25 maja 2015


FAITH NO MORE Sol Invictus, [2015] Reclamation! Recordings || Zacznę odrobinę makabrycznie. Co spodziewamy się zobaczyć otwierając wiekowy, zmurszały od upływu lat grób? W zdecydowanej większości przypadków powinniśmy oczekiwać widoku starych, wyschniętych kości wraz z czaszką z zastygłym, niezmiennym wyrazem. Nie zobaczymy tkanek łącznych, mięśni, ścięgien czy nerwów pozwalających na wyrażanie emocji. Po co więc w ogóle taki grób otwierać? Cóż, większość z normalnych ludzi nigdy by tego nie zrobiła, nawet pod wpływem przemożnej ciekawości czy emocjonalnych związków z jego rezydentem. A jednak większość z fanów zakupi pewnie "Sol Invictus" licząc na ponowne muzyczne objawienie zaserwowane nam przez od dawna martwe Faith No More. Niestety, fani nie znajdą na nowej płycie więcej życia i emocji niż w kilkunastoletniej mogile.

Od czasu „Album Of The Year” z roku 1997 bardzo dużo się zmieniło na rynku muzycznym. I chociaż FNM zawsze podążało niejako pod prąd panujących trendów, to nie da się zupełnie ignorować zmian stylistycznych wyznaczających aktualne kierunki w których podąża branża. Albo inaczej, oczywiście można próbować je ignorować, ale trzeba to robić z głową. Mieć ciekawy przekaz, dobrze opracowane utwory albo porywający i spójny koncept płyty. "Sol Invictus" nie ma żadnego z tych elementów i jest po prostu nudny. Opinia ta brzmi jak szarganie świętości, ale bądźmy szczerzy: co tak naprawdę oferuje nam najnowsze dzieło FNM? Muzycznie, tekstowo, aranżacyjnie - niewiele. W przypadku tego zespołu nie można mówić o odejściu od dotychczasowej stylistyki, bo nigdy nie dało się tak naprawdę ich stylistyki wyraźnie określić. Problem polega na tym, że z samej wolności muzycznej, którą zespół hołubił w przeszłości zrobiła się nieciekawa sztampa. Nadal mamy tu głos Mike’a Pattona, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że nawet linie wokalne przygotowano bez większego zaangażowania czy pomysłu ("Cone Of Shame", "Separation Anxiety"). Patton jest oczywiście genialnym wokalistą, ale swój geniusz pokazywał przede wszystkim poza FNM i jedynie na „Angel Dust” dał szerszy popis własnych umiejętności.


Większość kompozycji sprawia wrażenie napisanych na kolanie, w trakcie wspólnego jammowania, którego tematem przewodnim miało być „Ah, pamiętacie stare dobre lata, kiedy mieszaliśmy na muzycznym rynku?”. Niestety, duch tamtych lat już nie wróci. Muzycy są zapewne również na innym etapie rozwoju psychosomatycznego, co powoduje że próba powrotu do bohaterskiej przeszłości zespołu przypomina aplikowanie ładunku elektrycznego trupowi - życia w ten sposób się nie wskrzesi. Nawet potwór Frankensteina zbudowany był z różnych części składowych, aby eksperyment ożywienia mógł się powieść. Słuchając "Sol Invictus" mam przed oczami trzy małpki: jedna zasłania uszy (nie słuchamy muzyki, aby przypadkiem się czymś nie zainspirować), druga zasłania usta (nasze teksty tak naprawdę nic nie przekazują) a trzecia oczy, bo po co dostrzegać braki właśnie przygotowanego materiału. Na albumie są w moim odczuciu tylko dwa momenty, w którym muzyka FNM wzbija się ponad przeciętność. Pierwszym jest "Matador", charakteryzujący się ciekawą melodią, poetyckim tekstem, oraz niestety wymęczoną linią wokalną, drugim zaś jest "Black Friday". To jednak za mało by uznać płytę za udaną.

Faith No More kazało nam długo czekać na kolejny album. Pytanie brzmi, czy tak naprawdę, ktoś odliczał dni dzielące nas od daty premiery? Czy szum związany z nowym albumem został wywołany przez wciąż (śmiem wątpić) szerokie rzesze fanów czy sprawny marketing zespołu i wytwórni? Faith No More jest legendą lat dziewięćdziesiątych i tak powinno zostać. Chociaż wielu wieszało psy na "Album Of The Year", to uważam, że doskonale podsumowywał on działalność grupy i powinien nadal zamykać jej dyskografię. Po co igrać z ogniem? Warto kończyć jak Metallica, która rozmienia się na drobne coraz to bardziej nudnymi, przewidywalnymi i nieszczerymi albumami, wciąż myśląc, że ktoś czeka na ich kolejny krążek? W przypadku "Sol Invictus" nie jest jeszcze aż tak źle. To nadal jest Faith No More, które znają fani. Tyle że mniej pomysłowe, mniej buntownicze, mniej (o dziwo!) dojrzałe i dopracowane. "Sol Invictus" sprawia wrażenie płyty, która musiała powstać, ale niekoniecznie ze względów czysto muzycznych. Zespół nie zdołał wzbić się poza przeciętność. A szkoda. 5/10 [Jakub Kozłowski]

24 maja 2015


TOTO XIV, [2015] Frontiers Records || Toto od wielu już lat nie potrafiło nikogo zaskoczyć. Pomimo dostrzegalnego marazmu w twórczości grupy nie można jednak powiedzieć, aby muzycy nagrywali płyty słabe bądź znacząco odbiegające od ich dotychczasowego poziomu. Zagubiła się jednak przebojowość i lekkość takich albumów jak "IV", "Fahrenheit" czy "The Seventh One".

Ostatni album studyjny, nagrany w roku 2006, „Falling In Between” pozostawił pewien niedosyt, jak się zdawało, nie do zrekompensowania. Toto przestało bowiem w międzyczasie istnieć a Steve Lukather zajął się kontynuowaniem kariery solowej. Chociaż z artystycznego punktu widzenia przyniosła ona kilka doskonałych albumów (np. "All’s Well That Ends Well"), to nie zyskała szerszego odzewu. Reszta członków zespołu powróciła do sporadycznego udzielania się na płytach innych wykonawców. Dopiero kolejne już nieszczęście, które spotkało rodzinę Porcaro (choroba Mike’a, którego brat Jeff Porcaro, zmarł w roku 1992 z powodu miażdżycy tętnic), doprowadziło do reaktywowania się zespołu by uzyskać wsparcie finansowe dla chorego przyjaciela.

Tym razem bez Bobby'ego Kimballa, z którym pożegnano się bez większego żalu. Jego miejsce zajął Joseph Williams, były wokalista Toto oraz bliski przyjaciel Paicha i Lukathera. W tym składzie uczczono 35. rocznicę powstania zespołu, nagrywając świetne koncertowe DVD  z Polski. Wydawało się, że tym właśnie zakończona zostanie historia grupy. Wraz z sukcesem albumu wzrosła popularność zespołu, co wykorzystać postanowiła firma fonograficzna. Doskonała zgoda panująca między muzykami, jak i prawne obligacje wynikające z podpisanych umów zaowocowały podjęciem prac nad kolejną płytą studyjną. W ten sposób powstał "Toto XIV" będący najlepszym chyba dokonaniem muzyków od czasu wspomnianego siódmego albumu. Niewątpliwie, dziesięć miesięcy wytężonych prac w studiu nie poszło na marne.


Zawsze ceniłem w dokonaniach Toto fakt, że muzycy, doskonali pod względem technicznym, potrafili podporządkować własne ego i zapędy wirtuozerskie "większemu dobru" jakim jest melodia. Dzięki temu osiągnęli to, czego nigdy nie byli w stanie zrobić chociażby Deep Purple, gubiący się w wewnętrznych ograniczeniach stylistycznych (jeżeli solówkę w utworze miał Ritchie Blackmore, to koniecznie należało znaleźć miejsce również na popisy Jona Lorda). Toto, choć niewprawionemu słuchaczowi mogą kojarzyć się domeną pop-rocka (na co niekorzystny wpływ miał również największy przebój grupy "Africa"), nagrywają w zgodzie z teorią brzytwy Ockhama eliminując ze skomplikowanej aranżacji te elementy, które służą jedynie partykularnym celom poszczególnych muzyków. Mając też w składzie przynajmniej trzech profesjonalnych wokalistów (Williams, Paich oraz Lukather) są w stanie zapewnić niezwykłą różnorodność poszczególnych utworów.

I właśnie ten element słychać na "XIV" najwyraźniej. Po raz pierwszy od dawna miałem do czynienia z płytą na której nie można wskazać słabszych momentów. Utwory takie jak "Burn", "21st Century Blues" czy "Great Expectations" zachwycają melodyjnością i nowoczesną produkcją. Teksty oscylują wokół tematyki alienacji, niezrozumienia i buntu przeciwko kosmopolitycznemu światu. Płyta nie jest jednak defetystyczna, choć problemy poruszane w utworach zdają się być głębsze niż przyzwyczajała nas do tego AOR-owska stylistyka innych zespołów (np. Journey czy REO Speedwagon). Poza wskazaniem problemów ("21st Century Blues", "Fortune") Toto sugeruje nam też rozwiązania: miłość i oddanie ("The Little Things", "Burn", "All The Tears That Shine"), empatia ("Orphan") czy chęć stawiania czoła przeciwnościom losu ("Great Expectations").

Taka koncepcja albumu mogłaby w prosty sposób zakończyć się tragicznie, łatwo bowiem popaść w patos (a tym samym w śmieszność) poruszając górnolotne tematy na potrzeby rockowych utworów. "Toto XIV" nie jest jednak ani naiwna ani niedojrzała. Emanuje za to pozytywną energią, która potrafi udzielić się słuchaczowi. Chociaż dla mnie na zawsze tym "prawdziwym" wokalistą Toto pozostanie Bobby Kimball (duży wpływ miała na to na pewno polska wersja VH1, która niemal non stop puszczała teledysk do utworu "Rosanna") to Joseph Williams śpiewa na nowej płycie lepiej niż kiedykolwiek. Jego popowo-soulowa barwa głosu zyskała bowiem chropowate zabarwienie, które pasuje doskonale do nowych utworów.

