13 sierpnia 2015


EVERYTHING EVERYTHING Get To Heaven, [2015] RCA || Everything Everything jest jednym z pierwszych zespołów o których myślę, gdy ktoś wyzłośliwia się na temat "indie rocka", rozumianego pejoratywnie i pogardliwie ("Teraz Rock" się kłania). Jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu wystartowali z odmiennych pozycji niż typowy "młody brytyjski zespół gitarowy" (definicja indie rocka wg starych ludzi i płytkich mediów), dołączając to tych grup, które od samych początków dysponowały własnym, charakterystycznym językiem i już ukształtowanym stylem. Foals katapultowali się do zasłużonego gwiazdorstwa stając się powodem mokrych snów fanów obojga płci. Wild Beasts utrzymują się na bardziej sofistykowanych pozycjach, subtelnie modyfikując styl z płyty na płyty. Everything Everything tymczasem nadal skradają się w tle.

"My Kz, Ur Bf" i "Photoshop Handsome" były rewelacyjnymi pierwszymi singlami i do dziś pozostają najlepszymi piosenkami w dorobku EvEv. Debiutancki album "Man Alive" nadal cieszy, choć nie przyniósł nic efektowniejszego niż dwa wspomniane single. Grupa przypomniała sobie drugim albumem "Arc", single "Cough Cough" i "Kemosabe" wg liczb okazały się największym sukcesem zespołu na wyspiarskich listach, sama zaś płyta właściwie nie zmieniła ani pozycji, ani wizerunku Everything Everything. Single były niezłe (choć dorównywały "My Kz, Ur Bf" i "Photoshop Handsome"), album niby "dojrzalszy" i bardziej skupiony, ale po dwóch latach trzeba przyznać, że nie zapadł w pamięć.

"Get To Heaven" również tej sytuacji nie zmieni i wydaje się, że sytuacja ta jest dla Everything Everything normą. Dysponują unikalnym stylem, który przekuwają na "zwykłe" przeboje (choć pod względem kompozycyjnym "zwykłe oczywiście" nie są), w efekcie przyćmiewające albumy. Trochę niesprawiedliwie, bo w piosenkach EvEv dzieją się naprawdę szalone rzeczy, ale trochę też zasłużenie, bo jakkolwiek dobra pozostaje ich muzyka, to wydaje się, że z płyty na płytę z wolna normalnieje. Na "Get To Heaven" zespół, dla którego trzeba było reanimować i zmodernizować kategorię art-rocka, faktycznie zbliża się do dzisiejszej czołówki gitarowego indie, tracąc jednak odrobinę tożsamości.


Ponadto jedynie zabójczo chwytliwe "Distant Past" dorównuje typowym tanecznym singlom Everything Everything. "Regret" to zaskakująco zwyczajna piosenka bez specjalnego polotu, najnowsze "Spring/Sun/Winter/Dream" okazuje się niezapamiętywalne. Tam natomiast gdzie dotąd mieliśmy kolażowy miks rocka, syth-popu, glitchów, połamanych bitów, językowych łamigłówek i operowego falsetu, nagle, choć delikatnie, zaczęły się pojawiać skojarzenia ze starszym gitarowym Radiohead, radosnym Vampire Weekend oraz z Foals z dziewiczego math-rockowego okresu. Wyjaśnienie może być jednak prostsze, już od pierwszego utworu "To The Blade" staje się jasne, że trzeci album EvEv ma zdecydowanie bardziej rockowy charakter niż poprzednicy.

Warto jednak wsłuchać się w drugą połowę płyty, tam bowiem dzieją się najciekawsze, choć niekoniecznie "przebojowe" rzeczy. Od "The Wheel (Is Turning Now)" po "Warm Healer" mamy więcej elektroniki, pojawia się hip-hopowy bit, math-rockowe figury a nawet coś w rodzaju połamanego funku. Przede wszystkim jednak kompozycje te, w przeciwieństwie do (w zamierzeniu) singlowo-przebojowej pierwszej połowy, efektownie eskalują, gradują napięcie i zmierzają do satysfakcjonującego finału. Czego ukoronowaniem są motoryczne "Zero Pharaoh" i mocne "Blast Doors" z kojącym refrenem.

Albumy Everything Everything pozostają zatem na tym samym, równym poziomie, ponadprzeciętnym, ale jeszcze nie wybitnym. Można powątpiewać, czy kiedykolwiek ten poziom będą w stanie przeskoczyć. Chyba, że zgodnie z niektórymi wypowiedziami muzyków potraktujemy te trzy płyty jako zamknięta trylogię a większy przełom ma dopiero nadejść. I tak jednak Everything Everything pozostają jedną z najciekawszych nazw do śledzenia. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 lipca 2015


JAMIE XX In Colour, [2015] Young Turks || Jamie xx jest tegoroczną FKA twigs. Nie wiem, czy zaręczył się już z hollywodzkim gwiazdorem, ale "In Colour" jest, podobnie jak "LP1", wakacyjnym debiutem z wszędobylską okładką, niemal powszechnie ekstatycznymi recenzjami, niekoniecznie czytelnymi odniesieniami do lat 90-tych i niezłym, choć absolutnie przereklamowanym efektem końcowym. Jamie najczęściej kompiluje i upraszcza znane wątki muzyki elektronicznej, co z jednej strony może stanowić do niej całkiem niezłe wprowadzenie dla nieobeznanych, ale z drugiej strony niesie ze sobą nikły ładunek emocjonalny. Miejscami zaś brzmi tak jak brzmieć powinno The xx, gdyby było w stanie być ciekawszym zespołem.

Podobieństwa do Four Tet są na "In Colour" dość wszechstronne. "Gosh" z obowiązkowym randomowym samplem wokalnym kopiuje stronę kanciasto-perkusyjną, tą z "Everything Ecstatic" czy średniego "Beautiful Rewind", z domieszką Daphni. Wersję melodyjno-dzwoneczkową, ze skrętem w stronę Gold Pandy, imituje "Sleep Sound", "SeeSaw" zaś całkiem już otwarcie przyznaje się do współautorstwa Kierana Hebdena. I nie ma w tym nic złego, skoro sam Four Tet od paru lat ma ewidentnie słabszą fazę (wspomniane "Beautiful Rewind", częściowo "Pink" i niestety najnowsze "Morning/Evening"), to dlaczego nie posłuchać zręcznego i ładnego nawiązania. Ładnego, ale sugerującego tylko wielką emocjonalność ("The Rest Is Noise" i "Girls"), w istocie zaś będącego całością zanurzoną w ledwie letniej temperaturze.

Cytaty z historii wyspiarskiej elektroniki dodają albumowi specyfiki, choć pamiętać trzeba, że to tylko cytaty, całkiem dosłowne, dla profanów niekoniecznie czytelne i w żaden twórczy sposób nie rozwijane. Tutaj wsamplowany MC, tutaj UK garage, tutaj jungle, tutaj burialowy bas, nawet echo The Prodigy z "Music For The Jilted Generation" się znajdzie. To ostatnie w najmocniejszym akurat, eskalującym, rozedrganym i w końcu emocjonującym "Hold Tight".


Jamie jest jednak nie tylko zdolnym studentem Koła Naukowego Historii Brytyjskiej Elektroniki, ma też na boku własną kapelę. Do The xx stosunek miałem również zazwyczaj dość letni. W momencie wydania debiut faktycznie był czymś całkiem ciekawym, no i miał dwie świetne piosenki. Nudne i wymęczone "Coexist" pokazało wyczerpanie się formuły "gry ciszą", nie ma też żadnej kompozycji, której dałoby się zapamiętać. Ale na "In Colour" sporo miejsca otrzymują dla siebie utwory de facto solowe, de iure jednak będące piosenkami The xx. "Just Saying" brzmi jak intro do nowej płyty grupy, ale nie dzięki wsamplowanej wokalistce Romy, lecz podobnemu operowaniu atmosferą i płynnemu przejściu w "Stranger In A Room". Ta piosenka napisana jest przez całe trio, Romy gra na gitarze, Oliver śpiewa a Jamie dostaje większe pole do manewru niż na "oficjalnych" płytach The xx, oferując po prostu lepszą, pełniejszą muzykę. "Loud Places", świetny przecież singiel, pokazuje jak powinno, albo jak chciałbym żeby brzmiało The xx. Potencjał jest, może jednak jest to kwestia (braku) równowagi i podziału sił w zespole.

Jednocześnie na "In Colour" znajduje się najgorsza piosenka jaką w tym roku słyszałem i niestety posiadam (w postaci silnej konkurencji ostatniej Madonny). Przeokropne "I Know There's Gonna Be (Good Times)", brzmiące jak "czarne piątki" w przaśnych polskich dyskotekach i rozrzedzona wódką krew, nie miało prawa znaleźć się w mojej kolekcji, bo takiej muzyki nie słucham, nie znoszę, nie trawię. Jamie xx w swych klubowych poszukiwaniach dotarł jednak do całkowicie obcej mi estetyki dancehallu i przemycił ją na albumie, ku memu przerażeniu zapewniając jej 9 milionów odsłuchów na Spotify. 6/10 [Wojciech Nowacki]

17 lipca 2015


HOT CHIP Why Make Sense?, [2015] Domino || Ciekawe, że z perspektywy czasu to ostatni, piąty już album Hot Chip, "In Our Heads", wydaje się być tym najlepszym. Oczywiście z najbardziej podstawowego punktu widzenia, czyli prostej przebojowości. Jasne, "The Warning" pozostaje klasyczną pozycją i kluczowym dla sukcesu Hot Chip albumem. Bezbłędne hotchipowe przeboje znajdziemy na każdej, nawet najsłabszej płycie, ale również na każdej z nich, choćby na moment, uderzy pewien element głupkowatości, a to jakiś idiotyczny dźwięk, a to głupia melodia. Wreszcie, z każdym albumem coraz więcej przestrzeni dostawało się temu, w czym Hot Chip są zdecydowanie najgorsi, czyli ckliwym, elektronicznym balladom. "In Our Heads" nie było już takim przełomem jak "The Warning", początkowa popularność Hot Chip zaczęła już przy okazji piątego albumu przygasać. Niby więc mieliśmy do czynienia po prostu z kolejnym, "dojrzałym" albumem "dojrzałego" zespołu, ale tworzące go składniki tutaj właśnie doprowadzone zostały niemal do perfekcji. Żadne ballady, żadne idiotyzmy, po prostu jedna upiornie chwytliwa taneczna piosenka za drugą.

