24 lutego 2018


FRANZ FERDINAND Always Ascending, [2018] Domino || Lubiąc Franz Ferdinand trzeba być niezwykle selektywnym. Począwszy od debiutu aż po "Right Thoughts, Right Words, Right Action" ich płyty wypełnione są oczywistymi i fantastycznymi przebojami, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem uświadamiamy sobie, że i reszta ich piosenek tym sztandarowym wcale nie ustępuje. W tym miejscu zaleca już się ostrożność, sugerowałoby to bowiem, że mamy od czynienia z zespołem genialnym. A nie da się przecież ukryć, że znaczenie Franz Ferdinand, zwłaszcza w porównaniu z gorączką debiutu, znacznie dziś spadło. Być może jednak geniusz tkwi w tym, że wydają płyty niespiesznie co parę lat, modyfikując brzmienie na tyle lekko, by nie zatracić swego obłędnie przebojowego warsztatu, ale jednocześnie nie oferując cały czas dokładnie tego samego. Mało który wykonawca z kręgu indie-rocka początku wieku wykazać się może ostrożną bezpretensjonalnością przynoszącą wyzwolenie o rozbuchanych oczekiwań. "Always Ascending" jest ni mniej, ni więcej niż po prostu kolejnym dobrym albumem Franz Ferdinand.


Umieszczenie najdłuższego, tytułowego zresztą, utworu na samym początku okazuje się niegłupim pomysłem. Po pierwsze, mając do czynienia z właściwie dość klasycznym Franz Ferdinand z miejsca oswajamy się z naciskiem położonym bardziej na syntezatory niż na gitary. I okazuje się, że nie ma to żadnego znaczenia, formalnie to ten sam zespół, ten sam zmysł kompozycyjny i ta sama przebojowość. Po drugie jednak, "Always Ascending", jak cała zresztą płyta, jest w gruncie rzeczy bardziej tanecznym niż przebojowym, mamy tutaj znane harmonie wokalne i chwytliwy refren, ale rzecz bliższa jest dziś LCD Soundsystem, wyłania się jakby znikąd płynnym i niedookreślonym początkiem, zgodnie skądinąd ze słowami Always and always and always ascending / The chords seem to pause, but ah... / Never going to resolve. "Lazy Boy" tkwi już w znacznie solidniej nakreślonych ramach, taneczna rytmika może nawet lekko przypominać Hot Chip, ale marszowo-sloganowa progresja i świetne punktowanie gitarą to już klasyczna praca Franz Ferdinand. Jednocześnie jednak zespół wpływa na dance-punkowe terytoria okupowane niegdyś przez The Rapture. Skojarzenie to silnej jeszcze odznacza się na "Feel The Love Go" z niemal house'owym bitem i eskalującym saksofonowym finałem, który niepostrzeżenie staje się emocjonalnym centrum płyty.

Wszystkie piosenki z "Always Ascending" sprawdzają się jako samodzielne przeboje, albumu w całości słucha się gładko i przyjemnie. Jest tu parę zwracających uwagę szczegółów, niedociągnięcia zaś skrzętnie przysłania lekki i autentycznie bezpretensjonalny songwriting. Okazjonalnie wybijają się teksty, We're going to America / Gonna tell them about the NHS"Huck And Jim" pociesznie niweluje niezręcznie przyciężki początek, And the Academy Award / For Good Times goes to... you"The Academy Award" to fraza którą aż chciałoby się wymyślić samemu, choć tą akurat dość leniwą piosnkę lekko psuje niedookreślona produkcja, ni to rock, ni to pop, ni to dansing z niepotrzebnymi pogłosami. Weźmy też sekcję rytmiczną, która nawet w dość banalnym "Finally" spisuje się znakomicie, by w "Lois Lane", stającej w bohaterskie szranki z "Jacqueline" czy "Eleanor...", rozczarować płaską perkusją. Wystarczy jednak choćby takie "Glimpse Of Love", brzmiące niczym syntezatorowo-taneczny mash-up Franz Ferdinand z naspeedowanymi Beach House, by nie mieć do zespołu absolutnie o nic żalu. Choć więc bardziej chyba za całokształt, ale wspomniany Oscar im się należy. 7/10 [Wojciech Nowacki]

8 lutego 2018


3MOONBOYS Zawsze jest za krótko, [2018] self-released || W przypadku 3moonboys zawsze odrobinę zbyt łatwy był name-dropping. W początkach ich kariery było to całkiem zrozumiałe, klasycznej teraz-rockowej krytyce często brakowało odpowiedniego aparatu a upraszczające zestawienia niosły przecież pewną wartość informacyjną. Z drugiej strony, zespół wydawał się być nimi dumnie ukontentowany, w końcu jeśli ktoś zasługiwał na pozytywnie motywujące porównania do Radiohead, Mogwai, Archive, to byli to właśnie oni. Poszukiwania bardziej autorskiego języka zaowocowały płytą "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo", która była nie tylko bardzo satysfakcjonującą, ale i prawdziwie zaskakującą rewitalizacją uprzednio lekko tylko modyfikowanej formuły.

