27 sierpnia 2015


PERCUSSIONS 2011 Until 2014, [2015] Text Records || Od czasów "There Is Love In You", albumu dorównującemu na wskroś epokowemu "Rounds", Four Tet jakoś nie ma szczęścia. Otwarcie dawnych archiwów, jasne, ucieszyło licznych przecież fanów Kierana Hebdena, ale z nową muzyką Four Tet jest już w ostatnich latach gorzej, ba, nawet jego firmowe remiksy nie mają już tej świeżości co kiedyś. Na kompilacyjnym "Pink" jeszcze były momenty, "Beautiful Rewind" jest nieszkodliwym, choć zdecydowanie najsłabszym albumem w katalogu Four Tet, najnowszy "Morning/Evening" póki co brzmi niestety lepiej jako koncept na papierze niż w zatopionej w bollywoodzkim samplu wokalnym rzeczywistości.

Zawsze wydawało mi się, że muzyka Four Tet najsłabiej prezentuje się wtedy, gdy opiera się na perkusyjnych loopach i eksperymentach z rytmem, jak niegdyś na "Everything Ecstatic", który po czasie jednak znacznie zyskuje. Sam Hebden jasno deklaruje, że ostatnimi czasu jest to zawsze dla niego świadomy punkt wyjścia, czego efektem są właśnie dwie ostatnie płyty Four Tet. Jeśli zatem swój poboczny projekt zdecydował się nazwać na cześć najmniej mnie przekonującego elementu swego warsztatu, to przyznaję, celowo zdecydowałem się go pominąć. Błąd. Percussions to najlepszy zestaw muzyki Kierana Habdena od czasów "There Is Love In You" właśnie.


Czy utwory te mogły się ukazać się pod znanym na całym świecie szyldem Four Tet? Nie wiem i nie będziemy wdawać się w semantyczne rozważania, faktem jest, że jako pozornie prostsze, czy może raczej bardziej pierwotne, różnią się od obudowanych ornamentami kompozycji Four Tet. Ale warsztat Hebdena jest z miejsca rozpoznawalny i to właśnie ten niebywały warsztat jest głównym bohaterem i atutem Percussions. Te utwory najlepiej bowiem pokazują jak misterną i precyzyjną konstrukcją jest muzyka elektroniczna. Nie ma tu przypadkowości i losowego generowania dźwięków, nie ma też improwizacji i swobodnego oddania się tworzeniu, jest wyłącznie chirurgiczna wręcz precyzja doboru i układu dźwięków. Bezduszność? Skądże znowu. Weźmy już pierwsze w zestawie szybkie techniczne "February 2014", w którym pojawiają się kolejne warstwy, całość nabiera intensywności, głębi, taneczności, ale cały czas bazuje na pierwotnym rytmie. Słuchając Percussions można się bezustannie zastanawiać dlaczego ten dźwięk, warstwa, zmiana pojawia się akurat w tym a nie w innym momencie, dlaczego akurat ta a nie inna kombinacja brzmi tak dobrze? My tego nie wiemy, ale wie niezwykle utalentowany człowiek, Kieran Hebden.

"2011 Until 2014" jest w zasadzie również kompilacją, część utworów ukazała się już wcześniej na winylowych singlach. Tymczasem jak żaden inny długogrający materiał Four Tet brzmi jak skończony, przemyślany album, pozbawiony zarówno przypadkowość, jak i zawsze u Four Tet obecnych wypełniaczy. Taneczny bit prowadzi od początku do końca, w "Sext" brzmiąc jakby faktycznie dobiegał zza drzwi pełnego klubu, ale już niemal na samym początku mamy najwięcej eksperymentów, jak w "Blatant Water Canon" które z pozornie przypadkowych naciśnięć pada przeradza się w taneczny UK garage'owy kawałek. Następnie pojawia się coraz więcej przystępnych elementów, deep house, techno, sample, afrykańskie bębny, by w najbardziej klubowo brutalnym "KHLHI" po mistrzowsku wplótł się klasyczny pop z lat 60-tych.  A po twardym, nerwowym "Bird Songs" końcówka stosunkowo najbardziej zbliża się do klasycznych brzmień Four Tet.

Gdy znani muzycy decydują się poszaleć z bardziej pierwotną, klubowo-taneczną muzyką często decydują się na ukrycie się za nowym szyldem, Toro Y Moi pospełniał się jako Les Sins, Caribou jako Daphni. Z jednej strony jednak te spychane na pobocze dokonania okazują się po prostu nie aż tak dobre jak można było by się spodziewać, ale z drugiej strony odbiera się im tym szansę szerszego zaistnienia. Nad czym, jak i nad brakiem fizycznego wydania, trzeba szczególnie ubolewać w przypadku Percussions, ewidentnie zbierającego najlepsze dokonania Four Tet ostatnich paru lat. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

26 sierpnia 2015


LANKS Banquet EP, [2015] self-released || W kategorii australijskich brodaczy Chet Faker zdaje się rządzić niepodzielnie. Jednak gdyby zgolić mu potężne brodziszcze efekt wizualny, mam wrażenie, nie byłby tak atrakcyjny. Poważnie jednak mówiąc, Lanks to nie mniej utalentowana konkurencja. Oczywiście tak jednoznaczne porównanie dla debiutanta może być najpewniej krzywdzące, ale posłuchajcie tylko, nawet bez wiedzy o australijskim pochodzeniu, to pierwsze skojarzenie jakie przychodzi do głowy. Problem w tym, że Lanks, czyli Will Cuming, na scenie męskiego melancholijno-alternatywnego r'n'b podbarwionego popem i elektroniką, debiutuje dość późno, ale jednocześnie wydaje się być jednym z najbardziej utalentowanych jej przedstawicieli. Chet Faker może czuć się poważnie zagrożony, póki co, góruje jedynie doświadczeniem, Active Child jest bardziej afektowany niż efektowny, Deptford Goth po swym drugim albumie może poczuć się pokonany.

Lanks nawet jeszcze tak naprawdę nie zadebiutował, jeśli za wyznacznik początku kariery przyjmiemy wydanie długogrającego albumu. Już debiutancka epka "Thousand Piece Puzzle", którą razem z singlem "Brave Man" oraz obrazkiem kota, chyba nadal można pobrać za darmo stąd, brzmiała całkiem obiecująco, ale to singiel "Settle Down" nie pamiętam jak, gdzie i kiedy zwrócił moją uwagę. Takie na poły przypadkowe odkrycia są równie rzadkie co cenne. Rozpoczynający ten utwór falsetowy refren może początkowo co najwyżej intrygować, ale szybko staje się powolną, kroczącą, nastrojową piosenką, niezwykle śpiewną i najbardziej na zapowiadanej przez nią epce "Banquet" dopracowaną. Lanks bezwstydnie snuje melodię, w którą wplata dźwięki organów oraz bardzo subtelną gitarę, w efekcie "Settle Down" to jedna z najprzyjemniejszych piosenek jakie w ostatnich miesiącach słyszałem.


Gitara staje się w piosence "Aurelia" środkiem do całkiem efektownej eskalacji i dodania brzmieniu sporej dawki ciepła, mimo, że i ten wiedzie bit z automatu perkusyjnego. Ten akurat utwór brzmi jak podejście Radiohead to alternatywnego r'n'b, sam Will Cuming swym falsetem zdaje się zbliżać do Yorke'owych wokaliz, w niższych zaś rejestrach do wspomnianego już Fakera. W "Beach Houses" niezwykle sprawnie odmalowuje lekki, ciepły, plażowy klimat, dźwięki syntezatora na hiphpowym rytmie funkowo bujają, Cumimg niemal rapuje a w repetytywnym finale do jego głosu dołącza żeński wokal oraz, co póki co jest drobnym znakiem firmowym Lanks, flet. "Brothers Of The Mountain", płynnie przechodzące w najskromniejsze na epce "Whale Song", przynosi próbę odważniejszego śpiewu, ale też ustabilizowanie brzmienia Lanks jako połączenia elektroniki i subtelnej gitary. Na tym samym rozwiązaniu bazuje rozpoczynające całość "Hold Me Closer", choć tu akurat znak zapytania można postawić przy elektronice niebezpiecznie cofającej się do lat 90-tych, szczególnie wkraczając w drum'n'bassowy beat. Albo to zatem niekoniecznie przemyślany początek, albo wyznacznik wzmagającego się trendu. Zobaczymy.

"Banquet" znaleźć możecie na Bandcampie Lanks, posłuchać choćby na Spotify. Choć czas i konkurencja zdają się sympatycznemu Australijczykowi nie sprzyjać, to warto czekać na pełen album i obserwować z jaką radością przyjmuje wszelkie znaki rosnącej, na razie na rodzimym kontynencie, popularności. Ostatnio supportował tam znaną nam przecież niezła, choć chyba przereklamowaną duńską wokalistkę MØ, której piosenkę zresztą spontanicznie nagrał. Różne są zatem drogi i spore szanse, że o Lanks jeszcze zasłużenie usłyszymy. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 sierpnia 2015


THE ORDER OF ISRAFEL Wisdom, [2014] Napalm Records || Wszystko zaczęło się wraz z powstaniem zespołu Black Sabbath. No, może nie jest to do końca prawdą, niemal równocześnie z wypuszczeniem debiutu Sabsów jeszcze jeden zespół wpłynął na kształt późniejszego kanonu. Tym zespołem był Black Widow, tworzący utwory pełne przestrzeni, bluźnierczych tekstów i mistycyzmu. Album "Sacrifice" młodszy jedynie o miesiąc od pierwszej płyty Sabbathów stał się dla wielu wykonawców wzorem w jaki sposób budować niepokojący klimat nagrań (ze szczególnym wskazaniem na utwór "Come To The Sabbat"). Jednak to właśnie Black Sabbath został dostrzeżony przez rzesze fanów oraz skostniały (w latach 70-tych wcale nie w mniejszym stopniu jak obecnie) rynek wydawniczy. To również muzycy z Birmingham wprowadzili charakterystyczne powolne, niepokojące riffy grane na obniżonym stroju gitary.