"Why Make Sense?" jest również albumem "dojrzałym" w tym sensie, że pewnie nie przyciągnie już do Hot Chip nowych miłośników, za to ukontentuje zyskanych już lata temu. Nie znaczy to, że Hot Chip ugrzęźli w rutynie starzejących się wykonawców, nagrywających może nawet i równe, ale identyczne płyty. Wręcz przeciwnie, "Why Make Sense?", nie tylko uchodzić może za jeden z lepszych albumów Hot Chip, ale też za jeden z najspójniejszych i wyróżniających się. Czym? Paradoksalnie, najmniejszą przebojowością.


Osią albumu są trzy kompozycje: "Huarache Lights" - "Dark Night" - "Why Make Sense?". Pierwsza z nich jest dość nietypowym początkiem. Najdłuższa na płycie, chwytliwa, ale daleka od beztroskiego przeboju, utrzymuje bezustanne napięcie a zarazem ulega ciągłym zmianom. W ciągu pierwszych pięciu i pół minut albumu słyszymy zatem cytaty z disco, french touchu i deep-house'u. A wszystko to na poważnie, bez puszczania oka do słuchacza i autoironii, jakby z niezręcznych geeków na parkiecie Hot Chip dopiero teraz stali się pewnymi siebie producentami. Produkcja zresztą jest kolejnym wyróżnikiem albumu, tymczasem jednak centralne "Dark Night" przynosi wyraźniejszy, chwytliwszy bit, przypomina wcześniejsze piosenki z katalogu Hot Chip, ale jednocześnie splata dźwięki smyczków i gitar. Tytułowy finał natomiast jest zdecydowanie kompozycją jak na Hot Chip nietypową, eskalującą, hałaśliwie gęstniejącą i silnie osadzoną w dźwiękach perkusji.


"Need You Know" to rzecz jasna archetypowy singiel, niekoniecznie jednak typowe Hot Chip, bardziej sprawia wrażenie ich udziału jako gościnnego występu. Tymczasem reszta piosenek może nie zapada szczególnie w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, ale układa się we równą, spójną i frapującą całość, jakże odmienną od dawnego chaosu i rozedrgania. Pełna jest też produkcyjnych i aranżacyjnych ciekawostek, pokazując, że po uprzednim wykuciu własnego stylu i zabetonowaniu go w monument na "In Our Heads" bez obaw sięgać mogą teraz po fragmenty innych estetyk. Tu i ówdzie zatem przebija się house, funk, Pet Shop Boys, soft-rock, Junior Boys skrzyżowane z hiphopem czy laptopowa bossanova Stereolab. Całość jednak jest bardziej gustowna niż efektowna, stąd też działający od ponad dekady Hot Chip wydają się być już, niestety, w drugim szeregu zainteresowania za niejednym przereklamowanym debiutantem. 7/10 [Wojciech Nowacki]

10 lipca 2015


SUFJAN STEVENS Carrie & Lowell, [2015] Asthmatic Kitty || Przykro mi. Nie rusza mnie Sufjan Stevens i jego mommy issues. Czterdziestolatek o wyglądzie trzydziestolatka ma problemy dziesięciolatka a ja nie rozumiem dlaczego powinny mnie interesować. Czyżby niosły z sobą uniwersalny przekaz? Podane zostały w zjawiskowej formie muzycznej? Jestem cynicznym, bezdusznym potworem bez serca? To oczywiście najwygodniejsza odpowiedź, ale tylko załóżmy, ostrożnie i ryzykownie załóżmy, że "Carrie & Lowell" nie jest tak dobrą płytą za jaką dość powszechnie uchodzi.

Sufjan najczęściej pozostawiał mnie doskonale obojętnym i bardziej irytował niż intrygował. To ostatnie zdarzyło się właściwie tylko na "The Age Of Adz", albumie może i chaotycznym, ale w kalejdoskopowy sposób stawiającym wyzwanie przed odbiorcą. Na recepcji płyty "Carrie & Lowell" bardzo mocno zaciążyła wpychana zewsząd potencjalnemu słuchaczowi tematyka. Z każdego wywiadu, promocyjnego newsa, wypowiedzi Stevensa, artykułu i oczywiście późniejszych recenzji, biła prosto w oczy historia Sufjana, jego dzieciństwa, matki, ojca i ojczyma. Każdy zatem jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem albumu winien nieść w sobie nabożny szacunek, bo ciii, Sufjan Stevens śpiewa o mamie.

W efekcie odbiór albumu jest niezręczny, przytłaczający, niewygodny. Do tego stopnia, że natarczywie powraca pytanie, dlaczego powinniśmy słuchać o najintymniejszych detalach życia Sufjana Stevensa właśnie? Jego partykularna, suburbialna opowieść, jeśli pominąć oczywistości, nie niesie żadnego uniwersalnego przekazu. Nie czuję zatem potrzeby jej słuchać a jej dosłowność jeszcze tą potrzebę zmniejsza. Właśnie, dosłowność. Teksty, okładka, tytuł, zdjęcia, promocja albumu, mogły zaszkodzić tej płycie i z pewnością tak się stało w moim, mniejszościowym przypadku. Niestety, zamiast pozostawić całość w niedomówieniu, pozwolić słuchaczowi na samodzielne odkrywaniu sensów albumu Sufjan zrzucił nam swój hiperemocjonalny bagaż prosto na głowę. Kontakt z nim jest zaś równie przyjemny i sensowny co przyłapanie brata na masturbacji, ojca na oglądaniu musicali, matki na pociąganiu z piersiówki.


Tkwiące we mnie niewzruszone monstrum mogłoby przynajmniej skupić się na rzeczy najistotniejszej, czyli na muzyce. I to jest właśnie zasadniczy problem "Carrie & Lowell", skutecznie i z premedytacją maskowany przygniatającą tematyką. Ta płyta jest nudna. Przynajmniej jako całość, ponieważ, powiedzmy to wreszcie, piosenki Sufjana są po prostu ładne. Ale niezwykle kruche utwory sporadycznie tylko nabierają pełni ("The Only Thing"), przestrzeni ("All Of Me Wants All Of You"), czy lekkości ("Eugene"). Piosenkom takim jak "Should Have Known Better" czy "Fourth Of July" nie można nic zarzucić, ale też na czysto kompozycyjnym poziomie stwierdzić wiele więcej niż to, że są ładne.

Minimalna chwytliwość pojawia się jednak ledwie miejscami, ta bardziej udane kompozycje toną jednak w totalnej jednorodności albumu. Jeśli pojawi się ciekawszy i bardziej zapamiętywalny motyw to jednocześnie mamy wrażenie, że słyszeliśmy go już parę piosenek wcześniej. Monotonia płyty sprawia, że bardzo łatwo się przy jej słuchaniu rozproszyć, poświęcenie jej jednak zwiększonej uwagi niespecjalnie ma się czym odwdzięczyć. I nie ułatwia tego sam Stevens ze swoim jednostajnym, szeptanym i irytująco multiplikowanym (po co?) wokalem.

Nie jest to ani album zły, ani z pewnością nie jest wybitny. Być może "Carrie & Lowell" jest jak papierek lakmusowy, test, próba ognia. W zależności od tego jaki jest poziom waszej odporności na hype czekać was mogą zupełnie różne doświadczenia. 4/10 [Wojciech Nowacki]

7 lipca 2015


FLORENCE + THE MACHINE How Big, How Blue, How Beautiful, [2015] Island || Teza Bartka Chacińskiego o Florence + The Machine jako muzyce dla tych którzy muzyki nie słuchają jest mi zasadniczo bliska. Sam wyróżniam kategorię słuchaczy będących jak "niedzielni kierowcy", mających nawet paru swoich ulubionych wykonawców, którym oddani są na tyle że nawet kupują ich płyty, łącznie 1-2 rocznie. I bynajmniej nie ma w tym nic złego, znacznie lepszym przykładem byłoby tutaj choćby U2 i ich fanbaza. Florence bowiem opanowała sztukę uwodzenia praktycznie każdego. Czym? Oczywiście piosenkami.

Szafiarsko-hippisowski i stylizowany na indie debiut "Lungs" bezbłędnymi piosenkami wypełniony był do tego stopnia, że nawet te niesinglowe i drugoplanowe mogą znienacka wypłynąć na powierzchnię naszej muzycznej pamięci i pobudzić do marszu tanecznym krokiem ulicami miasta. Wysoce zaraźliwy syndrom brokatowej fanki Florence wynika oczywiście z hiperentuzjastycznych i rozemocjonowanych piosenek, ale również z emocjonalnej (bo przecież nie muzycznej) intymności. Kimkolwiek Florence wtedy była słuchacz czuł, że był blisko niej.

Gdy więc na "Ceremonials" zasiadła na art déco piedestale poczucie bliskości zaniknęło, choć oczywiście w znacznej mierze zaważyły na tym bombastyczne aranżacje. Owszem, były tutaj typowe już dla Florence single, jedna kompozycja prawdziwie znakomita ("What The Water Gave Me"), ale też utwory, które zatonęły pod ogólnym ciężarem albumu. "MTV Unplugged" z kolei pokazało, że nie wystarczy zredukować wyjściowe piosenki do podstawowych "unplugged" wersji, żeby zaoferować coś naprawdę ciekawego.


Wiele o "How Big, How Blue, How Beautiful" można wyczytać już z oprawy graficznej albumu. Okładkowe zdjęcia wyraźnie inspirowane są ikonicznymi już fotografiami Patti Smith autorstwa Roberta Mapplethorpe'a, co sugerować może albo bardziej minimalistyczny, albo bardziej rockowy charakter trzeciej płyty Florence + The Machine. O tym, że pierwszy trop jest błędny przekonać się można zaglądając do książeczki. Linie wypełniającego ją tekstu to niestety nie są słowa piosenek, ale listy muzyków i instrumentów pojawiających się w kolejnych piosenkach. Aranżacyjny i instrumentalny przepych pozostaje zatem jednym z firmowych znaków Florence, w przeciwieństwie jednak do "Ceremonials" dzięki bardzo dobrej i wyważonej produkcji na "HBHBHB" nie przytłacza, nie męczy ani nie tłamsi kompozycji.

Trop rockowy jest za to jak najbardziej słuszny. Wyróżnikiem "HBHBHB" jest zdecydowanie bardziej rockowy charakter, bardziej nawet niż miejscami indie-rockowe "Lungs", tutaj bowiem bliżej to standardowego radiowego rocka sprzed paru dekad. Większa jest tu rola gitar, wyraźnie dominuje perkusja i jest to największa zmiana w stosunku do wcześniejszych harfowych pląsów Florence.