Polszczyzna w alternatywie o post-rockowej proweniencji najczęściej przecież zgrzyta i zawodzi. Również kondensacja kompozycji aż proszących się o dłuższe, rozbudowane struktury i ściśnięcie ich do form niemal piosenkowych wymaga sporej dozy twórczego potu. 3moonboys na "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" z wdzięczną łatwością poradzili sobie z obiema zagwostkami. Zespół nabrał na tożsamości a przy okazji wydał materiał najbardziej twórczy i przystępny zarazem. Jeśli zaistniała wtedy fala powrotów do śpiewania po polsku to 3moonboys znaleźli się na jej szczycie przy okazji odnajdując siebie.

Ten nowy punkt startowy pchnął grupę w stronę kolejnych poszukiwań. W kontekście "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" ma sens zwrot ku jeszcze bardziej radykalnemu zgłębianiu prostoty, esencji, podstawowych pierwocin muzyki. I tak oto, przypadkiem lub też nie, 3moonboys odnaleźli się na "Zawsze jest za krótko" w jednym szeregu z eksploratorami jednego z najbardziej fascynujących aspektów muzyki - motoryki. Motoryką Polska stoi i pogania, bydgoszczanie, Trójmiasto, połowa przodującego labelu Instant Classic, klasycy z Kristen, wszyscy czynią z krautowej motoryki nowy polski towar eksportowy, który zwraca autentyczną uwagę zagranicy. Tak jak w swych początkach 3moonboys zdawali się edukować krajową publiczność z wartościowych trendów światowej alternatywy, teraz zasłużyli na miejsce wśród tych, którzy pokazują światu cóż to się ostatecznie na naszej scenie wygotowało.


Lepiej też myśleć o tej, nazwijmy to, nowej szkole polskiej motoryki w kategoriach wzajemnej inspiracji i współpracy niż konkurencji, ta bowiem mogłaby się okazać zbyt silna. 3moonboys świadomie nie ułatwiają wejścia w świat "Zawsze jest za krótko" i zestrojenia się z nim. Chaotyczny, umyślnie nieefektowny początek "Balonu w mojej głowie" celowo podkreśla improwizacyjny charakter całego materiału. Utwory często zresztą otwiera bardzo luźne zawiązanie różnych i dość skromnych planów rytmicznych, które czasem nie prowadzą do specjalnie emocjonującej konkluzji. Tym właśnie rozczarowuje "Napiłbym się suchej kawy", utwór niemal dwunastominutowy a dość jednorodny. Jedyną zmianą jest w nim wprowadzenie wokalu, dodajmy, że niezupełnie potrzebne.

Zespół wydaje się czasem zbyt długo i ostrożnie testować nowe motywy zamiast odważnie rzucić się do ich pełnej realizacji. Stąd też sporo w tej muzyce niezagospodarowanej przestrzeni, którą wydaje się wypełniać wokal zbytecznie przytłaczający dość kruchą instrumentalną strukturę. Głos czasem się jednak sprawdza. Gdyby po raz pierwszy pojawił się dopiero w "Przyjdziej" przyniósłby zaskakujące odświeżenie. Problematyczne jest tak naprawdę gaworzenie w wymyślonym języku, weźmy choćby "Każdy inaczej", gdzie linia wokalna ma bardzo klarowną piosenkową strukturę. O ile silniejszy byłby efekt obcowania z prawdziwymi słowami, które przeradzają się w satysfakcjonującą instrumentalną konkluzję. Jest to trochę zmarnowana szansa, podobnie w "Czarnym poniedziałku", zwłaszcza, że ten stosunkowo najbardziej hałaśliwy utwór, choć i tak daleki jeszcze od noise'u, zmierza jednocześnie w stronę efektownego space-synth-popu.