W czasach, gdy powstawały najsłynniejsze płyty Sabbathów nikt jeszcze nie bawił się w bardziej szczegółową specyfikację dokonań Brytyjczyków. Dla ówczesnych fanów zespół grał rocka. Mrocznego, dusznego, powolnego, ale jednak rocka. Bardziej dociekliwi mogli co najwyżej dodać przedrostek "hard". O tym, że wszyscy oni byli w błędzie dowiódł dopiero szwedzki zespół Candlemass nagrywając w 1986 roku płytę "Epicus Doomicus Metallicus". Wówczas uznano, że lata 70-te stały się świadkiem narodziny jednego z najbardziej wpływowych i płodnych rodzajów muzyki - doom metalu. Artyści prezentujący wspomnianą stylistykę zgodnie chylili czoła przed dokonaniami Sabbathów, Pentagramu czy, w mniejszym stopniu, wspomnianego Black Widow. Muzyka pełna "walcowatych" riffów, motorycznych pasaży, doprawiona nutką psychodelii i religijnych (bynajmniej nie chrześcijańskich) odniesień została ukonstytuowana. Jednak, jak to zwykle bywa, doom metal nie miał i nie ma jednego oblicza. Dwie drogi, którymi mogli podążać późniejsi naśladowcy Sabsów da się prześledzić już na podstawie dokonań samych mistrzów gatunku. W latach 80-tych i później cześć zespołów podążyła ścieżką wyznaczoną przez utwór "Black Sabbath" (ciężkie, niepokojące dźwięki, wolne tempa wzbogacone gotyckim tekstem) a inni skierowali swe kroki w stronę "Sabbra Cadabra" (utwory szybsze, zbliżające się swą stylistyką do klasycznego rocka). Współczesnym reprezentantem pierwszej ze wspomnianych stylistyk jest The Order Of Israfel, drugiej, młody zespół Orchid, o nim jednak przy innej okazji.


O The Order Of Israfel zapewne nie słyszał niemal nikt wśród współczesnych znawców muzyki. Nie znajdziemy wywiadów z zespołem w polskich mainstreamowych pismach muzycznych. Nie jestem nawet pewien czy zostali oni zaszczyceni recenzją swojego debiutanckiego krążka. A szkoda. Płyta "Wisdom" jest bowiem jednym z najlepszych albumów roku 2014. Słuchacz nie znajdzie na niej wyrachowanego promedialnego zacięcia, każącego muzykom skracać utwory wykraczające poza przysłowiowe 3,5 minuty. Nie ma również modnej produkcji wprowadzającej w zupełnie nieprzystającą stylistykę elementów muzyki pop czy soul (co dzieje się coraz częściej, a przykładem który w tym momencie najbardziej ciśnie się mi na usta są godne pożałowania solowe dokonania Chrisa Cornella).

Jak wspominał Tom Sutton, autor całego niemal repertuaru zawartego na debiucie, muzyka którą pisze musi przede wszystkim spełniać jego własne wyśrubowane wymogi, trafiać w jego muzyczne gusta. Dzięki temu (biorąc również pod uwagę bogatą przeszłość sceniczną Suttona chociażby z Church Of Misery) otrzymaliśmy płytę do bólu szczerą, pełną emocji a równocześnie klinicznie wyważoną i przemyślaną. I nie jest to wcale sprzeczność. Odrobinę wycofany, przytłumiony wokal Suttona przekazuje bowiem więcej emocji niż dziesiątki płyt wokalistów dla których jedynym sposobem ukazania wagi wyśpiewanego tekstu jest nagminnie wplatane vibratto. Na albumie "Wisdom" wpływy Black Sabbath, Pentagram, Candlemass, Cathedral (ale również np. Motörhead) są wyraźne, przy czym nie ograniczają się wyłącznie do prostego naśladownictwa. Nie przysłaniają własnego stylu, który zespół był w stanie wykształcić już na debiucie, pokazując równocześnie, że The Order Of Israfel odrobili lekcję z historii muzyki.


Wynika to również z faktu, że gros utworów powstał pomiędzy opuszczeniem przez Suttona Church Of Misery a jego przeprowadzką do Szwecji. Poszczególne kompozycje powstawały na długiej przestrzeni czasu, dzięki czemu wielokrotnie przechodziły surową selekcję autora, okrzepły i nabrały charakteru. Aby zrozumieć czemu ta płyta jest wyjątkowa wystarczy posłuchać utworów "Wisdom", "Born For War" czy przede wszystkim monumentalnego "Morning Sun (Satanas)". Następnie proponuje wsłuchać się w klasycznie horrorowy tekst utworu "The Noctuus" i wrażenia doprawić niemal progresywnym "Promises Made To The Earth". Pomimo tematyki oscylującej w większości wokół powieści grozy przywodzącej na myśl dokonania H.P. Lovecrafta ("The Noctuus", "On Black Wings, A Demon", "The Earth Will Deliver What Heaven Desires") zespół nie popada w pastisz. W żadnym momencie nie staje się swoją własną karykaturą, o co niezwykle łatwo przy wspomnianej stylistyce.

Przed zapoznaniem się z płytą The Order Of Israfel uważałem, że "13" Sabbathów jest dobrym podsumowaniem kariery muzyków, płytą ciekawą stylistycznie i dojrzałą. Dopiero "Wisdom" uświadomiło mi jak zachowawcze danie podali nam pionierzy doom metalu. Nie wróżę jednak The Order Of Israfel zawrotnej kariery. Niestety, nie te czasy, nie ta stylistyka, a zespół nawet w obrębie doom metalu wydaje się być projektem niszowym. W żadnym stopniu nie odbiera to przyjemności z obcowania z ich muzyką. Słuchając melodeklamacji Suttona w "The Vow" która po kilku minutach przeradza się w potężny riff utworu "Morning Sun" pomyślcie, jak dużo uwagi poświęcono by tej płycie, gdyby jako autorzy podpisani zostali Iommi, Osbourne, Butler, Ward. Tylko, czy muzyka przez to stała by się jeszcze lepsza? Nie sądzę. Zatem może zamiast ciągle oczekiwać na to, co wydarzy się w obozie Sabsów, rozejrzyjmy się dookoła. Wyniki poszukiwań mogą bowiem pozytywnie zaskoczyć. 9/10 [Jakub Kozłowski]

20 sierpnia 2015


KVĚTY Miláček slunce, [2015] Indies Scope || O Květach myślę zawsze gdy pada pytanie o wyróżnik czeskiej muzyki. Nie tylko dlatego, że są jednym z moich ulubionych zespołów i jednym z pierwszych, w Polsce zasadniczo nieznanych, które w Czechach poznałem. Květy, czołowi reprezentanci morawskiej alternatywy, w typowo czeski sposób sięgają po lokalne tradycje i uwspółcześniają je zachowując jednak oryginalność i miejscową tożsamość.

Oficjalnym debiutem grupy był wydany w 2004 roku album „Jablko jejího peří”, jednak już wcześniej Květy wydały własnym nakładem szereg domowych tytułów, spośród których ostatni „Daleko hle dům” doczekał się późniejszej reedycji. Oba te materiały powstały praktycznie w tym samym czasie i o ile bardziej dopracowane i klarowniejsze „Jablko jejího peří” było w swej ówczesnej dziwności przystępniejsze i bardziej piosenkowe pod względem struktury i treści kompozycji, to surowe „Daleko hle dům” przyniosło jeszcze odważniejszy i unikatowy zlepek alternatywnego folku, rocka i współczesnego szansonu. Sama muzyka, na wskroś teatralna i w duchu morawska, zdawała się opowiadać historie, miejscami w całkiem intensywny sposób. Wtedy właśnie, wśród korzeni Kwiatów, znaleźć można było wspólne dla brneńskiej alternatywy i tak charakterystyczne dla czeskiej sceny swobodne, uwolnione wręcz podejście do miejscowych folkowych tradycji naturalnie tłumaczonych na współczesny język. To samo brzmienie i ulotna atmosfera, którą inną gałęzią stało się później DVA.


Szybkie zdobycie i umocnienie swych pozycji Květy dokonały dzięki swoistej trylogii albumów „Kocourek a horečka”, „Střela zastavená v jantaru” oraz „Myjau”. „Kocourek…”, choć jako jedyny album stworzony wyłącznie w duecie, zdecydowanie opowiedział się po bardziej piosenkowej niż ilustracyjnej stronie Květów, ale jeszcze niekoniecznie przebojowej. Stopniowo też ich piosenki nabierały coraz mocniejszego rockowego charakteru, na pierwszy plan jednak zdecydowanie wysunął się Martin E. Kyšperský ze swym charakterystycznym głosem i sposobem frazowania. Wokalne eksperymenty posunął do granic przyswajalności na „Střele…”, zarazem album ten, radośniejszy, bardziej melodyjny i znów bardziej rockowy, przyniósł pełniejsze zespołowe brzmienie i pierwsze prawdziwe przeboje.

Droga do „Myjau” była zatem logiczna i konsekwentna, ta najlepsza w dorobku Květów regularna płyta idealnie wyważyła wszystkie dotychczasowe elementy, nastroje, brzmienia w spójną, piosenkową, ale niebanalną całość. Mocne kompozycje bez wyjątku uwodziły, wokal stał się integralną częścią piosenek, które swą morawską alternatywę doprowadziły niemal do post-rockowej intensywności. Powagę „Myjau” szybko skontrowało „V čajové konvici. Písně z projektu Svět podle Fagi” napisane jako ścieżka dźwiękowa do opartego na komiksowych paskach przedstawienia teatralnego, świata zatem całkowicie dla Květów naturalnego. Lekkość tego materiału niesamowicie uwodzi, pełne pomysłów i gości piosenkowe miniatury przyniosły jednorazowo znaczące poszerzenie brzmienia zespołu, stając się obok „Myjau” jego najlepszym albumem.


Stąd też „Bílé včely” zainaugurowały stabilny okres w historii Květów, co znów jest rzeczą całkiem naturalną dla zespołu z tyloma już tytułami w dyskografii. Muzyka stała się może mniej ekscytująca i zaskakująca, Květy łatwiej już zakwalifikować po prostu do dziedziny piosenkowego alternatywnego rocka, ale zarazem zespół nie ustaje w modyfikowaniu swojego ustabilizowanego już brzmienia, tutaj choćby o subtelną elektronikę, ale i bardziej minimalistyczne podejście do kompozycji i aranżacji niż w rozbuchanych czasach „kociej” trylogii. Najnowszy „Miláček slunce” jest zatem zarówno kontynuacją i rozwinięciem brzmienia dojrzałych Květów z poprzedniego albumu.

"Je podzim" jest modelową piosenką Květów z typową dla nich rytmiką, pogadankowymi zwrotkami i chwytliwie emocjonalnym refrenem oraz instrumentarium na które obok obowiązkowych smyczków i kontrabasu składają się, to nowość, organy. Znakomity, rozpędzony "Syn" to nerwowe, niemal punkowe podejście do folku z punktowanym, łamiącym język refrenem (Ty přece víš víc než já vím). Jeszcze mocna, prawie zeppelinowa, smyczkowa motoryka w "Opičí král (ještě přece je čas)" zagęszcza emocje, ale reszta płyty porzuca brzmienie grającego morawski folk Arcade Fire i eksploruje sygnalizowany już na "Bílé včely" minimalizm.