Pierwsza, bardzo mocna połowa albumu to typowa rozemocjonowana Florence. "Ship To Wreck" otwiera płytę nagle i bez taryfy ulgowej, będąc energetyczną, radiową piosenką, mogąca służyć za dodatek lub nawet substytut porannej kawy. Nie ustępuje jej "What Kind Of Man", choć tu akurat może irytować modulowany wokal. "How Big, How Blue, How Beautiful", mimo orkiestrowo-filmowego finału, zbliża się odrobinę to starszych kompozycji Florence, podobnie jak powracająca do dawnej zadziorności "Delilah" I co ciekawe, współautorką akurat tych dwóch piosenek jest Isabella Summers, czyli druga kluczowa postać dla zespołu Florence + The Machine.

Album jednak wyraźnie traci impet w drugiej połowie. Teoretycznie to nadal typowa Florence, ale ze znacznie mniej chwytliwymi kompozycjami. W końcówce też "St. Jude", której natchniona pastoralność zbliża się do emocjonalnego poziomu U2 i wreszcie "Mother", zdecydowanie najbardziej złożona kompozycja na płycie.

Można się zatem doszukiwać różnic między poszczególnymi albumami Florence + The Machine, "How Big, How Blue, How Beautiful" jest bardziej rockowe, lepiej wyważone i wyprodukowane niż przyciężki tort jakim było "Ceremonials", ale też nie ma aż tylu bardzo dobrych piosenek jak "Lungs". No i nadal brakuje tutaj tego dziewczęcego poczucia humoru z debiutu. Ciężko jednak sobie wyobrazić żeby Florence nagrała kiedykolwiek diametralnie wyróżniającą się płytę. Zapewne nie stworzy genialnego dzieła zmieniającego historię muzyki rozrywkowej, ale też nie wyda płyty złej. Zawsze będzie zatem dostarczać nam albumy na plus minus tym samym poziomie i dlatego też bez większego problemu trafiające do wszystkich. Nawet jakiś szczególnie wielki dramat nie zmusiłby Florence do drastycznej odmiany, wiemy przecież, że dramatami Florence regularnie się żywi. 7/10 [Wojciech Nowacki]

15 czerwca 2015


EUROPE War Of Kings, [2015] Hell & Back || Lata osiemdziesiąte, powszechnie uznane za muzyczną kwintesencję kiczu, już dawno powinny oddać palmę pierwszeństwa połączonym siłom lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Nie wiem tylko, komu należałoby przekazać opaskę kapitana: ostatniej dekadzie XX wieku z jej Doktorem Albanem, zespołem Aqua i Captainem Jackiem? Czy może na plan pierwszy wysuwają się Lady Gaga, Iggy Azalea, Nicki Minaj czy Miley Cyrus prezentujące pozbawioną wszelkiego uroku sieczkę?

Pewnym jest jednak, że zespoły stanowiące obiekt drwin pokolenia lat 70-tych takie jak Kajagoogoo czy Duran Duran wymagają rehabilitacji. Natapirowani śliczni chłopcy śpiewający swoje proste i chwytliwe piosenki okazali się bowiem niezwykle utalentowanymi muzykami. Przykładów nie trzeba szukać daleko: Na płycie Stevena Wilsona „The Raven That Refused To Sing” na basie gra nie kto inny, jak Nick Beggs z Kajagoogoo. Danny Elfman, lider Oingo Boingo to obecnie niezwykle ceniony autor muzyki filmowej (znany chociażby z "Batmana"). Maniery wokalnej Simona Le Bona można nie lubić, ale nikt nie powie, że pozbawiony jest on naturalnego talentu. Zresztą "Rio", opus magnum twórczości Duran Duran, uchodzić może obecnie za dzieło wysublimowane i dojrzałe. Plus muzycy tworzyli wówczas swój repertuar sami.

Podobnie wygląda sytuacja z nieco cięższą stylistyką, choć obracającą się jednak niebezpiecznie blisko orbity "pop". Def Leppard, Ratt czy Poison, mimo kiepskiej prasy w latach 90-tych, okresie wybuchu mody na thrash i grunge, zestarzały się całkiem przyzwoicie. Zresztą takie tuzy jak Van Halen, Scorpions czy Guns’N’Roses również swoje największe triumfy święciły właśnie w okresie "dominacji kiczu". Nie mówiąc już o tym, że Frank Zappa, prawdziwy wizjoner muzyki popularnej, przez całe lata 80-te nagrywał regularnie płyty – a te zawsze znajdowały swoich wiernych odbiorców. Inne ikony tamtych czasów zdołały po okresie stagnacji wydrzeć się z ograniczającej je stylistyki odnajdując nowe pokłady muzycznej inwencji. W przypadku nowej płyty Europe, "War Of Kings", trzeba jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ta inwencja płynęła faktycznie bezpośrednio od samych muzyków.

Jeżeli spytamy przypadkową osobę, z jakim utworem kojarzy zespół Europe, bez wątpienia uzyskamy odpowiedź, że nie kojarzy go wcale (takie czasy). Ci jednak, którzy muzyką interesują się w stopniu choćby podstawowym wspomną o "The Final Countdown". Co bardziej ambitni znawcy wymienić mogą jeszcze piosenkę "Carrie". Powiązanie jedynie z kilkoma wylansowanymi przebojami stanowić musi dla zespołu sytuację niezwykle deprymującą. Tym bardziej, że Europe ma w swoim dorobku dziesięć albumów studyjnych. Niestety, niezwykła przebojowość „The Final Countdown” wraz z jego całkowitym wyeksploatowaniem w obrębie stacji muzycznych czy pop radyjek spowodowała, że zespół mógł właściwie zakończyć karierę po 1986 roku. Dzięki wytrwałości zespołu możemy jednak cieszyć sie albumem nie będącym archaicznym tworem połączenia nostalgii z próbą eksploatacji wyświechtanego już stylu. Podobnie jak w przypadku Toto rok 2015 przynosi ciekawy powrót zespołu, na którego twórcze możliwości nikt już nie liczył. I chyba również z tego powodu "War Of Kings" słucha się z dużą przyjemnością.


W jednym z utworów ("Days Of Rock 'N' Roll") Joey Tempest śpiewa Somebody told me we’ve had our turn / I gotta believe that time's still ours, co doskonale podsumowuje powody, które skłaniały zespół do podjęcia prac w studio. Wydaje się jednak, że muzycy nie do końca wiedzieli w jaki sposób ponownie zaczerpnąć z fontanny rock'n'rolla (kolejny cytat z tego samego utworu). Wyraźnie wskazuje na to dominująca rola producenta płyty, Dave'a Cobba, osoby stojącej za sukcesem grupy Rival Sons. Ukształtowany i wyraźnie odczuwalny styl współautora czterech utworów z "War Of Kings" (w tym utworu tytułowego - kwintesencji najnowszej płyty Europe) wywołuje u mnie pytanie o wkład muzyczny samego zespołu. Oczywiście, cztery utwory na jedenaście nie sugerują jeszcze zupełnego zdominowania muzyków. Jestem jednak przekonany, że pozostałe z zaprezentowanych utworów również zawdzięczają Cobbowi bardzo wiele. Niezależnie bowiem od tego, kto przynosił pomysły do studia to on nadawał im ostateczne brzmienie. To po prostu słychać a nastrój całej płyty zdaje się być samodzielnym dziełem producenta. Bluesowe "Praise You" czy "Nothin' To Ya" mogłyby równie dobrze znaleźć się na nowym albumie Rival Sons. Dominująca rola Cobba stanowi w moim odczuciu poważny minus płyty.

Być może jednak ten ruch był Europe potrzebny, gdyż tak utwory jak wspomniane "War Of Kings" z fantastycznym chwytliwym riffem, radio-przyjazne "Days Of Rock 'N' Roll" czy cięższe "Hole In My Pocket" przywracają zapomnianych Szwedów do świata hard-rocka. Co nie znaczy, że na "War Of Kings" nie ma słabszych momentów. "California 405" oraz "Angels (With Broken Hearts)" sztucznie wydłużają album nie pasując równocześnie do reszty prezentowanego materiału. Nie ukrywam jednak, że "War Of Kings" jest albumem dobrym, nawet jeżeli nagranym kosztem częściowej rezygnacji z własnej muzycznej niezależności. Pozostaje jednak pytanie, w którym momencie przestajemy mieć do czynienia z autorskim dziełem muzyków a produktem dobrze prosperującej manufaktury? 6/10 [Jakub Kozłowski]

10 czerwca 2015


Po namyśle stwierdzam, że tegoroczna wiosna w Pradze okazała się całkiem rozczarowująca. Słońce jest podchwytliwe, w dzień chwalcie łąki umajone, wieczory zaś i poranki, gdy zmierza się do pracy na autopilocie mając w perspektywie poranny kubek kawy, jeszcze do niedawana były niepokojąco mroźne. Wiosenny sezon koncertowy również niespecjalnie atrakcyjny, więc czas tradycyjnie mija mi na muzycznych zakupach oraz na oczekiwaniu. Po pierwsze, na United Islands, czyli darmowy festiwal płożący się po praskich parkach i wyspach, a po drugie, na nowe albumy dwóch spośród moim ulubionych czeskich wykonawców. Kittchen na lipiec zapowiada "Kontakt", Květy zaś właśnie dziś wydają oficjalnie album "Miláček slunce", który dzięki uprzejmości labelu Indies Scope już czeka na mnie w mailowej skrzynce, więc mam nadzieję więcej o nim napisać wkrótce.



Shoegaze'owy renesans jest aktualnie swoiście czeskim i całkiem odświeżającym fenomenem. Śląskie Planety zwróciły na siebie debiutem "Peklo, peklo, ráj" w 2012 roku. Manon meurt, inni młodzi debiutanci, supportowali w Pradze samych My Bloody Valentine nie mając jeszcze wydanego albumu. Oczywiście jest to częścią światowego trendu, ale jego zagęszczenie w Czechach nie jest przypadkiem. To grające ówcześnie shoegaze The Ecstasy Of Saint Theresa było w początku lat dziewięćdziesiątych zespołem, który dzięki samemu Johnowi Peelowi można było usłyszeć w BBC. Debiut DIV I DED ani nie podpina się pod fale, ani nie czerpie z sentymentu, choć album "Born To Sleep" sentymentalnym nazwać można. Brzmi bowiem naturalnie, niewymuszenie i nadzwyczaj lekko, pomimo, lub może dzięki typowym ścianom gitar. Te bowiem równoważone są przez dream-popowe podejście do piosenek, chwytliwych i kojących, z lejącym się żeńskim wokalem. Zaledwie dziewięć krótkich utworów, bez wyjątku przebojowych, wydane zostało na (wyprzedanej już) kasecie oraz w postaci darmowego downloadu. Tym bardziej zaskakuje jak dobrze "Born To Sleep" brzmi.



