7 października 2015


IRON MAIDEN The Book Of Souls, [2015] Parlophone || Istnieją zespoły które bezsprzecznie zaliczyć należy do kategorii "muzycznej arystokracji". Nie jest trudno je wskazać, Pink Floyd, AC/DC, Metallica, Black Sabbath, The Rolling Stones, U2, Iron Maiden, ograniczając się wyłącznie do tych, które wciąż koncertują bądź opublikowały niedawno płyty. Arystokracja ma jednak zawsze jedną cechę wspólną - zachowawczość. I chociaż każdy z wymienionych zespołów potrafił zapełnić wielotysięczne hale kilka nocy z rzędu, żaden nie zrewolucjonizuje już muzyki.  Jednak wcale już do tego nie pretendują. Ich wyraźnie określona pozycja w muzycznej hierarchii nie wzięła się bowiem znikąd. Swego czasu każda z wymienionych grup odpowiadała za stylistyczną odnowę, ale z jej okowów już nigdy nie udało się muzykom wyrwać. To, co zapewniło im wyjątkową pozycję, stało się koniecznym, bo wymaganym przez fanów, wyznacznikiem dalszej kariery.

U końca "ery gigantów" należy jednak wrócić również do, często pomijanej w przypadku show businessu, kategorii uczciwości. Można pozostawać wiernym konkretnej wąskiej stylistyce, własnym korzeniom i artystycznym preferencjom. trzeba jednak robić to w sposób wiarygodny i szczery. Pink Floyd, a raczej David Gilmour, zatracił wiarygodność wraz z publikacją "The Endless River” wydanej naprędce w ramach przerwy od prac nad solowym albumem. Zatraciła ją również Metallica, która, chociaż nie skończyła się na "Kill’Em All" to wraz z kolejnymi multiplatynowymi albumami, ze szczególnym wskazaniem na "Load", "Reload", okropny "St. Anger" i nijki "Death Magnetic" wypaczyła ideę thrash metalu. O zdegenerowanym muzycznie i osobowościowo U2 nie ma nawet co rozpoczynać dyskusji. Godnie kończą za to AC/DC i Black Sabbath. Jak na tym tle prezentuje się najnowsze dokonanie Iron Maiden? Nad wyraz uczciwie.

Płyta trwająca ponad 92 minuty to wyzwanie samo w sobie. Album trwający ponad 92 minuty nagrany w stylistyce heavymetalowej to prosta droga do nieszczęścia. Gdy jednak album trwa ponad 92 minuty, jest przedstawicielem klasycznego heavy metalu oraz zagłębia się w rejony progresywne - to jakby grać w rosyjską ruletkę za pomocą pistoletu automatycznego. Nie można z takiej zabawy wyjść bez szwanku. A jednak Iron Maiden dali radę przygotować tytuł daleko wykraczający poza przeciętność. Ma to na pewno związek z faktem, że tak szeroko omawiana w światowej prasie "progresywność" nagranych utworów ogranicza się wyłącznie do ich rozwlekłej konstrukcji. Niezależnie od tego, czy utwory zamieszczone na "The Book Of Souls" trwają minut pięć czy jedenaście to szkielet każdego z nich budowany jest na chwytliwym heavymetalowym riffie ("If Eternity Should Fail" czy "The Great Unknown"). Nie od razu jednak fakt ten da się docenić.

W trakcie pierwszego odsłuchu zbyt często przyrównywałem nowe dzieło Brytyjczyków do albumów z drugiej ery Dickinsona, a więc wcale nie do tych najbardziej klasycznych. Konfrontacja z "Brave New World" czy "Dance of Death" wychodziła jednoznacznie negatywnie. Przy porównaniu do dwóch kolejnych płyt w dyskografii zespołu odczucie to uległo częściowemu złagodzeniu. Nadal jednak brakowało mi zabawy z konwencją jaką Iron Maiden uskuteczniali na "A Matter Of Life And Death" oraz przebojowości utworów z "The Final Frontier". Nie da się ukryć, że początkowo "The Book Of Souls" sprawia wrażenie albumu monotonnego i rozlazłego, dzieła nie oferującego słuchaczowi żadnego przełamania sztampy, która zaczyna doskwierać już w okolicach "Death Or Glory".


Jednak to, co brałem za największą przypadłość i wadę najnowszego albumu szybko zamieniło się w jego największą zaletę. Po prostu potrzeba czasu, aby "The Book Of Souls" odpowiednio docenić. Nie jest to płyta, której zalety nachalnie wbijają się w podświadomość słuchacza, każąc mu wyskoczyć z butów z okrzykiem: „Oto mamy album genialny!”. I nawet po dokładnym zaznajomieniem się z muzyczną zawartością płyty nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że jest to dzieło przełomowe/wybitne/doskonałe. "The Book Of Souls" jest płytą dojrzałą i uczciwą, tylko tyle, bądź aż tyle, zależnie od punktu widzenia. Do szesnastej płyty muzyków można wracać wielokrotnie, za każdym razem odkrywać dla siebie coś nowego, ponadto, nie żeruje ona na sentymencie ani nie odcina kuponów od dotychczasowej popularności zespołu. Nie ogranicza się do szafowania zalążkami pomysłów, które poprzez rozbuchaną aranżację czy rozwlekłą konstrukcję ukrywać miałyby stojącą za nimi pustkę koncepcyjną. Forma jaką album przyjął została wybrana świadomie i równie świadomie muzycy dążyli do jak najlepszego wypełnienia przestrzeni przemyślanymi pomysłami. Dawno nie słyszałem tak elektryzującego riffu jak w utworze tytułowym, którego powolny, orientalizujący ton potrafi zachwycić. Początkowy motyw utworu "Tears Of A Clown" jest jednym z najgenialniejszych w historii zespołu, przy czym potencjał piosenki został zupełnie zaprzepaszczony kiepską, powiedziałbym nawet, że prostacką, linią melodyczną. Chóralne zaśpiewy z "The Red And The Black" nawet po upływie wielu godzin pozostają w głowie. Zaskakuje ponadto typowo hardrockowy motyw "When The River Runs Deep" a nawet "Speed Of Light", nie najlepiej zaśpiewany przez Dickinsona z czasem zyskuje patyny dzięki fenomenalnej pracy gitar.

"The Book Of Souls" nie jest płytą łatwą w odbiorze a tym samym nietrudno spisać ją na straty. Nie schlebia ona gustom gawiedzi a muzycy idą swoją własną wyboistą drogą. Na szczęście Iron Maiden nigdy nie dążyli do nagrania kolejnego "The Number Of The Beast" czy "Piece Of Mind" dzięki czemu zespołowi udało się utrzymać świeżość przygotowywanego materiału. Do "The Book Of Souls" trzeba wracać wielokrotnie aby w pełni docenić jej walory i to właśnie czyni ja płytą nadspodziewanie dobrą. 8/10 [Jakub Kozłowski]

5 października 2015


BEACH HOUSE Depression Cherry, [2015] Bella Union || Na nową płytę Lany Del Rey nie czekałem, bo poprzednią cały czas miałem w głowie jako stosunkową nowość. Z tego zatem punktu widzenia "Honeymoon" nie było aż takim rozczarowaniem, raczej niespodziewanym dodatkiem. "Bloom", ostatni, znakomity album Beach House ukazał się jednak w 2012 roku, więc zapowiedź następcy słusznie rozbudziła oczekiwania. I podobnie jak "Honeymoon" zredukowało Lanę do najbardziej podstawowych i ogranych składników, "Depression Cherry" okazało się płytą brzmiącą po prostu jak Beach House.

Ale choć duet zawsze poruszał się po wąskiej ścieżce własnego charakterystycznego brzmienia to z płyty na płytę na tyle podnosił jakość kompozycji, że można było mówić o imponującym wręcz postępie. Beach House skupiło na sobie uwagę hipnotyzującym "Teen Dream" z szeregiem świetnych piosenek, tylko po to, by na "Bloom" zaoferować teoretycznie to samo, ale tak perfekcyjnie dopracowane, że można było mówić o naprawdę wyjątkowym albumie. "Bloom" wciągało, uwodziło a melodie zapętlały nam się w głowach. Tymczasem "Depression Cherry", cóż, przyjemnie i atłasowo, ale jednak nudzi.


"Sparks" jako zapowiedź albumu to zmylenie tropów, bo wyraźnie sugeruje dość sporą modyfikację brzmienia. Znana beachhouse'owa motoryka została jeszcze bardziej wyeksponowana przez redukcję zbytecznych aranżacji, stary klawiszowy szum stał się tu niebezpiecznie i intrygująco atonalny, wreszcie zaskakuje świdrująca, niemal shoegaze'owa gitara. Gdyby Beach House zdecydowali się na głębsze zanurzenie w dzisiejszy revival shoegazu, nie dość, że specjalnie by to nie dziwiło, to nie będąc klasykami gatunku mieliby spory potencjał zaprezentowania świeższego podejścia do tematu. Ale trochę gitarowego rzężenia w jednej piosence to jedyny ślad nowości na "Depression Cherry".

Od pierwszych dźwięków "Levitation" słyszymy po prostu Beach House, zmieniają się tytuły kompozycji, niektóre nawet całkiem ciekawe, jak "10:37" i "PPP", ale mimo sporych zapasów dobrej woli słyszymy jeden, typowy dla duetu utwór, rozciągnięty na ponad czterdzieści minut. Naprawdę, nie sposób wskazać jakikolwiek fragment, całość zlewa się w jedną sennie snującą się masę a jeśli już coś wzbudza naszą uwagę to jest to silne wrażenie znajomości jakiegoś fragmentu z wcześniejszych płyt.

Wyraźnie słyszalne są założenia z jakimi Beach House podchodzili do nowego albumu. Brzmienie jest surowsze, aranżacje bardzo skromne, czasem wręcz minimalistyczne. Pytanie, czy chcemy od Beach House minimalizmu możemy na razie odsunąć na bok, ważne bowiem, że pozostając w granicach brzmienia do którego są wręcz genetycznie zaprogramowani, tym razem nie powiodło się im napisanie zajmujących i chwytliwych melodii.

Ale "Depression Cherry" słucha się i tak, mimo umiarkowanego zaangażowania, całkiem przyjemnie. Na szczęście to tylko dziewięć utworów, nie został zatem popełniony grzech zbyt cienkiego rozbicia kotleta, jak na "Honeymoon" Lany. Ale i tak, gdy winyle (i wyjątkowo kompakty) dotarły do praskich sklepów, Fejsbuk zaroił się od serduszek i instagramowych zdjęć, bo najfajniejszym elementem "Depression Cherry" jest okładka pokryta pluszem / welurem / aksamitem / kiciusiem czy jakkolwiek się to nazywa. Lecz uwaga, jako koneser opakowań i digipaków ostrzegam, długo to to nie wytrzyma i okładka szybko może wylinieć, dostosowując się do muzycznej zawartości. 6/10 [Wojciech Nowacki]

2 października 2015


LANA DEL REY Honeymoon, [2015] Polydor || Każdy, nawet najlepszy serial ma swoje słabsze momenty. Odcinek wepchnięty, by dotrwać do końca sezonu, czy nawet cała seria, bo zmieniła się ekipa scenarzystów albo wyczerpały się pomysły, ale oglądalność jeszcze nie spadła na tyle, by serial zakończyć. Niektóre ciągną się zatem na sztucznym podtrzymywaniu życia w nieskończoność, inne decyzją stacji kończą się gwałtownym cliffhangerem, nielicznym udaje się odbić i słabszy okres zamienić w wypadek przy pracy. Lizzy Grant znalazła się w ciekawym momencie swojej kariery, choć nie w sposób jakiego się spodziewała. "Honeymoon" jest bowiem najsłabszym momentem serialu p.t. "Lana Del Rey".