Zaskakuje środek płyty i krótsze kompozycje. W "Przyjdziej" pojawia się lekki jazzujący sznyt i więcej przestrzeni, wibrujące napięcie przypomina zaś hipnotyczne obrazy Igora Boxxa z "Breslau". W finale świetnie sprawdza się wiolonczela, która w następnym "Wracając nie po swoich śladach" wraz elektroniką tworzy rozedrgane faktury tak bliskie nieodżałowanemu Hood z ich środkowej, rozdzierająco melancholijnej post-rockowej fazy. Grupa łapie autentyczny groove w eskalującym "Idziemy", w "Balonie w mojej głowie" eskalację zaś sugeruje, ale wzdraga się przed nią, zamiast tego mrożąc syntezatorowym dronem. Ale natychmiastowe ocieplenie przynosi, jak zresztą w wielu miejscach na płycie, wejście gitary basowej. Zgłębianie motoryki przez 3moonboys wypada lekko nieśmiało, ale z wyraźną, badawczą niemal ciekawością. Obojętnie jednak jak bardzo by zespół nie chciał brzmieć mechanicznie to najlepiej wypada w swych najbardziej ludzkich momentach. 7/10 [Wojciech Nowacki]

4 lutego 2018


Za swój debiutancki album "The Escapist" zyskał Boris Carloff szereg nagród i chwilową uwagę miejscowej krytyki. Jako projekt czysto niemal studyjny i zdecydowanie producencki niekoniecznie przełożyło się to na zwiększone zainteresowanie publiczności. Wydanej pod koniec zeszłego roku trzeciej już płyty "The Solipsist" nie znajdziemy na stronie internetowej artysty, jego Soundcloud zatrzymał się na etapie promowania debiutu. Trudno powiedzieć, czy jest to roztargnienie, przejaw samokrytycyzmu, czy może Carloffa naprawdę interesuje, zgodnie z tytułem płyty, tylko samotnicza praca w studiu. Przyznać trzeba, że "The Solipsist" rodzi rozliczne skojarzenia, zarówno muzyczne, jak i wokalne, ale aby uniknąć tych bardziej oczywistych wspomnieć lepiej raczej o When Saints Go Machine. Niemniej, jest to kolejny przykład na to jak komfortowo w Czechach czuje się elektronika.


Olbrzymią porcją owego komfortu i kreatywności współczesnych czecho-słowackich producentów elektroniki jest imponująca kompilacja "XION". Dwadzieścia pięć utworów kompleksowo mapuje dzisiejszą scenę przy pomocy tego niekomercyjnego projektu za którym stoi platforma Space Is Only Noise. Techno, house, ambient, garage, muzyka eksperymentalna, wszystkie niemal barwy i temperatury elektroniki a wszystko to wyłącznie utwory nigdzie indziej niewydane. Niektórych wykonawców już znamy: HRTL, Smeti, Aid Kid, Isama Zing, Subject Lost, ale to ledwie część tego wielkiego wyboru. Początkowo może się wydawać się złudnie jednorodny, ale szczególnie w drugiej połowie subtelnie odsłania radykalnie różne odcienie. Kompilacji słucha się znakomicie przy każdej okazji, od poniedziałku w pracy po wieczorny relaks. Z lekkim zażenowaniem przyznać muszę, że choć propaguję wyższość czeskiej muzyki, to jednak gdy usłyszałem tu fragment w języku czeskim to złapałem się na lekkim zaskoczeniu, bo rzecz brzmi prawdziwie światowo.



Dream-pop bywa podchwytliwy, zwodniczy, podstępnie prowadzący rozmarzonych słuchaczy na manowce. Debiut Billow zgodnie z tytułem jest mapą, która wskazuje zaskakującą, lecz właściwą drogę pośród mylących tropów, stereotypów i przekonań. Eteryczny wokal z łatwością można wyobrazić sobie na tle shoegaze'owej ściany gitar, muzyka Billow opiera się jednak dwóch prostych, lecz równie frapujących elementach. Gitara, jej minimalizm, akustyczny wydźwięk i zwichnięta melancholia przypominają emotroniczną scenę z początku wieku z pogranicza laptopowej elektroniki i post-rocka (Hood, The Notwist) oraz sposób w jaki nawiązywało do niej choćby nasze Old Time Radio. Z drugiej strony mamy tutaj syntezatory, które nie są ani szumem tła, ani efektownym dodatkiem, lecz pełnoprawnym spoiwem muzyki Billow. Zespół miejscami z łatwością osiąga post-rockową progresję a sypialniany charakter materiału traktować należy z przymrużeniem oka, wyprodukowany jest bowiem znacznie lepiej niż chciałaby tego etykieta lo-fi. "Maps" pobrać możecie za darmo, zachętą powinny być też polskie akcenty (materiał powstał częściowo w Warszawie), ale jest to modelowy wręcz przykład muzyki idealnej do słuchania z kasety. Najlepiej nakładem oficyny Z Tapes, której żywo kibicujemy.