Skoro już jesteśmy przy kasetach, nośnik ten, oczywiście w ramach totalnego marginesu, również przeżywa mikro-renesans. Winyl w Czechach przeniknął już całkowicie do mainstreamu, taśmy pozostały więc ostatnią nadzieją hipsterów oraz sentymentalnym artefaktem dla wychowanych w latach dziewięćdziesiątych. Dwa argumenty przemawiają jednak za kasetą, w przeciwieństwie do współczesnych winyli autentycznie analogowe brzmienie oraz, znów w przeciwieństwie do przehajpowanych winyli, niska cena nośnika. Stąd też kasety stały się domeną mikroskopijnych labeli, szczególnie tych zajmujących się eksperymentalną i ambientową elektroniką. Czesko-belgijska oficyna Genot Centre wydała split "Voices & Allusions / Benidorm Hotel". Za pierwszą stroną kasety odpowiada żyjący obecnie na Łotwie Anglik Lee Chapman, którego manipulacje magnetofonową taśmą, ludzkim głosem czy nawet dźwiękami pianina tworzą kontemplacyjną atmosferę stanu nieważkości. Na stronie drugiej Wim Dehaen (dla odmiany Belg żyjący w Pradze) do kosmicznej nieważkości poprzednika wprowadza element napięcia, może nawet i lęku, a kolejne przelewające się dźwiękowe plamy oscylują w jednym półgodzinnym utworze. W próżni dronów i ambientu można jednak dryfować swobodnie niezależnie od stanu emocjonalnego, o czym świadczy świetnia inicjatywa Genot Centre i Radia Wave, czyli cykl koncertów Silent Night na deskach praskiego teatru Ponec, gdzie słuchacze spokojnie zasypiają na materacach, rano zaś kończą "koncert" wspólnym śniadaniem.



Całkowicie odmienne podejście do ambientu ma (jak domyśleć się można po tytule kasetowej epki i nazwie labelu) Vac Da Hawk, czyli Václav Havelka III z doskonale nam znanych Please The Trees. Poza macierzystym zespołem realizował się w solowych projektach jako Kingself tudzież Selfbrush, zasadniczo nie opuszczając rejonów rockowo-folkowej alternatywy. Śmielej w elektronikę wkroczył jako Were Mute wspólnie z Carlem Warwickiem na noisowo-piosenkowej epce "The Bea​(​s​)​t Is Up" oraz w duecie Tvrdý / Havelka z albumem "U nás v garáži", gdzie na synth-popową elektronikę przerobili zapomniane utwory czeskiego punka i nowej fali. Wydana przez label Stoned To Death kaseta "City Fox On Acid" pełna jest sprzężeń i przesterów, i jak na razie to chyba za mało by zdecydować, czy jest to pierwsza samodzielna wypowiedź Havelki na tym polu czy niezobowiązująca zabawa na boku.



Niektórzy z was pewnie wybierają się na Colours Of Ostrava. Blisko, piwo, niedrogo, piwo, brak "stref gastronomicznych", więc jeszcze więcej piwa, ale przede wszystkim takie nazwy jak Björk, St. Vincent, Swans, Caribou czy José González. Z mojej perspektywy jednak może to być dla gości z Polski świetna okazja to zapoznania się z czeską alternatywą, szczególnie na scenie Full Moon Stage. Pod patronatem miesięcznika "Full Moon" (daj nam Panie Boże choćby podobny w Polsce) zagrają w Ostrawie najświeżsi i najciekawsi przedstawiciele najrozmaitszych nurtów. Usłyszycie tam shoegaze, hard-core punk, akustyczny math-rock, klasyczny indie-rock z lat dziewięćdziesiątych, ambient, noise, 8-bitowy terror, słowacki szanson. Oczywiście nie musicie mi wierzyć, choć gwarantuję, że o każdym z tych wykonawców mógłbym napisać obszerny akapit. Na szczęście nie muszę, bo dzięki darmowej składance "Full Moon On Stage 2015" przekonać się sami i, kto wie, może zrezygnujecie z takiego np. Kasabian na rzecz czegoś naprawdę interesującego. [Wojciech Nowacki]

9 czerwca 2015


CALEXICO Edge Of The Sun, [2015] City Slang || Kontekst kulturowy w mało której muzycznej estetyce jest tak istotny jak w przypadku country. Poza Stanami Zjednoczonymi gatunek ten potrafi zgromadzić mniej lub bardziej wąskie grono miłośników, dla większości jednak będzie powodem do pobłażliwego rozbawienia niemal jako amerykański odpowiednik disco polo. Co tylko umocniła polska telewizja serwując w latach dziewięćdziesiątych teledyski nagrywane na podmiejskich stadninach koni tudzież śpiewane przez panie w średnim wieku na skórzanych kanapach przy kominku, w obowiązkowym kapeluszu i dżinsowym stroju. Taki nasz siermiężny wyraz amerykańskich tęsknot wczesnego polskiego kapitalizmu.

Country'n'western jest tymczasem jednym z kluczowych elementów kulturowej i historycznej tożsamości Stanów Zjednoczonych XX wieku. Żyje nie tylko jako nadal aktualny gatunek w ściśle określonych ramach, ale i inspiruje nieskończone szeregi innych artystów, od country-popu wczesnej Taylor Swift po noir klimaty Wovenhand. Wreszcie alt-country, bliskie Americanie i rozwodnionemu indie-folkowi, okazuje się jednym z twórczych nurtów rockowej alternatywy, niestety uchodzącym za dość hermetyczny. Lambchop mają pełny katalog pięknych piosenek, Wilco inkorporują w niebywały sposób elementy post- i kraut-rocka, potrafiliby zatem zgromadzić u nas minimalnie większą widownię niż Calexico, pełne stosunkowo najbardziej nam obcych cytatów z amerykańskiego South-Westu.

Joey Burns i John Convertino żyją w Tucson w Arizonie, stanie najbardziej westernowym z westernowych. Tradycje country'n'western są ledwie podstawą ich brzmienia sięgającego głęboko w stronę muzyki latynoskiej, meksykańskiego mariachi oraz tejano, czyli muzycznego ekwiwalentu kuchni Tex-Mex. Dla wypalonych słońcem przestrzeni Południa nie istnieje granica, latynoskie wpływy krążą po nich swobodnie wypełniając je opowieściami, bohaterami i historią. Muzyka Calexico dla słuchaczy kojarzących te brzmienia w najlepszym razie z wystylizowanymi filmami Tarantino, wydawać się może akceptowalna jedynie jako półironiczny żart, fikcyjny, legendarny byt.

Szansą na zyskanie sobie słuchaczy spoza tradycyjnego kręgu mogła być dla Calexico płyta "Algiers". Owszem, usłyszymy tam trąby mariachi, latynoską rytmikę, hiszpańskie wokalizy, ale wplecione w spójną całość utrzymaną w zaskakująco poważnym tonie. Album ten powstał w Nowym Orleanie, huragan i woda zaważyły zatem w subtelny sposób na jego wymowie. Takie zaś piosenki jak "Para" czy "Maybe On Monday" stanowiły prawdziwe emocjonalne wierzchołki.

Być może na "Edge Of The Sun" nie ma aż tak silnych kompozycji, przy pierwszym kontakcie album wydawać się może, mimo oczywistych dla Calexico i egzotycznych dla nas elementów, nieco bledszy od poprzednika. Tymczasem płyta, czerpiąc z wielu miejsc w których powstawała oraz imponującego szeregu zaproszonych gości, okazuje się nie tylko lżejsza w wymowie od "Algiers", ale też wprowadza do brzmienia Calexico nowe elementy, tworząc jeszcze żywszą i barwniejszą całość.


Płytę otwierają i zamykają najzwyczajniejsze w świecie piosnki. Rockową normalnością, pogodnym brzmieniem i dużą rolą perkusji zaskakuje pierwsze (i singlowe) "Falling From The Sky". Najbardziej sztandarowe elementy country pojawiają się później, pedal steel guitar w "When The Angels Played", liczne męsko-żeńskie dwugłosy (w "Tapping On The Line" z udziałem Neko Case), pogodny westernowy klimat w "Beneath The City Of Dreams". Meksyk w całej swej krasie rozbrzmiewa w instrumentalnym "Coyoacán", gdzie obok typowej sekcji dętej usłyszymy smyczki oraz meksykańską harfę jalisco, oraz w archetypowej wręcz piosence drogi i pogranicza "Cumbia De Donde".

Tradycyjne meksykańskie trąby brzmią w tej samej jednak piosence jakby były odtworzone na 8-bitowej karcie dźwiękowej. W "Tapping On The Line", opartej na prostym gitarowym rytmie, dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że sekcję rytmiczną tworzy tu automat perkusyjny. Wreszcie "Moon Never Rises" brzmi jakby do tematu country'n'western podchodziło... Gorillaz. Najciekawiej jednak wypada ciemne, wieczorne country w "Bullets & Rocks" oraz przede wszystkim "Come Undone", najpoważniejsze na płycie, przestrzenne, pełne napięcia i najbliższe alt-country'owemu podejściu do post-rocka.

Celxico zatem puszczają do nas czasem na "Edge Of The Sun" oko, w większym niż na "Algiers" stopniu bawią się konwencją, ale jest to konwencja osadzona w żywej rzeczywistości. Może tym razem uda się im przekonać racjonalnych Europejczyków, że amerykański South-West istnieje naprawdę. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

P.S.: Niech nie zmyli was José González w teledysku do "Falling From The Sky". Artyści połączyli siły we wspólnym projekcie, którego drugą częścią jest teledysk Gonzáleza do piosenki "Open Book" z płyty "Vestiges & Claws". Kolejny kroczek do przybliżenia nam Calexico.