Mimo ojca-milionera, jednego z pionierów handlu domenami, Lizzy miała burzliwą młodość, ale gdzieś w czasach wegetacji w typowym amerykańskim trailer parku, pojawił się pomysł na wprowadzenie do świata popu postaci Lany Del Rey. Submisywna femme fatale, antyfeministyczna pin-up girl, gangsterska muza i perfekcyjna projekcja popkulturowych klisz połowy XX wieku. Każdy artysta jest w mniejszym lub większym stopniu kreacją, Lana Del Rey wyróżniała się jedynie większym dopracowaniem, przez co powinna była być jako kreacja jeszcze bardziej czytelną i oczywistą, ale świat i tak wyruszył na poszukiwania autentyczności w fikcyjnej opowieści.

Kolejne odsłony tej samej historii przynosiły z jednej strony drobne przesunięcia akcentów w wizerunku i nastroju, z drugiej zaś poszukiwania w obszarze nośnika, który opowieść o Lanie Del Rey podawał. "Born To Die" przyniosło bowiem sporo czysto muzycznych niezręczności, które nie pozwoliły tej płycie osiągnąć statusu do którego słusznie aspirowała, co zmieniło na szczęście znakomite "Ultraviolence". Ale jeśli "Born To Die" zostało wyeksploatowane do cna możliwości, kolejnymi singlami, wersjami deluxe, edycją z epką "Paradise" (najbardziej kompaktowym i przez to najlepszym zestawem piosenek Lany Del Rey), to wydaje się że rozdział "Ultraviolence" został zbyt pospiesznie zamknięty. Rozdzierająco ponury album, mimo wreszcie więcej niż satysfakcjonującej muzyki, która płaskie hiphopowe bity debiutu zastąpiła żywymi instrumentami i rockowo-bluesowo-jazzową otoczką, miał być trudniejszy i w efekcie sprzedał się znacznie słabiej niż "Born To Die". Niestety, musi być to główny powód dlaczego już po roku został odesłany na półkę jako punkt w dyskografii a jego następca przyniósł muzyczny regres i największą zawartość Lany w Lanie.

Reakcje na "Honeymoon" przynajmniej wreszcie przyniosły akceptację Lany Del Rey jako wykreowanej postaci, ale jednocześnie w przeważającej większości skupiły na szczegółowej analizie wszystkich (pop)kulturowych elementów ją budujących. Zwróćcie uwagę, że większość recenzji "Honeymoon" wygląda jak licealna analiza tekstu literackiego, kolejne cytaty są wytłuszczane i objaśniane, bo tu mamy art deco, tutaj The Eagles, tam trochę poezji i Ninę Simone plus sporo szczegółów z topografii Kalifornii. Nie żyjemy w Hollywood, więc nawet jeśli wizje Lany Del Rey odpowiadają jakieś rzeczywistości najbogatszego jednego procenta, to dla nas i tak pozostaną znaną z filmu, mediów, muzyki populturową kliszą. Nie mając możliwości weryfikacji tych realiów pozostajemy sami z tekstami Lany i, choć nie ma tu już cipek o smaku Pepsi-Coli, to trzeba przyznać, że w większości są proste i infantylne jak z pamiętnika smutnej nastolatki. Jasne, kreacja, może ironia, ale jeśli akurat nie leżymy na basenie przy Sunset Boulevard, to trudno nam się w nich rozsmakować.

Co więc symptomatyczne, muzyka pozostaje na marginesie zarówno na płycie, jak i w reakcjach na nią. Poza zagadkowym entuzjazmem w odpowiedzi na "High By The Beach", rzekomo najlepszy singiel Lany od czasów debiutu, w istocie tym razem naprawdę brzmiący jak każda inna jej piosenka i powracający niestety do slow-motion hip-hopu i perkusji z automatu znanych z "Born To Die". A i tak jest najbardziej wyróżniająca się piosenka na płycie, poza "Don't Let Me Be Misunderstood" (bo cover), "Salvatore" (bo tak głupio pastiszowe, że aż niezłe, jak na piosenkę Lady Gagi na zwolnionych obrotach), "Art Deco" (bo częstochowskich rymów nie sposób nie zauważyć) i wreszcie "Music To Watch Boys To", bo faktycznie naprawdę niezła piosenka, ot typowy singiel Lany ze średniej półki z przestrzenną produkcją.


"Honeymoon" po prostu nuży, męczy, nudzi. Wszystkie niemal piosenki oscylują wokół pięciu minut a jest ich aż czternaście i to tym razem bez żadnych bonusów. Jednostajne tempo krwotoku z nosa, jednostajny ketaminowy wokal, zerowe emocje sięgające najwyżej pułapu zbyt słodkiego, zbyt ciężkiego, za mocnego i za drogiego drinka. Album męczy już na wysokości "God Knows I Tried", ciężko przez niego przebrnąć w całości i skupieniu, w pamięci pozostanie najwyżej tytułowe zawodzenie our honeyyyymoooon a nieliczne wzloty bardzo łatwo przeoczyć. Bo "Freak" w końcówce ciekawie się zagęszcza a w "Religion" i "The Blackest Day" mamy nawet zalążki prawdziwych melodii, ale i tak nic nie sięga tu poziomu "Ultaviolence" czy nawet "Born To Die", którego największe wady nie tylko powiela, ale i eksponuje jako trademark Lany Del Rey.

Tymczasem jednak "Honeymoon" naprawdę dobrze brzmi, co również łatwo przeoczyć, bo ani nie jest to album do głośnego słuchania, ani nie przykuwa zwiększonej uwagi. Noirowe, niemal dark-ambientowe aranżacje, gustowne, snujące się smyczki, operowanie ciszą, czasem minimalistyczne aranżacje oparte tylko na dźwiękach pianina i subtelnej gitarze, ba, nawet okazjonalny porno-saksofon naprawdę mogłyby się sprawdzić jako drastyczny kontrast dla "Ultraviolence". Ale do leniwej eteryczności "Felt Mountain" Goldfrapp brakuje po prostu dobrych kompozycji. "Honeymoon" pojawiło się zbyt prędko, świadomie wyolbrzymiając te elementy Lany Del Rey, które zawsze były najbardziej kontrowersyjne i zniechęcające dla części słuchaczy. Pociąć, skrócić, dopracować melodie, wyrzucić dwadzieścia minut, zaoferować w postaci epki albo poutykać te kompozycje po hollywoodzkich ścieżkach i materiał ten mógłby zaintrygować. Ale jako album zwyczajnie zawodzi. 5/10 [Wojciech Nowacki]

28 września 2015


TAME IMPALA Currents, [2015] Fiction || Dawno nie było już albumu, który tak podzieliłby opinie krytyki jak "Currents". Zdecydowana większość opinii podzieliła się niemal równo na dwa obozy, z jednej strony entuzjastyczne recenzje, płyta roku i przeskalowany zachwyt z ledwo uchwytnym uzasadnieniem, z drugiej zaś nuda, miałkość i powierzchownie zblazowane opinie o braku pomysłów i przereklamowaniu. Nieliczne zaś głosy spróbowały odnaleźć się gdzieś po środku. Jednocześnie jednak, im bardziej ogniste reakcje mediów, tym bardziej ograniczony wydaje się ich wpływ na słuchaczy, których stosunek do nowej płyty Tame Impala wydaje się być co najwyżej letni lub wyrywkowo sympatyzujący. Być może "Currents" to jeden z tych albumów, które zajmują krytyków bardziej niż słuchaczy, o których częściej się pisze niż faktycznie słucha. Może też jest to płyta, która wymaga naprowadzenia, objaśnienia, pomocy w uchwyceniu i tu właśnie dzisiejsza masowa i natychmiastowa krytyka słuchaczy zawodzi. Sam próbowałem rozgryźć "Currents" od paru tygodni i pewnym na razie jest to, że jeśli jakikolwiek tytuł tak polaryzuje opinie to coś musi być na rzeczy.

"Currents" nie jest albumem singlowym i być może to jest główna pułapka zastawiona przez "Let It Happen". Prawie ośmiominutowy singiel nie wymaga dziś specjalnej odwagi, szczególnie ze strony przedstawicieli szeroko rozumianej alternatywno-niezależnej sceny, lecz przy takim formacie nadal łatwo przeszacować swoje siły. Ale nie, "Let It Happen" to lekka, choć długa, wciągająca i tanecznie hipnotyczna kompozycja, która jednocześnie wydaje się sugerować jakąś epickość zapowiadanego materiału. W łatwości i przebojowości, już w tradycyjnym formacie podąża za nią "The Less I Know The Better", ale już "Cause I'm A Man", głupkowato wręcz uwodzicielska dansingowa piosenka, kontrastując z powyższymi sugeruje dodatkowo różnorodność "Currents". Kolejna pułapka.


Ta płyta zgodnie z tytułem zdaje się płynąć, można, nawet trzeba, swobodnie ją zapętlać. Wybrawszy dowolny trzyminutowy fragment natychmiast natkniemy się na efektowną, migotliwą porcję uwodzicielskiej muzyki. Pozostając jednak w głównym nurcie ten sam fragment wydaje się sennie rozpływać, powracać, zataczać kręgi, niknąć, by później zaskoczyć podobieństwem do jednak zupełnie innego urywka. Najlepsze melodie na "Currents" to te, które słyszymy po raz pierwszy, ale są tak swojskie, oczywiste i znajome, że jesteśmy niemal pewni, że wybrzmiały już na tej płycie ledwie parę minut wcześniej. Próba głębszego zanurzenia się w prądy Tame Impala może jednak znużyć, lepiej płynąć z głównym nurtem niż przesadnie analizować stosunkowo długi materiał, jego detale, powtarzalność motywów czy wreszcie słowa. Zamiast efektownej całości możemy bowiem ujrzeć jednorodność, prostą jednolitość, której nie buduje nic czego byśmy już kiedyś nie słyszeli.

A usłyszeć można wiele. Gdzieniegdzie wyłoni się opar psychodelii lat sześćdziesiątych, najczęściej jednak prześwietlony blaskiem popu lat osiemdziesiątych. Nacisk na albumowość czy wręcz konceptualność "Currents" odwołuje się zarazem do ery art-rocka lat siedemdziesiątych, patos i napuszenie zastępując jednak zwiewnymi kliszami ówczesnego soft-rocka i przebojowością popu wczesnej ery cyfrowej. Obok siebie pojawić się może hotelowy dansing sprzed trzydziestu lat i kasetowy chillwave sprzed lat trzech a całość i tak brzmieć będzie spójnie, naturalnie i podświadomie uzależniająco. Nie ma bowiem wbrew pozorom na "Currents" natłoku efektownych melodii. Te raczej niczym przekaz podprogowy podskórnie krążą i zapadają w pamięci bardziej jako ulotne wspomnienie do którego trzeba wracać niż natychmiastowy przebojowy blichtr.