A skoro znów mowa o tym niezwykle żywotnym w Czechach fenomenie jakim jest shoegaze, nie sposób nie wspomnieć o nowej płycie DIV I DED. Debiut "Born To Sleep" podobał nam się bardzo, z niekłamaną przyjemnością trzeba odnotować zatem, że pomimo roszad personalnych za mikrofonem, nie ma na "Transformation" żadnych większych zmian. Poza tym, że hipnotyzujące wokalno-gitarowe unisono jest jeszcze bardziej melodyjne, pozytywne, w wymowie wręcz euforyczne. Owszem, czasem zgrzytnie trochę noise'u, czasem pojawi się cytat z post-punkowego chłodu, ale "Transformation" faktycznie sprawia, że nieznośnie wręcz pragnie się usłyszeć ten materiał na żywo. I nie, mój entuzjazm nie wynika z tego, że na okładce pod filtrem o wrażliwości wczesnych lat dziewięćdziesiątych znajduje się kot.


Duet Kalle rzutem na taśmę zdołał jeszcze zdobyć tytuł czeskiego albumu roku magazynu Fullmoon. Debiut "Live From The Room" swego czasu narobił sporo zamieszania na alternatywnej scenie, zważywszy na to, że było to wydawnictwo po domowemu zarejestrowane i wydane. Nie chodziło jednak o przypadkowych muzyków, Kalle są jednocześnie połową zespołu Nod Nod, który zdobył sobie nawet jeszcze większe uznanie. "Saffron Hills" ma znów na okładce lisa, ledwie rysują się tam górskie kontury, całość spowija mglista szaro-zielona barwa i faktycznie mało co tak trafnie oddaje muzykę Kalle. Najwyraźniejszym jej elementem nadal jest w oczywisty sposób kojarzący się głos wokalistki, ale rockowa melancholia ma się tu ewidentnie dobrze.


Senna, choć niepokojąca mgiełka melancholii to zupełnie nie jest zaś przypadek płyty, nomen omen, "Štěstí". Nauzea Orchestra być może tak do końca szczęśliwa nie jest, ale powinna pogratulować sobie żonglerki rockowymi estetykami. Mamy tu i swansową noise'ową motorykę, i trąby niemal tak piekielne jak nasza Merkabah, i amerykańskie indie, i bagienne echa southern-rocka. Ale, co ciekawe, wszystko to ujęte jest przez pryzmat czeskiego (pop-)rocka.


[Wojciech Nowacki]

25 stycznia 2018


PRIESSNITZ Beztíže, [2016] Supraphon || Myśląc w Polsce o Sudetach mamy najczęściej turystyczne konotacje. Niektórzy pamiętają jeszcze pożółkłe peerelowskie przewodniki, domy wczasowe FWP, promocję zdrowych wędrówek i aktywnego spędzania czasu w krainie, która charakteryzowała się właśnie swoistym i pozornie magicznym bezczasem. Trauma wypędzeń Niemców i gwałtownego przerwania trwającej setki lat ciągłości osadniczej u nas właściwie nie istnieje, skutecznie zastąpiona komunistycznym mitem o powrocie pradawnych piastowskich ziem do Macierzy. Za sprawą dekretów Beneša wypędzenia po czeskiej stronie granicy stały się częścią oficjalnej czechosłowackiej historii, stąd i silny dyskomfort do dziś odczuwany nie tylko w polityce, ale i w sztuce, literaturze, muzyce. O Sudetach śpiewał już znany nam Kittchen, nie ma jednak bardziej sudeckiego zespołu niż Priessnitz.




