mają zagrać Caribou i Tycho, to mamy do czynienia z klasycznym first world problem. Również czescy artyści pozapowiadali na jesień, począwszy od września, szereg nowych tytułów.

Zrní, jedno z odkryć 2012 roku i laureaci szeregu nagród za album "Soundtrack ke konci světa", szykują się do wydania trzeciej płyty o dość nieszczęśliwym tytule "Následuj kojota". Niemniej nagród za debiutancki album "The Escapist" zdobył Boris Carloff, który jeszcze niezatytułowanego następcę rejestruje na Islandii i na razie wiadomo, że ma być jeszcze bardziej elektroniczny i minimalistyczny zarazem. Jedną z czołowych czeskich wokalistek jest Lenka Dusilová, której ostatni zjawiskowy album "Baromantika" zaowocował powstaniem regularnego zespołu o tożsamej nazwie, który właśnie finiszuje nagrywanie płyty "V hodině smrti" a o crowdfundingową pomoc zwrócił się do publiczności. Znana w Polsce z filmu "Once" Markéta Irglová, czyli czeska i piękniejsza połowa duetu The Swell Season, teledyskiem "The Leading Bird" zapowiada swoją drugą płytę solową "Muna", która ukaże się nakładem amerykańskiego labelu ANTI-. Debiutem zaś który już robi sporo szumu na czeskiej scenie jest Monikino Kino, czyli Petr Marek z grupy Midi Lidi i słowacka wokalista Monika Midriaková, którzy ku pocieszeniu czeskiej hipsteriady szykują album "Prázdniny".


Osobiście jednak najbardziej cieszę się na trzecią płytę przesympatycznego duetu Kieslowski. Marie i David wyciągają z formuły duetu czystą esencję, czego efektem była znakomita płyta "Na nože", pełna chwytliwych i intensywnych piosenek. Trzeci album ukazuje się ledwie niewiele ponad rok po poprzedniku, Kieslowski zdążyli w międzyczasie zaprezentować nowy materiał na koncertach i zarejestrować go w Normandii po opieką Jana P. Muchowa, najbardziej bodaj uznanego czeskiego producenta, muzyka i aktora. Pierwszym singlem z "Mezi lopatky" została piosenka "Obraz".



Uznane już zatem nazwiska szykują się zatem na jesień, młodsza krew natomiast nie ma oporów przed publikowaniem swej muzyki jeszcze w wakacje. Dzięki czemu w lipcu oraz w sierpniu ukazało się kilka naprawdę ciekawych tytułów. Największą niespodzianką jest debiut projektu I Am Planet, pod którą to nazwą skrywa się Patrik Korinok ze Słowacji. Po paru latach pracy z gitarą akustyczną, śpiewem i muzyką bliską elektroakustyce, zdecydował się zmienić całkowicie kierunek i zasiadł za fortepianem w towarzystwie skrzypka. Efektem jest piękna czteroutworowa epka "Silene stenophylla" do darmowego pobrania dla miłośników współczesnej klasyki spod znaku Nilsa Frahma czy Ólafura Arnaldsa.

Debiutem jak najbardziej spodziewanym był album grupy Nod Nod, założonej przez członków post-rockowego Five Seconds To Live i alternatywno-rockowego Kalle. Międzygatunkowa fuzja dla miłośników twardszych brzmień już okrzyknięta została jednym z najlepszych tytułów czeskiej gitarowej alternatywy. Label Exitab sprezentował nam w wakacje darmową epkę "Castle Ghosts" Aches, czyli mieszkającego i tworzącego w Bratysławie Brytyjczyka Jonathana Foxa. Tymczasem stojący na czele Exitabu Filip Drábek rezyduje obecie w Warszawie, gdzie tworzy własną muzykę z pogranicza lo-fi i shoegaze'u w duecie Päfgens, który właśnie wydał album "What Happened To Erich Zederkoff?". [Wojciech Nowacki]