Chociaż nie można w przypadku "Czternastki" mówić o jakimkolwiek przełomie, to dzięki wydarzeniom zapoczątkowanym koncertem zespołu w Łodzi otrzymaliśmy płytę naprawdę udaną. Cieszy to tym bardziej, że właściwie nikt już nie spodziewał się kolejnego "klasycznego" albumu Toto, a to, że z takim właśnie mamy do czynienia, jest dla mnie sprawą oczywistą. Szczerze polecam. 8/10 [Jakub Kozłowski]

22 maja 2015


TWIN SHADOW Eclipse, [2015] Warner || Gdy George Lewis Jr. śpiewa "I'm Ready", wiemy, że myśli o tym całkowicie poważnie. Pompa! Emocje! Pop! Stadiony! "Eclipse", mimo że jest złym albumem to jednak stanowi w pewien sposób naturalną ewolucję od wczesnego, hipsterskiego i na poły autoironicznego podejścia Twin Shadow do popu lat osiemdziesiątych. Choć "Confess" jako całość wydawała się bardziej przekonującym albumem, to jednak debiutanckie "Forget" do dziś zawiera najlepsze piosenki Lewisa i tkwiła w tej płycie jakaś lekkość i tajemnica. "Eclipse" brakuje lekkości, brakuje dobrych kompozycji, przy czym zupełnie serio traktuje swoje stadionowe, power-popowe zamierzenia.

Zaczyna się nawet obiecująco od dźwięków pianina we "Flatliners", najbliższym na płycie do pierwotnego wcielenia Twin Shadowa, choć znak zapytania pojawia się wraz z wersem Pump pump pump it up a wysiłkowy refren i zapatrzenie we Franka Oceana wyznacza kierunek całego albumu. "When The Lights Turn Out" świetnie by się sprawdziło jako grupowy numer w bardziej emocjonującym odcinku "Glee", zęby zaczynają prawdziwie zgrzytać już przy zaśpiewach i tekście "To The Top", ale to singlowe "I'm Ready" jest nieprzypadkowo archetypem wszystkiego co najgorsze na "Eclipse".


Brak dystansu, wielkie zamierzenia, toporne słowa, przyciężkie kompozycje bez polotu i finezji, wreszcie zastanawiająco nieudana, mało klarowana produkcja, sprawiają, że "Eclipse" nie nadaje się nawet do roli wypełniacza i muzyki tła. Rozpędzony i zachwycony sobą walec perkusyjnych automatów i efektów z lat osiemdziesiątych męczy i lekko żenuje. Paradoksalnie, najbardziej wyróżnia się "Old Love/New Love", ale tylko dzięki eurodance'owemu bitowi.

Charakterystyczna niegdyś dla Twin Shadowa gitara pojawia się tu sporadycznie, klarowne wokale należą do rzadkości. Jeśli choćby w "Watch Me Go" pobrzmiewa agresywniejsze i nowocześniejsze podejście do ejtisowych resentymentów to psuje je właśnie bezsensowne modyfikowanie głosu. Współcześniej by wypadało również "Turn Me Up" z przyczajonym głównym motywem, ale potencjał marnowany jest przez typowy dla "Eclipse" ciężkawy, niezapamiętywalny refren. Na tym tle relatywnie niezłe "Half Life" wyróżnia się jedynie dzięki negatywnej selekcji.

Twin Shadow spełnił swoje marzenie o wielkim popowym albumie i naprawdę ciężko przewidzieć jaki będzie jego następny ruch. Dopracuje brzmienie i umiejętności by tym razem skutecznie zawojować mainstream? Czy może skruszony złoży broń i wróci do intymnego świata alternatywy ukradkiem tylko spoglądając do rozbuchanego królestwa popu? Póki co, będąc zbyt ciężkie i za słabe na listy przebojów oraz zbyt prostackie i dosłowne dla dotychczasowych fanów, "Eclipse" jest płytą dla nikogo. 3.5/10 [Wojciech Nowacki]

19 maja 2015


BLUR The Magic Whip, [2015] Parlophone || Niedługo oglądać zaczniemy nowe sezony "Twin Peaks" i "The X-Files", ba, Netflix reaktywuje lekką grozę "Pełnej chaty". Nowy album nagrywa PJ Harvey, być może na ten rok zepną się Radiohead. Przeciętna, delikatnie mówiąc, płyta The Prodigy spotyka się z pozytywnymi reakcjami najbardziej sentymentalnych. Jeśli kiedykolwiek można było mówić o popkulturowym powrocie lat dziewięćdziesiątych to jest to właśnie teraz. Powrót Blur też można uznać za przejaw tego revivalu, choć w tym wypadku bardziej chodzi o wypełnienie olbrzymiego braku w muzyce ostatnich plus minus piętnastu lat niż o nostalgiczny powrót. Gdyby Damon Albarn nie rozmieniał się na dobre w kolejnych projektach Blur mogłoby utrzymywać tą samą pozycję jaką mają dziś Radiohead. Tymczasem pierwszy od 12 (lub 16) lat album Blur w porównaniu z innymi ikonami lat dziewięćdziesiątych wydaje się u nas stać na lekko straconej pozycji.

Tegotygodniowa premiera płyty Faith No More to już zupełnie inna historia, sądząc przynajmniej po ilości okładek na których zdążyli się w tym miesiącu pojawić. Mike Patton jako równie wpływowa i kreatywna postać co Damon Albarn podobnie mnożył kolejne projekty i estetyki w swych projektach po zakończeniu działalności zespołu, ale nasze tradycyjne polskie zamiłowanie do twardszej, "prawdziwie" rockowej muzyki zachowało Faith No More znacznie bliżej powierzchni naszej pamięci niż Blur. Pisałem już o tym przy okazji "Everyday Robots", Blur zawsze byli u nas zespołem bardziej kojarzonym i szanowanym niż słuchanym a kilka tysięcy słuchaczy na poznańskim koncercie Albarna udało się zgromadzić raczej dzięki jego późniejszym projektom, z Gorillaz na czele, niż jakiejś okazałej liczebnie bazie polskich fanów Blur.


Stąd też, choć media oczywiście zwróciły uwagę na wydanie "The Magic Whip", to, co warte uwagi, szczególnie w tych poświęconych muzyce niezależnej pojawiają się bezrefleksyjne głosy o koniunkturalnym odtworzeniu brzmienia albumów z lat dziewięćdziesiątych, o nagraniu albumu do podtrzymania koncertowej frekwencji w sezonie letnich festiwali czy nawet o zbyt małej przebojowości materiału. Nietrudno też zauważyć, że młodzież obok Blur przechodzi dość obojętnie, sami ich nie pamiętają a starsi koledzy najczęściej ich po prostu nie słuchali. Ale dla części z nas, pokolenia trzydziestoparolatków, "The Magic Whip" to prawdziwy manifest żywotności.

Dlaczego zatem album ten powinien być nie tylko najważniejszą premierą tego roku, ale i drugim najlepszym w historii Blur? Dlaczego nie jest archaicznym odgrzewaniem przebrzmiałych patentów (tu znów kłania się ostatnie The Prodigy)? "The Magic Whip" dojmuje absolutnie niewymuszoną i swobodną atmosferą. Za albumem nie stał żaden zamysł, żaden plan i z pewnością, co czuć wyraźnie, żadne napięcie. Grupa korzystając z przypadkowych paru dni wolnego na trasie koncertowej udała się do studia w Hongkongu, by na fali nowoodkrytej więzi niezobowiązująco razem pograć i zarejestrować efekty. Efekty, które naprawdę brzmią jak niewymuszone, bezpretensjonalne spotkanie przyjaciół po latach.


Stąd też być może brak obecnej czasem na starszych płytach Blur epickości. Prawdą jest też, że słychać na "The Magic Whip" echa, czasem bardzo wyraźne, niemal wszystkich odsłon brzmienia grupy i rękopisu Albarna, od "Parklife" przez "Blur" i "13" aż po Gorillaz czy "Everyday Robots". Jeśli jednak zespół po kilkunastu latach przerwy potrafi w zupełnie niezobowiązujących okolicznościach nie odtworzyć, ale nawiązać do całej swojej historii tworząc tak bezpretensjonalną i świeżo brzmiącą całość to mamy do czynienia z wielkim zespołem i wyjątkowym albumem.

"Go Out" to rewelacyjny, klasyczny dla Blur anty-singiel, pełen brudu, napięcia i gitarowego chaosu, pod którym jednak skrywa się rozedrgana melodia i piosenka, która spokojnie odnalazłaby się na "13", Albarn zaś najbardziej zbliża się w niej do swego komiksowego wcielenia 2D z Gorillaz. "Lonesome Street" to już beztroski, archetypowy brit-pop, w sensie sięgania po wyspiarski pop lat sześćdziesiątych. Piosenką kompletną jest rozdzierające i pełne napięcia "There Are To Many Of Us", szczególnie od momentu wejścia perkusji. Ale mamy tutaj jeszcze zadziornie głupkowate, pełne gitar i elektroniki "I Broadcast" czy melancholijne "My Terracotta Heart" poświęcone więzi Damona Albarna i Grahama Coxona,


Melancholia, ale ta nieangażująca, znana z solowej płyty Albarna, przebija się w "New World Towers" i "Pyongyang", gdzie przełamuje ją jednak łkająca gitara Coxona. Również sekcja rytmiczna ratuje Albarna przed zanurzaniem się w solowy smutek, dzięki czemu pełne harmonii "Thought I Was A Spaceman" odnalazłoby się na eterycznym "Blur" a letnio-wakacyjny "Ghost Ship" na płytach Gorillaz. Nawet niezbyt wyróżniające się, lekko infantylne "Ice Cream Man", leniwie ogniskowe "Ong Ong" czy dansignowe "Mirrorball" przypominają, że takie oto zwykłe piosenki miały swe miejsce na wszystkich płytach Blur. Poza najdoskonalszym "13".