"Currents" wymyka się racjonalności i to jest siła tego albumu. Można go analizować, prześwietlać pod każdym kontem, ale na najprostszym poziomie odbioru po prostu się podoba, nawet jeśli tylko jako muzyka tła. Faktycznie bowiem doszukiwanie się magicznych składników jego oryginalności może doprowadzić nas do ściany wytapetowanej dobrze znanymi kliszami. Ale ten sam namysł nad Tame Impalą i wymianą gitar na syntezatory (wszak to kolejna klisza) powinien też dowieźć kolekcjonerskiego wręcz talentu Kevina Parkera, któremu operując tym co znane i oczywiste udało się zrekonstruować wartość dziś już zapomnianą. "Currents" rewitalizuje format albumu, płyty jako dzieła, całości, nie jako zbioru piosenek czy raczej folderu tracków. Okazuje się, że wszyscy mają ku temu narzędzia i nie trzeba szukać nowych, ale tylko nieliczni potrafią przekuć je w koncept, który nie zawali się pod własnym ciężarem. Nawet jeśli nie musi wzlatywać przesadnie wysoko. 7/10 [Wojciech Nowacki]

22 września 2015


FOALS What Went Down, [2015] Transgressive || Czy Foals mogą rozczarowywać? Nie sądzę. Jeśli ktoś już ich sobie upodobał, niezależnie od tego czy na wysokości natchnienia "Spanish Sahara" czy pląsów "My Number". to upodobania tego nie zmieni nawet, jak w moim przypadku, umiarkowane rozczarowanie, ekhm, Yannisem. Brzuszek? Man boobs? Lekki tłuszczyk na ramionach? Trudno, obserwując kilka malowniczych przypadków czystej histerii na widok Yannisa na Live Music Festival w Krakowie, jestem pewien, że gorące sny fanbazy płci obojga nie ustaną, ot, jedynie nie warto ufać promo zdjęciom.

Foals wyrośli na koncertowe monstrum. Profesjonalizm jakiego dosięgli jest aż odrobinę... smutny. Nie twierdzę, że ich koncerty są wystudiowane, ale z błyskawicznie rosnąca popularnością i rozmiarami scen na których grają, rośnie też dystans między zespołem i słuchaczami. Coraz silniej wyczuwalny jest też status gwiazdorstwa, z lekkim żalem można sobie wyobrażać, że jeszcze parę lat temu można by było pewnie zapalić z chłopakami papierosa po klubowym koncercie a dziś można jedynie zza metalowych barierek obserwować jak podawane są im świeże ręczniki.

Oh, i bynajmniej nie są to ani narzekania, ani przejawy wątpliwości. Jeśli któryś ze współczesnych zespołów zasłużył sobie takiego statusu to są to Foals. Nie ma drugiego tak pewnie i konsekwentnie, z płyty na płytę pnącego się wzwyż wykonawcy, przynajmniej nie na taką skalę. Bezbłędnie dopracowany status koncertowy to jedno, ale spirala oczekiwań związana z wydaniem nowego albumu już pewne niebezpieczeństwa rodzi. O "What Went Down" słyszeliśmy, że ma być najtwardszym materiałem Foals, przeczytać mogliśmy o wszystkich muzyczno-intelektualnych inspiracjach Yannisa (bo to naprawdę mądry facet jest), w Krakowie zagrali tuż przed premierą płyty, więc efekt lizania przez papierek jeszcze bardziej podkręcił atmosferę. I co? Ano "What Went Down" jest na chwilę obecną prawdopodobnie znów najlepszym albumem Foals. Czy pozostanie najlepszym w całej ich karierze? Mam nadzieję, że nie.

Przy okazji musiałem przewartościować swój pogląd na "Holy Fire", najlepszy album Foals roku 2013. Można się spotkać z opiniami, że "What Went Down" to jakaś wypadkowa wszystkich poprzednich albumów, najlepszych elementów "Antidotes", "Total Life Forever" i "Holy Fire". Taka argumentacja zazwyczaj służy udowodnieniu, że tak, właśnie teraz mamy do czynienia z tym jednym jedynym, najlepszym, koronnym albumem. Podobne bzdury słyszeliśmy o "Hail To The Thief" Radiohead i wiemy z jakim efektem. Na szczęście, choć naturalnie znajdziemy na "What Went Down" wszystkie charakterystyczne brzmienia Foals, to jednak album ten jest po prostu kontynuacją i podrasowaniem "Holy Fire".


Wszystko, łącznie z sekwencją singli, wskazuje, że "What Went Down" to "Holy Fire", tylko bardziej. Pamiętacie efekt jaki wywołał "Inhaler"? W moim przypadku to akurat wtedy załapałem Foals. "What Went Down", tytułowy, pierwszy singiel i pierwszy utwór na płycie, to właśnie "Inhaler", tylko jeszcze bardziej. Okrutnie mocny anty-singiel, z mistrzowsko budowanym napięciem i podskórną, buzującą agresją wylewającą się w refrenach. To właśnie "czynnik o ku*wa" jest największą siłą Foals, bo przy niektórych ich kompozycjach po prostu nie sposób nie zakląć, co czyni je bardzo NSFW. Ale podobnie jak przy "Holy Fire" drugi singiel miał skontrastować i zmiękczyć wizerunek zespołu. "Mountain At My Gates" nie jest tak bezwstydnie frywolne jak "My Number", ale ta zwyczajna indie-piosenka, po prostu przebojowa i skrojona pod koncerty efektownie rozpędza się pod koniec nie dając odpocząć emocjom. I tak samo jak wtedy "Late Night", "A Knife In The Ocean" ma prezentować łagodniejszą stronę grupy, w efekcie pozostaje singlem tak samo przemijalnym i niezapamiętanym.

Co pozostaje? W "Birch Tree" słyszymy zarówno powrót math-rockowo frazowanej gitary, jak i taneczny, house'owo-synthpopowy bit, w efekcie więc kolejną łatwo przyswajalną piosenkę. Równie śpiewnym okazuje się nerwowy, emocjonalny "Albatross", podbity później elektroniką rodem z serialu sensacyjnego z lat 80-tych. Centralny "Snake Oil", choć na płycie zdaje się obiecywać więcej niż czym jest w istocie, ale idealnie musi sprawdzać się na koncertach swym zapętlonym, niemal grunge'owym charakterem. Poza banalnym "Give It All" do połowy albumu mamy więc szereg znakomitych kompozycji, choć wcale nie tak ciężkich czy trudnych jak zapowiadano.


I gdy przy "Night Swimmers" już zaczyna się wydawać, że zjawiskowego impetu Foals znów zabrakło im na cały album, ciężkie gitarowo-taneczne unisono znów ciśnie nam na usta "o ku*wa". I dopiero potem trzy ostatnie utwory ani nie porywają, ani nie budzą większych emocji, chyba że kogoś biorą foalsowe ballady w stylu "Spanish Sahara". Mnie nie, zatem po raz kolejny rewelacyjny album po chwili refleksji okazuje się nie aż tak doskonały jak by się chciało. Znów czuć tu wielki potencjał i lekko zmarnowaną szansę, nadal ma się wrażenie, że ten jeden jedyny, totalny album Foals dopiero nadejdzie i oby nie byłaby to płyta "Greatest Hits". Ale zarazem świetnych kompozycji jest tu jeszcze więcej niż na "Holy Fire", a i "What Went Down" traci swą iskrę znacznie później niż poprzednik, z którego po latach nadal ciężko zapamiętać część piosenek, zwłaszcza z drugiej połowy płyty.

Tylko cztery przeciętne, czy może "nie-tak-zajebiste" utwory to zatem znacznie lepszy wynik niż na "Holy Fire" i zdecydowanie lepiej niż najsłabiej uwodzące "Total Life Forever". Ciekawe jednak, że gdyby Foals teraz wydali taki album jak debiutanckie "Antitodes" najpewniej mówiłoby się o ich wielkiej oryginalności, mocnym, spójnym materiale i podążaniu pod prąd. Na "What Went Down" Foals mimo wszystko podążają z prądem, ale z właściwą tylko im siłą i energią i tak wyprzedzają konkurencję. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

20 września 2015


KITTCHEN Kontakt, [2015] Červený kůň || Sudety, zupełnie niewinny i całkowicie neutralny termin geograficzny, kojarzy się u nas z wakacjami w Karkonoszach, wycieczkami do Kotliny Kłodzkiej, w pewnym wieku jeszcze z sanatoriami i domami zdrojowymi a obecnie doszedł do tego jeszcze złoty pociąg. To ostatnie skojarzenie jako jedyne w naszej pamięci odwołuje się do przeszłości Sudetów, ale raczej w filmowo-sensacyjny sposób niż jako do jakiejś faktycznej rzeczywistości. Przekroczmy jednak granicę, bo uświadomić sobie, że po czeskiej stronie Sudety są niemal tematem tabu, bolesną zadrą w narodowej pamięci. Jeśli więc Kittchen używa obrazu Sudetów w piosence (anty)miłosnej, to mamy do czynienia albo w wielkim ryzykanctwem, albo z niebywałym songwritingiem.

Opuszczone fabryki, niemieckie napisy, grupki Cyganów, kolorowe bloki, szosy wijące się górskimi dolinami. Kraina zdobywana przez kolejne armie, z ciągle zmienianymi nazwami, Sudetenland, to temat ciągle obecny w czeskiej kulturze. Kittchen nie zanurza się jednak w historyczne analizy wypędzeń Niemców. Sudety otwierają "Kontakt" jako metafora gwałtownego końca ciągłości, czystki, opuszczenia i granicy. "Sudety między nami" śpiewa zaprzęgając je do własnego dramatu w piosence z suspensem na najbardziej osobistym albumie Kittchena. Pozostaje nadal pytanie kim jest Kittchen.

Wiemy już kim jest człowiek skrywający się za maską kucharza. Imię i nazwisko potencjalnemu słuchaczowi w Polsce nic nie powie, stary wiedzieć, że to doświadczony muzyk i autor piosenek, który smutek blokowisk i poalkoholowe kuchenne przemyślenia wprzęgł do fikcyjnej postaci zamaskowanego kucharza na tajemnym debiucie "Menu". Drugi album, "Radio", przyniósł szerzej zakrojone wizje postapokaliptycznego świata z tekstami, które równie dobrze mogłyby dopełnić obraz umierającego świata z "Tomorrow's Harvest" Boards Of Canada. Jednocześnie domowe, "kuchenne" warunki nagrywania z "Menu" zastąpione zostały niemal profesjonalną produkcją a postać Kittchena stała się jeszcze bardziej komiksowa. Nieśmiało już zaczęło się mówić o tym, kto skrywa się za maską, dziś nie jest to żadną tajemnicą, zagadką pozostaje jednak na ile jeszcze Kittchen jest kreacją, a na ile projekcją żywego człowieka z własnymi problemami.

Przed wydaniem albumu "Kontakt" wiedzieliśmy już, że nie ma Kittchena bez maski. Muzyk nie przestanie w niej występować, bo nie byłby to już Kittchen. Jednocześnie wiemy też, że "Kontakt" oddaje jego własne przeżycia z przeciągu ubiegłego roku, z powodów, których tylko możemy się domyślać, będącym nie najjaśniejszym w jego życiu. Linie podziału między fikcją a rzeczywistością stały się jeszcze bardziej płynne, więź między maską a muzykiem, wcześniej oddzielająca dwie tożsamości, teraz stała się symbiotyczna. Maska karmi się muzykiem, muzykowi jest potrzebna by tunelować swe emocje.