18 września 2014


COLDAIR Whose Blood, [2014] Twelves Records || Twelves Records to dosłownie jedynie nalepka, którą Tobiasz Biliński umieścił na swoim trzecim albumie. "Far South" i płyty formalnie już nie istniejącego Kyst przynajmniej trafiły do dystrybucji Anteny Krzyku, "Whose Blood" wydane zostało praktycznie własnym sumptem. Gdy Michał Biela wydaje solowy materiał i udostępnia go za darmo na Bandcampie a płyty sprzedaje wyłącznie na koncertach w powietrze wznosi się lekki opar smutku, który tylko gęstnieje teraz, gdy podobnie sprzedaż nowego albumu na koncertach zapowiada jego macierzysty Kristen, obijający się wcześniej po szeregu labeli. Ścianka przeżyła erę Sissy Records, zraziła się do Isoundu, Maciej Cieślak postanowił działać sam i jak działa dziś legendarna Ścianka wie najlepiej te kilkanaście osób które ma może jeszcze nadzieję na wydanie "Come November".

Najwidoczniej poza kilkoma wydawnictwami pamiętającymi jeszcze siermiężne lata dziewięćdziesiąte i mentalnie nadal tkwiącymi w tych realiach, nie ma w Polsce labelu o uznanej marce i pewnej pozycji pozwalającego naszym artystom przynajmniej odrobinę stabilności. Oczywiście, że to obraz uproszczony a w tle kryje się mieszanina finansów i gustu, ale szkoda, że najciekawsze polskie tytuły mijają nas czasem niemal niezauważone.


W przypadku Coldair jednak chodzi też o moment w jakim znajduje się Tobiasz, zarówno artystycznie, jak i komercyjnie. Już trochę poza warunkami i klimatem polskiego rynku, ale jeszcze nie do końca częścią zachodniego. Trochę przypomina mi to sytuację Please The Trees Václava Havelki III i przyjaznego przecież rynku czeskiego. Please The Trees z większym entuzjazmem udają się w trasy po Stanach Zjednoczonych niż w kolejne rundy po czeskich i morawskich klubach, przez resztę środowiska zdają się być lekko wypychani na ubocze. Coldair mierzy dokładnie tam, dokąd powinien i ku czemu ma wszelkie potrzebne środki.

"Whose Blood" absolutnie nie zawodzi w kontekście wrażeń które pozostawiało "Far South". Zawarty tam potencjał, zgodnie z przewidywaniami, zaowocował dopracowanym i samoświadomym materiałem, z idealnie wyważonymi elementami. "Sign" to jeden z najlepszych polskich singli ostatnich lat, o niebanalnej melodii i kontrukcji, bogaty aranżacyjnie, ale jednak nie przeładowany, nawet w napompowanym dęciakami rozdzierającym finale. Podobnie "In The Nether", tkwiące gdzieś na granicy alt-popu i niemal soft-rocka, słodkie, ale bynajmniej nie nieznośnie. Imponująca jest droga jaką Tobiasz przeszedł od dawnych rozedrganych szkiców do oddychającego pełną piersią song-writingu.


Nie tyle równowaga, co pełna klasy symetria wydaje się być, pewnie nieświadomym, budulcem tej płyty. Jeśli w "Safe & Sound" dzięki pięknie poszarpanej gitarze wreszcie zaznamy trochę napięcia, to w "Hometown" znajdziemy ładną, naiwną, ale bezpretensjonalną piosenkę. Obok akustycznych i pełnych przestrzeni ballad "Holiness" i "Wraith" usłyszeć też tu można praktycznie instrumentalne "I Fear Death", jakby wyjęte ze ścieżki dźwiękowej do teatralnego spektaklu. A tytułowe "Whose Blood" to nie tylko jeden z najbardziej chwytliwych zaśpiewów (whose blood did you get?), ale i kompozycja jednocześnie rockowo przestrzenna i intymna zarazem.

Ale nadal, wszystkie elementy świetnie się równoważą, w czym tylko pomaga bardzo dobra produkcja albumu, udowadniająca, że nie trzeba ruszać w pogoń za wielkimi producentami, by wydać dobrze brzmiący materiał. Folkowe odniesienia łatwo mogą nas sprowadzić na sprawdzone klisze "melancholijnego chłopca z gitarą". Z tym, że tego chłopca najwyraźniej jeszcze bardziej bawią bity, każdą niemal bowiem kompozycje przełamują tutaj czasem marszowe, czasem złudnie przypadkowe perkusjonalia a Tobiasz dorabia się tym samym własnego znaku firmowego.