Tamten album 16 lat temu zamykał lata dziewięćdziesiąte tak samo jak rok później "Kid A" Radiohead inicjowało lata zerowe. "Think Tank" z 2003 roku ma po latach swój urok, ale bez Coxona trudno uznać ten zarejestrowany jako trio album jako coś więcej niż zaczyn solowych działań Albarna. Pamiętam jak płyta ta konkurowała wtedy z "Hail To The Thief", mającym jakoby łączyć w sobie wszystkie wcześniejsze wcielenia Radiohead i w efekcie zapadającym się pod swoim ciężarem. Jeśli na "The Magic Whip", świadomie lub nie, Blur również zaoferowali kompilację swych firmowych znaków, to niemal przypadkowy sposób w jaki to dokonali musi zadziwiać. 9/10 [Wojciech Nowacki]

4 maja 2015


THE PRODIGY The Day Is My Enemy, [2015] Take Me To The Hospital || Z właściwą sobie buńczucznością Liam Howlett ogłosił ostatnio, że w historii brytyjskiej muzyki lat dziewięćdziesiątych The Prodigy przynależy się miejsce obok Blur i Oasis. Wypowiedź ta wywołała generalnie śmichy-chichy mediów, problem w tym, że Howlett ma rację. Nie ma i nie było zespołu, który w tak fundamentalny sposób przekopałby scenę, łącząc wrogie wręcz estetyki muzyki elektronicznej i rockowej.

Z tego samego powodu The Prodigy było złym wyborem, by od tego zespołu zaczynać swoje świadome zainteresowanie muzyką w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Poszukiwania innego wykonawcy "takiego jak The Prodigy" musiały spełznąć na niczym, ponieważ nikogo podobnego po prostu nie było. Można było zabrnąć albo w stronę rocka, albo w czystą elektronikę. Niektórzy się poddali i stracili zainteresowanie czymkolwiek, inni dotrwali do XXI-wiecznej internetowej rewolucji niwelującej wszelkie gatunkowej podziały. Jako prekursorzy nie mieli jednak The Prodigy długo żadnej alternatywy.

Po "The Fat Of The Land" moża było oczywiście zostać przy The Prodigy i równie wiernie co naiwnie czekać po prostu na kolejną ich płytę. Do wydania po siedmiu latach „Always Outnumbered, Never Outgunned” w 2004 roku mało kto wytrwał. Ten dość dziwny album po latach może przynajmniej uchodzić za ciekawostkę, z pewnością jednak stanowił zdecydowaną zmianę brzmienia. A przypomnijmy może, że po trzech różniących się od siebie klasycznych albumach, właśnie kolejnej zmiany można, czy wręcz trzeba było się spodziewać, sam Howlett w okolicach 1999 roku zapowiadał hip-hopowy charakter przyszłego materiału The Prodigy.

Przy „Invaders Must Die” mówiono już z początkowym entuzjazmem o powrocie do „klasycznego brzmienia” i odrodzeniu „prawdziwego The Prodigy”. Faktycznie, płyta brzmiała jak wspomnienia starszych panów z szalonej młodości, daleka była od bycia wybitną, choć jako wypadkowa brzmień „The Fat Of The Land” i, co ciekawe, „Experience” z pewnością mogła chwilowo bawić fanów. Przy „The Day Is My Enemy” historia znów się powtarza, znów słyszymy o powrocie starego dobrego The Prodigy oraz najlepszej płycie od czasów „The Fat Of The Land”. Ujmijmy to tak, gdyby „The Day Is My Enemy” ukazało się jako upragniony następca zaraz po tamtym epokowym albumie, byłoby lekkim rozczarowaniem, ale do przełknięcia. 18 lat (!) później trudno jednak nie mrużyć oczu przy zetknięciu z szóstym albumem The Prodigy.



W swej auto-karykaturalności podąża jeszcze dalej i jeszcze uciążliwiej niż „Invaders Must Die”. Początek jeszcze tego nie zapowiada, utwór tytułowy z wokalem Martiny Topley-Bird zaskakująco nawiązuje do „Always Outnumbered, Never Outgunned”, ale niestety wybrane na pierwszy singiel „Nasty Nasty” brzmi równie żenująco geriatrycznie, co niesławne „Baby’s Got A Temper” z 2002 roku, skazane przez sam zespół na wieczne zapomnienie. Gorzej niż w „Nasty Nasty” na płycie już nie będzie, ale zasadniczo czeka nas 14 męczących, pozbawionych polotu i jakiejkolwiek finezji, infantylnych utworów.

Niezłym singlem jest „Wild Frontier”, bo słychać tu i trochę pop, i trochę Kraftwerk, i trochę breakbeat. Chwilę wytchnienia przynosi „Beyond The Deathray”, pełniące podobną funkcję jak „Weather Experience” na debiucie. Zatrzymać można się też przy „Roadblox” oraz przy „Get Your Fight On”, jedynym chyba utworze, który na tej „agresywnej” płycie można nazwać prawdziwie dynamicznym. Reszta płyty miejscami może bawić, najczęściej jednak jest zbyt jednostajnie, zbyt nudno, nużąco i za długo. Skrócenie albumu o przynajmniej kilka utworów z pewnością by pomogło w odbiorze, nie podniosłoby jednak ogólnej jakości muzyki.

„The Day Is My Enemy” to płyta, której pop-elektroniką zachwycać się mogą, podobnie jak Skrillexem jako twarzą dub-stepu, starzy teraz-rockowcy myśląc, że obcują z nowoczesną elektroniką i wierząc, że poszerzają tym swoje horyzonty. Szczególnie doskwiera wspomniany już brak finezji. Odezwać się mogą głosy twierdzące, że przecież w The Prodigy zawsze chodziło o agresywną sieczkę, ale gdzie w takim razie miejsce dla przestrzeni „Climbatize” i „Midfields” czy zjawiskowego przejścia między „Narayan” i „Firestarter” na „The Fat Of The Land”? Nie wspominając o „narkotycznej suicie” na „Music For The Jilted Generation”. Tam gdzie dawniej łączyły się gatunki (rave, funk, breakbeat, hip-hop, punk, eurodance) kreując prawdziwie napięcie, dziś zostaje tylko dziecinna agresja, gniewne pohukiwania i głupie teksty.

Wiele wyjaśnia książeczka do „The Day Is My Enemy”, wypełniona zdjęciami wyłącznie koncertowymi. Potwierdzają się tym mocne podejrzenia, że nowy album The Prodigy to nic więcej niż podkład pod okrzyki put-your-hands-up-in-the-air-motherfuckers-whoa-whoaaa-yaay Maxima i Kietha Flinta, które tworzą zasadniczą część występów grupy (vide koncertówka „World’s On Fire”). Domową przestrzeń wypełni tylko bólem głowy, znacznie lepiej sprawdza się na słuchawkach, zwłaszcza do porannej kawy w pracy, gdy odbieracie pierwsze maile. Poza tym jednak nie ma żadnego powodu by powracać do „The Day Is My Enemy”, skoro możemy nadal słuchać genialnych „Music For The Jilted Generation” i „The Fat Of The Land”. 4/10 [Wojciech Nowacki]

28 kwietnia 2015


BELLE AND SEBASTIAN Girls In Peacetime Want To Dance, [2015] Matador || Belle And Sebastian nie da się nie lubić. Z drugiej jednak strony nie da się ich słuchać w większych dawkach. Biblioteczna literackość wysuniętych na pierwszy plan tekstów i będąca na granicy przesytu firmowa słodycz ich indie-popu, najlepiej sprawdzają się na znakomitych koncertach. Do albumów, przyznaję, wracam głównie przy okazji zakupu nowych płyt (lub dotarcia do starszych, tak, mówię o fizycznym zakupie fizycznych płyt), kompulsywnie przesłuchuję całą dyskografię, dostaję lekkiego bólu głowy i, co ciekawe, nie czuję potrzeby powrotu przez dłuższy czas.

Z pewnością też macie tego typu zespoły wśród swoich ulubionych. Zapytani o nie natychmiast odpowiecie, że, oczywiście, lubicie, ale w gruncie rzeczy wracacie do nich tylko wtedy, gdy nowym albumem domyka się ich cykl wydawniczy. Nie twierdzę, że był to główny powód głośno zapowiadanego stylistycznego wahnięcia na "Girls In Peacetime Want To Dance", ale faktycznie, jeśli coś jest w stanie przytrzymać nas przy materiale na dłużej, to z pewnością może to być jego taneczny charakter.

Zapowiedzi te okazały się, na szczęście, przesadzone. Belle And Sebastian wyskakują na parkiet tylko sporadycznie, najczęściej jednak w tak oczyswisty i nieznośny sposób, że ocierający sie o poczucie lekkiego okropieństwa. Dwie kluczowe z tego punktu widzenia kompozycje, obie plus minus siedmiominutowe i wzdychające do "Reflekor" Arcade Fire, "Enter Sylvia Plath" oraz "Play For Today" naprawdę ciężko wysłuchać bez zgrzytania zębów i poczucia lekkiego zażenowania. Pierwsza kojarzy się z Abbą, co nie jest w moich ustach pozytywnym skojarzeniem, druga irytuje dość tanim głównym motywem, obie zaś brzmią przyciężko a że brak w nich jakiegokolwiek wewnętrznego progresu, to w efekcie po prostu nudzą.


O ile lepiej sprawdza się singlowe "The Party Line", może nieociekające specjalnie oryginalnością, ale jakże chwytliwe i autentycznie rozrywkowe. Retro-funkowy puls, który można już było znaleźć gdzieniegdzie u Belle And Sebastian, tutaj opakowany został w bit, syntezatory i nawet cowbell, z miejsca katapultując nasze skojarzenia w stronę... dance-punku. Która to estetyka dziś też już zalicza się do retro, więc aż tak w przypadku Belle And Sebastian nie zaskakuje. W nieoczywisty sposób taneczne inspiracje pojawiają się w "The Everlasting Muse" i "Perfect Couples". Pierwszy rozpoczyna się od jazzowego basu i pięknych klawiszy, co tylko przypomina nam jak świetnie wyprodukowana jest to płyta, by zaskakująco przerodzić się w przedziwny bałkańsko-meksykański szanson. "Perfect Couples" zaś to podróż od rocka lat 70-tych, poprzez funk i pop, po dance-punk, ze spoken-wordowym tekstem w stylu wczesnych Pet Shop Boys i refrenem a'la Chumbawamba.

Jakkolwiek są to naprawdę interesujące utwory to z pewnością nie da się ich zaliczyć do przebojowych, przynajmniej w najbardziej oczywisty sposób. Obok "The Party Line" prym wiedzie tutaj zadziorne, gitarowe "Allie", gdzie fajne napięcie przefiltrowane zostało przez dźwięku fletu, klawiszy i popu lat 60-tych.