8 czerwca 2015


RÓISÍN MURPHY Hairless Toys, [2015] [PIAS] || Zamiast pytać do kogo właściwie skierowana jest nowy album Róisín Murphy, lepiej otwarcie przyznać oczywistą i niewypowiadaną prawdę. Murphy jest, była i będzie postrzegana przez pryzmat Moloko. Brutalna rzeczywistość pokazuje, że próby wypowiedzi w nowych językach jedynie wzmagają sentyment za Róisín z epoki ciasnych swetrów. Solowy debiut "Ruby Blue" produkował Matthew Herbert, człowiek, który na koncie ma choćby album o cyklu rozwojowym prosięcia, ale paradoksalnie najbliżej do osiągnięcia mentalnej niepodległości była Róisín na płycie "Overpowered", przerysowującej najbardziej charakterystyczne elementy jej wizerunku jako wokalistki Moloko. Ekscentryczne kostiumy, dopracowany wizerunek, (umiarkowana) przebojowość, wszystko to umieściło Murphy na drodze do zostania artystowską diwą, gdzieś pomiędzy MadonnąBjörk.

Po ośmiu latach od "Overpowered" pytanie o grupę docelową Róisín Murphy powraca. Dla płaczących po Moloko za mało tu przebojów (ok, eufemizm, nie ma tu ich wcale). Wyznawcy chcący składać ofiary u stóp dyskotekowej gej-diwy natykają się tu na panią w średnim wieku w klipsach i pastelowych płaszczach. Najciekawsze na "Hairless Toys" wycieczki w stronę bardziej eksperymentalnej elektroniki okazują się zbyt sporadyczne i incydentalne dla miłośników mniej banalnych nurtów.

Album wyprodukował Eddie Stevens, współpracujący z Róisín jeszcze od czasów Moloko, prywatnie mąż Jany Kirschner, słowackiej wokalistki coraz śmielej wchodzącej w rejony alternatywnego popu. Jeśli jednak małżonkę otoczył na dyptyku "Moruša BielaMoruša Čierna" plejadą muzyków, to z Murphy zamknął się w studiu nie tylko jako producent, ale też współkompozytor i główny instrumentalista. W efekcie jednak zamiast organicznie i intymnie "Hairless Toys" brzmi jak muzyczny ekwiwalent rysunku kreślonego na zbyt cienkiej kartce papieru.


Osiem kompozycji zaaranżowane jest faktycznie dość skromnie, w najlepszym razie będąc cichym, pościelowym disco. Wokal Róisín słyszany jest niemal cały czas, choć pełnym głosem rozbrzmiewa dopiero w ostatnim utworze "Unputdownable", brzmiącym jak szkic do pełniejszej, całkiem przebojowej piosenki. Większość albumu wypełnia cichymi wokalami, będącymi na granicy silnego, ale jednak szeptu. Ani zatem głos, ani muzyka nie pełni na "Hairless Toys" roli pierwszoplanowej, album zdaje się zapadać w sobie i być wstydliwie wycofanym.

Nawet jeśli "Evil Eyes" sporadycznie punktowane jest syntezatorem a swej disco-popowej stylizacji zbliża się zarówno do Goldfrapp, jak i do wczesnej Madonny, to choć bynajmniej nie jest to zły utwór, to lepiej brzmi w teorii niż w praktyce. Na "Hairless Toys" na plus wyróżnia się praktycznie wszystko, każdy pojedynczy dźwięk, który w jakikolwiek sposób odstaje od bladej całości. Niezłej, nawet całkiem przyjemnej, ale gasnącej w pamięci niemal natychmiast po wysłuchaniu.

Zaskakująco wybrane na singiel "Exploitation" okazuje się zatem, zwłaszcza w albumowej, niemal 10-minutowej wersji, najciekawszym nowym utworem Murphy, zdecydowanie flirtującym z estetyką microhouse'u. Oscylujący podkład nerwowo i niesymetrycznie oplatają tu dźwięki pianina i gitary, luźna zaś i krucha struktura kompozycji zbliża Murphy do roli bardziej finezyjnej Emiki czy nawet instrumentalistów z Brandt Brauer Frick. Z pewnością jednak nie do Moloko. 6/10 [Wojciech Nowacki]

5 czerwca 2015


TOMASZ SZMAJTER i ROLAND BURY Deep Purple, In Rock 2014 || Biografie tzw. "gigantów" zasadniczo wyróżniają się podejściem kronikarskim, zbierającym najmniej nawet istotne fakty dla zachowania pamięci o wielkim przecież zespole, albo podejściem bliższym literackiej biografistyce, gdzie wybór faktów podporządkowany został płynności narracji. "Deep Purple" Tomasza Szmajtera i Rolanda Burego, jak łatwo się domyśleć choćby po pozornie onieśmielającej objętości, aspiruje do nurtu kronikarskiego. Czy oznacza to zatem, że jest to książka wyłącznie dla najbardziej zagorzałych fanów czy też przygodny czytelnik zwyczajnie zainteresowany historią muzyki rozrywkowej też znajdzie w niej coś dla siebie? Zwłaszcza jeśli na rynku do dyspozycji ma również "Deep Purple. Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych" Dave Thompsona (SQN 2013)?

Tymczasem "Deep Purple" zaskakuje lekkością czytania, głównie dzięki chwytliwemu zabiegowi jakim jest podział tekstu na krótkie rozdziały, zachęcające do przerzucenia kolejnych kartek w niemal bezwysiłkowy i niezauważalny sposób. Znaczenie ma tutaj też narracja o wybitnie artykułowym charakterze, znanym z około-rockowych czasopism muzycznych, oparta zatem na wielu "obiektywnych" cytatach, mnogości detali i autorze zredukowanym jedynie do kompilatora faktów, we wspomnianym wyżej kronikarskim znaczeniu.

Wydarzenia zatem przesuwają się przed naszymi oczyma wartkim tempem, ale paradoksalnie bez wzbudzania większych emocji. Autorzy starają się nie interpretować, nie wyjaśniać, licząc na to, że dostarczenie "czystych" cytowanych faktów pozwoli czytelnikowi na samodzielną pracę nad tekstem. Niestety, nie każdy przygotowany jest do samodzielnego wnioskowania. Bazując wyłącznie na cytowanych wypowiedziach wyinterpretować można całkowicie odmienne wersje wydarzeń. Ritchie Blackmore swoje własne odejście z zespołu i koniec składu Mark III wyjaśnia raz jako wynik walki ego w której każdy z członków grupy chciał czegoś od siebie, innym razem zaś jako całkowitej bierności pozostałych muzyków, polegających wyłącznie na nim i oczekujących od Blackmore'a ciekawych pomysłów i całkowitej odpowiedzialności. Żadna z tych wersji nie wydaje się specjalnie bliska prawdy jeśli z opisu wydarzeń wynika raczej całkowita bierność gitarzysty. Brak komentarza autorów pozostawia zatem czytelnika zagubionego pośród często wykluczających się cytatów i natłoku faktów. Wstrzymanie się od autorskiej rekonstrukcji wydarzeń skutkuje więc brakiem spójności narracji.

Na letnią temperaturę książki wpływa też całkowite pomijanie życia prywatnego muzyków, co oczywiście każdy uważa za zasadne, nie da się jednak wyprowadzać uzależnień od narkotyków czy słabości do rozbijania gitar wyłącznie z muzycznej działalności a przy tym małżonki swych bohaterów wspominać wyłącznie incydentalnie. Szmajter i Bury starają się by było grzecznie, "profesjonalnie" i czysto muzycznie, bez pikantnych czy wręcz wulgarnych szczegółów, traktowanych możliwie ogólnikowo. Autorzy wyłamują się jednak miejscami ze swych stoickich pozycji. Choć brakuje tu oczywiście analizy przyczyn powrotu składu Mark II, to jednak mimochodem pojawiają się sugestie, że chodziło wyłącznie o pieniądze. Reaktywacja Deep Purple w latach 80-tych spotyka się z zaskakującym komentarzem, że prezentowany przed grupę klasyczny hard-rock był już wtedy estetyką niemodną. Złośliwości autorów pod adresem Joe Lynn Turnera nawet nie są specjalnie ukrywane.

Podobnie jak u Thompsona, mam po lekturze książki Szmajtera i Burego silne wrażenie, choć tutaj lekko zawoalowane, że Deep Purple byli tylko biznesowym konceptem wymyślonym przez menadżerów. Nie ukrywam, że w wojnie gigantów zawsze byłem po stronie Led Zeppelin, ale ciężko wykrzesać mi czysto ludzką sympatię do zespołu, jeśli Jon Lord wprost mówi o tym, że nigdy nie byli z Blackmore'm przyjaciółmi i że "chyba" się lubią. Obraz Blackmoore'a został jednak w książce odtworzony interesująco, jako najbardziej kreatywnej, medialnie pociągającej, ale też najbardziej hamującej siły w zespole. Potwierdza to też niestety, że wraz z jego odejściem Deep Purple stali się może personalnie lepszym zespołem, ale artystycznie coraz mniej istotnym. Tam gdzie Dave Thompson odmalowywał walkę nadal żywotnego Deep Purple z etykietą classic-rocka, Szmajter i Bury nie potrafią przekonać, że słuchanie dokonań grupy z ostatnich dwudziestu lat ma większy sens.
Cierpi też na tym sama książka, ostatnie sto stron to praktycznie wyłącznie wymienianka ciągłych tras zespołu, którą w pewnym momencie sami autorzy okazują się znudzeni.

Przyznaję jednak, że brak przesadnie nabożnego stosunku do swych bohaterów, tak charakterystyczny dla zagorzałych miłośników "klasycznego" i "prawdziwego" rocka, był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Żeby książka ta trafiła do szerszego grona niż fani Deep Purple zabrakło jej albo bardziej osobistego i krytycznego spojrzenia autorów, albo uniwersalnego obrazu i umieszczenia muzyki w szerszym kontekście czasów w których powstawała. [Wojciech Nowacki]

2 czerwca 2015


TORO Y MOI What For?, [2015] Carpark || Toro y Moi jest jak kumpel na lato. Wakacyjne przygody, wycieczki nad wodę, wspólne zdjęcia, niegdyś na 36-klatkowym filmie, dziś szybko filtrowane i postowane, ot niby beztroska, ale jednak podszyta okazjonalnymi życiowymi rozkminami. Kontakt słabnie, codzienność przytłacza, ale pamięć pozostaje na tyle silna, że spotkanie w kolejne wakacje jest niemal pewne. I nie, nie ironizuję, Chaz Bundick zawsze sprawiał na mnie wrażenie przede wszystkim kogoś niezmiernie sympatycznego. Niby fundator gatunku, niby ikona blogosfery, ale jednak bezpretensjonalny chłopak z sąsiedztwa. I tak też pozostaje jego muzyka.