"ČKNO" zbliża się wręcz do ambientu, minimalizm, ale nie surowość, eksponuje tutaj wszystkie świetnie wyprodukowane aranżacyjne detale. Elektronika najsilniej odznacza się w piosence "Cizinec", swoiście anty-post-rockowej, bo tak nierockowe instrumenty jak wiolonczela i kontrabas użyte zostały w sposób jak najbardziej rockowy. Kontemplacyjnie brzmi "Kočičí dům", w finałowym "Psi" powracają zaś mocniejsze, hałaśliwe akcenty. "Miláček slunce" to jednak zdecydowanie album na którym mniejszy nacisk położono na kompozycje, chwytliwość, przebojowość, większy zaś na produkcję, wyeksponowanie poszczególnych brzmień, dawniej opadających na słuchacza lawiną, tutaj powoli, nomen omen, kwitnących.

Do Květów nie trzeba przekonywać nikogo na rodzimym rynku. Ich charakterystyczna poetyka i brzmienie od lat tworzą uznaną markę. Zespół ten jest najlepszym przykładem specyfiki czeskiej muzyki, która opiera się na lokalnych tradycjach bez oglądania się na zachodnie wzorce a brzmiącej przy tym nowocześnie, autorsko i intrygująco, podczas gdy w Polsce "mainstream alternatywy" zdaje się kopiować z mniejszym lub większym opóźnieniem światowe trendy tracąc autentyczność i konkurencyjność. Pomimo bariery językowej takie płyty jak "Myjau" i "V čajové konvici" powinny trafić do zaciekawionego polskiego słuchacza. "Miláček slunce" może być kolejnym krokiem na nadchodzącą jesień. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

14 sierpnia 2015


Floex to nazwa która padała tu już wielokrotnie i zawsze z tym samym opisem. Powtórzę go po raz kolejny, nietypową jet bowiem droga, dzięki której artysta z Czech stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych poza granicami swego kraju. Debiutancki album "Pocustone" stał się w Czechach tytułem kultowym, tym bardziej, że na następcę, płytę "Zorya" czekać trzeba było ponad dekadę. W międzyczasie jednak Tomáš Dvořák zdobył uznanie na świecie dzięki pisanej pod własnym imieniem muzyce do gier niezależnego czeskiego studia Amanita Design: Samorost 2 i przede wszystkim Machinarium. Zarówno gry, jak i muzyka, zdobyły szereg nagród, sukces studia umocniła tylko Botanicula (ze ścieżką dźwiękową napisaną przez DVA) a jego tytuły stopniowo pojawiają się na kolejnych platformach, ostatnio wreszcie na Androidzie.


Studio powraca do swoich korzeni i pracuje aktualnie nad trzecim Samorostem (w ramach ciekawostki w część pierwszą możecie pograć za darmo w przeglądarce). Ścieżkę dźwiękową przygotowuje oczywiście znów Tomáš Dvořák (tym razem już jako Floex), który w czerwcu opublikował jej nietypowy przedsmak. Epka "Samorost3 Pre​-​Remixes" zawiera remiksy jeszcze nieznanych finalnych kompozycji i mimo, że udostępniona została jako name your price, to bardzo szybko okazała się jednym z najlepiej sprzedających się tytułów na Bandcampie. To nie tylko siła muzyki Dvořák i marki Amanity, ale też zachwytu w jaki na swoim Facebook'u i Twitterze wpadł po wysłuchaniu epki sam... Jon Hopkins. Floexowi pozostaje pogratulować sukcesu, Hopkinsowi wyczucia a w oczekiwaniu zarówno na grę, jak i na pełną ścieżkę dźwiękową, koniecznie trzeba zapoznać się też z wcześniejszymi tytułami Floexa/Dvořáka na jego Bandcampie.

Mimo sezonu wakacyjnego, sprzyjającego bardziej festiwalowej konsumpcji niż płytowym premierom, nowe albumy wydały Květy oraz Kittchen, te jednak (prędzej czy później) doczekają się osobnych recenzji. Tymczasem latem ukazało się również parę drobnostek Choćby dwupiosenkowa epka "Sick Pop", formalny debiut grupy Selective Mute, w której wokalistką jest Marie Kieslowski. Zespół powstał jeszcze zanim Marie odniosła wielki sukces w fantastycznym duecie Kieslowski, ale najwyraźniej nastał czas by odreagować po kruchych miłosnych balladach i wielkomiejskim folku, bo "chory pop" Selective Mute jest zadziorny, hałaśliwy i intensywny. Aha, Marie to urocza i zabawna osoba, więc uspokajam, wąs z poniższego videa nie jest prawdziwy.


Nareszcie ktoś wpadł na pomysł prezentowania w Polsce czesko-słowackiej muzyki, choć w odrobinę szerszym środkowoeuropejskim kontekście. I oczywiście nie ma ku temu, co potwierdzam jako historyk, lepszego miejsca niż Śląska. Wojciech Kucharczyk na tegorocznym Tauronie zaprezentuje w ramach sceny Carbon Central szereg wykonawców z Polski, Czech, Węgier i Słowacji. Pojawi się tam choćby Jacques Kustod, o którym pisałem przy okazji prezentacji słowackiego labelu Exitab. Czechy prezentować będzie jednak Ventolin, czyli spełniony sen nauczyciela akademickiego o podwójnym życiu. Za dnia antropolog na Uniwersytecie Karola, nocami producent archaiczno-ironicznego techno (i połowa duetu Kazety, którego nowy album bym przyjął z radością). Jego nową epkę "Playbour" (znów tylko dwa utwory, no halo, moi mili Czesi, dwa utwory to chyba raczej singiel?) pobrać możecie z ventolinowego Bandcampa, ale obejrzyjcie też teledysk!


Powracając do wątku gier - jak Floex z Amanita Design, tak Kubatko związany jest ze studiem Hexage. Jeśli znacie takie gry jak Radiant, Robotek, Radiant Defense czy Reaper, to słyszeliście już muzykę którą pod pseudonimem Kubatko stworzył Jakub Holovský. Ścieżki dźwiękowe i regularne albumy możecie zakupić na jego Bandcampie, ale ciekawi jego początków pobrać mogą za darmo udostępniony ostatnio dziesięcioletni już minialbum o jakże młodzieńczym tytule "Fuck Off This Is My World".



I na koniec, jeśli chcecie wiedzieć jak brzmi hipsterska Praga (wiecie, piwo na nabrzeżu Wełtawy, koncerty w sklepach z winylami, projekcje filmów w miejscu niegdysiejszego pomnika Stalina) to posłuchać możecie Mayen, których epka "Elegy" jest ostatnim tytułem labelu Starcastic. Choć z tego akurat wydawnictwa czekamy na zapowiedziany już na październik nowy album Please The Trees. [Wojciech Nowacki]

13 sierpnia 2015


EVERYTHING EVERYTHING Get To Heaven, [2015] RCA || Everything Everything jest jednym z pierwszych zespołów o których myślę, gdy ktoś wyzłośliwia się na temat "indie rocka", rozumianego pejoratywnie i pogardliwie ("Teraz Rock" się kłania). Jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu wystartowali z odmiennych pozycji niż typowy "młody brytyjski zespół gitarowy" (definicja indie rocka wg starych ludzi i płytkich mediów), dołączając to tych grup, które od samych początków dysponowały własnym, charakterystycznym językiem i już ukształtowanym stylem. Foals katapultowali się do zasłużonego gwiazdorstwa stając się powodem mokrych snów fanów obojga płci. Wild Beasts utrzymują się na bardziej sofistykowanych pozycjach, subtelnie modyfikując styl z płyty na płyty. Everything Everything tymczasem nadal skradają się w tle.

"My Kz, Ur Bf" i "Photoshop Handsome" były rewelacyjnymi pierwszymi singlami i do dziś pozostają najlepszymi piosenkami w dorobku EvEv. Debiutancki album "Man Alive" nadal cieszy, choć nie przyniósł nic efektowniejszego niż dwa wspomniane single. Grupa przypomniała sobie drugim albumem "Arc", single "Cough Cough" i "Kemosabe" wg liczb okazały się największym sukcesem zespołu na wyspiarskich listach, sama zaś płyta właściwie nie zmieniła ani pozycji, ani wizerunku Everything Everything. Single były niezłe (choć dorównywały "My Kz, Ur Bf" i "Photoshop Handsome"), album niby "dojrzalszy" i bardziej skupiony, ale po dwóch latach trzeba przyznać, że nie zapadł w pamięć.

"Get To Heaven" również tej sytuacji nie zmieni i wydaje się, że sytuacja ta jest dla Everything Everything normą. Dysponują unikalnym stylem, który przekuwają na "zwykłe" przeboje (choć pod względem kompozycyjnym "zwykłe oczywiście" nie są), w efekcie przyćmiewające albumy. Trochę niesprawiedliwie, bo w piosenkach EvEv dzieją się naprawdę szalone rzeczy, ale trochę też zasłużenie, bo jakkolwiek dobra pozostaje ich muzyka, to wydaje się, że z płyty na płytę z wolna normalnieje. Na "Get To Heaven" zespół, dla którego trzeba było reanimować i zmodernizować kategorię art-rocka, faktycznie zbliża się do dzisiejszej czołówki gitarowego indie, tracąc jednak odrobinę tożsamości.


Ponadto jedynie zabójczo chwytliwe "Distant Past" dorównuje typowym tanecznym singlom Everything Everything. "Regret" to zaskakująco zwyczajna piosenka bez specjalnego polotu, najnowsze "Spring/Sun/Winter/Dream" okazuje się niezapamiętywalne. Tam natomiast gdzie dotąd mieliśmy kolażowy miks rocka, syth-popu, glitchów, połamanych bitów, językowych łamigłówek i operowego falsetu, nagle, choć delikatnie, zaczęły się pojawiać skojarzenia ze starszym gitarowym Radiohead, radosnym Vampire Weekend oraz z Foals z dziewiczego math-rockowego okresu. Wyjaśnienie może być jednak prostsze, już od pierwszego utworu "To The Blade" staje się jasne, że trzeci album EvEv ma zdecydowanie bardziej rockowy charakter niż poprzednicy.