Reszta albumu to Belle & Sebastian doskonale typowe, bez nowych, tanecznych opakowań. Problem w tym, że album zapowiadany jako "taneczny" okazuje się w efekcie jednym z najmniej przebojowych w karierze Belle & Sebastian (przynajmniej od czasów "Fold Your Hands Child, You Walk Like a Peasant"). Nowe elementy, jak widać powyżej, sprawdzają się tylko czasami, ale szwankuje tutaj też i tradycyjne brzmienie zespołu, szczególnie w końcówce płyty. Tym razem już nie wystarcza urok i słodycz, by sprzedać przegadane, nieśmiało intelektualne historie Stuarta Murdocha. Fakt natomiast, że płytę mającą być w zamierzeniu taneczną i najbardziej przebojową w karierze rozpoczyna utwór poświęcony zespołowi chronicznego zmęczenia wydaje sie niestety symptomatyczny. 6/10 [Wojciech Nowacki] 

15 kwietnia 2015


Z polskiego punktu widzenia istnienie w Czechach trzech nagród tyczących muzyki alternatywnej jest godne pozazdroszczenia. Nie mówimy oczywiście o Złotych Słowikach, które od jakiś czterech stuleci co roku otrzymuje Karel Gott, ale o stosunkowo nowych Apollo, Vinyla oraz po części Anděl, które faktycznie całkiem udanie mapują czeską scenę. W tym roku nie dostarczyły nam jednak specjalnych atrakcji, za to trochę rozczarowań a nawet kontrowersji. Czwarty rocznik nagród krytyków Apollo przyniósł dość oczywiste i zachowawcze nominacje (m.in. DVA, Kieslowski, Zrní, Boris Carloff czy Lenka Dusilová), ale zwyciężył niemal nierozpoznawalny ani przez słuchaczy ani przez media Adrian T. Bell, żyjący w Pradze Brytyjczyk i lider indie-rockowych The Prostitutes, za swoją akustyczną solową płytę.

Również czwarty rocznik nagród Vinyla, stosunkowo najgłębiej sięgających w scenę niezależną, przyniósł całkiem ciekawe nominacje: DIV I DED jako przykład eksplozji popularności shoegaze'u w Czechach, projekt Tvrdý / Havelka czy przede wszystkim słusznie hypowane Kalle. Szkoda więc, że płytą roku zostało "Nipomo" duetu DVA, zdobywającego już międzynarodowe, ba, nawet międzykontynentalne uznanie, zamiast udzielić poparcia prawdziwym debiutantom.


Nagrody Anděl w swej komercyjnej i jeszcze nie ogłoszonej części mają być odpowiedzią na rachitycznego Słowika. Rozdano już jednak nagrody w tzw. gatunkowych kategoriach. Kontrowersje dotyczą już samych kategorii (zbyt szeroko pojmowana "muzyka alternatywna" czy "world music" w której ciężko znaleźć wykonawców do nominacji), ale przynajmniej nagrody zgarnęli Kalle za "Live From The Room" w kategorii alternatywy, Subject Lost za "Expo Nova" w muzyce elektronicznej czy Hanba za "Silou Kovadliny" w kategorii punk & hard core. Z olbrzymią krytyką spotkało się samo rozdanie nagród, emitowane zresztą w czeskiej telewizji, na którym nie wystąpił żaden z nominowanych niszowych artystów, za to szereg drugoligowych poprockowych zespołów, których menedżerem jest sam organizator nagród Anděl.


Przy okazji Subject Lost, "Expo Nova" to naprawdę udana płyta z pogranicza elektroniki i post-rocka, którą Petr Adamec wzbogacił również darmową epka z remiksami, w marcu zaś wydał zupełnie nowy tytuł "Shelter EP" nad którym pracował kilka lat i tym samym zamyka pewien etap w rozkręcającej się karierze. Kto woli elektronikę zdecydowanie mniej grzeczną sięgnąć może po split  "Lidumil Heretik" dwóch zespołów o średnio przyzwoitych nazwach: I LOVE 69 POPGEJU (ich brudne elektro masteringowi poddał Wojciech Kucharczyk) oraz Piča z hoven (z kontynuacją ich mrocznej elektroniki z bardzo dobrego albumu "Doom na kraji lesa").


O Vložte kočku już wspominaliśmy, w końcu to właśnie oni zgarnęli szereg nagród za swój poprzedni album "SEAT". Niezwykle ciężka do zdefiniowana muzyka, łącząca hiphop, gitarową alternatywę, elektronikę, jazzowe łamańce rytmiczne a nawet klasykę czeskiego popu, całą swą unikatowość pokazuje na wizualnie perfekcyjnie dopracowanych koncertach. Nowy album "Hedwika" wydaje się mniej przystępny od poprzednika, ale warto zapoznać się przynajmniej z darmowym downloadem.

Kto jednak pragnie gitar niech sięgnie po nową epkę Wild Tides. Nigdyś surf-rockowcy z Pragi, na "Sever Fashion" powracają z death-metalowym logiem i nowymi punkowo-rock'n'rollowymi piosenkami. Dla wielbicieli kruchych wokali i brzmień akustycznych, subtelnie tylko podbarwionych elektroniką, trafić powinien "Unward" debiutancki album duetu Sundays On Clarendon Road, wcześniej znanych z darmowej epki "Walking In Limbo". Na koniec zaś ciekawostka. Akustyczny math-rock? Proszę bardzo, epka "Frames" powoli nabierającego rozgłosu tria Inheritance. [Wojciech Nowacki]

13 kwietnia 2015


DEPTFORD GOTH Songs, [2014] 37 Adventures || Moda na jakkolwiek definiowane "alternatywne r'n'b" przyniosła w ostatnich latach cały szereg nowych męskich głosów, od Jamesa Blake'a i Jamiego Woona po How To Dress Well. W sprzężeniu z jeszcze bardziej uchwytną modą na melancholijnych brodaczy dała nam choćby Active Child czy archetypowego wręcz Cheta Fakera. Gdzie w tej masie i dość nieszczęśliwej etykiecie zapodział się Deptford Goth, ale uważni być może zarejestrowali piękną, rozdzierającą piosenkę "Union" oraz teledysk z balonami.

Daniel Woolhouse zaczerpnął swój pseudonim od nazwy dzielnicy w południowo-wschodnim Londynie, gdzie jako absolwent sztuki przez rok uczył w szkole podstawowej. Równolegle w swym mieszkaniu skomponował i zarejestrował debiutancki album "Life After Defo", jeden z najlepszych debiutów 2013 roku. Pianino, gitara, klawisze i sample manipulowane by brzmieć jak żywe instrumenty w połączeniu z leniwie skupionym wokalem Woolhouse'a stworzyły unikatowo kruchą i bardzo osobistą całość. Niby elektronika, niby całkiem bogate brzmienie (opinie o "operowaniu ciszą" a'la The xx były na szczęście mocno przesadzone), ale jakimś cudem udało się mu idealnie odtworzyć domową, prywatną atmosferę muzyki słuchanej sobotnim przedpołudniem gdzieś na londyńskich przedmieściach. "Union" wreszcie było przykładem świetnego songwritingu, zarówno na poziomie tekstu, jak i kompozycji. "Feel Real" miało potencjał wręcz przebojowy. Przede wszystkim jednak muzyka Deptford Goth is kind of a way of transmitting those feelings without having to look someone in the eye, czyli spełnieniem marzeń każdego introwertyka.


Taki jednak urok dystrybucji i małych labeli, że zanim zdołałem dotrzeć do fizycznej kopii "Life After Defo", Deptford Goth zdążył wydać już kolejny album zatytułowany po prostu "Songs". Tytuł to symptomatyczny i zdaje się dokładnie odzwierciedlać subtelną, ledwie uchwytną zmianę, która zaszła w kompozycjach Woolhouse'a. Jakby dzięki zasłużenie pozytywnym recenzjom "Life After Defo", zwracającym uwagę na prawdziwy i umiejętny songwriting skryty pod otoczką alternatywnego, czy wręcz eksperymentalnego r'n'b, na tyle uwierzył w swoje umiejętności, że tym razem z góry założył napisanie piosenek zamiast pościelowych eksperymentów.

Cały urok "Life After Defo" polegał nie tylko na zjawiskowym kontraście między pełnym, bogatym brzmieniem a kruchą, intymna atmosferą i poczuciem kojącej izolacji, ale też na swego rodzaju przypadkowości, spontaniczności, dzięki której spod nieśmiałych domowych eksperymentów wyłoniły się najprawdziwsze i niebanalne piosenki. Ale założenie "jestem songwriterem i będę pisał piosenki" w przypadku Deptford Goth się nie sprawdziło.

"Songs" brzmią jakby Daniel Woolhouse chciał osiągnąć więcej, ale jednocześnie miał ku temu mniej środków. Album brzmi jeszcze skromniej i oszczędniej niż poprzednik, ale całkowicie zniknęła niewymuszona domowa atmosfera, zastąpiona tutaj zwyczajną monotonią. Zwracają uwagę silniej akcentowane (głównie pogłosami) refreny, w większości niestety dość banalne. Wszystkie niemal piosenki utrzymane są w jednym tempie, jednym nastroju i nawet jeśli pojawia sie to ciekawszy refren ("Code", "Two Hearts", "We Symbolize"), to można by go wyciąć i wkleić do dowolnej innej kompozycji na płycie. Brakuje wewnętrznego progresu, zarówno całości, jak i poszczególnych piosenek, które najczęściej kończą sie zanim nawet zaczniemy mieć nadzieję na rozwinięcie się w jakiś ciekawszy motyw.

Szkoda. Oczywiście, "Songs" to ładna płyta, "ładna" to jednak zdecydowanie za mało po tak obiecującym debiucie. Przy okazji zatem zachęcam, po Deptford Goth sięgnijcie koniecznie. Po "Live After Defo". 5/10 [Wojciech Nowacki]

6 kwietnia 2015


THE KNIFE Shaken Up Versions, [2014] Rabid || Od czego się to zaczęło? Od kolorowych piłeczek José Gonzáleza i odkrycia, że “Heartbeats” to cover pewnego szwedzkiego duetu? Od „What Else Is There”, największego przeboju Röyksopp, śpiewanego przez tajemniczą wokalistkę? Od nudnawej płyty Fever Ray? Największa popularność The Knife w każdym razie przyszła już po ich, jak się miało okazać, przedostatnim i intrygująco udanym albumie „Silent Shout”. W czasie wieloletniego oczekiwania na następcę fanów przybywało a napięcie rosło, rozładowane wreszcie przełomowym „Shaking The Habitual”.