"Sudety" nie są jedyną piosenką z suspensem. "Zamilovaní" to wiotka, lekka piosenka o stanie zakochania, uldze i poczuciu świeżości z nim związanymi, ale też o... strachu, bo co o tym powiedzą w domu, co powie żona i dzieci. Pieśniarstwo Kittchena jak nigdy wcześniej wstrząsa, odsłania kruchość człowieka, mężczyzny, świadomego swych błędów i upadków. Piosenka o zakochaniu się jest w istocie historią o końcu miłości a jej przewrotność jest kolejnym świadectwem ciemnego i niebywale zręcznego songwritingu.

Reszta "Kontaktu" nie jest jednak popisem kompozycyjnej zręczności i łatwości pisania chwytliwych, ale przewrotnych piosenek. W znacznie mniejszym stopniu niż rozedrgane pomysłami, radiowe, nomen omen, "Radio" a nawet spontaniczne "Menu", trzeci album Kittchena zaprzęga chwytliwe melodie do snucia swych opowieści. "Kontakt" jest wyciszony, wyłania się ze zmroku, by zaraz zapaść do niego z powrotem. Piosenki są minimalistyczne, ambientowe ("Vraná"), zranione ("Prohořívám"), eteryczne i tonące w pogłosach ("Větrný dny"). Wybija się jedynie pełzająca, gitarowa "Atomová nevěsta", bliska nawet ostatniej ciemno-bluesowej odsłonie Marylina Mansona, zbliża się do "przebojowości" piosenek z "Radia" i "Menu".

Gitary właśnie, w połączeniu z żywą perkusją i aranżacyjnymi ozdobnikami, budują jednocześnie znacznie bardziej żywy, niemal zespołowy, choć za materiałem stoją ledwie dwie osoby, charakter "Kontaktu", kontynuując kierunek naznaczony już na "Radiu". Jednocześnie tu i ówdzie pojawiają się drobne autocytaty, cisza w eterze i milczenie radia w "Větrný dny", prosta "kuchenna" rytmika w "Pasti" czy znów "piękny dzień" w "Posledni". "Kontakt" także spięty jest klamrą, obraz leśnego jeziora z "Sudetów" powraca w finałowej kompozycji "Jezero".

"Kontakt" wymyka się jednoznacznej ocenie. Pozostaje jednym z najmocniejszych tytułów czeskiej alternatywnej sceny w tym roku, ale w kontekście albumów Kittchena, choć równie konceptualny jak "Menu" i "Radio" oraz jeszcze lepiej wyprodukowany, jest materiałem trudniejszym, wiotkim, niełatwym do natychmiastowego uchwycenia. Kompozycyjne zdolności muzyki i emocjonalny przekaz kucharza nie ulegają zmianie, każdy z tych trzech tytułów jest równie silnym tego świadectwem. Łatwiej jednak wędrować za komiksową postacią pełną opowieści, niż podróżować o zmroku serpentynami sudeckich szos, gdy w światłach reflektorów ledwie wyłaniają się fragmenty niepokojących historii. Barierą dla nas pozostaje język i ciągnące się zanim kulturowe brzemię, ale ciekawych upiorów przeszłości i wewnętrznych demonów odsyłam do strony Kittchena, skąd pobrać można każdy z jego albumów i przekonać się co dziś najbardziej niepokoi czeskie dusze. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

15 września 2015


WILCO Star Wars, [2015] dBpm || Zupełnie niespodziewanie ukazuje się nowy album jednego z twoich ulubionych zespołów. Może nie z pierwszej trójki, ale mają jedną dziesiątkowo bezbłędną płytę, no i nie są specjalnie popularni w twoim kraju, ba, nawet na twoim kontynencie, więc przewrotnie są ci nawet jeszcze bliżsi. Akurat się zastanawiasz co u nich słychać, aż tu nagle udostępniają za darmo w sieci album-niespodziankę, z tytułem który nie robi na tobie wrażenia, bo należysz do fandomu "Star Treka", ale za to z kotem na okładce a z kotami bierzesz przecież wszystko w ciemno, od magnesów na lodówkę po szklaneczki.

Prosta fanowska radość z okazji nowego albumu Wilco natychmiast zakłócona została informacyjnym szumem. Przy "Tomorrow's Modern Boxes" Thoma Yorke'a jeszcze udało mi się jako tako wyciąć kontekst sposobu dystrybucji, najczęściej zbyteczny i irytujący, bo zawsze zakrywający wartości muzyczne (czasem celowo, patrz: U2). I jak zwykle w takiej sytuacji na moment o Wilco rozpisali się wszyscy, newsem dnia stało się wyznanie Jeffa Tweedy'ego, że nie miał pojęcia o powstawaniu nowych części "Gwiezdnych Wojen", po czym zapadła cisza, na chwilę przerwana w związku z oficjalnym wydaniem "Star Wars" na fizycznych nośnikach.

Wykonawcy z kręgu szeroko rozumianego alt.country nie mają łatwo w Europie. Amerykańska gitarowa alternatywa przy sprzyjających warunkach sporadycznie potrafi zgromadzić większą publiczność (jak Pavement na Open'erze w 2010 roku), ale już nagrywające konsekwentnie piękne płyty Lambchop czy eksplorujące brzmienia tex-mex Calexico z jakiegoś powodu swoją europejską przystań mają w zasadzie jedynie w Niemczech (zapewne dzięki tamtejszemu labelowi City Slang). Być może nie pomaga niefortunna etykieta alt.country, w amerykańskich warunkach country jest kulturowo kluczowe, u nas ciąży nad nim widmo niezrozumienia i przaśności. I choć "Edge Of The Sun", ostatni album Calexico, zasłużenie zdobywa sobie słuchaczy, to zawsze uważałem, że to właśnie Wilco ma największy potencjał europejskiego sukcesu.

Jeśli Lambchop inkorporuje brzmienia soulu, bluesa czy nawet jazzu, Calexico najbardziej nam obce gatunki amerykańsko-meksykańskiego pogranicza, to Wilco w największym stopniu uwypukla alternatywny przedrostek alt.country, w znakomity sposób wplatając uniwersalnie zrozumiałe i ponętne brzmienia post- czy nawet kraut-rocka. Na "Star Wars" akurat te elementy zostały totalnie zminimalizowane, otrzymujemy płytę krótką, surową, która jako darmowa niespodzianka ucieszy do pewnego stopnia już oddanych fanów, ale nie sądzę żeby przyciągnęła nowych.


33 minuty i jedenaście utworów, właściwie dziesięć, jeśli odejmiemy "EKG", rozstrojone, hałaśliwe intro w którym po chwili dopiero wyłania się zespołowa harmonia. Średni czas trwania piosenki między dwie-trzy minuty jest dla Wilco naprawdę nietypowy. Najdłuższe "You Satellite" liczy ponad pięć minut, więc co dawniej było dla Wilco piosenkowym standardem, na "Star Wars" staje się odpowiednikiem dawnych kilkunastominutowych eksperymentów. Nieprzypadkowo najbliżej tej eskalującej, motorycznej kompozycji do aury "A Ghost Is Born" czy najlepszych fragmentów "Wilco (The Album)" i ostatniego "The Whole Love".

Modelowym przykładem aktualnej formuły Wilco jest już "More...", pierwsza właściwa piosenka i zarazem najbardziej chwytliwa. Uderza w niej całkiem uwodzicielski country-rock, by już po 30 sekundach pojawił się wyjątkowo (w skali tego albumu) śpiewny refren a po 2 minutach piosenka zaczęła stopniowo tonąć w gitarowym szumie. "Star Wars" brzmi jak spontaniczne zarejestrowane garażowe country z punkowym niemal podejściem. Z jednej strony jest krótko, intensywnie, choć niekoniecznie emocjonująco, z drugiej zaś, pod względem prostoty piosenek, a raczej braku eksperymentów, najbliżej ma ten album to "Sky Blue Sky", swego czasu najbardziej kontrowersyjnej płyty Wilco. To podobnie jak wtedy zwyczajne rockowe piosenki, które mogłyby się pojawić na płycie The Eagles, choć nie tak udane kompozycyjnie i znajdujące się na totalnie przeciwnym produkcyjnym biegunie niż ówczesne dopieszczone brzmienie charakterystyczne dla adult-orientated-rock.

"Sky Blue Sky" po czasie dojrzało do statusu jednej na najlepszych płyt Wilco. "Yankee Hotel Foxtrot" na zawsze pozostanie tym jedynym, definitywnym albumem, choć to właśnie z radiowego "Sky Blue Sky" pochodzi największa liczba najbardziej chwytliwych i zapadających w pamięć piosenek Wilco. "Star Wars" ma potencjał by z czasem stać się growerem dla fanów, fajnie też, że zespół spróbował nowego podejścia do nagrywania, niezależnie też od rezultatów. Rezultaty te jednak sprawią, że większość najpewniej zapamięta co najwyżej kota z okładki i "Gwiezdne Wojny" z tytułu. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

10 września 2015


MÖTORHEAD Bad Magic, [2015] UDR || Kilka dni temu, z racji celebrowania preorderu najnowszej płyty Marillion, postanowiłem urządzić sobie sesję z muzyką progresywną. Jako że byłem jedną z pierwszych osób, które wpłaciły wymagane kilkadziesiąt funtów na wzbogaconą wersję planowanej płyty, zacząłem od legendy neo-prog-rocka. Pominąłem albumy z Fishem, te znam niemal na pamięć. Stanęło więc na "prze-ambitnym" "Brave", którego, o czym warto wiedzieć, słuchać, jak radzi sam zespół, winno się po ciemku i z rozkręconymi głośnikami. Po wybrzmieniu płyty zgodnie z chronologią przyszedł czas na "Afraid Of Sunlight", następnie przeskok i "Marbles" oraz "Sounds That Can't Be Made". Mało! - pomyślałem - biorąc się za dokonania Pink Floyd, w końcu David Gilmour lada tydzień wydaje "Rattle That Lock". W ruch poszła więc klasyka, "Dark Side Of The Moon", "Wish You Were Here", "Animals", po czym zmiana na "On An Island" Gilmoura i znów Floydzi, tym razem z "The Division Bell" oraz "Ummagumma". Raz się żyje - rzekłem w ekstatycznym uniesieniu - i puściłem "The Endless River".

Już zaczynałem widzieć świat jak przez mgłę rozświetloną blaskiem tysięcy kalejdoskopowych kolorów nurzając się w chmurach między płynącymi łódkami. Z sercem wypełnionym melancholią i kieliszkiem wina w dłoni wspominałem (patrząc oczywiście w dal, ale niestety nie chciało mi się dmuchać balonów) jak to the grass was greener w latach mej młodości. Następnie przyszła refleksja, że Hogarth miał absolutną rację w utworze "Living With The Big Lie", społeczeństwa z jego licznymi wadami nigdy w pełni nie zaakceptowałem. Po prostu I got used to it i nic więcej. Basta jednak! - zacisnąłem zęby - nie dam się tej bezdusznej maszynie pochłonąć, nie podzielę losu protagonistki „Hand. Cannot. Erease”, albumu boskiego Steve'a W. Trzeba działać - ustaliłem siedząc na kanapie - rosnący strach przed naszą emocjonalnie pustą planetą odbierał mi siłę potrzebną do działania…

W napływie intelektualnego rozbudzenia chwytać miałem już za "W poszukiwaniu straconego czasu", roniąc łzę nad swym losem, wiedząc przecież, że only heroes cry a w głębi jestem thick as a brick. Już ma egzaltacja sięgała zenitu, już miałem ruszać w podróż bez pożegnania (w końcu long good-byes, make me so sad) gdy nagle pojawił się kurier z nową płytą Mötorhead. I wtedy mi przeszło.