Warto jednak wsłuchać się w drugą połowę płyty, tam bowiem dzieją się najciekawsze, choć niekoniecznie "przebojowe" rzeczy. Od "The Wheel (Is Turning Now)" po "Warm Healer" mamy więcej elektroniki, pojawia się hip-hopowy bit, math-rockowe figury a nawet coś w rodzaju połamanego funku. Przede wszystkim jednak kompozycje te, w przeciwieństwie do (w zamierzeniu) singlowo-przebojowej pierwszej połowy, efektownie eskalują, gradują napięcie i zmierzają do satysfakcjonującego finału. Czego ukoronowaniem są motoryczne "Zero Pharaoh" i mocne "Blast Doors" z kojącym refrenem.

Albumy Everything Everything pozostają zatem na tym samym, równym poziomie, ponadprzeciętnym, ale jeszcze nie wybitnym. Można powątpiewać, czy kiedykolwiek ten poziom będą w stanie przeskoczyć. Chyba, że zgodnie z niektórymi wypowiedziami muzyków potraktujemy te trzy płyty jako zamknięta trylogię a większy przełom ma dopiero nadejść. I tak jednak Everything Everything pozostają jedną z najciekawszych nazw do śledzenia. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 lipca 2015


JAMIE XX In Colour, [2015] Young Turks || Jamie xx jest tegoroczną FKA twigs. Nie wiem, czy zaręczył się już z hollywodzkim gwiazdorem, ale "In Colour" jest, podobnie jak "LP1", wakacyjnym debiutem z wszędobylską okładką, niemal powszechnie ekstatycznymi recenzjami, niekoniecznie czytelnymi odniesieniami do lat 90-tych i niezłym, choć absolutnie przereklamowanym efektem końcowym. Jamie najczęściej kompiluje i upraszcza znane wątki muzyki elektronicznej, co z jednej strony może stanowić do niej całkiem niezłe wprowadzenie dla nieobeznanych, ale z drugiej strony niesie ze sobą nikły ładunek emocjonalny. Miejscami zaś brzmi tak jak brzmieć powinno The xx, gdyby było w stanie być ciekawszym zespołem.

Podobieństwa do Four Tet są na "In Colour" dość wszechstronne. "Gosh" z obowiązkowym randomowym samplem wokalnym kopiuje stronę kanciasto-perkusyjną, tą z "Everything Ecstatic" czy średniego "Beautiful Rewind", z domieszką Daphni. Wersję melodyjno-dzwoneczkową, ze skrętem w stronę Gold Pandy, imituje "Sleep Sound", "SeeSaw" zaś całkiem już otwarcie przyznaje się do współautorstwa Kierana Hebdena. I nie ma w tym nic złego, skoro sam Four Tet od paru lat ma ewidentnie słabszą fazę (wspomniane "Beautiful Rewind", częściowo "Pink" i niestety najnowsze "Morning/Evening"), to dlaczego nie posłuchać zręcznego i ładnego nawiązania. Ładnego, ale sugerującego tylko wielką emocjonalność ("The Rest Is Noise" i "Girls"), w istocie zaś będącego całością zanurzoną w ledwie letniej temperaturze.

Cytaty z historii wyspiarskiej elektroniki dodają albumowi specyfiki, choć pamiętać trzeba, że to tylko cytaty, całkiem dosłowne, dla profanów niekoniecznie czytelne i w żaden twórczy sposób nie rozwijane. Tutaj wsamplowany MC, tutaj UK garage, tutaj jungle, tutaj burialowy bas, nawet echo The Prodigy z "Music For The Jilted Generation" się znajdzie. To ostatnie w najmocniejszym akurat, eskalującym, rozedrganym i w końcu emocjonującym "Hold Tight".


Jamie jest jednak nie tylko zdolnym studentem Koła Naukowego Historii Brytyjskiej Elektroniki, ma też na boku własną kapelę. Do The xx stosunek miałem również zazwyczaj dość letni. W momencie wydania debiut faktycznie był czymś całkiem ciekawym, no i miał dwie świetne piosenki. Nudne i wymęczone "Coexist" pokazało wyczerpanie się formuły "gry ciszą", nie ma też żadnej kompozycji, której dałoby się zapamiętać. Ale na "In Colour" sporo miejsca otrzymują dla siebie utwory de facto solowe, de iure jednak będące piosenkami The xx. "Just Saying" brzmi jak intro do nowej płyty grupy, ale nie dzięki wsamplowanej wokalistce Romy, lecz podobnemu operowaniu atmosferą i płynnemu przejściu w "Stranger In A Room". Ta piosenka napisana jest przez całe trio, Romy gra na gitarze, Oliver śpiewa a Jamie dostaje większe pole do manewru niż na "oficjalnych" płytach The xx, oferując po prostu lepszą, pełniejszą muzykę. "Loud Places", świetny przecież singiel, pokazuje jak powinno, albo jak chciałbym żeby brzmiało The xx. Potencjał jest, może jednak jest to kwestia (braku) równowagi i podziału sił w zespole.

Jednocześnie na "In Colour" znajduje się najgorsza piosenka jaką w tym roku słyszałem i niestety posiadam (w postaci silnej konkurencji ostatniej Madonny). Przeokropne "I Know There's Gonna Be (Good Times)", brzmiące jak "czarne piątki" w przaśnych polskich dyskotekach i rozrzedzona wódką krew, nie miało prawa znaleźć się w mojej kolekcji, bo takiej muzyki nie słucham, nie znoszę, nie trawię. Jamie xx w swych klubowych poszukiwaniach dotarł jednak do całkowicie obcej mi estetyki dancehallu i przemycił ją na albumie, ku memu przerażeniu zapewniając jej 9 milionów odsłuchów na Spotify. 6/10 [Wojciech Nowacki]

17 lipca 2015


HOT CHIP Why Make Sense?, [2015] Domino || Ciekawe, że z perspektywy czasu to ostatni, piąty już album Hot Chip, "In Our Heads", wydaje się być tym najlepszym. Oczywiście z najbardziej podstawowego punktu widzenia, czyli prostej przebojowości. Jasne, "The Warning" pozostaje klasyczną pozycją i kluczowym dla sukcesu Hot Chip albumem. Bezbłędne hotchipowe przeboje znajdziemy na każdej, nawet najsłabszej płycie, ale również na każdej z nich, choćby na moment, uderzy pewien element głupkowatości, a to jakiś idiotyczny dźwięk, a to głupia melodia. Wreszcie, z każdym albumem coraz więcej przestrzeni dostawało się temu, w czym Hot Chip są zdecydowanie najgorsi, czyli ckliwym, elektronicznym balladom. "In Our Heads" nie było już takim przełomem jak "The Warning", początkowa popularność Hot Chip zaczęła już przy okazji piątego albumu przygasać. Niby więc mieliśmy do czynienia po prostu z kolejnym, "dojrzałym" albumem "dojrzałego" zespołu, ale tworzące go składniki tutaj właśnie doprowadzone zostały niemal do perfekcji. Żadne ballady, żadne idiotyzmy, po prostu jedna upiornie chwytliwa taneczna piosenka za drugą.

"Why Make Sense?" jest również albumem "dojrzałym" w tym sensie, że pewnie nie przyciągnie już do Hot Chip nowych miłośników, za to ukontentuje zyskanych już lata temu. Nie znaczy to, że Hot Chip ugrzęźli w rutynie starzejących się wykonawców, nagrywających może nawet i równe, ale identyczne płyty. Wręcz przeciwnie, "Why Make Sense?", nie tylko uchodzić może za jeden z lepszych albumów Hot Chip, ale też za jeden z najspójniejszych i wyróżniających się. Czym? Paradoksalnie, najmniejszą przebojowością.


Osią albumu są trzy kompozycje: "Huarache Lights" - "Dark Night" - "Why Make Sense?". Pierwsza z nich jest dość nietypowym początkiem. Najdłuższa na płycie, chwytliwa, ale daleka od beztroskiego przeboju, utrzymuje bezustanne napięcie a zarazem ulega ciągłym zmianom. W ciągu pierwszych pięciu i pół minut albumu słyszymy zatem cytaty z disco, french touchu i deep-house'u. A wszystko to na poważnie, bez puszczania oka do słuchacza i autoironii, jakby z niezręcznych geeków na parkiecie Hot Chip dopiero teraz stali się pewnymi siebie producentami. Produkcja zresztą jest kolejnym wyróżnikiem albumu, tymczasem jednak centralne "Dark Night" przynosi wyraźniejszy, chwytliwszy bit, przypomina wcześniejsze piosenki z katalogu Hot Chip, ale jednocześnie splata dźwięki smyczków i gitar. Tytułowy finał natomiast jest zdecydowanie kompozycją jak na Hot Chip nietypową, eskalującą, hałaśliwie gęstniejącą i silnie osadzoną w dźwiękach perkusji.


"Need You Know" to rzecz jasna archetypowy singiel, niekoniecznie jednak typowe Hot Chip, bardziej sprawia wrażenie ich udziału jako gościnnego występu. Tymczasem reszta piosenek może nie zapada szczególnie w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, ale układa się we równą, spójną i frapującą całość, jakże odmienną od dawnego chaosu i rozedrgania. Pełna jest też produkcyjnych i aranżacyjnych ciekawostek, pokazując, że po uprzednim wykuciu własnego stylu i zabetonowaniu go w monument na "In Our Heads" bez obaw sięgać mogą teraz po fragmenty innych estetyk. Tu i ówdzie zatem przebija się house, funk, Pet Shop Boys, soft-rock, Junior Boys skrzyżowane z hiphopem czy laptopowa bossanova Stereolab. Całość jednak jest bardziej gustowna niż efektowna, stąd też działający od ponad dekady Hot Chip wydają się być już, niestety, w drugim szeregu zainteresowania za niejednym przereklamowanym debiutantem. 7/10 [Wojciech Nowacki]

10 lipca 2015


SUFJAN STEVENS Carrie & Lowell, [2015] Asthmatic Kitty || Przykro mi. Nie rusza mnie Sufjan Stevens i jego mommy issues. Czterdziestolatek o wyglądzie trzydziestolatka ma problemy dziesięciolatka a ja nie rozumiem dlaczego powinny mnie interesować. Czyżby niosły z sobą uniwersalny przekaz? Podane zostały w zjawiskowej formie muzycznej? Jestem cynicznym, bezdusznym potworem bez serca? To oczywiście najwygodniejsza odpowiedź, ale tylko załóżmy, ostrożnie i ryzykownie załóżmy, że "Carrie & Lowell" nie jest tak dobrą płytą za jaką dość powszechnie uchodzi.