Zaprzeczyć się nie da, że było to opus magnum The Knife, polityczny manifest w opakowaniu dwóch płyt, wypełnionych muzyką estetycznie kontrowersyjną, ale wciągającą i niepokojącą. To, co miało być wielkim powrotem duetu okazało się jego wielkim finałem. The Knife ruszyli w trasę koncertową zapowiadając jednocześnie zakończenie działalności. Koncerty zresztą okazały się nie mniej kontrowersyjnym przedsięwzięciem. Słyszałem opinie choćby uczestników festiwalu Colours of Ostrava, po zetknięciu się z artystowskim performensem, współczesnym quasi-przedstawieniem teatralnym i marginalnie potraktowaną muzyką, nieliczne były głosy zachwyconych, przeważało westchnienie rozczarowania.


Podsumowaniem ostatniego etapu działalności The Knife ma być minialbum „Shaken Up Versions” zbierający zarówno utwory z ostatniego albumu, jak i starsze kompozycje, w takich aranżacjach w jakich przedstawiane były podczas tejże ostatniej trasy koncertowej. Przyznaję, kusiło mnie kupno winylowej wersji „Shaken Up Versions”, ale tylko dlatego, że była taka ładna. Kolorowy czerwono-niebieski winyl, wyraźna okładka w tych samych barwach, dołączony plakat, to przedmiot jaki chciałoby się posiadać. Zawartość muzyczna przyniosła jednak otrzeźwienie.

„Shaken Up Versions” są na granicy słuchalności. Można przygryźć wargi i docenić zabieg spójnego przearanżowania starszych utworów w aktualnym dla duetu stylu „Shaking The Habitual”, ale co z tego, skoro styl ten zredukowany został do swych najbardziej bazowych elementów. Prosty rytm, oklaski, brak rozwoju, symbolicznie i miejscami tylko zarysowane melodie oraz mnóstwo irytujących dźwięków to wszystko co tu znajdziemy i usłyszymy już w otwierającym całość „We Share Our Mothers Health”. Plemienne elektro w „Bird” skutecznie naruszają piski, stuki i elektro-trąby. „Without You My Life Would Be Boring” jest po prostu nieprzyjemne. W “Pass This On” i “Silent Shout” ostał się przynajmniej zarys pierwotnej melodii. „Ready To Lose” nie przynosi nic poza efektownymi bębnami i chwilą wytchnienia, kontynuowaną w niemal instrumentalnym „Stay Out Here”. „Got 2 Let You” przynajmniej bawi porno-saksofonem i atmosferą pop-artowych teledysków z lat osiemdziesiątych.

Najgorsza chyba opinia jaką słyszałem o „Shaken Up Versions” to, że przypominają Nicki Minaj na zwolnionych obrotach. Najwierniejsi fani The Knife mogą być nawet zachwyceni i próbować dorabiać ideologię do czegoś, co może być najwyżej pamiątką. Reszta może to potraktować co najwyżej jako ciekawostkę, po którą jednak nie ma potrzeby sięgać jeśli nie jest się winylowym fetyszystą albo wspomnianym wyżej die-hard fanem. Szkoda jednak, że The Knife zdają się tym sugerować, że tak właśnie brzmieć mają ostateczne, finalne i skończone wersje ich kompozycji i nie daj Boże tak właśnie powinny zostać zapamiętane. Pozwólmy się nie zgodzić i z nostalgią sięgać po wcześniejsze, regularne albumy. 4.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 kwietnia 2015


EMIKA Klavírní, [2015] Emika Records || Muzyka tzw. rozrywkowa od początków swego istnienia spoglądała w stronę muzyki klasycznej. Niestety, najczęściej robił to rock, ze swoich zadufanych pozycji i zwłaszcza w Polsce do dziś żywych pretensji do bycia „prawdziwą” muzyką w odróżnieniu od „sztucznej” elektroniki. Efektem prób łączenia muzyki rockowej z klasyczną najczęściej jednak były mniej lub jeszcze mniej udane potworki jak rock-opery, koncerty symfoniczne czy wreszcie cały niemal rock progresywny, czyli paradoksalnie najbardziej konserwatywna i pretensjonalna ślepa uliczka rozwoju rocka.

Twórcy elektroniki natomiast to osoby z klasycznym wykształceniem muzycznym, być może właśnie dlatego najbardziej otwarci, prawdziwie (a nie tylko pozornie jak w przypadku muzyki rockowej) niepodlegający podziałom gatunkowym ani iluzji, że komponowanie na sekwencerze, syntezatorze, komputerze jest w jakikolwiek sposób mniej „prawdziwe” od gitary. Jeśli dziś więc słuchacz sięga po muzykę klasyczną to najczęściej za pośrednictwem artystów jednoznacznie kojarzonych z elektroniką właśnie. Ólafur Arnalds, najpopularniejszy dziś kompozytor muzyki neoklasycznej, flirtuje z techno w duecie Kiasmos. Kompozycje Nilsa Frahma niemal na komórkowym poziomie sięgają do elektroniki nawet jeśli wybrzmiewa w nich tylko pianino. Pozycja Murcofa na pograniczu elektroniki i muzyki poważnej jest całkowicie zatarta. Pantha du Prince tworzy zjawiskową elektronikę a jednocześnie współpracuje z The Bell Laboratory komponującymi na karylionie. Wreszcie Brandt Brauer Frick korzystają z klasycznych instrumentów by odtworzyć definiujące elementy techno.

Nieprzypadkowo na płycie The Brandt Brauer Frick Ensemble pojawiła się Emika. Zaśpiewany przez nią utwór „Pretend” pierwotnie znalazł się na jej debiutanckiej albumie, podobnie zaś jak niemieckie trio odebrała klasyczne muzyczne wykształcenie. Z pochodzenia Czeszka, wychowana w Anglii i rezydująca dziś w Berlinie Emika debiutowała w Ninja Tune swym kobiecym podejściem do dubstepu (tego pierwotnego a’la Burial, nie popowej dyskoteki a’la Skrillex, którą nota bene zachwycają się rockowcy, że uuu, jakie to nowoczesne, rzecz jasna nie sięgając dalej niż poza najbardziej komercyjną powierzchnię elektroniki). Już na debiutanckiej płycie „Emika” dźwięki pianina odgrywały istotną rolę, na albumie „DVA”, dotykającym tematu rozdartej między Wschodem a Zachodem emigranckiej tożsamości, pojawił się i czeski operowy śpiew.


Trzy skomponowane na pianinie „dzieła” ukazały się na towarzyszącej tej płycie epce „Klavírní”. Kolejne trzynaście ukazało się teraz na tak samo zatytułowanym albumie, pierwszym wydanym przez Emikę w swym własnym labelu. Dla Emiki jest to najbardziej bezpośredni powrót do przeszłości. Kilka dni spędzonych w rodzinnym domu w Milton Keynes, gdzie nadal znajduje się jej pianino, na którym rozpoczynała lekcje muzyki, zaowocowało klasycznymi kompozycjami inspirowanymi nie tylko powrotem do dzieciństwa, ale i twórczością żyjącego na przełomie XIX i XX wieku czeskiego kompozytora Leoša Janáčka.

Emice brakuje wirtuozerii i technicznej precyzji Nilsa Frahma czy popowego niemal potencjału Ólafura Arnaldsa, nie wydaje się zresztą, by za „Klavírní” stały ambicje większe niż powrót pierwszych nastoletnich eksperymentów z muzyką. „Dílo 5” brzmi wręcz jak nieśmiałe dotyki klawiszy i powolne się w nich rozsmakowywanie. Emikę jako pianistkę definiuje już „Dílo 4”, jak większość kompozycji rozpoczynające się od arpeggia, proste, klasyczne i poddane jedynie subtelnym modyfikacjom. Dojmuje tutaj poczucie chłodu i izolacji, ale pięknej i na swój sposób kojącej („Dílo 6”), czasem delikatnej i w duchu romantycznej („Dílo 7”). „Dílo 8” ma już wyraźniejszy, ilustracyjny charakter, rodem ze ścieżki dźwiękowej europejskiego kina, wyraźniejsza melodia i wyczuwalne napięcie pojawia się też w „Dílo 10”. Niezwykle subtelna elektronika pojawia się tylko miejscami w postaci drobnych ledwie manipulacji dźwięku, jedynie w finale „„Dílo 13” na krótką chwilę wybija się na pierwszy plan.

Być może jest to przedsmak nowego albumu Emiki, ciągle poszukującej swojej tożsamości między muzyką poważną a elektroniczną, między DJką a pianistką, między Wschodem a Zachodem, między Czechami, Wielką Brytanią i Niemcami. Na początek maja artystka zapowiedział wydanie kolejnego „regularnego” albumu „DREI”, który jako zwieńczenie trylogii być może przyniesie jakieś odpowiedzi. Tymczasem „Klavírní”, trzynaście kruchych, krótkich kompozycji, zlewających się w jednolitą, ale kojącą całość, choć wydaje się skokiem w bok w dorobku Emiki, jest chyba kluczowym elementem jej nie tylko muzycznej tożsamości. 7/10 [Wojciech Nowacki]

30 marca 2015


THE ANSWER Raise A Little Hell, [2015] Napalm Records || Rynek wydawniczy zdaje się łaskawy dla fanów hard rocka. Nie tak dawno temu ukazały się nowe płyty AC/DC, Black Star Riders, Uriah Heep, zremasterowane "Physical Graffiti" czy zaskakująco dobry materiał polskiego zespołu RusT. Lada chwila będziemy mogli posłuchać nowego albumu Whitesnake (choć na myśl o odgrzewaniu dorobku Deep Purple nie dostaję wcale gęsiej skórki) a Motörhead podobno już zawitali w studiu rozpoczynając pracę nad dwudziestym trzecim albumem. Jak na tym tle prezentuje się The Answer, kolejny po BSR przedstawiciel irlandzkiego rocka (choć o różnych Irlandiach tu mowa)? Co najmniej przyzwoicie. Jeżeli jednak zespół chce pozostać wiarygodny w świecie hard rocka to nie powinien zbliżać się na kilometr do U2, chłopaków z Royal Blood odganiać kijami a ballady śpiewać tylko przy ognisku.