Nawet więc "What For?", najsłabszy album Toro y Moi, cieszy w najbardziej podstawowy sposób. Czysto subiektywna kategoria przyjemności słuchania zostaje znów wypełniona. Pomimo tego, że po pierwsze, Chaz niczym tu nie zaskakuje, bo alt-rockowy entourage już u Toro y Moi przebłyskiwał, po drugie zaś, zawodzą kompozycje, kluczowa strona jego dotychczasowego sukcesu.


Rzecz jasna nie całkowicie. "Empty Nesters" to dokładnie taki Toro jakiego oczekujemy, chwytliwy, bezbłędnie przebojowy i bezpretensjonalnie radosny. Nie jest bynajmniej dla "What For?" specjalnie reprezentatywny, choć i w tej piosence znajdziemy charakterystyczne cechy brzmienia tej płyty - mocniejsze gitary, zespołowy charakter, lekkie inspiracje indie-rockiem lat 90-tych, ale przede wszystkim dawno zapomniane avant-popowe chwyty.

Pogłoski o indie-rockowym wymiarze albumu, czy wręcz o echach Pavement, są bardzo mocno przesadzone. Owszem, są tu gitary, ale zdecydowane bliższe soft-rockowi lat 70-tych ("Buffalo") i czasom muzyki odtwarzanej z magnetofonów szpulowych ("Lilly"). Nerwowy sposób gry na gitarze akustycznej w "What You Want" przypomina z kolei Johna Frusciante ze starych, dobrych czasów "To Record Only Water For Ten Days". Najciekawiej jednak robi się gdy standardowo ładne "Half Dome" na chwilę potyka się skręcając w banał, po czym rehabilituje się mocną repetycją a'la Stereolab.

Avant-popowe inspiracje przejawiały się już na "Underneath The Pine", albumie pełnym żywych i ciepłych brzmień, który moim zdaniem po latach broni się lepiej od "Causers Of This", którego słuchanie jest muzycznym ekwiwalentem choroby morskiej. Nota bene, krytyka do dziś spiera się czy specyficzne brzmienie kamienia milowego chillwave'u było wykoncypowane czy przypadkowe i wynikające ze sprzętowych ograniczeń. Wczesne dema Toro y Moi, wydane później jako "June 2009", swą gitarową prostotą wydają się przeczyć tej teorii, wahnięcia zaś między elektroniką a żywym brzmieniem wydają się naturalnym rytmem pracy Bundicka.

Organiczne "What For?" nie może zatem dziwić po stopniowej, taneczno-house'owej wędrówce wyznaczonej epką "Freaking Out", lekko zapomnianym albumem "Anything In Return" i płytą "Michael" wydaną pod szyldem Les Sins (żonglerka pseudonimami na użytek najbardziej radykalnych tanecznych brzmień to kolejny intrygujący problem, vide: Caribou - Daphni czy Four Tet - Percussions). O ile jednak każdy z trzech regularnych albumów Toro y Moi ma swoich zwolenników, o tyle nie sądzę, żeby zgromadziło ich "What For?"

Poza osią "What You Want" - "Empty Nesters" - "Half Dome" piosenki okazują się zaskakująco niezapamiętywalne. Ładnie wybrzmiewają, ale w ogólnym rozrachunku poza ulotnym wrażeniem nic po nich nie pozostaje. Samo brzmienie zaś, choć ciepłe i bogate, miejscami okazuje się aż za gęste, za ciężkie, nawet w "What You Want" zirytować może zbyt nawarstwiony wokal. Zastanawiają również kompozycyjne potknięcia, ułamkowe fragmenty brzmiące jak zła nuta czy niewłaściwa tonacja, przykrywane natychmiast przez kolejne motywy. Tak oto, Chaz okazuje się tu muzykiem z potencjałem, co jednak jest drobnym regresem w porównaniu z muzykiem spełnionym znanym z poprzednich albumów. Ale na wakacje i tak wystarczy. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

25 maja 2015


FAITH NO MORE Sol Invictus, [2015] Reclamation! Recordings || Zacznę odrobinę makabrycznie. Co spodziewamy się zobaczyć otwierając wiekowy, zmurszały od upływu lat grób? W zdecydowanej większości przypadków powinniśmy oczekiwać widoku starych, wyschniętych kości wraz z czaszką z zastygłym, niezmiennym wyrazem. Nie zobaczymy tkanek łącznych, mięśni, ścięgien czy nerwów pozwalających na wyrażanie emocji. Po co więc w ogóle taki grób otwierać? Cóż, większość z normalnych ludzi nigdy by tego nie zrobiła, nawet pod wpływem przemożnej ciekawości czy emocjonalnych związków z jego rezydentem. A jednak większość z fanów zakupi pewnie "Sol Invictus" licząc na ponowne muzyczne objawienie zaserwowane nam przez od dawna martwe Faith No More. Niestety, fani nie znajdą na nowej płycie więcej życia i emocji niż w kilkunastoletniej mogile.

Od czasu „Album Of The Year” z roku 1997 bardzo dużo się zmieniło na rynku muzycznym. I chociaż FNM zawsze podążało niejako pod prąd panujących trendów, to nie da się zupełnie ignorować zmian stylistycznych wyznaczających aktualne kierunki w których podąża branża. Albo inaczej, oczywiście można próbować je ignorować, ale trzeba to robić z głową. Mieć ciekawy przekaz, dobrze opracowane utwory albo porywający i spójny koncept płyty. "Sol Invictus" nie ma żadnego z tych elementów i jest po prostu nudny. Opinia ta brzmi jak szarganie świętości, ale bądźmy szczerzy: co tak naprawdę oferuje nam najnowsze dzieło FNM? Muzycznie, tekstowo, aranżacyjnie - niewiele. W przypadku tego zespołu nie można mówić o odejściu od dotychczasowej stylistyki, bo nigdy nie dało się tak naprawdę ich stylistyki wyraźnie określić. Problem polega na tym, że z samej wolności muzycznej, którą zespół hołubił w przeszłości zrobiła się nieciekawa sztampa. Nadal mamy tu głos Mike’a Pattona, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że nawet linie wokalne przygotowano bez większego zaangażowania czy pomysłu ("Cone Of Shame", "Separation Anxiety"). Patton jest oczywiście genialnym wokalistą, ale swój geniusz pokazywał przede wszystkim poza FNM i jedynie na „Angel Dust” dał szerszy popis własnych umiejętności.


Większość kompozycji sprawia wrażenie napisanych na kolanie, w trakcie wspólnego jammowania, którego tematem przewodnim miało być „Ah, pamiętacie stare dobre lata, kiedy mieszaliśmy na muzycznym rynku?”. Niestety, duch tamtych lat już nie wróci. Muzycy są zapewne również na innym etapie rozwoju psychosomatycznego, co powoduje że próba powrotu do bohaterskiej przeszłości zespołu przypomina aplikowanie ładunku elektrycznego trupowi - życia w ten sposób się nie wskrzesi. Nawet potwór Frankensteina zbudowany był z różnych części składowych, aby eksperyment ożywienia mógł się powieść. Słuchając "Sol Invictus" mam przed oczami trzy małpki: jedna zasłania uszy (nie słuchamy muzyki, aby przypadkiem się czymś nie zainspirować), druga zasłania usta (nasze teksty tak naprawdę nic nie przekazują) a trzecia oczy, bo po co dostrzegać braki właśnie przygotowanego materiału. Na albumie są w moim odczuciu tylko dwa momenty, w którym muzyka FNM wzbija się ponad przeciętność. Pierwszym jest "Matador", charakteryzujący się ciekawą melodią, poetyckim tekstem, oraz niestety wymęczoną linią wokalną, drugim zaś jest "Black Friday". To jednak za mało by uznać płytę za udaną.

Faith No More kazało nam długo czekać na kolejny album. Pytanie brzmi, czy tak naprawdę, ktoś odliczał dni dzielące nas od daty premiery? Czy szum związany z nowym albumem został wywołany przez wciąż (śmiem wątpić) szerokie rzesze fanów czy sprawny marketing zespołu i wytwórni? Faith No More jest legendą lat dziewięćdziesiątych i tak powinno zostać. Chociaż wielu wieszało psy na "Album Of The Year", to uważam, że doskonale podsumowywał on działalność grupy i powinien nadal zamykać jej dyskografię. Po co igrać z ogniem? Warto kończyć jak Metallica, która rozmienia się na drobne coraz to bardziej nudnymi, przewidywalnymi i nieszczerymi albumami, wciąż myśląc, że ktoś czeka na ich kolejny krążek? W przypadku "Sol Invictus" nie jest jeszcze aż tak źle. To nadal jest Faith No More, które znają fani. Tyle że mniej pomysłowe, mniej buntownicze, mniej (o dziwo!) dojrzałe i dopracowane. "Sol Invictus" sprawia wrażenie płyty, która musiała powstać, ale niekoniecznie ze względów czysto muzycznych. Zespół nie zdołał wzbić się poza przeciętność. A szkoda. 5/10 [Jakub Kozłowski]

24 maja 2015


TOTO XIV, [2015] Frontiers Records || Toto od wielu już lat nie potrafiło nikogo zaskoczyć. Pomimo dostrzegalnego marazmu w twórczości grupy nie można jednak powiedzieć, aby muzycy nagrywali płyty słabe bądź znacząco odbiegające od ich dotychczasowego poziomu. Zagubiła się jednak przebojowość i lekkość takich albumów jak "IV", "Fahrenheit" czy "The Seventh One".

Ostatni album studyjny, nagrany w roku 2006, „Falling In Between” pozostawił pewien niedosyt, jak się zdawało, nie do zrekompensowania. Toto przestało bowiem w międzyczasie istnieć a Steve Lukather zajął się kontynuowaniem kariery solowej. Chociaż z artystycznego punktu widzenia przyniosła ona kilka doskonałych albumów (np. "All’s Well That Ends Well"), to nie zyskała szerszego odzewu. Reszta członków zespołu powróciła do sporadycznego udzielania się na płytach innych wykonawców. Dopiero kolejne już nieszczęście, które spotkało rodzinę Porcaro (choroba Mike’a, którego brat Jeff Porcaro, zmarł w roku 1992 z powodu miażdżycy tętnic), doprowadziło do reaktywowania się zespołu by uzyskać wsparcie finansowe dla chorego przyjaciela.