Nam przed oczyma piętrzą się zresztą raczej Karkonosze, wydawać by się też mogło, że Czesi powinni mieć do nich dość żywy stosunek, zwłaszcza jeśli szczyt Śnieżki jest najwyższym punktem republiki. Tymczasem niekoniecznie, spośród sudeckich pasm to tajemnicze, mgliste Jeseníky bardziej niż karkonoski dziki majestat rozpalają wyobraźnię jako dawno zasiedlony, utracony świat. Swych największych piewców mają Jeseníky w zespole, którego nazwa pochodzi od ich najsłynniejszego, przynajmniej w polskim języku, obywatela. Sława zespołu jest nie mniejsza od twórcy współczesnego wodolecznictwa. Od początku lat dziewięćdziesiątych Priessnitz to jedna z ikon czeskiego (pop-)rocka i obok Tata Bojs jedna z tych grup, których status można roboczo i w dużym uproszczeniu porównać do naszego Heya. Ciągłą uwagę do zespołu, który ostatni album wydał przed ponad dekadą konsekwentnie przyciągał jego wokalista. Jaromír Švejdík znany jest również jako grafik i twórca komiksów, w tym znanej i w Polsce trylogii "Alois Nebel" oraz adaptacji "Zamku" Kafki. Śpiewał również w niemniej kultowej formacji Umakart, przy okazji komiksu "Bomber" powołał do życia grupę Jaromír 99 & The Bombers, wraz z pisarzem Jaroslavem Rudišem pracował nad filmową adaptacją "Aloisa Nebela" oraz ścieżką dźwiękową doń, wreszcie razem z Rudišem stoi na czele projektu Kafka Band, który muzycznie ilustruje komiksową adaptację twórczości Kafki i jakkolwiek zagmatwanie to brzmi jest to rzecz o największym potencjale zagranicznego sukcesu.

Priessnitz ze swoją jesenícką poetyką pozostaje lokalnym fenomenem, ale w przypadku ich najpewniej pożegnalnej płyty "Beztíže" warto przekonać się, jak stylowo i ponadczasowo prezentuje się wywodzący się jednak z alternatywy pop-rock w wykonaniu zespołu z prawie trzydziestoletnią historią. O tym, jak silnie "geograficznym" jest ten zespół pokazuje już otwierające płytę energiczne "Na kraji města", jak i kolejne tytuły "Tam na poli", "Daleko", "Blikající dům". Muzyczno-liryczny amalgamat Priessnitz silnie zakotwiczony jest w emocjach, te zaś wyraźnie płyną z miejsc, z obrazów, z uchwyconej słowami panoramy. Nie jest to jednak pocztówkowa sielanka, na swym ostatnim albumie Priessnitz jest jeszcze bardziej niż kiedykolwiek o przemijaniu, o opuszczeniu. Jednocześnie zaś z łatwością oferuje radiowe refreny, często eskalujące melodie, szczególnie zaś brzmienie grupy wzbogaca pojawiająca się tu i ówdzie trąbka. Najefektowniej wiekowy już Priessnitz wypada jednak nie w melancholijnych balladach, lecz w utworach energicznych, czasem całkiem intensywnych, w których przebrzmiewają a to echa grunge'u, a to post-punka, a to indie-rocka czy chóralnego folku. W "Kdo seje vítr" zbliżają się nawet do cedzonej agresji Please The Trees, tu też padają słowa Mám barák po Němcích / Jednou vezmu benzin a celý to zapálím. Niemców w Jeseníkach już nie ma, nie ma też już Priessnitz, ale emocje rezonować będą jeszcze latami. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

20 stycznia 2018


EMIKA Melanfonie, [2017] Emika Records || Tym razem nie ma mowy o żadnej hybrydzie między muzyką elektroniczną a poważną. Nie jest to też kolejne ćwiczenie z neoklasycyzmu, który najczęściej w ostatnich latach służy jako platforma dowodząca prawdziwie kreatywnej bliskości tych pozornie antynomicznych muzycznych światów. Emika napisała symfonię. Owszem, można się w niej doszukać melodycznych wzorców, które po latach nawet w przypadku jej najwcześniejszej twórczości nagle wydają się w oczywisty sposób klasyczne. Droga od post-dubstepowej producentki do kompozytorki była stopniowa, lecz wyraźna, nie jest to ani żaden kaprys, ani chwilowa zachcianka, Emika jest pianistką i ma klasyczne muzyczne wykształcenie. "Melanfonie" jako fakt wydawniczy jest jednak zawieszona w pewnym niebycie a dzieje się tak związanymi rękoma krytyki. Polaryzująca muzyczna tożsamość Emiki jest dla recepcji jej twórczości nawet większą przeszkodą niż wydawanie jej praktycznie własnym nakładem, co zaważyło na ograniczonym odbiorze "DREI", albumu kontynuującego przecież jej elektroniczne wcielenie z płyt wydanych w Ninja Tune. Ale "Melanfonie" wykracza poza przygotowanie i aparat krytyczny piszących o elektronice, alternatywie, muzyce popularnej, dla krytyków muzyki poważnej Emika jest zaś osobą z zewnątrz, praktycznie anonimową, niewartą muzykologicznej analizy. Obu stronom brak warsztatu, brak kontekstu.