W ciągu ostatniego miesiąca słuchałem „Raise A Little Hell” właściwie na zmianę z „The Killer Instinct” dzięki czemu dość jasno rozróżniam dwie odrębne ścieżki jakimi podążają oba zespoły. O ile Black Star Riders mogło zapaść się pod ciężarem legendy Thin Lizzy, to po męsku wzięło na barki bagaż swojej przeszłości. Dzięki temu „The Killer Instinct” zawiera muzykę nie odbiegającą aż tak bardzo od chwalebnych dokonań Phila Lynotta a jednak przesiąkniętą duchem nowych czasów. Z kolei The Answer, choć przeszłość ma właściwie żadną, to w sposób dość chaotyczny zapełnia worek podróżny z napisem „inspiracje” utrudniając sobie rozpoczętą drogę.

Gdyby oceniać dokonania zespołu na podstawie sumy poszczególnych części składowych, to uzyskalibyśmy mało odkrywczy, drugoligowy zespół na dorobku. Jest jednak inaczej dzięki charakterystycznemu wokalowi Cormaca Neesona oraz sporym umiejętnościom kompozytorskim muzyków. Daje to nadzieję, że zapożyczenia od rockowych gigantów nie są jedyną znaną zespołowi receptą na sukces. Przypuszczenie to potwierdza kilka ciekawych kawałków, wśród których niepodzielny prym wiedzie singlowy „Red”. Na albumie czeka nas jednak kolejnych jedenaście utworów z których co najmniej trzy można było dla dobra płyty spokojnie wyrzucić.


Na sam początek The Answer proponuje słuchaczowi to, co ma do zaoferowania najlepszego: „Long Live The Renegades” tchnie duchem lat siedemdziesiątych, nienachalną przebojowością, świetną linią melodyczną i nieśpieszną (a jednak wibrującą) hard rockową motoryką. Już pierwsza minuta utworu pokazuje, gdzie należy szukać największej zalety albumu. Cormac Neeson dysponuje chropowatym, wysokim głosem stawiającym go ścisłej czołówce rockowych wokalistów. Z kolei zespół od czasu "Rise" i "Everyday Demons" wciąż rozwija umiejętność pisania chwytliwych melodii.

Dalej mamy przebojowy "The Other Side", przywodzący na myśl dokonania alternatywnego rocka lat 90-tych oraz mocniejszy "Aristocrat". Potem zaczynają się niestety stylistyczne wycieczki w niebezpieczne rejony. O ile "Cigarettes & Regret" utrzymuje wysoki poziom początkowych nagrań z płyty, to niepotrzebne wydaje się wprowadzenie w tle pop-rockowych gitar inspirowanych chyba „Mr. Brightside” The Killers. Prawdziwy ból uszu zaczyna się jednak wraz z "Last Day Of Summer". Nie widzę żadnych sensownych powodów, dla których klasyczne gitarowe granie lat 70-tych zespół postanowił nagle zamienić na Royal Bloodową sieczkę. Wpływy duetu są w tym utworze tak odczuwalne, że ruch ten musiał być celowy i wyrachowany. Pytanie tylko, czy wynikał on z decyzji zespołu czy wpływów hiszpańskiego producenta, Guliermo Mayi.

Zgrzytliwy przester znika jednak tak szybko jak się pojawił a kolejny utwór to już próba zmierzenia się zespołu z gitarową balladą, zupełnie na tej płycie niepotrzebną. Problemem nie jest jednak balladowa stylistyka, Deep Purple nagrywali ballady, Led Zeppelin nagrywali ballady. Nawet Motörhead próbował. Tylko, że wówczas powstały "Child In Time", "Stairway To Heaven" czy "I Ain’t No Nice Guy". "Strange Kind Of Nothing" jest utworem tak nijakim, że rozrzedzając konsystencję płyty nie jest w stanie zaoferować nic w zamian. The Answer dość szybko zawraca jednak z obranej drogi do nikąd, serwując nam "I Am What I Am", jakby żywcem wyjęty z płyty AC/DC. Zresztą podobieństwo do utworu "Rock Or Bust” jest bardzo wyraźne, wystarczy posłuchać początkowego riffu. Następne w kolejce „Whiplash” i „Gone Too Long” nie wyróżniają się niczym, poza gitarą a la U2 w pierwszym z wymienionych utworów. I tu po raz kolejny zastanawiam się, po co The Answer ucieka od stylistyki, w której czuje się ewidentnie najlepiej (hard rock) błądząc gdzieś po manowcach.

Słabszy środek albumu rekompensuje jego końcówka ze wspomnianym już „Red” na czele. Utwór ten wraz z „Raise A Little Hell” i „I Am Cure” (tu z kolei kłania się Led Zeppelin i „In My Time Of Dying”) powoduje, że na przyszłość The Answer patrzę z zaciekawieniem. Na razie za mało w ich muzyce bluesa a za dużo stylistycznych niekonsekwencji, jednak już „Raise A Little Hell” jest albumem dobrym. Może do kanonu muzycznego nie wejdzie, ale słucha się go z przyjemnością. Co ważniejsze, w historii zespołu widać wyraźny rozwój, a kolejne płyty prezentują coraz wyższy poziom. Zespół musi jedynie ostatecznie ugruntować własny styl i przestać oglądać się na innych. Ocena niewątpliwie na wyrost, ale wierzę w ten zespół. Gdyby jednak wiary w to nie mieszać jeden punkcik należałoby odjąć. 7/10 [Jakub Kozłowski]

29 marca 2015


TRUPA TRUPA Headache, [2015] Blue Tapes || Gdy scenarzysta Scott Snyder redefiniował postać Jokera na potrzeby budowanej rok historii „Death Of The Family”, w tej najbardziej popkulturowej formie jaką jest komiks, groteska, mrok i szaleństwo w osobie głównego złoczyńcy kumulowały w stopniu dotąd niespotykanym. Nie oszukuj mnie, twojego wiernego, nadwornego błazna. Zadaniem błazna było dostarczać rozrywkę, ale często przychodziło mu też wypełniać inne zadanie, o wiele ważniejsze. Musiał dostarczać królowi złe wieści. Te najgorsze, z całego królestwa, wyjaśnił w miłosnym wyznaniu skierowanym do Batmana rozchichotany Joker. Jeśli komiks mógłby być ilustrowany muzyką, w tym przypadku najbardziej odpowiednią ścieżką dźwiękową byłaby Trupa Trupa.

Na „++”, znakomitym albumie sprzed dwóch lat, w niemal rubasznie cyrkową formę muzyczną opakowany był faktycznie komiksowy wręcz turpizm. „Headache” nie puszcza oka do słuchacza już w tak bezpośredni sposób. Dawne brzmienie, kabaretowe i dzięki wyeksponowanym klawiszom przypadkowo w gruncie rzeczy doorsowskie, skupiło się w bardziej precyzyjną formę, nie tracąc jednak podskórnego chaosu. Barokowy turpizm ustąpił miejsca niedwuznacznemu nihilizmowi i prostym repetytywnym tekstom, nawet jeśli podanym przy pomocy kojących melodii, to nie pozostawiających już złudzeń, że za każdym upadkiem i szaleństwem stoi ciągły, świdrujący ból głowy.


Chaotyczny, noise’owy, ale piosenkowy „Snow”, stosunkowo najbliżej jeszcze ma do estetyki „++”, choć już tutaj wyraźnie słychać przesunięcie akcentów z klawiszy na gitary. „Sky Is Falling” ma chyba najwyraźniej zarysowaną piosenkową strukturę, nawet z wykrzyczanym refrenem, brzmieniowo zaś i kompozycyjnie sięga do klasycznego amerykańskiego indie-rocka spod znaku Pavement, Sebadoh i Dinosaur Jr. Oczywistych nawiązań na szczęście Trupa Trupa więcej nie potrzebuje, a w równym stopniu zaskakuje dansingowe „Sacrifice” z echami Davida Bowiego, co medytacyjne „Halleyesonme” kojarzące się jednocześnie z dark-ambientem Forest Swords i z kuchennym industrialem czeskiego Kittchena.

Co prawdziwe napędza „Headache” to bezbłędna motoryka, która w „Wasteland” eskaluje w zgrzytliwe gitary a w „Rise And Fall” buduje rozpędzającą się, zapętloną piosenkę. Co zaś ledwie sugerowane było na „++”, mianowicie, że Trupa Trupa świetnie może realizować się w dłuższych formach, wreszcie znajduje spełnienie. Początkowo rozstrojone „Getting Older” poprzez gitary rodem z wczesnego psychodelicznego Pink Floyd sięga w finale po satysfakcjonujący noise. Finałowe „Picture Yourself” zachwyca rozpędzonym, wręcz ekstatycznym charakterem. To jednak tytułowy „Headache” nie tylko przyćmiewa resztę albumu, ale i już w pierwszej z dziewięciu minut okazuje się jednym z najbardziej fascynujących polskich utworów ostatnich lat.

Jeśli „++” miało być tam Trupy Trupy tym, czym dla Ścianki były „Białe Wakacje”, to ta jedna znakomita kompozycja odnalazła by się wśród pierwotnej, rytmicznej agresji „Pana Planety”. Avant-popowa motoryka, swego czasu tak doskonale opanowana przez Stereolab, znajduje tutaj swoje najlepsze spełnienie i dowodzi, że upiorna wręcz powtarzalność potrafi być najbardziej intensywnym środkiem wywołującym emocjonalną odpowiedź słuchacza. Ten jeden utwór sprawia, że do płyty chce się wracać, podobnie jak to było w przypadku „++”. Tamten album zawdzięczał to bardziej swojemu kompaktowemu charakterowi. Ten zaś przyciąga kongenialnym utworem tytułowym, może więc szkoda, że zamiast dwóch krótszych piosenek zespół nie przygotował drugiej dłuższej formy, która zrównoważyłaby niezaprzeczalną wagę „Headache”.