Sufjan najczęściej pozostawiał mnie doskonale obojętnym i bardziej irytował niż intrygował. To ostatnie zdarzyło się właściwie tylko na "The Age Of Adz", albumie może i chaotycznym, ale w kalejdoskopowy sposób stawiającym wyzwanie przed odbiorcą. Na recepcji płyty "Carrie & Lowell" bardzo mocno zaciążyła wpychana zewsząd potencjalnemu słuchaczowi tematyka. Z każdego wywiadu, promocyjnego newsa, wypowiedzi Stevensa, artykułu i oczywiście późniejszych recenzji, biła prosto w oczy historia Sufjana, jego dzieciństwa, matki, ojca i ojczyma. Każdy zatem jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem albumu winien nieść w sobie nabożny szacunek, bo ciii, Sufjan Stevens śpiewa o mamie.

W efekcie odbiór albumu jest niezręczny, przytłaczający, niewygodny. Do tego stopnia, że natarczywie powraca pytanie, dlaczego powinniśmy słuchać o najintymniejszych detalach życia Sufjana Stevensa właśnie? Jego partykularna, suburbialna opowieść, jeśli pominąć oczywistości, nie niesie żadnego uniwersalnego przekazu. Nie czuję zatem potrzeby jej słuchać a jej dosłowność jeszcze tą potrzebę zmniejsza. Właśnie, dosłowność. Teksty, okładka, tytuł, zdjęcia, promocja albumu, mogły zaszkodzić tej płycie i z pewnością tak się stało w moim, mniejszościowym przypadku. Niestety, zamiast pozostawić całość w niedomówieniu, pozwolić słuchaczowi na samodzielne odkrywaniu sensów albumu Sufjan zrzucił nam swój hiperemocjonalny bagaż prosto na głowę. Kontakt z nim jest zaś równie przyjemny i sensowny co przyłapanie brata na masturbacji, ojca na oglądaniu musicali, matki na pociąganiu z piersiówki.


Tkwiące we mnie niewzruszone monstrum mogłoby przynajmniej skupić się na rzeczy najistotniejszej, czyli na muzyce. I to jest właśnie zasadniczy problem "Carrie & Lowell", skutecznie i z premedytacją maskowany przygniatającą tematyką. Ta płyta jest nudna. Przynajmniej jako całość, ponieważ, powiedzmy to wreszcie, piosenki Sufjana są po prostu ładne. Ale niezwykle kruche utwory sporadycznie tylko nabierają pełni ("The Only Thing"), przestrzeni ("All Of Me Wants All Of You"), czy lekkości ("Eugene"). Piosenkom takim jak "Should Have Known Better" czy "Fourth Of July" nie można nic zarzucić, ale też na czysto kompozycyjnym poziomie stwierdzić wiele więcej niż to, że są ładne.

Minimalna chwytliwość pojawia się jednak ledwie miejscami, ta bardziej udane kompozycje toną jednak w totalnej jednorodności albumu. Jeśli pojawi się ciekawszy i bardziej zapamiętywalny motyw to jednocześnie mamy wrażenie, że słyszeliśmy go już parę piosenek wcześniej. Monotonia płyty sprawia, że bardzo łatwo się przy jej słuchaniu rozproszyć, poświęcenie jej jednak zwiększonej uwagi niespecjalnie ma się czym odwdzięczyć. I nie ułatwia tego sam Stevens ze swoim jednostajnym, szeptanym i irytująco multiplikowanym (po co?) wokalem.

Nie jest to ani album zły, ani z pewnością nie jest wybitny. Być może "Carrie & Lowell" jest jak papierek lakmusowy, test, próba ognia. W zależności od tego jaki jest poziom waszej odporności na hype czekać was mogą zupełnie różne doświadczenia. 4/10 [Wojciech Nowacki]

7 lipca 2015


FLORENCE + THE MACHINE How Big, How Blue, How Beautiful, [2015] Island || Teza Bartka Chacińskiego o Florence + The Machine jako muzyce dla tych którzy muzyki nie słuchają jest mi zasadniczo bliska. Sam wyróżniam kategorię słuchaczy będących jak "niedzielni kierowcy", mających nawet paru swoich ulubionych wykonawców, którym oddani są na tyle że nawet kupują ich płyty, łącznie 1-2 rocznie. I bynajmniej nie ma w tym nic złego, znacznie lepszym przykładem byłoby tutaj choćby U2 i ich fanbaza. Florence bowiem opanowała sztukę uwodzenia praktycznie każdego. Czym? Oczywiście piosenkami.

Szafiarsko-hippisowski i stylizowany na indie debiut "Lungs" bezbłędnymi piosenkami wypełniony był do tego stopnia, że nawet te niesinglowe i drugoplanowe mogą znienacka wypłynąć na powierzchnię naszej muzycznej pamięci i pobudzić do marszu tanecznym krokiem ulicami miasta. Wysoce zaraźliwy syndrom brokatowej fanki Florence wynika oczywiście z hiperentuzjastycznych i rozemocjonowanych piosenek, ale również z emocjonalnej (bo przecież nie muzycznej) intymności. Kimkolwiek Florence wtedy była słuchacz czuł, że był blisko niej.

Gdy więc na "Ceremonials" zasiadła na art déco piedestale poczucie bliskości zaniknęło, choć oczywiście w znacznej mierze zaważyły na tym bombastyczne aranżacje. Owszem, były tutaj typowe już dla Florence single, jedna kompozycja prawdziwie znakomita ("What The Water Gave Me"), ale też utwory, które zatonęły pod ogólnym ciężarem albumu. "MTV Unplugged" z kolei pokazało, że nie wystarczy zredukować wyjściowe piosenki do podstawowych "unplugged" wersji, żeby zaoferować coś naprawdę ciekawego.


Wiele o "How Big, How Blue, How Beautiful" można wyczytać już z oprawy graficznej albumu. Okładkowe zdjęcia wyraźnie inspirowane są ikonicznymi już fotografiami Patti Smith autorstwa Roberta Mapplethorpe'a, co sugerować może albo bardziej minimalistyczny, albo bardziej rockowy charakter trzeciej płyty Florence + The Machine. O tym, że pierwszy trop jest błędny przekonać się można zaglądając do książeczki. Linie wypełniającego ją tekstu to niestety nie są słowa piosenek, ale listy muzyków i instrumentów pojawiających się w kolejnych piosenkach. Aranżacyjny i instrumentalny przepych pozostaje zatem jednym z firmowych znaków Florence, w przeciwieństwie jednak do "Ceremonials" dzięki bardzo dobrej i wyważonej produkcji na "HBHBHB" nie przytłacza, nie męczy ani nie tłamsi kompozycji.

Trop rockowy jest za to jak najbardziej słuszny. Wyróżnikiem "HBHBHB" jest zdecydowanie bardziej rockowy charakter, bardziej nawet niż miejscami indie-rockowe "Lungs", tutaj bowiem bliżej to standardowego radiowego rocka sprzed paru dekad. Większa jest tu rola gitar, wyraźnie dominuje perkusja i jest to największa zmiana w stosunku do wcześniejszych harfowych pląsów Florence.


Pierwsza, bardzo mocna połowa albumu to typowa rozemocjonowana Florence. "Ship To Wreck" otwiera płytę nagle i bez taryfy ulgowej, będąc energetyczną, radiową piosenką, mogąca służyć za dodatek lub nawet substytut porannej kawy. Nie ustępuje jej "What Kind Of Man", choć tu akurat może irytować modulowany wokal. "How Big, How Blue, How Beautiful", mimo orkiestrowo-filmowego finału, zbliża się odrobinę to starszych kompozycji Florence, podobnie jak powracająca do dawnej zadziorności "Delilah" I co ciekawe, współautorką akurat tych dwóch piosenek jest Isabella Summers, czyli druga kluczowa postać dla zespołu Florence + The Machine.

Album jednak wyraźnie traci impet w drugiej połowie. Teoretycznie to nadal typowa Florence, ale ze znacznie mniej chwytliwymi kompozycjami. W końcówce też "St. Jude", której natchniona pastoralność zbliża się do emocjonalnego poziomu U2 i wreszcie "Mother", zdecydowanie najbardziej złożona kompozycja na płycie.

Można się zatem doszukiwać różnic między poszczególnymi albumami Florence + The Machine, "How Big, How Blue, How Beautiful" jest bardziej rockowe, lepiej wyważone i wyprodukowane niż przyciężki tort jakim było "Ceremonials", ale też nie ma aż tylu bardzo dobrych piosenek jak "Lungs". No i nadal brakuje tutaj tego dziewczęcego poczucia humoru z debiutu. Ciężko jednak sobie wyobrazić żeby Florence nagrała kiedykolwiek diametralnie wyróżniającą się płytę. Zapewne nie stworzy genialnego dzieła zmieniającego historię muzyki rozrywkowej, ale też nie wyda płyty złej. Zawsze będzie zatem dostarczać nam albumy na plus minus tym samym poziomie i dlatego też bez większego problemu trafiające do wszystkich. Nawet jakiś szczególnie wielki dramat nie zmusiłby Florence do drastycznej odmiany, wiemy przecież, że dramatami Florence regularnie się żywi. 7/10 [Wojciech Nowacki]

15 czerwca 2015


EUROPE War Of Kings, [2015] Hell & Back || Lata osiemdziesiąte, powszechnie uznane za muzyczną kwintesencję kiczu, już dawno powinny oddać palmę pierwszeństwa połączonym siłom lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Nie wiem tylko, komu należałoby przekazać opaskę kapitana: ostatniej dekadzie XX wieku z jej Doktorem Albanem, zespołem Aqua i Captainem Jackiem? Czy może na plan pierwszy wysuwają się Lady Gaga, Iggy Azalea, Nicki Minaj czy Miley Cyrus prezentujące pozbawioną wszelkiego uroku sieczkę?

Pewnym jest jednak, że zespoły stanowiące obiekt drwin pokolenia lat 70-tych takie jak Kajagoogoo czy Duran Duran wymagają rehabilitacji. Natapirowani śliczni chłopcy śpiewający swoje proste i chwytliwe piosenki okazali się bowiem niezwykle utalentowanymi muzykami. Przykładów nie trzeba szukać daleko: Na płycie Stevena Wilsona „The Raven That Refused To Sing” na basie gra nie kto inny, jak Nick Beggs z Kajagoogoo. Danny Elfman, lider Oingo Boingo to obecnie niezwykle ceniony autor muzyki filmowej (znany chociażby z "Batmana"). Maniery wokalnej Simona Le Bona można nie lubić, ale nikt nie powie, że pozbawiony jest on naturalnego talentu. Zresztą "Rio", opus magnum twórczości Duran Duran, uchodzić może obecnie za dzieło wysublimowane i dojrzałe. Plus muzycy tworzyli wówczas swój repertuar sami.