Tym razem bez Bobby'ego Kimballa, z którym pożegnano się bez większego żalu. Jego miejsce zajął Joseph Williams, były wokalista Toto oraz bliski przyjaciel Paicha i Lukathera. W tym składzie uczczono 35. rocznicę powstania zespołu, nagrywając świetne koncertowe DVD  z Polski. Wydawało się, że tym właśnie zakończona zostanie historia grupy. Wraz z sukcesem albumu wzrosła popularność zespołu, co wykorzystać postanowiła firma fonograficzna. Doskonała zgoda panująca między muzykami, jak i prawne obligacje wynikające z podpisanych umów zaowocowały podjęciem prac nad kolejną płytą studyjną. W ten sposób powstał "Toto XIV" będący najlepszym chyba dokonaniem muzyków od czasu wspomnianego siódmego albumu. Niewątpliwie, dziesięć miesięcy wytężonych prac w studiu nie poszło na marne.


Zawsze ceniłem w dokonaniach Toto fakt, że muzycy, doskonali pod względem technicznym, potrafili podporządkować własne ego i zapędy wirtuozerskie "większemu dobru" jakim jest melodia. Dzięki temu osiągnęli to, czego nigdy nie byli w stanie zrobić chociażby Deep Purple, gubiący się w wewnętrznych ograniczeniach stylistycznych (jeżeli solówkę w utworze miał Ritchie Blackmore, to koniecznie należało znaleźć miejsce również na popisy Jona Lorda). Toto, choć niewprawionemu słuchaczowi mogą kojarzyć się domeną pop-rocka (na co niekorzystny wpływ miał również największy przebój grupy "Africa"), nagrywają w zgodzie z teorią brzytwy Ockhama eliminując ze skomplikowanej aranżacji te elementy, które służą jedynie partykularnym celom poszczególnych muzyków. Mając też w składzie przynajmniej trzech profesjonalnych wokalistów (Williams, Paich oraz Lukather) są w stanie zapewnić niezwykłą różnorodność poszczególnych utworów.

I właśnie ten element słychać na "XIV" najwyraźniej. Po raz pierwszy od dawna miałem do czynienia z płytą na której nie można wskazać słabszych momentów. Utwory takie jak "Burn", "21st Century Blues" czy "Great Expectations" zachwycają melodyjnością i nowoczesną produkcją. Teksty oscylują wokół tematyki alienacji, niezrozumienia i buntu przeciwko kosmopolitycznemu światu. Płyta nie jest jednak defetystyczna, choć problemy poruszane w utworach zdają się być głębsze niż przyzwyczajała nas do tego AOR-owska stylistyka innych zespołów (np. Journey czy REO Speedwagon). Poza wskazaniem problemów ("21st Century Blues", "Fortune") Toto sugeruje nam też rozwiązania: miłość i oddanie ("The Little Things", "Burn", "All The Tears That Shine"), empatia ("Orphan") czy chęć stawiania czoła przeciwnościom losu ("Great Expectations").

Taka koncepcja albumu mogłaby w prosty sposób zakończyć się tragicznie, łatwo bowiem popaść w patos (a tym samym w śmieszność) poruszając górnolotne tematy na potrzeby rockowych utworów. "Toto XIV" nie jest jednak ani naiwna ani niedojrzała. Emanuje za to pozytywną energią, która potrafi udzielić się słuchaczowi. Chociaż dla mnie na zawsze tym "prawdziwym" wokalistą Toto pozostanie Bobby Kimball (duży wpływ miała na to na pewno polska wersja VH1, która niemal non stop puszczała teledysk do utworu "Rosanna") to Joseph Williams śpiewa na nowej płycie lepiej niż kiedykolwiek. Jego popowo-soulowa barwa głosu zyskała bowiem chropowate zabarwienie, które pasuje doskonale do nowych utworów.

Chociaż nie można w przypadku "Czternastki" mówić o jakimkolwiek przełomie, to dzięki wydarzeniom zapoczątkowanym koncertem zespołu w Łodzi otrzymaliśmy płytę naprawdę udaną. Cieszy to tym bardziej, że właściwie nikt już nie spodziewał się kolejnego "klasycznego" albumu Toto, a to, że z takim właśnie mamy do czynienia, jest dla mnie sprawą oczywistą. Szczerze polecam. 8/10 [Jakub Kozłowski]

22 maja 2015


TWIN SHADOW Eclipse, [2015] Warner || Gdy George Lewis Jr. śpiewa "I'm Ready", wiemy, że myśli o tym całkowicie poważnie. Pompa! Emocje! Pop! Stadiony! "Eclipse", mimo że jest złym albumem to jednak stanowi w pewien sposób naturalną ewolucję od wczesnego, hipsterskiego i na poły autoironicznego podejścia Twin Shadow do popu lat osiemdziesiątych. Choć "Confess" jako całość wydawała się bardziej przekonującym albumem, to jednak debiutanckie "Forget" do dziś zawiera najlepsze piosenki Lewisa i tkwiła w tej płycie jakaś lekkość i tajemnica. "Eclipse" brakuje lekkości, brakuje dobrych kompozycji, przy czym zupełnie serio traktuje swoje stadionowe, power-popowe zamierzenia.

Zaczyna się nawet obiecująco od dźwięków pianina we "Flatliners", najbliższym na płycie do pierwotnego wcielenia Twin Shadowa, choć znak zapytania pojawia się wraz z wersem Pump pump pump it up a wysiłkowy refren i zapatrzenie we Franka Oceana wyznacza kierunek całego albumu. "When The Lights Turn Out" świetnie by się sprawdziło jako grupowy numer w bardziej emocjonującym odcinku "Glee", zęby zaczynają prawdziwie zgrzytać już przy zaśpiewach i tekście "To The Top", ale to singlowe "I'm Ready" jest nieprzypadkowo archetypem wszystkiego co najgorsze na "Eclipse".


Brak dystansu, wielkie zamierzenia, toporne słowa, przyciężkie kompozycje bez polotu i finezji, wreszcie zastanawiająco nieudana, mało klarowana produkcja, sprawiają, że "Eclipse" nie nadaje się nawet do roli wypełniacza i muzyki tła. Rozpędzony i zachwycony sobą walec perkusyjnych automatów i efektów z lat osiemdziesiątych męczy i lekko żenuje. Paradoksalnie, najbardziej wyróżnia się "Old Love/New Love", ale tylko dzięki eurodance'owemu bitowi.

Charakterystyczna niegdyś dla Twin Shadowa gitara pojawia się tu sporadycznie, klarowne wokale należą do rzadkości. Jeśli choćby w "Watch Me Go" pobrzmiewa agresywniejsze i nowocześniejsze podejście do ejtisowych resentymentów to psuje je właśnie bezsensowne modyfikowanie głosu. Współcześniej by wypadało również "Turn Me Up" z przyczajonym głównym motywem, ale potencjał marnowany jest przez typowy dla "Eclipse" ciężkawy, niezapamiętywalny refren. Na tym tle relatywnie niezłe "Half Life" wyróżnia się jedynie dzięki negatywnej selekcji.

Twin Shadow spełnił swoje marzenie o wielkim popowym albumie i naprawdę ciężko przewidzieć jaki będzie jego następny ruch. Dopracuje brzmienie i umiejętności by tym razem skutecznie zawojować mainstream? Czy może skruszony złoży broń i wróci do intymnego świata alternatywy ukradkiem tylko spoglądając do rozbuchanego królestwa popu? Póki co, będąc zbyt ciężkie i za słabe na listy przebojów oraz zbyt prostackie i dosłowne dla dotychczasowych fanów, "Eclipse" jest płytą dla nikogo. 3.5/10 [Wojciech Nowacki]

19 maja 2015


BLUR The Magic Whip, [2015] Parlophone || Niedługo oglądać zaczniemy nowe sezony "Twin Peaks" i "The X-Files", ba, Netflix reaktywuje lekką grozę "Pełnej chaty". Nowy album nagrywa PJ Harvey, być może na ten rok zepną się Radiohead. Przeciętna, delikatnie mówiąc, płyta The Prodigy spotyka się z pozytywnymi reakcjami najbardziej sentymentalnych. Jeśli kiedykolwiek można było mówić o popkulturowym powrocie lat dziewięćdziesiątych to jest to właśnie teraz. Powrót Blur też można uznać za przejaw tego revivalu, choć w tym wypadku bardziej chodzi o wypełnienie olbrzymiego braku w muzyce ostatnich plus minus piętnastu lat niż o nostalgiczny powrót. Gdyby Damon Albarn nie rozmieniał się na dobre w kolejnych projektach Blur mogłoby utrzymywać tą samą pozycję jaką mają dziś Radiohead. Tymczasem pierwszy od 12 (lub 16) lat album Blur w porównaniu z innymi ikonami lat dziewięćdziesiątych wydaje się u nas stać na lekko straconej pozycji.

Tegotygodniowa premiera płyty Faith No More to już zupełnie inna historia, sądząc przynajmniej po ilości okładek na których zdążyli się w tym miesiącu pojawić. Mike Patton jako równie wpływowa i kreatywna postać co Damon Albarn podobnie mnożył kolejne projekty i estetyki w swych projektach po zakończeniu działalności zespołu, ale nasze tradycyjne polskie zamiłowanie do twardszej, "prawdziwie" rockowej muzyki zachowało Faith No More znacznie bliżej powierzchni naszej pamięci niż Blur. Pisałem już o tym przy okazji "Everyday Robots", Blur zawsze byli u nas zespołem bardziej kojarzonym i szanowanym niż słuchanym a kilka tysięcy słuchaczy na poznańskim koncercie Albarna udało się zgromadzić raczej dzięki jego późniejszym projektom, z Gorillaz na czele, niż jakiejś okazałej liczebnie bazie polskich fanów Blur.


Stąd też, choć media oczywiście zwróciły uwagę na wydanie "The Magic Whip", to, co warte uwagi, szczególnie w tych poświęconych muzyce niezależnej pojawiają się bezrefleksyjne głosy o koniunkturalnym odtworzeniu brzmienia albumów z lat dziewięćdziesiątych, o nagraniu albumu do podtrzymania koncertowej frekwencji w sezonie letnich festiwali czy nawet o zbyt małej przebojowości materiału. Nietrudno też zauważyć, że młodzież obok Blur przechodzi dość obojętnie, sami ich nie pamiętają a starsi koledzy najczęściej ich po prostu nie słuchali. Ale dla części z nas, pokolenia trzydziestoparolatków, "The Magic Whip" to prawdziwy manifest żywotności.