Tak właśnie działa Lemmy. Nawet pomimo tego, że na "Bad Magic" już bardzo słychać w jak kiepskim stanie fizycznym się znajduje. Jak zwykle utwory zespołu stanowią silną dawkę aplikowanej domięśniowo pierwotnej energii. Gdy masz już dosyć przeintelektualizowanych wywodów poważnych muzyków, takich co to pewnie i nuty czytają, włącz nową płytę Mötorhead i doznasz ukojenia. Tyle, że podobnie jak z prog-rockiem, niezależnie już od wykonawcy, na muzyczną propozycję Iana Kilmistera trzeba mieć odpowiedni nastrój. Nie zawsze i nie wszędzie odnajduje się siłę i ochotę na te kilkanaście szybkich ciosów w głowę. I choć pod względem muzycznym "Bad Magic" jest najbardziej melodyjnym dokonaniem zespołu od lat, to nadal szkielet utworów często ginie pod ciężarem dość monotonnie budowanych linii wokalnych Lemmy'ego.

Oczywiście, nie stanowi to jakiegoś szczególnego zaskoczenia w odniesieniu do dorobku Mötorhead. Na płycie brakuje jednak utworu, który przyciągałby uwagę w stopniu, w jakim czyniły to chociażby utwory "Brotherhood Of Men" z "Wörld Is Yours" czy absolutne klasyki pokroju "Damage Case" i "Hellraiser". Gdy mamy już do czynienia z wyróżniającą się linią wokalną ("Shoot Out All Of Your Lights") to zawodzi przewodni riff. Nie zmienia to jednak faktu, że „Bad Magic” jest popisem doskonałych umiejętności Phila Campbella. Na tle poprzednich płyt intryguje mocno bluesujący "Fire Storm Hotel", "When The Sky Comes Looking For You" czy wibrujący hard-rockowy riff w "The Devil". Również dwie pierwsze kompozycje, "Victory Or Die" oraz "Thunder & Lightning" stanowią podręcznikowy przykład mötorheadowej stylistyki, będą więc nie lada przyjemnością dla tych, którzy wiedzą czego się po zespole spodziewać.

Bardzo przyzwoita różnorodność cechująca pierwszą część albumu jest w przypadku Motörhead miłym zaskoczeniem. Uczucie to znika jednak wraz z "Electricity" i do końca albumu mamy do czynienia z tradycyjnym szybkim i jednostajnym tempem kompozycji, gnanych do przodu jak zwykle fenomenalną pracą niezmordowanego Mikky'ego Dee. Jedynym wyjątkiem potwierdzającym regułę jest ballada (choć jest to ballada na modłę Mötorhead) "Till The End". Uderza również dość oczywisty autocytat w "Choking On Your Screams", utwór ten mógłby nosić nazwę "Brotherhood Of Men II", ale bez intrygującego klimatu swojego poprzednika. Zupełnie niepotrzebnym wydaje się za to zamykający "Bad Magic" cover The Rolling Stones. Niestety, ani nie różni się wyraźnie od oryginału, ani nie udało się Lemmy'emu nadać mu własnego, charakterystycznego piętna.

W warstwie lirycznej nadal mamy do czynienia z typowym dla Kilmistera mumbo jumbo. Nie przeszkadza to jednak zupełnie, choć zdarzają się małe potworki typu: They're looking at your daughters / They've seen the flying saucers / You have to tell them victory or die. Generalnie bardzo trudno zrozumieć o co chodzi Lemmy'mu, dokąd zmierza opowiadana historia i co chce przekazać słuchaczowi. Ponownie jednak. nie jest to nic, o czym fan Mötorhead by już nie wiedział. Sam Ian Kilmister wielokrotnie wypowiadał się na temat własnych tekstów jako mających drugorzędne znaczenie, bądź nie mających żadnego (jak w przypadku "Metropolis" z "Overkill"). Liczy się energia, ogólny klimat i flow danego utworu. W tych kategoriach "Bad Magic" spisuje się doskonale. Nie nuży, potrafi momentami porwać, trzyma równy poziom oraz zapewnia znaną i oczekiwaną od Mötorhead rozrywkę. Jest to płyta o tyle cenna, że (odpukać w niemalowane drewno) być może ostatnia w dorobku zespołu. Jeżeli zdrowie Lemmy'ego się nie poprawi, czego mu oczywiście z całego serca życzę, "Bad Magic" będzie godnie zamykał dyskografię legendarnych rockersów. 7/10 [Jakub Kozłowski]

9 września 2015


STARE RADYJKO Stare radyjko kołysze do snu, [2015] self-released || Rzutem na taśmę debiutancki album zdążyli jeszcze wydać w Sissy Records. Old Time Radio darzę jednak wielkim sentymentem nie tylko dlatego, że kojarzą mi się z tymi pionierskimi w polskich warunkach próbami mariażu alternatywy z mainstreamem. Tamta scena z czasem uległa rozmyciu, pojawiły się nowe, dawni wykonawcy mieli sporo czasu na ewolucję. I tak, Silver Rocket na przykład znów stało się czysto studyjnym projektem tworzącym ścieżki dźwiękowe. Old Time Radio tymczasem znaleźli własną specyficzną niszę.

Każdy z ich regularnych albumów przynosił stopniowe poszerzenie dźwięku i bogatsze aranżacje, bardziej odpowiadające ich koncertowemu brzmieniu niż surowy debiut. Pamiętam, że w początkach ich działalności miałem teorię, że najciekawiej brzmią dopełnieni o innych muzyków zatem w remiksach własnych lub cudzych. Tymczasem po latach debiutanckie "Old Time Radio" brzmi wręcz klasycznie, więc nie sposób nie spojrzeć skąd Stare Radyjko nadaje dziś.


Po trzech płytach i świątecznej kompilacji (na ile świąteczne mogą być piosenki w rodzaju "I Hate Christmas") pojawił się album "Stare radyjko gra dla dzieci", na którym nowością były nie tylko polskie teksty, ale i grupa docelowa określona w tytule. Piotr Salewski wydał następnie solowy album pod szyldem D.O.M., teraz zaś jako Stare Radyjko powrócili Tomasz Garstkowiak i Magda Szkudlarek z poniekąd kontynuacją drogi obranej na "Stare radyjko gra dla dzieci". Tamten album spotkał się bodaj z najszerszym odzewem, nisza piosenek dla dzieci czy kołysanek wydawać się może równie zachęcająca dla jednych, co wykluczająca dla innych. Nie dajcie się jednak zwieść.

Już "Stare radyjko gra dla dzieci" anonsowane było jako płyta, której słuchać mogą zarówno dzieci, jak i dorośli, w przypadku "Stare radyjko kołysze do snu" adresowanie do najmłodszych w jeszcze większym stopniu odebrać można jako sprytny kamuflaż. Młodzi rodzice, a więc ta grupa potencjalnych odbiorców do której nigdy należeć nie będę, nie będzie miała żadnych wątpliwości. Reszta jednak z ulgą odkryje, że poza polskim językiem nie ma tak naprawdę żadnych różnic między Starym Radyjkiem a początkami Old Time Radio.

Te kilka piosenek przeplatanych sennymi przerywnikami to te same co wtedy klasyczne motywy pogranicza avant-popu i post-rocka (tego prawdziwego oczywiście, nie w dzisiejszym rozumieniu jako rozmiękczony metal z melancholijnymi tytułami). Słyszymy zatem proste repetytywne gitarowe figury, delikatne, wciągające i motoryczne, nabierające pełni z każdym wejściem perkusji, atmosfery zaś z każdym pojawieniem się field-recordingu. Przypomnieć się może Jim O'Rourke, chicagowska scena post-rocka, klasycy z Gastr Del Sol. Chórki Magdy Szkudlarek pobrzmieć nam mogą Stereolab (bardziej Mary Hansen niż Laetitią Sadier). Niektóre piosenki mogą okazać się zwyczajnymi balladami, w innych pojawić się może lekka bossanova jako pamiętamy z Nouvelle Vague.

Bardzo się cieszę, że Stare Radyjko brzmi po prostu jak trochę starsze, dojrzalsze, pewniejsze siebie i swych fascynacji Old Time Radio. Nie ma nawet tak naprawdę potrzeby wzdychać, że to znów teoretycznie płyta dla dzieci zamiast "regularnego" tytułu. Na "Stare radyjko gra dla dzieci" jedynym tego wskazaniem były bajkowe teksty, w przypadku obecnych kołysanek nie ma tak naprawdę, poza językiem, większej różnicy w stosunku do dawnej liryki Old Time Radio. "Stare radyjko kołysze do snu" to urokliwa, pięknie wyprodukowana płyta, szkoda jedynie, że tak krótka. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

7 września 2015


AC/DC [25.07.2015], Stadion Narodowy, Warszawa || Pomimo faktu, że w ostatnich latach do Polski zdecydowało się przyjechać wielu z wykonawców światowej czołówki, koncert zespołu pokroju AC/DC nadal ma znamiona święta narodowego. Widać to było doskonale na kilka godzin przed rozpoczęciem występu. Ulice Warszawy zostały dosłownie zalane wiernymi miłośnikami muzyków z Antypodów. Spacerując po mieście spotkałem przynajmniej pięciu Brianów Johnsonów i nieokreśloną liczbę Angusów Youngów, i muszę przyznać, że to miłe uczucie kiedy mija się tak wielu uśmiechniętych i zadowolonych ludzi.

Szkoda tylko, że nie dopisały dwie rzeczy: pogoda i obiekt koncertowy. Właściwie pal licho pogodę. Ulewny deszcz ani nie wystraszył Polaków ani nie wpłynął negatywnie na ich nastroje. Każdy piorun był za to witany chóralnymi okrzykami radości – w końcu kojarzy się on z zespołem i mógł stanowić dobry prognostyk nadchodzącego występu. Gorzej z nagłośnieniem. Naprawdę nie wiem już czyja to wina, że większość koncertów na Stadionie Narodowym brzmi jak z kilkakrotnie przegrywanej kasety magnetofonowej. Nie może to być wyłącznie wina samego stadionu, bo na przykład koncert Coldplay nagłośniony był co najmniej przyzwoicie. Z kolei Metallica i AC/DC już zdecydowanie nie… Szkoda, bo Australijczycy dali po raz kolejny popis swojego profesjonalizmu.

I o ile można narzekać na odrobinę zbyt wystudiowane elementy przedstawienia, to przyznać muszę, że koncert był fantastyczny. Od "Rock Or Bust" zaserwowanego na początek, zaraz po wybrzmieniu ciekawego intro (asteroida AC/DC zmierzająca w stronę Ziemi), po nieśmiertelne "For Those About To Rock (We Salute You)". Coraz starsi (to widać!) muzycy ciągle dają z siebie wszystko a Angus Young, jak zwykle z szelmowskim uśmiechem na twarzy, tarzał się po scenie na tle wybuchającego konfetti. Wiem, że jest to może zbyt kiczowaty element rock'n'rolla, ale trudno, ja go uwielbiam.

Również Brian Johnson nie zawodzi w kwestii swoich zdolności wokalnych, tyle że właśnie jego słychać było na koncercie najgorzej. Do niższych trybun docierało jedynie sprzężone buczenie z którego tylko na upartego dawało się wyłowić poszczególne linie melodyczne, o ile oczywiście znało się na pamięć poszczególne utwory. Mam wrażenie, że w trakcie występu starano się problem naprawić, ale nagłośnienie wokalu do końca zawodziło najbardziej. Całość prezentowała się jak bootlegowe nagranie występu sprzed dwudziestu lat, a nie o to przecież chodzi, gdy człowiek wybiera się za duże pieniądze na koncert.