Podobnie wygląda sytuacja z nieco cięższą stylistyką, choć obracającą się jednak niebezpiecznie blisko orbity "pop". Def Leppard, Ratt czy Poison, mimo kiepskiej prasy w latach 90-tych, okresie wybuchu mody na thrash i grunge, zestarzały się całkiem przyzwoicie. Zresztą takie tuzy jak Van Halen, Scorpions czy Guns’N’Roses również swoje największe triumfy święciły właśnie w okresie "dominacji kiczu". Nie mówiąc już o tym, że Frank Zappa, prawdziwy wizjoner muzyki popularnej, przez całe lata 80-te nagrywał regularnie płyty – a te zawsze znajdowały swoich wiernych odbiorców. Inne ikony tamtych czasów zdołały po okresie stagnacji wydrzeć się z ograniczającej je stylistyki odnajdując nowe pokłady muzycznej inwencji. W przypadku nowej płyty Europe, "War Of Kings", trzeba jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ta inwencja płynęła faktycznie bezpośrednio od samych muzyków.

Jeżeli spytamy przypadkową osobę, z jakim utworem kojarzy zespół Europe, bez wątpienia uzyskamy odpowiedź, że nie kojarzy go wcale (takie czasy). Ci jednak, którzy muzyką interesują się w stopniu choćby podstawowym wspomną o "The Final Countdown". Co bardziej ambitni znawcy wymienić mogą jeszcze piosenkę "Carrie". Powiązanie jedynie z kilkoma wylansowanymi przebojami stanowić musi dla zespołu sytuację niezwykle deprymującą. Tym bardziej, że Europe ma w swoim dorobku dziesięć albumów studyjnych. Niestety, niezwykła przebojowość „The Final Countdown” wraz z jego całkowitym wyeksploatowaniem w obrębie stacji muzycznych czy pop radyjek spowodowała, że zespół mógł właściwie zakończyć karierę po 1986 roku. Dzięki wytrwałości zespołu możemy jednak cieszyć sie albumem nie będącym archaicznym tworem połączenia nostalgii z próbą eksploatacji wyświechtanego już stylu. Podobnie jak w przypadku Toto rok 2015 przynosi ciekawy powrót zespołu, na którego twórcze możliwości nikt już nie liczył. I chyba również z tego powodu "War Of Kings" słucha się z dużą przyjemnością.


W jednym z utworów ("Days Of Rock 'N' Roll") Joey Tempest śpiewa Somebody told me we’ve had our turn / I gotta believe that time's still ours, co doskonale podsumowuje powody, które skłaniały zespół do podjęcia prac w studio. Wydaje się jednak, że muzycy nie do końca wiedzieli w jaki sposób ponownie zaczerpnąć z fontanny rock'n'rolla (kolejny cytat z tego samego utworu). Wyraźnie wskazuje na to dominująca rola producenta płyty, Dave'a Cobba, osoby stojącej za sukcesem grupy Rival Sons. Ukształtowany i wyraźnie odczuwalny styl współautora czterech utworów z "War Of Kings" (w tym utworu tytułowego - kwintesencji najnowszej płyty Europe) wywołuje u mnie pytanie o wkład muzyczny samego zespołu. Oczywiście, cztery utwory na jedenaście nie sugerują jeszcze zupełnego zdominowania muzyków. Jestem jednak przekonany, że pozostałe z zaprezentowanych utworów również zawdzięczają Cobbowi bardzo wiele. Niezależnie bowiem od tego, kto przynosił pomysły do studia to on nadawał im ostateczne brzmienie. To po prostu słychać a nastrój całej płyty zdaje się być samodzielnym dziełem producenta. Bluesowe "Praise You" czy "Nothin' To Ya" mogłyby równie dobrze znaleźć się na nowym albumie Rival Sons. Dominująca rola Cobba stanowi w moim odczuciu poważny minus płyty.

Być może jednak ten ruch był Europe potrzebny, gdyż tak utwory jak wspomniane "War Of Kings" z fantastycznym chwytliwym riffem, radio-przyjazne "Days Of Rock 'N' Roll" czy cięższe "Hole In My Pocket" przywracają zapomnianych Szwedów do świata hard-rocka. Co nie znaczy, że na "War Of Kings" nie ma słabszych momentów. "California 405" oraz "Angels (With Broken Hearts)" sztucznie wydłużają album nie pasując równocześnie do reszty prezentowanego materiału. Nie ukrywam jednak, że "War Of Kings" jest albumem dobrym, nawet jeżeli nagranym kosztem częściowej rezygnacji z własnej muzycznej niezależności. Pozostaje jednak pytanie, w którym momencie przestajemy mieć do czynienia z autorskim dziełem muzyków a produktem dobrze prosperującej manufaktury? 6/10 [Jakub Kozłowski]

10 czerwca 2015


Po namyśle stwierdzam, że tegoroczna wiosna w Pradze okazała się całkiem rozczarowująca. Słońce jest podchwytliwe, w dzień chwalcie łąki umajone, wieczory zaś i poranki, gdy zmierza się do pracy na autopilocie mając w perspektywie poranny kubek kawy, jeszcze do niedawana były niepokojąco mroźne. Wiosenny sezon koncertowy również niespecjalnie atrakcyjny, więc czas tradycyjnie mija mi na muzycznych zakupach oraz na oczekiwaniu. Po pierwsze, na United Islands, czyli darmowy festiwal płożący się po praskich parkach i wyspach, a po drugie, na nowe albumy dwóch spośród moim ulubionych czeskich wykonawców. Kittchen na lipiec zapowiada "Kontakt", Květy zaś właśnie dziś wydają oficjalnie album "Miláček slunce", który dzięki uprzejmości labelu Indies Scope już czeka na mnie w mailowej skrzynce, więc mam nadzieję więcej o nim napisać wkrótce.



Shoegaze'owy renesans jest aktualnie swoiście czeskim i całkiem odświeżającym fenomenem. Śląskie Planety zwróciły na siebie debiutem "Peklo, peklo, ráj" w 2012 roku. Manon meurt, inni młodzi debiutanci, supportowali w Pradze samych My Bloody Valentine nie mając jeszcze wydanego albumu. Oczywiście jest to częścią światowego trendu, ale jego zagęszczenie w Czechach nie jest przypadkiem. To grające ówcześnie shoegaze The Ecstasy Of Saint Theresa było w początku lat dziewięćdziesiątych zespołem, który dzięki samemu Johnowi Peelowi można było usłyszeć w BBC. Debiut DIV I DED ani nie podpina się pod fale, ani nie czerpie z sentymentu, choć album "Born To Sleep" sentymentalnym nazwać można. Brzmi bowiem naturalnie, niewymuszenie i nadzwyczaj lekko, pomimo, lub może dzięki typowym ścianom gitar. Te bowiem równoważone są przez dream-popowe podejście do piosenek, chwytliwych i kojących, z lejącym się żeńskim wokalem. Zaledwie dziewięć krótkich utworów, bez wyjątku przebojowych, wydane zostało na (wyprzedanej już) kasecie oraz w postaci darmowego downloadu. Tym bardziej zaskakuje jak dobrze "Born To Sleep" brzmi.



Skoro już jesteśmy przy kasetach, nośnik ten, oczywiście w ramach totalnego marginesu, również przeżywa mikro-renesans. Winyl w Czechach przeniknął już całkowicie do mainstreamu, taśmy pozostały więc ostatnią nadzieją hipsterów oraz sentymentalnym artefaktem dla wychowanych w latach dziewięćdziesiątych. Dwa argumenty przemawiają jednak za kasetą, w przeciwieństwie do współczesnych winyli autentycznie analogowe brzmienie oraz, znów w przeciwieństwie do przehajpowanych winyli, niska cena nośnika. Stąd też kasety stały się domeną mikroskopijnych labeli, szczególnie tych zajmujących się eksperymentalną i ambientową elektroniką. Czesko-belgijska oficyna Genot Centre wydała split "Voices & Allusions / Benidorm Hotel". Za pierwszą stroną kasety odpowiada żyjący obecnie na Łotwie Anglik Lee Chapman, którego manipulacje magnetofonową taśmą, ludzkim głosem czy nawet dźwiękami pianina tworzą kontemplacyjną atmosferę stanu nieważkości. Na stronie drugiej Wim Dehaen (dla odmiany Belg żyjący w Pradze) do kosmicznej nieważkości poprzednika wprowadza element napięcia, może nawet i lęku, a kolejne przelewające się dźwiękowe plamy oscylują w jednym półgodzinnym utworze. W próżni dronów i ambientu można jednak dryfować swobodnie niezależnie od stanu emocjonalnego, o czym świadczy świetnia inicjatywa Genot Centre i Radia Wave, czyli cykl koncertów Silent Night na deskach praskiego teatru Ponec, gdzie słuchacze spokojnie zasypiają na materacach, rano zaś kończą "koncert" wspólnym śniadaniem.



Całkowicie odmienne podejście do ambientu ma (jak domyśleć się można po tytule kasetowej epki i nazwie labelu) Vac Da Hawk, czyli Václav Havelka III z doskonale nam znanych Please The Trees. Poza macierzystym zespołem realizował się w solowych projektach jako Kingself tudzież Selfbrush, zasadniczo nie opuszczając rejonów rockowo-folkowej alternatywy. Śmielej w elektronikę wkroczył jako Were Mute wspólnie z Carlem Warwickiem na noisowo-piosenkowej epce "The Bea​(​s​)​t Is Up" oraz w duecie Tvrdý / Havelka z albumem "U nás v garáži", gdzie na synth-popową elektronikę przerobili zapomniane utwory czeskiego punka i nowej fali. Wydana przez label Stoned To Death kaseta "City Fox On Acid" pełna jest sprzężeń i przesterów, i jak na razie to chyba za mało by zdecydować, czy jest to pierwsza samodzielna wypowiedź Havelki na tym polu czy niezobowiązująca zabawa na boku.