Przyznaję, że w obliczu krytycznej analizy symfonii jestem również całkowicie bezradny. Owszem, domyślić się mogę tu ducha Leoša Janáčka, często deklarowanej inspiracji Emiki, doszukać awangardowego minimalizmu, który dziś już nie brzmi dla nas awangardowo, zwrócić uwagę na kompozycyjne i melodyczne rozwiązania zaskakująco podobne do jej elektronicznej twórczości. Jeśli opowiemy się jednak za rozwiązaniem mówiącym, że krytyka nie jest opisową analizą muzyki, lecz tłumaczeniem jej emocjonalnego wydźwięku, to zadanie to staje się znacznie łatwiejsze. "Melanfonie" jest majestatyczna, nie przynosi efekciarskich zaskoczeń, ale angażuje, opływa słuchacza niczym wody Wełtawy, pełna jest też elementów, który ktoś mógłby nazwać kinematograficznymi, ktoś inny światotwórczymi. Przesłuchanie "Melanfonii" nie jest żadnym wyzwaniem, ani intelektualnym, ani emocjonalnym. Symfonia Emiki jest niezwykle przyswajalna, pozostawia nawet poczucie lekkiego niedosytu.

Kontekstem, który jest dla mnie jednak bardzo wyraźny jest czeskość tej symfonii. "Melanfolie" to powrót Emiki do Pragi. Jej czeskie pochodzenie stało już za narracyjnym dualizmem płyty "DVA", na niej zresztą pojawiła się też Michaela Šrůmová, muza Emiki i głos "Melanfonii". Symfonia zarejestrowana była w siedzibie Českého rozhlasu a wykonuje ją Pražský metropolitní symfonický orchestr. Praga musi odgrywać znacznie większą rolę niż tylko miejsce rejestracji czy kraj pochodzenia zdecydowanej większości personelu. We wkładce płyty znajduje się plakat ze zdjęciem, klasyczną panoramą praskiego Hradu, Malej Strany i Petřína z perspektywy Wełtawy. Zdjęcie czarno-białe, przefiltrowane, działające jako coś więcej niż turystyczna pocztówka, tylko jeśli z Pragą wiąże się poczucie domu. Utraconego, zyskanego, odzyskanego. Jeśli poprzednie albumy Emiki odzwierciedlały jej życie w Berlinie, dzieciństwo w Wielkiej Brytanii i echa jej czeskiego dziedzictwa to "Melanfonie" jest jej pierwszą prawdziwie czeską płytą. 8/10 [Wojciech Nowacki]

16 stycznia 2018


MORDY Homosucker, [2016] Nasiono || Ścianka, Mordy, potem dopiero, w sensie chronologicznym, bynajmniej nie jakościowym, Kristen. Trzy najlepsze dla mnie polskie zespoły kręcące od przełomu wieków naszą gitarową alternatywą, katapultując ją na światowy poziom. Przynajmniej w mojej głowie, niekoniecznie zaś w rzeczywistej muzycznej geopolityce. Ścianka z obiektu kultu stała się obiektem żartów dla nielicznych, choć okazjonalny pomruk wprowadził konfuzję co do stanu śpiączki zespołu. Kristen z płyty na płyty stają się zespołem coraz lepszym, ba, dziś może i najlepszym, ale będącym w cieniu młodszej generacji zajmującej się głównie sobą (vide pewna wypowiedź tutaj). Mordy natomiast, stojąc za jednymi z najlepszych albumów w historii polskiej muzyki, boleśnie zasługiwały na docenienie zarówno wtedy, jak i dziś.

"Normalforma" miała jeszcze awangardowo-undergroundowy posmak, ale w połączeniu z bajeczną produkcją oferowała fascynujące brzmienie dla wybranych. "Zapiski ze strychu" pomijamy, bo to jedna z tych płyt, których nikt nigdy nie słyszał, ale już "OF'fruits", mój Boże, cóż to był za album perfekcyjnie balansujący między obezwładniającą przystępnością a artystycznymi ambicjami. Na przestrzeni ośmiu ledwie zwięzłych kompozycji pokazał przyjemność jazzu, przystępność punkowej werwy, ale przede wszystkim prawdziwie twórczy potencjał post-rocka. Jedynym problemem "Antrology" był zaś fakt, że była płytą równie udaną, tym razem złożoną z ośmiu długich kompozycji, teatralnie niepokojących, lirycznie enigmatycznych, ale i inkorporujących nowe, choćby afrobeatowe elementy.