Od wydania "Whose Blood" minął rok. Jeden z najlepszych polskich albumów ostatnich lat minął lekko niezauważenie. Szkoda? Nie do końca. Nad twórczością Tobiasza Bilińskiego unosiła się w tym momencie atmosfera etapu przejścia. "Whose Blood" możecie dziś pobrać za darmo z Bandcampa, nic dziwnego, w końcu Tobiasz zapewne i tak dostaje dolara za każdym razem, gdy ktoś w kraju porównuje go do Bon Iver i Sufjana Stevensa. Z perspektywy czasu widać, że album ten jednak bardziej zamykał pewien etap niż inicjował nowy. Coldair znajduje się już w zupełnie innym miejscu, koncertuje i nagrywa kolejną płytę. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, o czyjej krwi śpiewał na "Whose Blood", ale niech płynie, niech leje się strumieniami, najlepiej przez ocean. Najlepsze od Tobiasza jeszcze przed nami. 8/10 [Wojciech Nowacki]

9 września 2014


OPETH Pale Communion, [2014] Roadrunner || Metal chyba jako jeden z ostatnich łatwo definiowalnych gatunków zaczął dostrzegać muzyczną rzeczywistość XXI wieku. Alternatywa bynajmniej nie przestała zacierać różnic gatunkowych, ale odebrała im wszelkie znaczenie i przynajmniej kilku wykonawców zdecydowało sie to wykorzystać i wyjść poza hermetyczny krąg dotychczasowych odbiorców. Nie mówię tu oczywiście o gwiazdach de facto pop-metalu, jak Metallica czy Iron Maiden, ani nie-daj-Boże o metal-popie spod znaku Within Temptation i Nightwish, ani nawet o charakterystycznych dla kontynentalnej Europy zespołach w rodzaju The Gathering czy Anathemy, ciekawych, w miarę możliwości poszukujących, ale nie wychodzących poza estetykę lat 90-tych.

Ulver, Mastodon, Sunn O))), Converge, to kilka z nielicznych jeszcze nazw, które inkorporując elementy muzyki eksperymentalnej, dronowej, ambientu, czy stoner rocka, pokazały, że metal to nie tylko wtórny tradycjonalizm i otworzyły sobie drogę do letnich festiwali, nie tracąc korzeni i dotychczasowej bazy fanów. Wrota może nie zostały otwarte na oścież, ale szerzej zaistnieć mógł bezpretensjonaly, fajny wizerunkowo i muzycznie Kvelertak czy przede wszystkim Deafheaven, które zabrnęło na tyle daleko, że przez twardogłowych okrzyknięte zostało "hipsterskim black metalem" czy "metalowym boysbandem".

To jednak Opeth jest grupą, która od ponad dekady była jedną z nielicznych przystępnych dla osób nie słuchających metalu i zarazem powszechnie wychwalanych przez miłośników gatunków. Weźmy "Blackwater Park" i otrzymamy intensywną, pełną pomysłów płytę, świetnie wyprodukowaną i ze spójną, przejmującą atmosferą, która do dziś ma spore szanse trafić do każdego, niezależnie od której estetycznej strony się do niej zbliży. Kto nie jest fanem growlingu jako poważnej metody wokalnej przekona się tutaj, że w kontekście odpowiednich kompozycji i przy zachowaniu czytelności potrafi być naprawdę interesującym środkiem wyrazu. O tym samym mogą się przekonać ci, którzy nie wierzą, że w metalu jest miejsce na czysty, melodyjny śpiew.