Trupa Trupa z taką samą lekkością jak choćby Deerhunter żonglują tymi elementami gitarowego rocka, które zachowują świeżość w dzisiejszych warunkach, zachowując przy tym w pełni własne i autorskie brzmienie. „++” zamknęło etap kształtowania się brzmienia Trupy Trupy w krajowych warunkach. Wydany w zagranicznym labelu „Headache” ma wszystkie asy w rękawie, by stać się dla zespołu nowym i zasłużonym początkiem. A jeśli asy nie pomogą zawsze mogą użyć Jokera, błazen ze swym szaleńczym humorem dostarczy nam jeszcze wiele wieści. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

25 marca 2015


JOSÉ GONZÁLEZ Vestiges & Claws, [2015] Peacefrog || Pierwszy przygodny kontakt z "Vestiges & Claws" może rozczarować, choć z drugiej strony takie już przekleństwo José Gonzáleza, że nie oczekuje się od niego wiele więcej niż ślicznych, chwytliwych piosenek, romantycznej gitary i lejącego się miód głosu, najlepiej zaś kolejnych kolorowych piłeczek. Można też przy okazji wspomnieć. że daleko bardziej satysfakcjonująca muzycznie jest jego macierzysta formacja Junip, która ma to nieszczęście być w cieniu jego solowych dokonań. Ale za "Vestiges & Claws" stoi konkretny i niespodziewany zamysł, a gdyby w najnowszy album Gonzáleza wsłuchała się Konferencja Episkopatu Polski powinna zakazać jego występów prędzej niż Behemotha.

Podpowiedzią jest już "With The Ink Of A Ghost", pierwsza na płycie piosenka, niby tak dla Gonzáleza typowa. Mamy tu więc wszystkie charakterystyczne elementy, jego głos, ciepła, melodyjną, rytmiczną, ale jakby niepokojąca gitarę, lecz brakuje tu wyraźnej, chwytliwej melodii, jakby celowo uwaga miała być skierowana na słowa, którymi utwór wydaje się być przepełniony. "Let It Carry" nośna i lekka piosenka, z tytułem tak uniwersalnym tytułem, że graniczącym z banałem, to dokładnie taki José González jakiego się spodziewamy. Ale to w "Stories We Build, Stories We Tell" słowami Don't believe in karma or hell / But in memories and stories we tell odsłania się z metaopowieścią, którą na "Vestiges & Claws" chce nam przekazać.

Ten utwór zresztą ma stosunkowo najbliżej do Junip, powolny, kroczący rytm i mocniejsze uderzenia w struny sprawiają, że niemal czeka się na syntezatorową eskalację. Razem z ponad sześciominutowym, "tytułowym" "What Will" i prawie finałowym "Afterglow" wydają się tworzyć oś albumu, dzieląc podobne napięcie i prostą rytmiczną bazę (choć w "What Will" o strukturze bliskiej Fleet Foxes z "Happiness Blues") pod kluczowe słowa. Słysząc What will it be? Our legacy / Faith in dogma or reasoning i With vestiges and claws / Fight for a common cause / Free your mind / To leave dogma behind, czy All of this will be gone someday / You and me and everyone we know / Leaving memories and traces for the afterglow, wiemy, że José González wcale nie poszukuje Boga, ale jest przekonany o jego nieistnieniu.


Ślad wątpliwości pojawia się w finałowym "Open Book". Lately I've found myself in doubt / ... / What's the point of all without you śpiewa po raz pierwszy i ostatni na płycie w pierwszej osobie, tworząc złudzenie piosenki miłosnej (których nie znajdzemy tutaj wcale). Jest to też zresztą jedyny obok ozdobionego fletem "The Forest" utwór, który uznać za typowy prosty indie-folk. Puszczenie oka do wątpiących w ostatniej piosence nie zmienia wymowy płyty oraz tego, że ateizm Gonzáleza jest z gruntu optymistyczny. W singlowym i obok "Let It Carry" najbardziej chwytliwym "Leaf Off / The Cave" słyszymy Let the reason guide you / See all tracks lead you out from the dark / See all tracks lead you out to the stars.

Sens naszego istnienia upatruje zaś w snuciu opowieści, co zaznacza już "Stories We Build, Stories We Tell", a który to motyw pojawia się też m.in. w nawołującym do racjonalnej odpowiedzalności za swój czas i miejsce "Every Age" czy w kończącym całość, nomen omen, "Open Book". W teorii José Gonzáleza jesteśmy zatem wątkami nieskończonej opowieści, równie istotnymi dla całości, jak i dla przyszłych pokoleń je odczytujących. Proste, ale przekonywujące filozofowanie Gonzáleza zaskakuje głównie tym, że jest ostatnim songwriterem, po którym byśmy się tego spodziewali. Pułapka zastawiona na jego twórczości niestety nadal funkcjonuje. Ma dostarczać ładnych, chwytliwych piosenek i koncertowych westchnień, dlatego "Vestiges & Claws" może rozczarować. Ale nowy album Gonzáleza jest jednym wielkim wezwaniem do prawdziwego wysłuchania go. 7/10 [Wojciech Nowacki]

19 marca 2015


NIGHTINGALE Retribution, [2014] InsideOut Music || Odczucia związane z pierwszym odsłuchem jakiejkolwiek płyty często okazują się jedynie chwilowym wrażeniem, które nie powinno determinować naszego stanowiska. Dopiero kilka dni spędzonych z danym materiałem daje możliwość oddzielenia sądów powierzchownych od tych, które faktycznie decydują czy dany album uznamy za godny uwagi czy też nie. W przypadku Nightingale, pomimo ponad tygodnia z najnowszym krążkiem zespołu, ciągle wracam do punktu wyjścia. Gdybym miał opisać „Retribution” w kilku słowach, to byłyby nimi na pewno: przebojowa, chwytliwa, przemyślana oraz niestety: łatwa do zapomnienia, wygładzona i nie emocjonująca… Ale równocześnie wiem, że będę do niej często wracał.

I niekoniecznie musi to stanowić rażącą sprzeczność. Nowe dzieło braci Swanö jest bowiem płytą co najmniej dobrą. Niestety, jest to również album niezwykle bezpieczny, bez wzniosłych momentów, zaskakujących rozwiązań czy nagłych zmian tempa. Stagnacja stylistyczna ostatnich kilku albumów Nightingale pokazuje, jak daleką drogę przeszedł Dan Swanö od czasów swoich pionierskich deathmetalowo-progresywnych fascynacji wdrażanych w Edge of Sanity czy Pan.Thy.Monium. Odsłuchiwane w całości „Retribution” ma tendencje do powolnego wtapiania się w tło nie odwracając uwagi słuchacza od innych, aktualnie wykonywanych czynności. Gdy jednak poświęcić jej należytą uwagę wtedy staje się jasne, że płyta daleko wykracza poza przeciętność . Szkoda tylko, że nie została nagrana w latach 80-tych. Nowe dzieło Nightingale brzmi bowiem jak zaginiony album zespołu Asia. Z wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi tego konsekwencjami.

Co zaskakujące, każdy utwór z „Retribution” ma do szpiku kości przebojowy charakter, a jednak trudno przywołać w pamięci konkretną linię melodyczną czy refren. I nie wynika to bynajmniej ze skomplikowanej struktury utworów, będących raczej prostymi stricte rockowymi kompozycjami. Poszczególne nagrania przenikają się i dopiero wielokrotne przesłuchanie pozwala oddzielić i zróżnicować poszczególne melodie. Płycie brakuje ponadto klimatu, który zespół kształtował perfekcyjne na „The Breathing Shadow”. Niestety, wraz z odejściem od gotyckiej stylistyki uleciały z muzyki Nightingale emocje. Pozostał olbrzymi talent kompozytorski i doskonałe rzemiosło. Zabrakło jednak odrobinę więcej duszy oraz indywidualizmu, na co wpływ mają również mało osobiste teksty. Słuchać „Retribution” to jak włączyć album „The Best Of” zespołu, którego wcześniej się nie znało. Niby mamy do czynienia z crème de la crème tego, co muzycy mają do zaoferowania a nie odczuwa się żadnej emocjonalnej więzi z materiałem. Brakuje tu następcy wspaniałej „Nightfall Overture” z „The Breathing Shadows” czy „White Darkness” z poprzedniej płyty.

Olbrzymia przebojowość wszystkich utworów zawartych na płycie nie podlega jednak dyskusji. Całość psuje jednak zbyt „ugrzeczniona” produkcja tępiąca rockowy pazur, który kompozycje Dana Swanö niewątpliwie posiadają. Uwaga ta nie tyczy się jednak wokalu, który brzmi dojrzale, chropowato i charakterystycznie, czyli tak jak wokal brzmieć powinien. Nieskomplikowany charakter muzyki, będący pieczołowicie zaplanowanym zabiegiem stylistycznym, powoduje, że płyta sprawdza się doskonale na przykład w samochodzie. Choć nie skłania ona do zwiększania prędkości, to doskonale wypełnia czas spędzony na obserwowaniu drogi. I w tym tkwi główny problem płyty: „Retribution” nie jest w stanie na tyle wciągnąć słuchacza, by ten poświęcił większą część swojej uwagi prezentowanym nagraniom.


Odrębną kwestią są przygotowane przez zespół teksty. Sybaryckie wręcz bogactwo tematów nie służy spójności płyty. Sytuacja nie do uniknięcia, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że za warstwę liryczną utworów odpowiadały aż trzy osoby (Erik Oskarsson, Tom Björn, Dan Swanö). Obok rozważań na temat zbieżności wieku między Robertem Johnsonem, Jimim Hendrixem i Kurtem Cobainem w „27 (Curse or Coincidence?)” mamy tu balladę pisaną z perspektywy jednego z nowonarodzonych bliźniaków syjamskich („Divided I Fall”) oraz historię wyprawy Ernesta Schackletona na Antarktydę („The Voyage Of Endurance”). Być może dla niektórych oznacza to godne pochwały zróżnicowanie materiału, dla mnie mnogość autorów osłabia siłę przekazu, a płyta przybiera charakter przypadkowego zbioru utworów.