Przyznaję, że "Nobody", pierwszy regularny album Mord po dość poważnych zmianach personalnych w pewien sposób przeoczyłem. Marcin Dymiter może i nie był liderem grupy, ale ukryć się nie da, że jego gitara i post-rockowy sznyt miały przeważający wpływ na brzmienie zespołu. Trochę szkoda, że w ostatnich latach poświęca się on głównie field-recordingowi, choć miło, że przy tej okazji zawitał i do Pragi. Mordy tymczasem wydały płytę dość radykalnie odmienną od wcześniejszych, ale uwaga, naprawdę udaną i całkiem efektownie różnorodną. I jeśli na "Nobody" Mordy prezentowały się jako nowy, inny zespół, to na "Homosucker" okazjonalnie zwracają się ku swojej przeszłości, lecz paradoksalnie z mniej dopracowanym efektem końcowym.


"Lost It All" przynosi prawdziwą ulgę obcowania z dawnym brzmieniem Mord, mamy tu tajemnicę, znaną motorykę i frazowanie gitary, przy czym kompozycja ostatecznie zręcznie sięga w stronę bardziej indie-rockowych wód swego współczesnego wcielenia z "Nobody". Najlepiej ucieleśnia się ono w "Individual", efektownej, zawadiackiej piosence, która nawiązywać może do Deerhoof, choć tutaj akurat bez prostego kopiowania ich połamanych chwytów, przede wszystkim zaś szczyci się jednym z najciekawszych składników nowych Mord, czyli damsko-męskim dwuwokalem. Tymczasem, wokale są jednocześnie jedną z bolączek albumu, nawet w "Lost It All" wydają się być dość amatorsko wyprodukowane. Wyjątkowo też, z wielu zresztą powodów, frapuje na "Homosucker" twarda angielszczyzna, na brzmienie której może i można by było przymknąć oko, gdyby nie jej dość zgrzytająca wszechobecność. To zresztą kolejny z powodów dla których album jest bardziej gęsty niż różnorodny. Miejscami wręcz za gęsty, zwłaszcza w połączeniu z bolączką numer dwa, czyli produkcją, dziwnie niespójną, niezbilansowaną, miejscami całkiem ładnie dociągniętą, ale częściej zgrzytliwie amatorską. Modelową karuzelą emocji jest najdłuższy na płycie "Homo Sator", który najpierw intryguje noirowym bluesem, po półtorej minuty niemal wyciska łzy radości z oczu najzdolniejszym ostatnio nawiązaniem do nieodżałowanych Stereolab, by zdewastować się amatorsko wykrzyczanym wokalem z garażowym łomotem w tle.

"Homosucker" to płyta, której fajnie się słucha, autentycznie bawi i ekscytuje. Mamy na niej i trochę undergroundowej anarchii "Normalformy", i trochę frywolnego post-rocka z klasycznych płyt, i zręczne zabawy indie-rockiem a'la "Nobody". Pojawia się nawet saksofon, może jako echo dawnej trąbki Wojciecha Jachny, Bartłomiej Adamczak zaś nadal pozostaje jednym z najlepszych polskich perkusistów. Żonglerka pomysłami jak najbardziej może się sprawdzać, ale tylko przy dopracowanych wokalach i bezbłędnej produkcji, które dla zespołu o takiej historii i takim potencjale powinny być bezdyskusyjną podstawą. Mimo zmiany brzmienia Mordy nadal nie są zespołem, który  potrzebowałby chowania się za estetyką garażowej prostoty dla uwypuklenia swych talentów. Wręcz przeciwnie. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