Czystego wokalu u Opeth przybywało, growlingu na "Heritage" zabrakło całkowicie. Ciekawy był to album o tyle, że zabrakło też na nim metalu. "Heritage", może i zgodnie z tytułem, w całości zanurzone było w estetyce prog-rocka lat siedemdziesiątych i, co ciekawe, brzmiało to zaskakująco świeżo. Jeśli w 2011 roku ktoś wydaje album tak tradycyjny i niemal bezbłędnie imitujący klasykę, to paradoksalnie wprowadza na rynek coś nowego. Nie był to album idealny, czysty wokal Åkerfeldta brzmiał niemal boysbandowo, materiał brzmiał nieco płasko, aranżacyjnie miało się wrażenie, że pozostało tam sporo niewykorzystanej przestrzeni, ale płyty słuchało się przyjemnie.


Produkcyjne niedociągnięcia zniknęły na "Pale Communion", albumie, który wg zapowiedzi miał kontynuować kierunek obrany na "Heritage", ale być też bardziej piosenkowym. Nie ma wątpliwości co do klasycznej stylistyki. Prog-rock z elementami free-jazzowych dysonansów, hard-rockowe klawisze jakby spod palców Johna Lorda czy Ricka Wakemana, odrobina brzmień akustycznych jakby z przecięcia Pink Floyd i Led Zeppelin. Czysty dźwięk wreszcie nabiera tu przestrzeni, płyta jest gęsta, aranżacyjnie wypełniona po brzegi, słyszymy i orkiestrę, i wibrafon...

Ale pod dopieszczoną produkcją nie kryją się wystarczająco dobre kompozycje. Najczęściej brzmią jak zlepek kolejnych klasycznych motywów, bez wewnętrznego progresu i emocjonalnego zaangażowania. Ślady piosenkowości usłyszeć można w otwierającym całość "Eternal Rains Will Come", które jest takim nowym Opeth w pigułce. Usłyszycie ten utwór i praktycznie znacie już całą płytę. Od ciekawej melodii zaczyna się "River", ale szybko niestety przeradza się w typowe dla dzisiejszego Opeth niespójne muzyczne gawędzenie p.t. ile klasycznych motywów możemy zawrzeć w jednej kompozycji.

Emocjonalnie najwyżej letni album nie pozostawia bynajmniej negatywnych wrażeń, ale w pamięci nie pozostają też żadne wyraźniejsze jego fragmenty. Pytanie, do kogo "Pale Communion" jest skierowane. "Heritage" było intrygującą ciekawostką, ale bez ciekawszych kompozycji odtwarzanie tradycyjnego rocka przypomina obcowanie z powieścią historyczną. Poczytać w pociągu można, ale dla ducha czasów lepiej sięgnąć po źródła. Owszem, powieść taka może być wielka, ale tylko jeśli pod historycznym sztafażem powie nam coś o współczesności. "Pale Communion" tego nie robi a Opeth porzucają metal na rzecz jeszcze bardziej zwietrzałego i hermetycznego gatunku, tylko ironicznie nazwanego rockiem progresywnym. 5/10 [Wojciech Nowacki]

4 września 2014


SINÉAD O‘CONNOR I'm Not Bossy, I'm The Boss, [2014] Nettwerk || Sinéad O'Connor nabrała wiatru w żagle po swoim tak naprawdę comebackowym albumie "How About I Be Me (And You Be You)?". Wielokrotnie zapowiadała zakończenie kariery, w stylistycznych poszukiwaniach na swych późniejszych albumach miotała się między reggae a folkowymi pieśniami, aż w końcu na parę lat zamilkła. Dobiegały nas jednak wieści nie tyle o kolejnych kontrowersjach, co raczej o problemach O'Connor. Efektem tych doświadczeń była płyta "How About I Be Me (And You Be You)?", skromna, ale poruszająca. I choć najlepsza w jej karierze od lat, to jednak nie spodziewałem się, że z następcą upora się tak szybko.