Dobrze przynajmniej, że zespół jest w naprawdę wielkiej formie. Wykonanie "Whole Lotta Rosie" z wielkim gumowym manekinem kobiety o pełnych kształtach w tle sceny było porywające. Nie zabrakło również obowiązkowych "Back In Black", "You Shook Me All Night Long" czy "Highway To Hell". Nie było za to "Jack", a szkoda. Kontaktu z publicznością mógłby za to pozazdrościć Angusowi KAŻDY aktywny muzyk sceniczny. Tym bardziej żałuję, że być może ostatni już koncert AC/DC w Polsce został popsuty przez tak przyziemne sprawy jak akustyka. Podsumowując, występ był udany, tylko technika znowu zawiodła. Z mocnym wskazaniem na "znowu". [Jakub Kozłowski]

2 września 2015


GHOST Meliora, [2015] Spinefarm Records || Daje pierwszą dziesiątkę. Stało się i nic na to nie poradzę. A naprawdę nie chciałem. Najwyższa ocena kojarzy się bowiem z czymś skończonym, progiem, którego przekroczyć się już nie da. Na pewno nie jest to przesądzone w przypadku Ghost, który z każdą płytą pokazuje, jak wielką wagę zespół przywiązuje do różnorodności i naturalnego rozwoju prezentowanej stylistyki.

Przyznaję, że na siłę wyszukiwałem powody dla których nie powinienem tak wysoko ocenić płyty "Meliora". Oczywiście udało mi się znaleźć kilka braków: a to wokal zbyt popowy, a to wizerunek muzyków mocno przesadzony, przybierający właściwie formę samodzielnego narzędzia promocji. Ponadto jak na mój gust produkcja albumu jest zbyt wygładzona. Po wielokrotnym i bynajmniej niewymuszonym odsłuchu albumu nadal chętnie podpiszę się pod wszystkimi wymienionymi brakami. Wciąż je dostrzegam, tyle że w ostatecznym rozrachunku nie mają one wielkiego znaczenia. "Meliora" jest jednym z tych albumów, które potrafią całkowicie pochłonąć słuchacza. Jest tak potwornie, tak obrzydliwie i bezczelnie melodyjny, że nie sposób skupić się jedynie na dwóch czy trzech utworach stanowiących o sile płyty. Powiem nawet, że ani jeden utwór, riff czy melodia nie ustępuje poziomem pozostałym, konsekwentnie budując spójny, intrygujący klimat całości. Nie odczuwa się wcale, bardzo często występującej w przypadku innych płyt, chęci przeskoczenia kilku mniej przyswajalnych nagrań. Gdyby Abba miała dziecko z (nie przymierzając) Morbid Angel narodziłby się Ghost. Dzieciak, nie będąc ani tak grzecznym jak matka, ani tak ekstremalnym i konsekwentnym jak tatuś, chadza własnymi ścieżkami wypracowując swój rozpoznawalny styl. Jest być może odrobinę pozerski, ale tak pełny uroku, że może pozwolić sobie na dużo więcej niż inni. Ja mu w każdym razie wybaczam wszystko i włączam album ponownie.


I co słyszę? Fenomenalny, odrobinę niepokojący a równocześnie utrzymany mocno w stylistyce retro wstęp do utworu "Spirit". Jeżeli ktoś fascynował się w dzieciństwie serialami science-fiction typu "The Twilight Zone" czy filmami Eda Wooda bez wątpienia dostrzeże podobny, odrobinę pastiszowy klimat nagrania. Wstęp rozwija się powoli prowadząc do niezwykle satysfakcjonującej konkluzji w stadionowym wręcz refrenie. Zanim jednak zdamy sobie sprawę z finezji, z jaką utwór ten został skonstruowany, wchodzi ciężki bas kolejnego na liście "From The Pinacle To The Pit". Początkowy ciężar utworu jest jednak bardzo złudny a całe nagranie prowadzi słuchacza w stronę bardziej ambitnego popu. Ghost robi to jednak z wielką wprawą, nigdy nie przekraczając cienkiej linii między radiowym pop-szlagierem a chwytliwym nagraniem rockowym. Gdy dołożymy do tego jeszcze z założenia bluźniercze teksty, otrzymamy elektryzującą mieszankę, której "From The Pinacle To The Pit" wraz z singlowym "Cirice" są najlepszym przykładem. O ile jednak "Cirice" nadal może pochwalić się uderzającą melodyką linii wokalnej to praca gitar wskazuje już wyraźnie na metalowe korzenie zespołu. Nie bez powodu to właśnie do "Cirice" nakręcono promocyjne video, nawiązujące stylistyką do "Carrie", debiutanckiej powieści Stephena Kinga. Następnie zespół serwuje nam wyciszenie przy instrumentalnym, przesyconym średniowiecznym klimatem "Spöksonat", by po niewiele ponad minucie przejść w jeden z najlepszych (i mających największy potencjał na radiowy hit, którym ze względu na tematykę tekstów nigdy nie będzie) "He Is". Po wybrzmieniu utworu jesteśmy dopiero w połowie albumu a pozostała część niczym nie ustępuje pierwszej. Szczególnie wyróżnia się hard rockowe, bezczelnie (znowu!) melodyjne "Majesty". I tak mógłbym wymieniać aż do końca. Lepiej jednak "Meliora" posłuchać.

Muzyka Ghost nie stanowi być może najbardziej ambitnej twórczości w obrębie rockowej stylistyki. Nie przeczę, że to inne zespoły rewolucjonizować będą rynek muzyczny, wyznaczając trendy na kolejne lata. Zupełnie jednak mnie to nie obchodzi. Przy wszystkich płytach, które ostatnio regularnie odsłuchuje, to Ghost sprawia mi najwięcej przyjemności a moim zdaniem właśnie „przyjemność” powinna kojarzyć się z dobrą muzyką. "Meliora" jest doskonałym albumem. Jednak tym, co przekonuje mnie najbardziej o świetlanej przyszłości zespołu jest fakt, że nadal nie potrafię powiedzieć, czy "Meliora" jest lepszym albumem od poprzedniego dzieła Ghost, płyty "Infestissumam". Fakt ten szatańsko mnie cieszy! 10/10 [Jakub Kozłowski]

27 sierpnia 2015


PERCUSSIONS 2011 Until 2014, [2015] Text Records || Od czasów "There Is Love In You", albumu dorównującemu na wskroś epokowemu "Rounds", Four Tet jakoś nie ma szczęścia. Otwarcie dawnych archiwów, jasne, ucieszyło licznych przecież fanów Kierana Hebdena, ale z nową muzyką Four Tet jest już w ostatnich latach gorzej, ba, nawet jego firmowe remiksy nie mają już tej świeżości co kiedyś. Na kompilacyjnym "Pink" jeszcze były momenty, "Beautiful Rewind" jest nieszkodliwym, choć zdecydowanie najsłabszym albumem w katalogu Four Tet, najnowszy "Morning/Evening" póki co brzmi niestety lepiej jako koncept na papierze niż w zatopionej w bollywoodzkim samplu wokalnym rzeczywistości.

Zawsze wydawało mi się, że muzyka Four Tet najsłabiej prezentuje się wtedy, gdy opiera się na perkusyjnych loopach i eksperymentach z rytmem, jak niegdyś na "Everything Ecstatic", który po czasie jednak znacznie zyskuje. Sam Hebden jasno deklaruje, że ostatnimi czasu jest to zawsze dla niego świadomy punkt wyjścia, czego efektem są właśnie dwie ostatnie płyty Four Tet. Jeśli zatem swój poboczny projekt zdecydował się nazwać na cześć najmniej mnie przekonującego elementu swego warsztatu, to przyznaję, celowo zdecydowałem się go pominąć. Błąd. Percussions to najlepszy zestaw muzyki Kierana Habdena od czasów "There Is Love In You" właśnie.


Czy utwory te mogły się ukazać się pod znanym na całym świecie szyldem Four Tet? Nie wiem i nie będziemy wdawać się w semantyczne rozważania, faktem jest, że jako pozornie prostsze, czy może raczej bardziej pierwotne, różnią się od obudowanych ornamentami kompozycji Four Tet. Ale warsztat Hebdena jest z miejsca rozpoznawalny i to właśnie ten niebywały warsztat jest głównym bohaterem i atutem Percussions. Te utwory najlepiej bowiem pokazują jak misterną i precyzyjną konstrukcją jest muzyka elektroniczna. Nie ma tu przypadkowości i losowego generowania dźwięków, nie ma też improwizacji i swobodnego oddania się tworzeniu, jest wyłącznie chirurgiczna wręcz precyzja doboru i układu dźwięków. Bezduszność? Skądże znowu. Weźmy już pierwsze w zestawie szybkie techniczne "February 2014", w którym pojawiają się kolejne warstwy, całość nabiera intensywności, głębi, taneczności, ale cały czas bazuje na pierwotnym rytmie. Słuchając Percussions można się bezustannie zastanawiać dlaczego ten dźwięk, warstwa, zmiana pojawia się akurat w tym a nie w innym momencie, dlaczego akurat ta a nie inna kombinacja brzmi tak dobrze? My tego nie wiemy, ale wie niezwykle utalentowany człowiek, Kieran Hebden.

"2011 Until 2014" jest w zasadzie również kompilacją, część utworów ukazała się już wcześniej na winylowych singlach. Tymczasem jak żaden inny długogrający materiał Four Tet brzmi jak skończony, przemyślany album, pozbawiony zarówno przypadkowość, jak i zawsze u Four Tet obecnych wypełniaczy. Taneczny bit prowadzi od początku do końca, w "Sext" brzmiąc jakby faktycznie dobiegał zza drzwi pełnego klubu, ale już niemal na samym początku mamy najwięcej eksperymentów, jak w "Blatant Water Canon" które z pozornie przypadkowych naciśnięć pada przeradza się w taneczny UK garage'owy kawałek. Następnie pojawia się coraz więcej przystępnych elementów, deep house, techno, sample, afrykańskie bębny, by w najbardziej klubowo brutalnym "KHLHI" po mistrzowsku wplótł się klasyczny pop z lat 60-tych.  A po twardym, nerwowym "Bird Songs" końcówka stosunkowo najbardziej zbliża się do klasycznych brzmień Four Tet.

Gdy znani muzycy decydują się poszaleć z bardziej pierwotną, klubowo-taneczną muzyką często decydują się na ukrycie się za nowym szyldem, Toro Y Moi pospełniał się jako Les Sins, Caribou jako Daphni. Z jednej strony jednak te spychane na pobocze dokonania okazują się po prostu nie aż tak dobre jak można było by się spodziewać, ale z drugiej strony odbiera się im tym szansę szerszego zaistnienia. Nad czym, jak i nad brakiem fizycznego wydania, trzeba szczególnie ubolewać w przypadku Percussions, ewidentnie zbierającego najlepsze dokonania Four Tet ostatnich paru lat. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

26 sierpnia 2015


LANKS Banquet EP, [2015] self-released || W kategorii australijskich brodaczy Chet Faker zdaje się rządzić niepodzielnie. Jednak gdyby zgolić mu potężne brodziszcze efekt wizualny, mam wrażenie, nie byłby tak atrakcyjny. Poważnie jednak mówiąc, Lanks to nie mniej utalentowana konkurencja. Oczywiście tak jednoznaczne porównanie dla debiutanta może być najpewniej krzywdzące, ale posłuchajcie tylko, nawet bez wiedzy o australijskim pochodzeniu, to pierwsze skojarzenie jakie przychodzi do głowy. Problem w tym, że Lanks, czyli Will Cuming, na scenie męskiego melancholijno-alternatywnego r'n'b podbarwionego popem i elektroniką, debiutuje dość późno, ale jednocześnie wydaje się być jednym z najbardziej utalentowanych jej przedstawicieli. Chet Faker może czuć się poważnie zagrożony, póki co, góruje jedynie doświadczeniem, Active Child jest bardziej afektowany niż efektowny, Deptford Goth po swym drugim albumie może poczuć się pokonany.