Są to niewątpliwe słabości „Retribution” , a jednak płytę trzeba docenić, gdyż pomimo wad powraca się do niej z przyjemnością. Duża w tym zasługa linii melodycznych, świetnego dojrzałego wokalu Dana Swanö, profesjonalizmu poszczególnych muzyków oraz pięknej okładki, której autor, Travis Smith, po raz kolejny udowadnia swój kultowy niemal status w świecie grafiki. Jest to również najlepsza płyta zespołu, nie wliczając doskonałego „The Breathing Shadow”. A że podobna do poprzednich? Cóż, taki urok Nightingale. 7/10 [Jakub Kozłowski]

15 marca 2015


WE DRAW A Moments, [2014] Brennnessel || Czy są jeszcze słuchacze, którzy mają to podskórne wrażenie, że wykonawca dopiero wtedy staje się prawdziwym, gdy jego muzyka doczeka się fizycznej formy? To uczucie bardzo nieprzystające do XXI wieku, zwłaszcza w przypadku elektroniki, ale im więcej muzyki udostępnianej wyłącznie w postaci cyfrowych plików, często za darmo, tym większego znaczenia jednak nabiera namacalny nośnik. Setki mp3 ląduje na naszych twardych dyskach niemal wprost od twórców, którymi dziś może stać się niemal każdy. Bynajmniej nie umniejszając wartości dwóch znakomitych epek We Draw A, wielkie to szczęście, że duet nie stał się jednym z wielu publikujących na Soundcloudzie, Bandcampie i z wolna ginącym w cyfrowym tłumie.

Szczególnie w Polsce, gdzie wykonawcy przeskakują z labelu do labelu i niemal nie ma tradycji uznanych wieloletnich wydawnictw niezależnych, będących opoką dla polskiej alternatywy. Wreszcie kwestia samej elektroniki, która to etykieta przez całe lata dziewięćdziesiąte miała wydźwięk pejoratywny, jako przeciwny biegun prawdziwej, czyt. rockowej muzyki. Zasługi Kamp! tkwią nie tylko w tym, że udało im się pchnąć w naszych warunkach elektronikę niemal do popowego mainstreamu, ale przede wszystkim w ich działalności wydawniczej w ramach labelu Brennnessel. Zawdzięczamy im Rebekę, teraz również We Draw A.


Jeśli ktoś poczuł się lekko rozczarowany albumowym debiutem Kamp!, to „Glimpse”, pierwsza epka We Draw A z 2013 roku, była idealną propozycją dla tych, którzy wolą mocniejszą i bardziej taneczną stronę tej grupy. Na „Whirls”, kolejnej epce, We Draw A eksplorowali już bardziej eksperymentalne i nieco mniej oczywiste rejony, ale potrafili obezwładnić, czego koronnym dowodem było fantastycznie gradujące „Silent Tide”. Tymczasem „Moments” znów odzwierciedla podobną ewolucję do tej znanej z historii Kamp! Po serii mocnych, przebojowych epek i singli nadszedł debiut spokojniejszy, bardziej wyważony, może nieco mniej odważny. Czuć tutaj tą samą myśl o albumie jako całości, która rządzi się jednak odrębnymi prawami od mniejszych internet-friendly form.

Kompozycje przepływają jedna w drugą, dominuje rozmarzona, lekko leniwa, ale niewątpliwie piosenkowa atmosfera, nawet jeśli w rozedrganym „Jumbo Love” bardziej wybija się pierwiastek taneczny. „A”, w którym pobrzmiewa klasyczna elektronika, ale i współczesny Jon Hopkins, płynnie rozwija się w „Reflect” nadal utrzymanym w retro-charakterze, a na wysokości „Done” już niemal wprost możemy mówić o new romantic. Jednak „Bruises”, jakby otwierające „stronę B” płyty, buduje już większe taneczne napięcie i wreszcie „Lowbanks” w ciągu 7 minut zbliżające się do oczekiwań rozbudzonych epkami, powoli eskaluje, by wreszcie satysfakcjonująco przekroczyć taneczny house’owy próg. Eksperyment zaś pojawia się na sam koniec, „On Sight” łączy i stronę piosenkową, i taneczną, ale rozpoczynają go dźwięki, których prędzej byśmy się spodziewali na albumie The Knife.

Przymierzając się do długogrającego debiutu We Draw A zatem naprawdę postanowili nagrać album a nie kompilację parkietowych i to się ceni. Szkoda, że kosztem większej ilości mocnych akcentów, zwłaszcza że duet buduje swoje brzmienie bardziej w oparciu o atmosferę niż chwytliwe melodie. Nie zmienia to faktu, że tak dojrzałej i gustownej elektroniki u nas wiele więcej nie ma a „Moments” to ścisła czołówka krajowych płyt zeszłego roku. We Draw A opuścili sferę czysto cyfrową, wydali płytę, zaczęli koncertować i oby ich ogromny potencjał tylko się rozwijał. Na ich drugi album będę czekał chyba z większym zaciekawieniem niż na Kamp! 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

13 marca 2015


MADONNA Rebel Heart, [2015] Interscope || Madonna znalazła linię obrony. Każda krytyka skierowana w jej stronę stała się teraz przykładem ageismu i takiej samej nietolerancji jaką jest rasizm i homofobia. Niczym Izrael pokrzykujący o antysemityzmie w odpowiedzi na każdy swój krok na Bliskim Wschodzie, Madonna przyjmuje postawę ofiary nietolerancji względem wieku zamykając się tym samym na wszelką dyskusję. Oczywiście, Królowa Popu nie musi z nikim dyskutować, szkoda, że nie rozumie jednak, że spora część tej krytyki nie dotyczy jej osobiście, ale jej muzyki. I to całkowicie, bowiem nawet w ciągu jej zasadniczo nienajlepszych albumów, "Rebel Heart" może bić się o palmę pierwszeństwa w byciu najgorszym z "Hard Candy".

Bo nie podlega przecież dyskusji znaczenie Madonny i jej kreacji w historii muzyki pop. Bo przyznać trzeba że w wieku 56 lat wygląda świetnie i zapewne pozostaje w doskonałej formie fizycznej. Dorabianie jednak do tego ideologii robi się już niebezpieczne. Twierdząc, że kobieta w jej wieku ma pełne prawo robić wszystko, ma oczywiście rację, problem w tym, że Madonna nie robi wszystkiego a słynąc dawniej z ciągłych przemian wizerunku od ładnych paru lat kurczowo trzyma się udawania o trzydzieści lat młodszej. Co na "Confessions On A Dance Floor" jeszcze miało sens spod znaku "mam swoje lata, ale jeszcze wam pokażę!", później zaczęło stawać się karykaturalne. Dawna ikona liberalizmu zaczyna się wpisywać w najgorsze z konserwatywnych stereotypów i jeśli ktoś stosuje wobec niej agesism to jest to ona sama.

"Confessions On A Dance Floor" jako eksklamacja młodzieńczej witalności w średnim wieku sprawdzała się przede wszystkim muzycznie, będąc naprawdę udanym zestawem tanecznych, przebojowych piosenek. Na "Hard Candy" nie dość, że wizerunek pozostał, to muzycznie był już przyciężki i nieświeży, po raz pierwszy pokazując lekkie opóźnienie w muzycznych trendach dawnej rzekomej prekursorki. "MDNA" natomiast, kontynuując pseudo-młodzieżowy kierunek, miała przynajmniej kilka obezwładniająco i głupkowato przebojowych piosenek, spadając przynajmniej tym samym do znośnej kategorii guilty pleasure. Na "Rebel Heart" pozostaje już tylko guilt, nie ma tu ani pleasure, ani rebel, ani heart.

Początek albumu bynajmniej nie zniechęca, raczej zaciekawia. "Living For Love" to właśnie taki idealny początek, mimo totalnie przeprodukowanego wokalu nawet całkiem gustowny, który choć specjalnie nie powala, to sprawia wrażenie, że jest nieźle, to potem może być tylko jeszcze lepiej. Ale "Devil Pray" brzmi podobnie i przez to jeszcze bardziej nijako, z miejsca jednak razi wyjątkowo infantylnym, teenagerskim i nieautentycznym (mam nadzieję) tekstem And we can do drugs and we can smoke weed and we can drink whiskey / Yeah, we can get high and we can get stoned / And we can sniff glue and we can do E and we can drop acid. "Ghosttown", znów może i całkiem ładny, ale będący wypadkowym produktem popowych trendów i chwytów, pozbawiony zupełnie tożsamości Madonny.


Te trzy piosenki przynajmniej zyskują gdy słucha się ich w oderwaniu od całości, w przypadku albumu Madonna chyba jeszcze nigdy nie była tak niezapamiętywalna. Potem niestety robi się drastycznie gorzej. W "Unapologetic Bitch" bynajmniej nie razi reggae, ale tytuł i tekst. Okropne "Illuminati" dobija name-checkingiem i tanim new-age'owym przekazem. Koszmarne "Bitch I'm Madonna" to już nie tylko zły tekst, ale i wyjątkowo archaiczna muzyka rodem z klubu w którym więcej się wciąga kokainy niż tańczy, do tego kolejny już na płycie Madonny gościnny udział Nicki Minaj. Po co?

W drugiej połowie album skacze po wybojach. Mamy tu utwór "Iconic", równie zły co powyższa trójca, ale "Joan Of Arc", jedynie prawdziwie udana piosenka na płycie. Chwytliwy, gustowny i klasyczny pop, z natychmiast rozpoznawalnym rękopisem Madonny, jako jedyny pozostaje w pamięci po przesłuchaniu albumu, choć w tekst o tym jak to ciężko i smutno być Madonną może lepiej znów przesadnie się nie wsłuchiwać. Próby ckliwych ballad w "HeartBreakCity" i "Wash All Over Me" wychodzą średnio, "Body Shop" nie wznosi się ponad nudną średnią, ale przynajmniej wyróżnia się brzmieniem na poły Vampire Weekend, na poły soundtrack do "Króla Lwa". "Holy Water" znów stanowczo nadużywa nowe ulubione słówko Madonny (przez co fraza Bitch get off my pole, bitch get off my pole staje się niestety drugą rzeczą, która zapada w pamięć), ale przyznaję, że brzmi całkiem ciekawie, niczym przeniesiona w XXI wiek "Erotica". Reszta piosenek w najlepszym razie pozostaje niezapamiętywalna.

Na tym zatem polega słabość płyty. Dotychczas najsłabszy album Madonny, "Hard Candy", był po prostu irytujący, "Rebel Heart" miejscami irytuje nawet jeszcze bardziej, w większej swej części pozostaje jednak po raz pierwszy chyba po prostu nudny. Madonna ma pełne i bezdyskusyjne prawo robić ze swoim ciałem i wizerunkiem co chce, ba, może nawet, skoro chce tak bardzo, celować swoją muzykę w target cheerleaderek i bractw studenckich. Szkoda jednak, że przy pomocy albumu pozbawionego tożsamości, na którym sama wydaje się być sprowadzona do występu gościnnego. 2/10 [Wojciech Nowacki]