Minęły ledwie dwa lata. W międzyczasie O'Connor zyskała tyle siły i pewności siebie, że wdała się w słynną już internetową kłótnię z Miley Cyrus, niepozostawiającą obojętnymi i inne artystki, z Amandą Palmer na czele. Sprawa ta była, po pierwsze, jedynym głośniejszym doniesieniem ze strony Sinéad O'Connor w tym czasie, zatem pozytywną zmianą po wcześniejszych zwyczajowych informacjach o jej zdrowiu i problemach, z których zresztą poniekąd wynikała. Po drugie, O'Connor wystąpiła w roli mentorki, z dawnym przekonaniem i żarliwością, ale i z nowo nabytą pokorą, wewnętrznym spokojem i szacunkiem wobec odmiennych postaw. Wreszcie po trzecie, wydaje się, że te doświadczenia bezpośrednio wpłynęły na przygotowywany album, łącznie z przeprowadzoną w ostatniej chwili zmianą tytułu.

Pierwotnie płyta nazywać się miała "The Vishnu Room". Niedoszła tytułowa piosenka warstwą muzyczną, nabożną atmosferą i modlitewnym wokalem wyraźnie nawiązuje do "How About I Be Me (And You Be You)?", jedynie zamiast Jezusa mamy tutaj Wisznu, co zapewne w teologicznym światopoglądzie O'Connor nie stanowi większej różnicy. Choć nie był to singiel, to utwór "Streetcars" można było usłyszeć jeszcze przed premierą albumu. Jeszcze bardziej nabożna kompozycja, będąca niemal lustrzanym odbiciem "V.I.P." z poprzednika, mogła jednak zniechęcić, gdyż groziła, że O'Connor w jeszcze większym stopniu zapada się do swej intymności.

Okazuje się, że akurat te piosenki są najmniej reprezentatywne dla całości. Można się już spotkać z opiniami, że "I'm Not Bossy, I'm The Boss" jest albumem różnorodnym stylistycznie, tudzież nawiązującym do wczesnych albumów O'Connor. Nad drugim twierdzeniem można ewentualnie dyskutować, wszak to znów najzwyczajniejszy na świecie pop-rock, ale różnorodność znajdziemy tu tylko, jeśli posługujemy się tym pojęciem w rozumieniu rodem z lat 90-tych, zanim już w XXI wieku nastąpiła prawdziwa postinternetowa eksplozja pełnej dowolności.


"I'm Not Bossy, I'm The Boss" brzmi po prostu jak typowy przedstawiciel kobiecego pop-rocka z połowy lat 90-tych, gdzieś w głowie pojawia mi się obraz piosenkarek w rodzaju Alanis Morissette, nawet wyciszanie piosenek przywodzi na myśl czasy, gdy musiały mieścić się na dwóch stronach kasety. Dlatego też, niestety, większość kompozycji zlewa się w jedną, gęstą, czasem wręcz męczącą całość. Najlepsze trzy utworu znajdują w samym środku albumu. W "The Voice Of My Doctor" mamy Sinéad w ogniu, z wokalem na granicy krzyku i na tle mocniejszych gitar. Podobnie zadziorne, lecz stopniowo eskalujące jest "Harbour", "James Brown" zaś brzmi jak wyjęty wprost ze złotych lat trip-hopu.

Lekko dubowy rytm usłyszymy w "8 Good Reasons", z 90'sowej dźwiękowej magmy najłatwiej wyłowić niemal modelowy dla O'Connor, muzycznie i tekstowo, "Take Me To The Church". Ale jeśli w wersji deluxe dodamy jeszcze trzy kolejne i poza dobrym samopoczuciem autorki nic nie wnoszące piosenki, to średnia albumu znów się zaniża.

Na "How About I Be Me (And You Be You)?" O'Connor walczyła z własnymi demonami, każdą swoją słabość potrafiła przekuć na element tworzący mocną i poruszającą całość. Na "I'm Not Bossy, I'm The Boss", po zagojeniu większości ran, postanowiła sięgnąć znów po bardziej uniwersalne tematy, słusznie zresztą, po tylu doświadczeniach ma prawo domagać się głosu. "How About I Be Me (And You Be You)?" brzmi jednak ponadczasowo a sięgając choćby po utwór Johna Granta O'Connor mruga lekko w stronę współczesności. "I'm Not Bossy, I'm The Boss", oferując sentymentalna podróż w czasie o dwie dekady wstecz, nie pozostawia wątpliwości co do tego, która z tych płyt szybciej się zestarzeje. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]