Niektórzy z was pewnie wybierają się na Colours Of Ostrava. Blisko, piwo, niedrogo, piwo, brak "stref gastronomicznych", więc jeszcze więcej piwa, ale przede wszystkim takie nazwy jak Björk, St. Vincent, Swans, Caribou czy José González. Z mojej perspektywy jednak może to być dla gości z Polski świetna okazja to zapoznania się z czeską alternatywą, szczególnie na scenie Full Moon Stage. Pod patronatem miesięcznika "Full Moon" (daj nam Panie Boże choćby podobny w Polsce) zagrają w Ostrawie najświeżsi i najciekawsi przedstawiciele najrozmaitszych nurtów. Usłyszycie tam shoegaze, hard-core punk, akustyczny math-rock, klasyczny indie-rock z lat dziewięćdziesiątych, ambient, noise, 8-bitowy terror, słowacki szanson. Oczywiście nie musicie mi wierzyć, choć gwarantuję, że o każdym z tych wykonawców mógłbym napisać obszerny akapit. Na szczęście nie muszę, bo dzięki darmowej składance "Full Moon On Stage 2015" przekonać się sami i, kto wie, może zrezygnujecie z takiego np. Kasabian na rzecz czegoś naprawdę interesującego. [Wojciech Nowacki]

9 czerwca 2015


CALEXICO Edge Of The Sun, [2015] City Slang || Kontekst kulturowy w mało której muzycznej estetyce jest tak istotny jak w przypadku country. Poza Stanami Zjednoczonymi gatunek ten potrafi zgromadzić mniej lub bardziej wąskie grono miłośników, dla większości jednak będzie powodem do pobłażliwego rozbawienia niemal jako amerykański odpowiednik disco polo. Co tylko umocniła polska telewizja serwując w latach dziewięćdziesiątych teledyski nagrywane na podmiejskich stadninach koni tudzież śpiewane przez panie w średnim wieku na skórzanych kanapach przy kominku, w obowiązkowym kapeluszu i dżinsowym stroju. Taki nasz siermiężny wyraz amerykańskich tęsknot wczesnego polskiego kapitalizmu.

Country'n'western jest tymczasem jednym z kluczowych elementów kulturowej i historycznej tożsamości Stanów Zjednoczonych XX wieku. Żyje nie tylko jako nadal aktualny gatunek w ściśle określonych ramach, ale i inspiruje nieskończone szeregi innych artystów, od country-popu wczesnej Taylor Swift po noir klimaty Wovenhand. Wreszcie alt-country, bliskie Americanie i rozwodnionemu indie-folkowi, okazuje się jednym z twórczych nurtów rockowej alternatywy, niestety uchodzącym za dość hermetyczny. Lambchop mają pełny katalog pięknych piosenek, Wilco inkorporują w niebywały sposób elementy post- i kraut-rocka, potrafiliby zatem zgromadzić u nas minimalnie większą widownię niż Calexico, pełne stosunkowo najbardziej nam obcych cytatów z amerykańskiego South-Westu.

Joey Burns i John Convertino żyją w Tucson w Arizonie, stanie najbardziej westernowym z westernowych. Tradycje country'n'western są ledwie podstawą ich brzmienia sięgającego głęboko w stronę muzyki latynoskiej, meksykańskiego mariachi oraz tejano, czyli muzycznego ekwiwalentu kuchni Tex-Mex. Dla wypalonych słońcem przestrzeni Południa nie istnieje granica, latynoskie wpływy krążą po nich swobodnie wypełniając je opowieściami, bohaterami i historią. Muzyka Calexico dla słuchaczy kojarzących te brzmienia w najlepszym razie z wystylizowanymi filmami Tarantino, wydawać się może akceptowalna jedynie jako półironiczny żart, fikcyjny, legendarny byt.

Szansą na zyskanie sobie słuchaczy spoza tradycyjnego kręgu mogła być dla Calexico płyta "Algiers". Owszem, usłyszymy tam trąby mariachi, latynoską rytmikę, hiszpańskie wokalizy, ale wplecione w spójną całość utrzymaną w zaskakująco poważnym tonie. Album ten powstał w Nowym Orleanie, huragan i woda zaważyły zatem w subtelny sposób na jego wymowie. Takie zaś piosenki jak "Para" czy "Maybe On Monday" stanowiły prawdziwe emocjonalne wierzchołki.

Być może na "Edge Of The Sun" nie ma aż tak silnych kompozycji, przy pierwszym kontakcie album wydawać się może, mimo oczywistych dla Calexico i egzotycznych dla nas elementów, nieco bledszy od poprzednika. Tymczasem płyta, czerpiąc z wielu miejsc w których powstawała oraz imponującego szeregu zaproszonych gości, okazuje się nie tylko lżejsza w wymowie od "Algiers", ale też wprowadza do brzmienia Calexico nowe elementy, tworząc jeszcze żywszą i barwniejszą całość.


Płytę otwierają i zamykają najzwyczajniejsze w świecie piosnki. Rockową normalnością, pogodnym brzmieniem i dużą rolą perkusji zaskakuje pierwsze (i singlowe) "Falling From The Sky". Najbardziej sztandarowe elementy country pojawiają się później, pedal steel guitar w "When The Angels Played", liczne męsko-żeńskie dwugłosy (w "Tapping On The Line" z udziałem Neko Case), pogodny westernowy klimat w "Beneath The City Of Dreams". Meksyk w całej swej krasie rozbrzmiewa w instrumentalnym "Coyoacán", gdzie obok typowej sekcji dętej usłyszymy smyczki oraz meksykańską harfę jalisco, oraz w archetypowej wręcz piosence drogi i pogranicza "Cumbia De Donde".

Tradycyjne meksykańskie trąby brzmią w tej samej jednak piosence jakby były odtworzone na 8-bitowej karcie dźwiękowej. W "Tapping On The Line", opartej na prostym gitarowym rytmie, dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że sekcję rytmiczną tworzy tu automat perkusyjny. Wreszcie "Moon Never Rises" brzmi jakby do tematu country'n'western podchodziło... Gorillaz. Najciekawiej jednak wypada ciemne, wieczorne country w "Bullets & Rocks" oraz przede wszystkim "Come Undone", najpoważniejsze na płycie, przestrzenne, pełne napięcia i najbliższe alt-country'owemu podejściu do post-rocka.

Celxico zatem puszczają do nas czasem na "Edge Of The Sun" oko, w większym niż na "Algiers" stopniu bawią się konwencją, ale jest to konwencja osadzona w żywej rzeczywistości. Może tym razem uda się im przekonać racjonalnych Europejczyków, że amerykański South-West istnieje naprawdę. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

P.S.: Niech nie zmyli was José González w teledysku do "Falling From The Sky". Artyści połączyli siły we wspólnym projekcie, którego drugą częścią jest teledysk Gonzáleza do piosenki "Open Book" z płyty "Vestiges & Claws". Kolejny kroczek do przybliżenia nam Calexico.

8 czerwca 2015


RÓISÍN MURPHY Hairless Toys, [2015] [PIAS] || Zamiast pytać do kogo właściwie skierowana jest nowy album Róisín Murphy, lepiej otwarcie przyznać oczywistą i niewypowiadaną prawdę. Murphy jest, była i będzie postrzegana przez pryzmat Moloko. Brutalna rzeczywistość pokazuje, że próby wypowiedzi w nowych językach jedynie wzmagają sentyment za Róisín z epoki ciasnych swetrów. Solowy debiut "Ruby Blue" produkował Matthew Herbert, człowiek, który na koncie ma choćby album o cyklu rozwojowym prosięcia, ale paradoksalnie najbliżej do osiągnięcia mentalnej niepodległości była Róisín na płycie "Overpowered", przerysowującej najbardziej charakterystyczne elementy jej wizerunku jako wokalistki Moloko. Ekscentryczne kostiumy, dopracowany wizerunek, (umiarkowana) przebojowość, wszystko to umieściło Murphy na drodze do zostania artystowską diwą, gdzieś pomiędzy Madonną a Björk.

Po ośmiu latach od "Overpowered" pytanie o grupę docelową Róisín Murphy powraca. Dla płaczących po Moloko za mało tu przebojów (ok, eufemizm, nie ma tu ich wcale). Wyznawcy chcący składać ofiary u stóp dyskotekowej gej-diwy natykają się tu na panią w średnim wieku w klipsach i pastelowych płaszczach. Najciekawsze na "Hairless Toys" wycieczki w stronę bardziej eksperymentalnej elektroniki okazują się zbyt sporadyczne i incydentalne dla miłośników mniej banalnych nurtów.

Album wyprodukował Eddie Stevens, współpracujący z Róisín jeszcze od czasów Moloko, prywatnie mąż Jany Kirschner, słowackiej wokalistki coraz śmielej wchodzącej w rejony alternatywnego popu. Jeśli jednak małżonkę otoczył na dyptyku "Moruša Biela / Moruša Čierna" plejadą muzyków, to z Murphy zamknął się w studiu nie tylko jako producent, ale też współkompozytor i główny instrumentalista. W efekcie jednak zamiast organicznie i intymnie "Hairless Toys" brzmi jak muzyczny ekwiwalent rysunku kreślonego na zbyt cienkiej kartce papieru.


Osiem kompozycji zaaranżowane jest faktycznie dość skromnie, w najlepszym razie będąc cichym, pościelowym disco. Wokal Róisín słyszany jest niemal cały czas, choć pełnym głosem rozbrzmiewa dopiero w ostatnim utworze "Unputdownable", brzmiącym jak szkic do pełniejszej, całkiem przebojowej piosenki. Większość albumu wypełnia cichymi wokalami, będącymi na granicy silnego, ale jednak szeptu. Ani zatem głos, ani muzyka nie pełni na "Hairless Toys" roli pierwszoplanowej, album zdaje się zapadać w sobie i być wstydliwie wycofanym.

Nawet jeśli "Evil Eyes" sporadycznie punktowane jest syntezatorem a swej disco-popowej stylizacji zbliża się zarówno do Goldfrapp, jak i do wczesnej Madonny, to choć bynajmniej nie jest to zły utwór, to lepiej brzmi w teorii niż w praktyce. Na "Hairless Toys" na plus wyróżnia się praktycznie wszystko, każdy pojedynczy dźwięk, który w jakikolwiek sposób odstaje od bladej całości. Niezłej, nawet całkiem przyjemnej, ale gasnącej w pamięci niemal natychmiast po wysłuchaniu.