Dlaczego zatem album ten powinien być nie tylko najważniejszą premierą tego roku, ale i drugim najlepszym w historii Blur? Dlaczego nie jest archaicznym odgrzewaniem przebrzmiałych patentów (tu znów kłania się ostatnie The Prodigy)? "The Magic Whip" dojmuje absolutnie niewymuszoną i swobodną atmosferą. Za albumem nie stał żaden zamysł, żaden plan i z pewnością, co czuć wyraźnie, żadne napięcie. Grupa korzystając z przypadkowych paru dni wolnego na trasie koncertowej udała się do studia w Hongkongu, by na fali nowoodkrytej więzi niezobowiązująco razem pograć i zarejestrować efekty. Efekty, które naprawdę brzmią jak niewymuszone, bezpretensjonalne spotkanie przyjaciół po latach.


Stąd też być może brak obecnej czasem na starszych płytach Blur epickości. Prawdą jest też, że słychać na "The Magic Whip" echa, czasem bardzo wyraźne, niemal wszystkich odsłon brzmienia grupy i rękopisu Albarna, od "Parklife" przez "Blur" i "13" aż po Gorillaz czy "Everyday Robots". Jeśli jednak zespół po kilkunastu latach przerwy potrafi w zupełnie niezobowiązujących okolicznościach nie odtworzyć, ale nawiązać do całej swojej historii tworząc tak bezpretensjonalną i świeżo brzmiącą całość to mamy do czynienia z wielkim zespołem i wyjątkowym albumem.

"Go Out" to rewelacyjny, klasyczny dla Blur anty-singiel, pełen brudu, napięcia i gitarowego chaosu, pod którym jednak skrywa się rozedrgana melodia i piosenka, która spokojnie odnalazłaby się na "13", Albarn zaś najbardziej zbliża się w niej do swego komiksowego wcielenia 2D z Gorillaz. "Lonesome Street" to już beztroski, archetypowy brit-pop, w sensie sięgania po wyspiarski pop lat sześćdziesiątych. Piosenką kompletną jest rozdzierające i pełne napięcia "There Are To Many Of Us", szczególnie od momentu wejścia perkusji. Ale mamy tutaj jeszcze zadziornie głupkowate, pełne gitar i elektroniki "I Broadcast" czy melancholijne "My Terracotta Heart" poświęcone więzi Damona Albarna i Grahama Coxona,


Melancholia, ale ta nieangażująca, znana z solowej płyty Albarna, przebija się w "New World Towers" i "Pyongyang", gdzie przełamuje ją jednak łkająca gitara Coxona. Również sekcja rytmiczna ratuje Albarna przed zanurzaniem się w solowy smutek, dzięki czemu pełne harmonii "Thought I Was A Spaceman" odnalazłoby się na eterycznym "Blur" a letnio-wakacyjny "Ghost Ship" na płytach Gorillaz. Nawet niezbyt wyróżniające się, lekko infantylne "Ice Cream Man", leniwie ogniskowe "Ong Ong" czy dansignowe "Mirrorball" przypominają, że takie oto zwykłe piosenki miały swe miejsce na wszystkich płytach Blur. Poza najdoskonalszym "13".

Tamten album 16 lat temu zamykał lata dziewięćdziesiąte tak samo jak rok później "Kid A" Radiohead inicjowało lata zerowe. "Think Tank" z 2003 roku ma po latach swój urok, ale bez Coxona trudno uznać ten zarejestrowany jako trio album jako coś więcej niż zaczyn solowych działań Albarna. Pamiętam jak płyta ta konkurowała wtedy z "Hail To The Thief", mającym jakoby łączyć w sobie wszystkie wcześniejsze wcielenia Radiohead i w efekcie zapadającym się pod swoim ciężarem. Jeśli na "The Magic Whip", świadomie lub nie, Blur również zaoferowali kompilację swych firmowych znaków, to niemal przypadkowy sposób w jaki to dokonali musi zadziwiać. 9/10 [Wojciech Nowacki]

4 maja 2015


THE PRODIGY The Day Is My Enemy, [2015] Take Me To The Hospital || Z właściwą sobie buńczucznością Liam Howlett ogłosił ostatnio, że w historii brytyjskiej muzyki lat dziewięćdziesiątych The Prodigy przynależy się miejsce obok Blur i Oasis. Wypowiedź ta wywołała generalnie śmichy-chichy mediów, problem w tym, że Howlett ma rację. Nie ma i nie było zespołu, który w tak fundamentalny sposób przekopałby scenę, łącząc wrogie wręcz estetyki muzyki elektronicznej i rockowej.

Z tego samego powodu The Prodigy było złym wyborem, by od tego zespołu zaczynać swoje świadome zainteresowanie muzyką w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Poszukiwania innego wykonawcy "takiego jak The Prodigy" musiały spełznąć na niczym, ponieważ nikogo podobnego po prostu nie było. Można było zabrnąć albo w stronę rocka, albo w czystą elektronikę. Niektórzy się poddali i stracili zainteresowanie czymkolwiek, inni dotrwali do XXI-wiecznej internetowej rewolucji niwelującej wszelkie gatunkowej podziały. Jako prekursorzy nie mieli jednak The Prodigy długo żadnej alternatywy.

Po "The Fat Of The Land" moża było oczywiście zostać przy The Prodigy i równie wiernie co naiwnie czekać po prostu na kolejną ich płytę. Do wydania po siedmiu latach „Always Outnumbered, Never Outgunned” w 2004 roku mało kto wytrwał. Ten dość dziwny album po latach może przynajmniej uchodzić za ciekawostkę, z pewnością jednak stanowił zdecydowaną zmianę brzmienia. A przypomnijmy może, że po trzech różniących się od siebie klasycznych albumach, właśnie kolejnej zmiany można, czy wręcz trzeba było się spodziewać, sam Howlett w okolicach 1999 roku zapowiadał hip-hopowy charakter przyszłego materiału The Prodigy.

Przy „Invaders Must Die” mówiono już z początkowym entuzjazmem o powrocie do „klasycznego brzmienia” i odrodzeniu „prawdziwego The Prodigy”. Faktycznie, płyta brzmiała jak wspomnienia starszych panów z szalonej młodości, daleka była od bycia wybitną, choć jako wypadkowa brzmień „The Fat Of The Land” i, co ciekawe, „Experience” z pewnością mogła chwilowo bawić fanów. Przy „The Day Is My Enemy” historia znów się powtarza, znów słyszymy o powrocie starego dobrego The Prodigy oraz najlepszej płycie od czasów „The Fat Of The Land”. Ujmijmy to tak, gdyby „The Day Is My Enemy” ukazało się jako upragniony następca zaraz po tamtym epokowym albumie, byłoby lekkim rozczarowaniem, ale do przełknięcia. 18 lat (!) później trudno jednak nie mrużyć oczu przy zetknięciu z szóstym albumem The Prodigy.



W swej auto-karykaturalności podąża jeszcze dalej i jeszcze uciążliwiej niż „Invaders Must Die”. Początek jeszcze tego nie zapowiada, utwór tytułowy z wokalem Martiny Topley-Bird zaskakująco nawiązuje do „Always Outnumbered, Never Outgunned”, ale niestety wybrane na pierwszy singiel „Nasty Nasty” brzmi równie żenująco geriatrycznie, co niesławne „Baby’s Got A Temper” z 2002 roku, skazane przez sam zespół na wieczne zapomnienie. Gorzej niż w „Nasty Nasty” na płycie już nie będzie, ale zasadniczo czeka nas 14 męczących, pozbawionych polotu i jakiejkolwiek finezji, infantylnych utworów.

Niezłym singlem jest „Wild Frontier”, bo słychać tu i trochę pop, i trochę Kraftwerk, i trochę breakbeat. Chwilę wytchnienia przynosi „Beyond The Deathray”, pełniące podobną funkcję jak „Weather Experience” na debiucie. Zatrzymać można się też przy „Roadblox” oraz przy „Get Your Fight On”, jedynym chyba utworze, który na tej „agresywnej” płycie można nazwać prawdziwie dynamicznym. Reszta płyty miejscami może bawić, najczęściej jednak jest zbyt jednostajnie, zbyt nudno, nużąco i za długo. Skrócenie albumu o przynajmniej kilka utworów z pewnością by pomogło w odbiorze, nie podniosłoby jednak ogólnej jakości muzyki.

„The Day Is My Enemy” to płyta, której pop-elektroniką zachwycać się mogą, podobnie jak Skrillexem jako twarzą dub-stepu, starzy teraz-rockowcy myśląc, że obcują z nowoczesną elektroniką i wierząc, że poszerzają tym swoje horyzonty. Szczególnie doskwiera wspomniany już brak finezji. Odezwać się mogą głosy twierdzące, że przecież w The Prodigy zawsze chodziło o agresywną sieczkę, ale gdzie w takim razie miejsce dla przestrzeni „Climbatize” i „Midfields” czy zjawiskowego przejścia między „Narayan” i „Firestarter” na „The Fat Of The Land”? Nie wspominając o „narkotycznej suicie” na „Music For The Jilted Generation”. Tam gdzie dawniej łączyły się gatunki (rave, funk, breakbeat, hip-hop, punk, eurodance) kreując prawdziwie napięcie, dziś zostaje tylko dziecinna agresja, gniewne pohukiwania i głupie teksty.

Wiele wyjaśnia książeczka do „The Day Is My Enemy”, wypełniona zdjęciami wyłącznie koncertowymi. Potwierdzają się tym mocne podejrzenia, że nowy album The Prodigy to nic więcej niż podkład pod okrzyki put-your-hands-up-in-the-air-motherfuckers-whoa-whoaaa-yaay Maxima i Kietha Flinta, które tworzą zasadniczą część występów grupy (vide koncertówka „World’s On Fire”). Domową przestrzeń wypełni tylko bólem głowy, znacznie lepiej sprawdza się na słuchawkach, zwłaszcza do porannej kawy w pracy, gdy odbieracie pierwsze maile. Poza tym jednak nie ma żadnego powodu by powracać do „The Day Is My Enemy”, skoro możemy nadal słuchać genialnych „Music For The Jilted Generation” i „The Fat Of The Land”. 4/10 [Wojciech Nowacki]