Lanks nawet jeszcze tak naprawdę nie zadebiutował, jeśli za wyznacznik początku kariery przyjmiemy wydanie długogrającego albumu. Już debiutancka epka "Thousand Piece Puzzle", którą razem z singlem "Brave Man" oraz obrazkiem kota, chyba nadal można pobrać za darmo stąd, brzmiała całkiem obiecująco, ale to singiel "Settle Down" nie pamiętam jak, gdzie i kiedy zwrócił moją uwagę. Takie na poły przypadkowe odkrycia są równie rzadkie co cenne. Rozpoczynający ten utwór falsetowy refren może początkowo co najwyżej intrygować, ale szybko staje się powolną, kroczącą, nastrojową piosenką, niezwykle śpiewną i najbardziej na zapowiadanej przez nią epce "Banquet" dopracowaną. Lanks bezwstydnie snuje melodię, w którą wplata dźwięki organów oraz bardzo subtelną gitarę, w efekcie "Settle Down" to jedna z najprzyjemniejszych piosenek jakie w ostatnich miesiącach słyszałem.


Gitara staje się w piosence "Aurelia" środkiem do całkiem efektownej eskalacji i dodania brzmieniu sporej dawki ciepła, mimo, że i ten wiedzie bit z automatu perkusyjnego. Ten akurat utwór brzmi jak podejście Radiohead to alternatywnego r'n'b, sam Will Cuming swym falsetem zdaje się zbliżać do Yorke'owych wokaliz, w niższych zaś rejestrach do wspomnianego już Fakera. W "Beach Houses" niezwykle sprawnie odmalowuje lekki, ciepły, plażowy klimat, dźwięki syntezatora na hiphpowym rytmie funkowo bujają, Cumimg niemal rapuje a w repetytywnym finale do jego głosu dołącza żeński wokal oraz, co póki co jest drobnym znakiem firmowym Lanks, flet. "Brothers Of The Mountain", płynnie przechodzące w najskromniejsze na epce "Whale Song", przynosi próbę odważniejszego śpiewu, ale też ustabilizowanie brzmienia Lanks jako połączenia elektroniki i subtelnej gitary. Na tym samym rozwiązaniu bazuje rozpoczynające całość "Hold Me Closer", choć tu akurat znak zapytania można postawić przy elektronice niebezpiecznie cofającej się do lat 90-tych, szczególnie wkraczając w drum'n'bassowy beat. Albo to zatem niekoniecznie przemyślany początek, albo wyznacznik wzmagającego się trendu. Zobaczymy.

"Banquet" znaleźć możecie na Bandcampie Lanks, posłuchać choćby na Spotify. Choć czas i konkurencja zdają się sympatycznemu Australijczykowi nie sprzyjać, to warto czekać na pełen album i obserwować z jaką radością przyjmuje wszelkie znaki rosnącej, na razie na rodzimym kontynencie, popularności. Ostatnio supportował tam znaną nam przecież niezła, choć chyba przereklamowaną duńską wokalistkę MØ, której piosenkę zresztą spontanicznie nagrał. Różne są zatem drogi i spore szanse, że o Lanks jeszcze zasłużenie usłyszymy. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 sierpnia 2015


THE ORDER OF ISRAFEL Wisdom, [2014] Napalm Records || Wszystko zaczęło się wraz z powstaniem zespołu Black Sabbath. No, może nie jest to do końca prawdą, niemal równocześnie z wypuszczeniem debiutu Sabsów jeszcze jeden zespół wpłynął na kształt późniejszego kanonu. Tym zespołem był Black Widow, tworzący utwory pełne przestrzeni, bluźnierczych tekstów i mistycyzmu. Album "Sacrifice" młodszy jedynie o miesiąc od pierwszej płyty Sabbathów stał się dla wielu wykonawców wzorem w jaki sposób budować niepokojący klimat nagrań (ze szczególnym wskazaniem na utwór "Come To The Sabbat"). Jednak to właśnie Black Sabbath został dostrzeżony przez rzesze fanów oraz skostniały (w latach 70-tych wcale nie w mniejszym stopniu jak obecnie) rynek wydawniczy. To również muzycy z Birmingham wprowadzili charakterystyczne powolne, niepokojące riffy grane na obniżonym stroju gitary.

W czasach, gdy powstawały najsłynniejsze płyty Sabbathów nikt jeszcze nie bawił się w bardziej szczegółową specyfikację dokonań Brytyjczyków. Dla ówczesnych fanów zespół grał rocka. Mrocznego, dusznego, powolnego, ale jednak rocka. Bardziej dociekliwi mogli co najwyżej dodać przedrostek "hard". O tym, że wszyscy oni byli w błędzie dowiódł dopiero szwedzki zespół Candlemass nagrywając w 1986 roku płytę "Epicus Doomicus Metallicus". Wówczas uznano, że lata 70-te stały się świadkiem narodziny jednego z najbardziej wpływowych i płodnych rodzajów muzyki - doom metalu. Artyści prezentujący wspomnianą stylistykę zgodnie chylili czoła przed dokonaniami Sabbathów, Pentagramu czy, w mniejszym stopniu, wspomnianego Black Widow. Muzyka pełna "walcowatych" riffów, motorycznych pasaży, doprawiona nutką psychodelii i religijnych (bynajmniej nie chrześcijańskich) odniesień została ukonstytuowana. Jednak, jak to zwykle bywa, doom metal nie miał i nie ma jednego oblicza. Dwie drogi, którymi mogli podążać późniejsi naśladowcy Sabsów da się prześledzić już na podstawie dokonań samych mistrzów gatunku. W latach 80-tych i później cześć zespołów podążyła ścieżką wyznaczoną przez utwór "Black Sabbath" (ciężkie, niepokojące dźwięki, wolne tempa wzbogacone gotyckim tekstem) a inni skierowali swe kroki w stronę "Sabbra Cadabra" (utwory szybsze, zbliżające się swą stylistyką do klasycznego rocka). Współczesnym reprezentantem pierwszej ze wspomnianych stylistyk jest The Order Of Israfel, drugiej, młody zespół Orchid, o nim jednak przy innej okazji.


O The Order Of Israfel zapewne nie słyszał niemal nikt wśród współczesnych znawców muzyki. Nie znajdziemy wywiadów z zespołem w polskich mainstreamowych pismach muzycznych. Nie jestem nawet pewien czy zostali oni zaszczyceni recenzją swojego debiutanckiego krążka. A szkoda. Płyta "Wisdom" jest bowiem jednym z najlepszych albumów roku 2014. Słuchacz nie znajdzie na niej wyrachowanego promedialnego zacięcia, każącego muzykom skracać utwory wykraczające poza przysłowiowe 3,5 minuty. Nie ma również modnej produkcji wprowadzającej w zupełnie nieprzystającą stylistykę elementów muzyki pop czy soul (co dzieje się coraz częściej, a przykładem który w tym momencie najbardziej ciśnie się mi na usta są godne pożałowania solowe dokonania Chrisa Cornella).

Jak wspominał Tom Sutton, autor całego niemal repertuaru zawartego na debiucie, muzyka którą pisze musi przede wszystkim spełniać jego własne wyśrubowane wymogi, trafiać w jego muzyczne gusta. Dzięki temu (biorąc również pod uwagę bogatą przeszłość sceniczną Suttona chociażby z Church Of Misery) otrzymaliśmy płytę do bólu szczerą, pełną emocji a równocześnie klinicznie wyważoną i przemyślaną. I nie jest to wcale sprzeczność. Odrobinę wycofany, przytłumiony wokal Suttona przekazuje bowiem więcej emocji niż dziesiątki płyt wokalistów dla których jedynym sposobem ukazania wagi wyśpiewanego tekstu jest nagminnie wplatane vibratto. Na albumie "Wisdom" wpływy Black Sabbath, Pentagram, Candlemass, Cathedral (ale również np. Motörhead) są wyraźne, przy czym nie ograniczają się wyłącznie do prostego naśladownictwa. Nie przysłaniają własnego stylu, który zespół był w stanie wykształcić już na debiucie, pokazując równocześnie, że The Order Of Israfel odrobili lekcję z historii muzyki.


Wynika to również z faktu, że gros utworów powstał pomiędzy opuszczeniem przez Suttona Church Of Misery a jego przeprowadzką do Szwecji. Poszczególne kompozycje powstawały na długiej przestrzeni czasu, dzięki czemu wielokrotnie przechodziły surową selekcję autora, okrzepły i nabrały charakteru. Aby zrozumieć czemu ta płyta jest wyjątkowa wystarczy posłuchać utworów "Wisdom", "Born For War" czy przede wszystkim monumentalnego "Morning Sun (Satanas)". Następnie proponuje wsłuchać się w klasycznie horrorowy tekst utworu "The Noctuus" i wrażenia doprawić niemal progresywnym "Promises Made To The Earth". Pomimo tematyki oscylującej w większości wokół powieści grozy przywodzącej na myśl dokonania H.P. Lovecrafta ("The Noctuus", "On Black Wings, A Demon", "The Earth Will Deliver What Heaven Desires") zespół nie popada w pastisz. W żadnym momencie nie staje się swoją własną karykaturą, o co niezwykle łatwo przy wspomnianej stylistyce.

Przed zapoznaniem się z płytą The Order Of Israfel uważałem, że "13" Sabbathów jest dobrym podsumowaniem kariery muzyków, płytą ciekawą stylistycznie i dojrzałą. Dopiero "Wisdom" uświadomiło mi jak zachowawcze danie podali nam pionierzy doom metalu. Nie wróżę jednak The Order Of Israfel zawrotnej kariery. Niestety, nie te czasy, nie ta stylistyka, a zespół nawet w obrębie doom metalu wydaje się być projektem niszowym. W żadnym stopniu nie odbiera to przyjemności z obcowania z ich muzyką. Słuchając melodeklamacji Suttona w "The Vow" która po kilku minutach przeradza się w potężny riff utworu "Morning Sun" pomyślcie, jak dużo uwagi poświęcono by tej płycie, gdyby jako autorzy podpisani zostali Iommi, Osbourne, Butler, Ward. Tylko, czy muzyka przez to stała by się jeszcze lepsza? Nie sądzę. Zatem może zamiast ciągle oczekiwać na to, co wydarzy się w obozie Sabsów, rozejrzyjmy się dookoła. Wyniki poszukiwań mogą bowiem pozytywnie zaskoczyć. 9/10 [Jakub Kozłowski]

20 sierpnia 2015


KVĚTY Miláček slunce, [2015] Indies Scope || O Květach myślę zawsze gdy pada pytanie o wyróżnik czeskiej muzyki. Nie tylko dlatego, że są jednym z moich ulubionych zespołów i jednym z pierwszych, w Polsce zasadniczo nieznanych, które w Czechach poznałem. Květy, czołowi reprezentanci morawskiej alternatywy, w typowo czeski sposób sięgają po lokalne tradycje i uwspółcześniają je zachowując jednak oryginalność i miejscową tożsamość.