Zaskakująco wybrane na singiel "Exploitation" okazuje się zatem, zwłaszcza w albumowej, niemal 10-minutowej wersji, najciekawszym nowym utworem Murphy, zdecydowanie flirtującym z estetyką microhouse'u. Oscylujący podkład nerwowo i niesymetrycznie oplatają tu dźwięki pianina i gitary, luźna zaś i krucha struktura kompozycji zbliża Murphy do roli bardziej finezyjnej Emiki czy nawet instrumentalistów z Brandt Brauer Frick. Z pewnością jednak nie do Moloko. 6/10 [Wojciech Nowacki]

5 czerwca 2015


TOMASZ SZMAJTER i ROLAND BURY Deep Purple, In Rock 2014 || Biografie tzw. "gigantów" zasadniczo wyróżniają się podejściem kronikarskim, zbierającym najmniej nawet istotne fakty dla zachowania pamięci o wielkim przecież zespole, albo podejściem bliższym literackiej biografistyce, gdzie wybór faktów podporządkowany został płynności narracji. "Deep Purple" Tomasza Szmajtera i Rolanda Burego, jak łatwo się domyśleć choćby po pozornie onieśmielającej objętości, aspiruje do nurtu kronikarskiego. Czy oznacza to zatem, że jest to książka wyłącznie dla najbardziej zagorzałych fanów czy też przygodny czytelnik zwyczajnie zainteresowany historią muzyki rozrywkowej też znajdzie w niej coś dla siebie? Zwłaszcza jeśli na rynku do dyspozycji ma również "Deep Purple. Smoke on the Water. Opowieść o dobrych nieznajomych" Dave Thompsona (SQN 2013)?

Tymczasem "Deep Purple" zaskakuje lekkością czytania, głównie dzięki chwytliwemu zabiegowi jakim jest podział tekstu na krótkie rozdziały, zachęcające do przerzucenia kolejnych kartek w niemal bezwysiłkowy i niezauważalny sposób. Znaczenie ma tutaj też narracja o wybitnie artykułowym charakterze, znanym z około-rockowych czasopism muzycznych, oparta zatem na wielu "obiektywnych" cytatach, mnogości detali i autorze zredukowanym jedynie do kompilatora faktów, we wspomnianym wyżej kronikarskim znaczeniu.

Wydarzenia zatem przesuwają się przed naszymi oczyma wartkim tempem, ale paradoksalnie bez wzbudzania większych emocji. Autorzy starają się nie interpretować, nie wyjaśniać, licząc na to, że dostarczenie "czystych" cytowanych faktów pozwoli czytelnikowi na samodzielną pracę nad tekstem. Niestety, nie każdy przygotowany jest do samodzielnego wnioskowania. Bazując wyłącznie na cytowanych wypowiedziach wyinterpretować można całkowicie odmienne wersje wydarzeń. Ritchie Blackmore swoje własne odejście z zespołu i koniec składu Mark III wyjaśnia raz jako wynik walki ego w której każdy z członków grupy chciał czegoś od siebie, innym razem zaś jako całkowitej bierności pozostałych muzyków, polegających wyłącznie na nim i oczekujących od Blackmore'a ciekawych pomysłów i całkowitej odpowiedzialności. Żadna z tych wersji nie wydaje się specjalnie bliska prawdy jeśli z opisu wydarzeń wynika raczej całkowita bierność gitarzysty. Brak komentarza autorów pozostawia zatem czytelnika zagubionego pośród często wykluczających się cytatów i natłoku faktów. Wstrzymanie się od autorskiej rekonstrukcji wydarzeń skutkuje więc brakiem spójności narracji.

Na letnią temperaturę książki wpływa też całkowite pomijanie życia prywatnego muzyków, co oczywiście każdy uważa za zasadne, nie da się jednak wyprowadzać uzależnień od narkotyków czy słabości do rozbijania gitar wyłącznie z muzycznej działalności a przy tym małżonki swych bohaterów wspominać wyłącznie incydentalnie. Szmajter i Bury starają się by było grzecznie, "profesjonalnie" i czysto muzycznie, bez pikantnych czy wręcz wulgarnych szczegółów, traktowanych możliwie ogólnikowo. Autorzy wyłamują się jednak miejscami ze swych stoickich pozycji. Choć brakuje tu oczywiście analizy przyczyn powrotu składu Mark II, to jednak mimochodem pojawiają się sugestie, że chodziło wyłącznie o pieniądze. Reaktywacja Deep Purple w latach 80-tych spotyka się z zaskakującym komentarzem, że prezentowany przed grupę klasyczny hard-rock był już wtedy estetyką niemodną. Złośliwości autorów pod adresem Joe Lynn Turnera nawet nie są specjalnie ukrywane.

Podobnie jak u Thompsona, mam po lekturze książki Szmajtera i Burego silne wrażenie, choć tutaj lekko zawoalowane, że Deep Purple byli tylko biznesowym konceptem wymyślonym przez menadżerów. Nie ukrywam, że w wojnie gigantów zawsze byłem po stronie Led Zeppelin, ale ciężko wykrzesać mi czysto ludzką sympatię do zespołu, jeśli Jon Lord wprost mówi o tym, że nigdy nie byli z Blackmore'm przyjaciółmi i że "chyba" się lubią. Obraz Blackmoore'a został jednak w książce odtworzony interesująco, jako najbardziej kreatywnej, medialnie pociągającej, ale też najbardziej hamującej siły w zespole. Potwierdza to też niestety, że wraz z jego odejściem Deep Purple stali się może personalnie lepszym zespołem, ale artystycznie coraz mniej istotnym. Tam gdzie Dave Thompson odmalowywał walkę nadal żywotnego Deep Purple z etykietą classic-rocka, Szmajter i Bury nie potrafią przekonać, że słuchanie dokonań grupy z ostatnich dwudziestu lat ma większy sens.
Cierpi też na tym sama książka, ostatnie sto stron to praktycznie wyłącznie wymienianka ciągłych tras zespołu, którą w pewnym momencie sami autorzy okazują się znudzeni.

Przyznaję jednak, że brak przesadnie nabożnego stosunku do swych bohaterów, tak charakterystyczny dla zagorzałych miłośników "klasycznego" i "prawdziwego" rocka, był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Żeby książka ta trafiła do szerszego grona niż fani Deep Purple zabrakło jej albo bardziej osobistego i krytycznego spojrzenia autorów, albo uniwersalnego obrazu i umieszczenia muzyki w szerszym kontekście czasów w których powstawała. [Wojciech Nowacki]

2 czerwca 2015


TORO Y MOI What For?, [2015] Carpark || Toro y Moi jest jak kumpel na lato. Wakacyjne przygody, wycieczki nad wodę, wspólne zdjęcia, niegdyś na 36-klatkowym filmie, dziś szybko filtrowane i postowane, ot niby beztroska, ale jednak podszyta okazjonalnymi życiowymi rozkminami. Kontakt słabnie, codzienność przytłacza, ale pamięć pozostaje na tyle silna, że spotkanie w kolejne wakacje jest niemal pewne. I nie, nie ironizuję, Chaz Bundick zawsze sprawiał na mnie wrażenie przede wszystkim kogoś niezmiernie sympatycznego. Niby fundator gatunku, niby ikona blogosfery, ale jednak bezpretensjonalny chłopak z sąsiedztwa. I tak też pozostaje jego muzyka.

Nawet więc "What For?", najsłabszy album Toro y Moi, cieszy w najbardziej podstawowy sposób. Czysto subiektywna kategoria przyjemności słuchania zostaje znów wypełniona. Pomimo tego, że po pierwsze, Chaz niczym tu nie zaskakuje, bo alt-rockowy entourage już u Toro y Moi przebłyskiwał, po drugie zaś, zawodzą kompozycje, kluczowa strona jego dotychczasowego sukcesu.


Rzecz jasna nie całkowicie. "Empty Nesters" to dokładnie taki Toro jakiego oczekujemy, chwytliwy, bezbłędnie przebojowy i bezpretensjonalnie radosny. Nie jest bynajmniej dla "What For?" specjalnie reprezentatywny, choć i w tej piosence znajdziemy charakterystyczne cechy brzmienia tej płyty - mocniejsze gitary, zespołowy charakter, lekkie inspiracje indie-rockiem lat 90-tych, ale przede wszystkim dawno zapomniane avant-popowe chwyty.

Pogłoski o indie-rockowym wymiarze albumu, czy wręcz o echach Pavement, są bardzo mocno przesadzone. Owszem, są tu gitary, ale zdecydowane bliższe soft-rockowi lat 70-tych ("Buffalo") i czasom muzyki odtwarzanej z magnetofonów szpulowych ("Lilly"). Nerwowy sposób gry na gitarze akustycznej w "What You Want" przypomina z kolei Johna Frusciante ze starych, dobrych czasów "To Record Only Water For Ten Days". Najciekawiej jednak robi się gdy standardowo ładne "Half Dome" na chwilę potyka się skręcając w banał, po czym rehabilituje się mocną repetycją a'la Stereolab.

Avant-popowe inspiracje przejawiały się już na "Underneath The Pine", albumie pełnym żywych i ciepłych brzmień, który moim zdaniem po latach broni się lepiej od "Causers Of This", którego słuchanie jest muzycznym ekwiwalentem choroby morskiej. Nota bene, krytyka do dziś spiera się czy specyficzne brzmienie kamienia milowego chillwave'u było wykoncypowane czy przypadkowe i wynikające ze sprzętowych ograniczeń. Wczesne dema Toro y Moi, wydane później jako "June 2009", swą gitarową prostotą wydają się przeczyć tej teorii, wahnięcia zaś między elektroniką a żywym brzmieniem wydają się naturalnym rytmem pracy Bundicka.

Organiczne "What For?" nie może zatem dziwić po stopniowej, taneczno-house'owej wędrówce wyznaczonej epką "Freaking Out", lekko zapomnianym albumem "Anything In Return" i płytą "Michael" wydaną pod szyldem Les Sins (żonglerka pseudonimami na użytek najbardziej radykalnych tanecznych brzmień to kolejny intrygujący problem, vide: Caribou - Daphni czy Four Tet - Percussions). O ile jednak każdy z trzech regularnych albumów Toro y Moi ma swoich zwolenników, o tyle nie sądzę, żeby zgromadziło ich "What For?"

Poza osią "What You Want" - "Empty Nesters" - "Half Dome" piosenki okazują się zaskakująco niezapamiętywalne. Ładnie wybrzmiewają, ale w ogólnym rozrachunku poza ulotnym wrażeniem nic po nich nie pozostaje. Samo brzmienie zaś, choć ciepłe i bogate, miejscami okazuje się aż za gęste, za ciężkie, nawet w "What You Want" zirytować może zbyt nawarstwiony wokal. Zastanawiają również kompozycyjne potknięcia, ułamkowe fragmenty brzmiące jak zła nuta czy niewłaściwa tonacja, przykrywane natychmiast przez kolejne motywy. Tak oto, Chaz okazuje się tu muzykiem z potencjałem, co jednak jest drobnym regresem w porównaniu z muzykiem spełnionym znanym z poprzednich albumów. Ale na wakacje i tak wystarczy. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]