Oficjalnym debiutem grupy był wydany w 2004 roku album „Jablko jejího peří”, jednak już wcześniej Květy wydały własnym nakładem szereg domowych tytułów, spośród których ostatni „Daleko hle dům” doczekał się późniejszej reedycji. Oba te materiały powstały praktycznie w tym samym czasie i o ile bardziej dopracowane i klarowniejsze „Jablko jejího peří” było w swej ówczesnej dziwności przystępniejsze i bardziej piosenkowe pod względem struktury i treści kompozycji, to surowe „Daleko hle dům” przyniosło jeszcze odważniejszy i unikatowy zlepek alternatywnego folku, rocka i współczesnego szansonu. Sama muzyka, na wskroś teatralna i w duchu morawska, zdawała się opowiadać historie, miejscami w całkiem intensywny sposób. Wtedy właśnie, wśród korzeni Kwiatów, znaleźć można było wspólne dla brneńskiej alternatywy i tak charakterystyczne dla czeskiej sceny swobodne, uwolnione wręcz podejście do miejscowych folkowych tradycji naturalnie tłumaczonych na współczesny język. To samo brzmienie i ulotna atmosfera, którą inną gałęzią stało się później DVA.


Szybkie zdobycie i umocnienie swych pozycji Květy dokonały dzięki swoistej trylogii albumów „Kocourek a horečka”, „Střela zastavená v jantaru” oraz „Myjau”. „Kocourek…”, choć jako jedyny album stworzony wyłącznie w duecie, zdecydowanie opowiedział się po bardziej piosenkowej niż ilustracyjnej stronie Květów, ale jeszcze niekoniecznie przebojowej. Stopniowo też ich piosenki nabierały coraz mocniejszego rockowego charakteru, na pierwszy plan jednak zdecydowanie wysunął się Martin E. Kyšperský ze swym charakterystycznym głosem i sposobem frazowania. Wokalne eksperymenty posunął do granic przyswajalności na „Střele…”, zarazem album ten, radośniejszy, bardziej melodyjny i znów bardziej rockowy, przyniósł pełniejsze zespołowe brzmienie i pierwsze prawdziwe przeboje.

Droga do „Myjau” była zatem logiczna i konsekwentna, ta najlepsza w dorobku Květów regularna płyta idealnie wyważyła wszystkie dotychczasowe elementy, nastroje, brzmienia w spójną, piosenkową, ale niebanalną całość. Mocne kompozycje bez wyjątku uwodziły, wokal stał się integralną częścią piosenek, które swą morawską alternatywę doprowadziły niemal do post-rockowej intensywności. Powagę „Myjau” szybko skontrowało „V čajové konvici. Písně z projektu Svět podle Fagi” napisane jako ścieżka dźwiękowa do opartego na komiksowych paskach przedstawienia teatralnego, świata zatem całkowicie dla Květów naturalnego. Lekkość tego materiału niesamowicie uwodzi, pełne pomysłów i gości piosenkowe miniatury przyniosły jednorazowo znaczące poszerzenie brzmienia zespołu, stając się obok „Myjau” jego najlepszym albumem.


Stąd też „Bílé včely” zainaugurowały stabilny okres w historii Květów, co znów jest rzeczą całkiem naturalną dla zespołu z tyloma już tytułami w dyskografii. Muzyka stała się może mniej ekscytująca i zaskakująca, Květy łatwiej już zakwalifikować po prostu do dziedziny piosenkowego alternatywnego rocka, ale zarazem zespół nie ustaje w modyfikowaniu swojego ustabilizowanego już brzmienia, tutaj choćby o subtelną elektronikę, ale i bardziej minimalistyczne podejście do kompozycji i aranżacji niż w rozbuchanych czasach „kociej” trylogii. Najnowszy „Miláček slunce” jest zatem zarówno kontynuacją i rozwinięciem brzmienia dojrzałych Květów z poprzedniego albumu.

"Je podzim" jest modelową piosenką Květów z typową dla nich rytmiką, pogadankowymi zwrotkami i chwytliwie emocjonalnym refrenem oraz instrumentarium na które obok obowiązkowych smyczków i kontrabasu składają się, to nowość, organy. Znakomity, rozpędzony "Syn" to nerwowe, niemal punkowe podejście do folku z punktowanym, łamiącym język refrenem (Ty přece víš víc než já vím). Jeszcze mocna, prawie zeppelinowa, smyczkowa motoryka w "Opičí král (ještě přece je čas)" zagęszcza emocje, ale reszta płyty porzuca brzmienie grającego morawski folk Arcade Fire i eksploruje sygnalizowany już na "Bílé včely" minimalizm.

"ČKNO" zbliża się wręcz do ambientu, minimalizm, ale nie surowość, eksponuje tutaj wszystkie świetnie wyprodukowane aranżacyjne detale. Elektronika najsilniej odznacza się w piosence "Cizinec", swoiście anty-post-rockowej, bo tak nierockowe instrumenty jak wiolonczela i kontrabas użyte zostały w sposób jak najbardziej rockowy. Kontemplacyjnie brzmi "Kočičí dům", w finałowym "Psi" powracają zaś mocniejsze, hałaśliwe akcenty. "Miláček slunce" to jednak zdecydowanie album na którym mniejszy nacisk położono na kompozycje, chwytliwość, przebojowość, większy zaś na produkcję, wyeksponowanie poszczególnych brzmień, dawniej opadających na słuchacza lawiną, tutaj powoli, nomen omen, kwitnących.

Do Květów nie trzeba przekonywać nikogo na rodzimym rynku. Ich charakterystyczna poetyka i brzmienie od lat tworzą uznaną markę. Zespół ten jest najlepszym przykładem specyfiki czeskiej muzyki, która opiera się na lokalnych tradycjach bez oglądania się na zachodnie wzorce a brzmiącej przy tym nowocześnie, autorsko i intrygująco, podczas gdy w Polsce "mainstream alternatywy" zdaje się kopiować z mniejszym lub większym opóźnieniem światowe trendy tracąc autentyczność i konkurencyjność. Pomimo bariery językowej takie płyty jak "Myjau" i "V čajové konvici" powinny trafić do zaciekawionego polskiego słuchacza. "Miláček slunce" może być kolejnym krokiem na nadchodzącą jesień. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

14 sierpnia 2015


Floex to nazwa która padała tu już wielokrotnie i zawsze z tym samym opisem. Powtórzę go po raz kolejny, nietypową jet bowiem droga, dzięki której artysta z Czech stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych poza granicami swego kraju. Debiutancki album "Pocustone" stał się w Czechach tytułem kultowym, tym bardziej, że na następcę, płytę "Zorya" czekać trzeba było ponad dekadę. W międzyczasie jednak Tomáš Dvořák zdobył uznanie na świecie dzięki pisanej pod własnym imieniem muzyce do gier niezależnego czeskiego studia Amanita Design: Samorost 2 i przede wszystkim Machinarium. Zarówno gry, jak i muzyka, zdobyły szereg nagród, sukces studia umocniła tylko Botanicula (ze ścieżką dźwiękową napisaną przez DVA) a jego tytuły stopniowo pojawiają się na kolejnych platformach, ostatnio wreszcie na Androidzie.


Studio powraca do swoich korzeni i pracuje aktualnie nad trzecim Samorostem (w ramach ciekawostki w część pierwszą możecie pograć za darmo w przeglądarce). Ścieżkę dźwiękową przygotowuje oczywiście znów Tomáš Dvořák (tym razem już jako Floex), który w czerwcu opublikował jej nietypowy przedsmak. Epka "Samorost3 Pre​-​Remixes" zawiera remiksy jeszcze nieznanych finalnych kompozycji i mimo, że udostępniona została jako name your price, to bardzo szybko okazała się jednym z najlepiej sprzedających się tytułów na Bandcampie. To nie tylko siła muzyki Dvořák i marki Amanity, ale też zachwytu w jaki na swoim Facebook'u i Twitterze wpadł po wysłuchaniu epki sam... Jon Hopkins. Floexowi pozostaje pogratulować sukcesu, Hopkinsowi wyczucia a w oczekiwaniu zarówno na grę, jak i na pełną ścieżkę dźwiękową, koniecznie trzeba zapoznać się też z wcześniejszymi tytułami Floexa/Dvořáka na jego Bandcampie.

Mimo sezonu wakacyjnego, sprzyjającego bardziej festiwalowej konsumpcji niż płytowym premierom, nowe albumy wydały Květy oraz Kittchen, te jednak (prędzej czy później) doczekają się osobnych recenzji. Tymczasem latem ukazało się również parę drobnostek Choćby dwupiosenkowa epka "Sick Pop", formalny debiut grupy Selective Mute, w której wokalistką jest Marie Kieslowski. Zespół powstał jeszcze zanim Marie odniosła wielki sukces w fantastycznym duecie Kieslowski, ale najwyraźniej nastał czas by odreagować po kruchych miłosnych balladach i wielkomiejskim folku, bo "chory pop" Selective Mute jest zadziorny, hałaśliwy i intensywny. Aha, Marie to urocza i zabawna osoba, więc uspokajam, wąs z poniższego videa nie jest prawdziwy.


Nareszcie ktoś wpadł na pomysł prezentowania w Polsce czesko-słowackiej muzyki, choć w odrobinę szerszym środkowoeuropejskim kontekście. I oczywiście nie ma ku temu, co potwierdzam jako historyk, lepszego miejsca niż Śląska. Wojciech Kucharczyk na tegorocznym Tauronie zaprezentuje w ramach sceny Carbon Central szereg wykonawców z Polski, Czech, Węgier i Słowacji. Pojawi się tam choćby Jacques Kustod, o którym pisałem przy okazji prezentacji słowackiego labelu Exitab. Czechy prezentować będzie jednak Ventolin, czyli spełniony sen nauczyciela akademickiego o podwójnym życiu. Za dnia antropolog na Uniwersytecie Karola, nocami producent archaiczno-ironicznego techno (i połowa duetu Kazety, którego nowy album bym przyjął z radością). Jego nową epkę "Playbour" (znów tylko dwa utwory, no halo, moi mili Czesi, dwa utwory to chyba raczej singiel?) pobrać możecie z ventolinowego Bandcampa, ale obejrzyjcie też teledysk!


Powracając do wątku gier - jak Floex z Amanita Design, tak Kubatko związany jest ze studiem Hexage. Jeśli znacie takie gry jak RadiantRobotekRadiant Defense czy Reaper, to słyszeliście już muzykę którą pod pseudonimem Kubatko stworzył Jakub Holovský. Ścieżki dźwiękowe i regularne albumy możecie zakupić na jego Bandcampie, ale ciekawi jego początków pobrać mogą za darmo udostępniony ostatnio dziesięcioletni już minialbum o jakże młodzieńczym tytule "Fuck Off This Is My World".



I na koniec, jeśli chcecie wiedzieć jak brzmi hipsterska Praga (wiecie, piwo na nabrzeżu Wełtawy, koncerty w sklepach z winylami, projekcje filmów w miejscu niegdysiejszego pomnika Stalina) to posłuchać możecie Mayen, których epka "Elegy" jest ostatnim tytułem labelu Starcastic. Choć z tego akurat wydawnictwa czekamy na zapowiedziany już na październik nowy album Please The Trees. [Wojciech Nowacki]