8 stycznia 2018


JAZZPOSPOLITA Humanizm, [2017] Postpost || Implementacja wokali na nowej płycie Jazzpospolitej, nawet jeśli nieoczekiwana, większą niespodzianką nie jest. Wydaje się, że każda instrumentalna formacja prędzej czy później na ten krok się decyduje, w przypadku "Humanizmu" jest zresztą dość nieśmiały i bynajmniej nie dominuje nad całością albumu. Podobnie jak na "The Catastrophist" Tortoise dwie piosenki sprowadzają raczej zespół do roli grupy akompaniującej, z tą jednak różnicą, że u Jazzpospolitej są autentycznie przebojowe. Naturalnym pierwszym wyborem będzie singlowe "Combination" z Pauliną Przybysz, ja wskazuję zatem na "Zakamarki". Novika jako wokalistka w dalszym ciągu zasługuje na większe uznanie, poza tym autentycznie bawi mnie gwałtowna zmiana tonacji, które przynosi to jazzpospolito-inteligenckie wahnięcie do dość standardowej i niemal rockowej piosenki. Jazzpospolita na tych dwóch utworach się jednak zatrzymała, być może doczekamy się kiedyś pełnej płyty z wokalami i absolutnie nie miałbym nic przeciwko. Prawdziwie intrygująca byłaby jednak nie próba napisania przebojowej piosenki, ale włączenie wokalu do bardziej typowej dla Jazzpospolitej kompozycji, dłuższej, zagmatwanej i strukturalnie niebanalnej.


Takimi też utworami w przeważającej części jest bowiem wypełniony "Humanizm". Przyznać trzeba, że różnice między albumami Jazzpospolitej są z gatunku tych subtelnych. Doszukać można się a to większego nacisku na gitarę, a to na sekcję rytmiczną, a to kompozycji zwięzłych i zamkniętych, a to luźniejszych formalnie. Fenomen grupy polega na tym, że pojawiła się ona już jako w pełni ukształtowana, nigdy nie potrzebowała przechodzić przez proces dojrzewania, docierania się, poszukiwania swego brzmienia. Oczywiście poziom ekscytacji największy był w samych początkach, na debiutanckiej płycie i wcześniej nawet, na epce "Live Studio Recording", której do dziś należy się miano małego zjawiska. Idea jazzu bez sekcji dętej jest na "Humanizmie" niezmiennie fascynująca, ale innowacji już nie wprowadza, kierunki i obszary zainteresowań ma Jazzpospolita już wyznaczone, opada jednak lekko emocjonalne zaangażowanie. Mam nadzieję, że nadal utrzymuje się na poziome najwyższych lotów w koncertowej odsłonie, ale płyta ta bardziej poświęca się budowaniu atmosfery, przez co wytraca się jej kompozycyjna uchwytność. Album wymyka się uwadze, funkcjonuje niemal podprogowo, pewnie dlatego też zupełnie nie nuży. Mimo braku ewidentnych wyróżników ciężko uwierzyć, że trwa ponad 66 minut. Być może dlatego, że uwagę zaprząta raczej dylemat, który z elementów Jazzpospolitej jest tym najlepszym? Szurająca perkusja? Gitara Przerwy-Tetmajera? A może całość produkcji, dzięki której dość złożona przecież i wyrafinowana muzyka wydaje się tak intymnie bliska słuchaczowi. Album ten naprawdę wiele dzieli z humanizmem. We współczesnym świecie może niespecjalnie ekscytuje, może nie jest najmodniejszy, ale z pewnością jest bezwarunkowo potrzebny. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 stycznia 2018


ANATHEMA The Optimist, [2017] Kscope || Anathema jest zespołem o dwóch różnych, stojących niemal w opozycji do siebie muzycznych obliczach. Prawie jak krzywe odbicie w domu luster, są to twarze tak różne, że fani poszczególnych wcieleń zespołu w zasadzie nie mają ze sobą nic wspólnego.

Pierwszy kierunek rozwojowy, młodzieńczy, przepełniony mrokiem i złością zapoczątkowany został albumem "Serenades" i poprzedzającym go EP "The Crestfallen". Był to czas doom- i death-metalu, który muzycy rozwijali aż do "The Silent Enigma" z roku 1995. Wówczas w mrocznej, emocjonalnej, ale wciąż agresywnej twórczości zaczęły pojawiać się pierwsze elementy wyciszenia, ambientu, operowania szeroką gamą barw i emocji. Na "The Silent Enigma" pojawiły się utwory przestrzenne, budujące poczucie odosobnienia, samotności i nostalgii. Kolejny etap wyznacza jednak dojrzały album rockowy "Alternative 4", którego uzupełnieniem i udoskonaleniem okazała się najgenialniejsza w dorobku grupy płyta "Judgement". Później... bywało różnie.

Niewiele osób w pełni akceptuje oba światy Anathemy. Znam osoby, które zapadają w głęboki sen po kilku taktach jakiegokolwiek utworu z czasów od "A Fine Day To Exit" do obecnych oraz takich, którzy zatykają uszy słysząc nawet najłagodniejsze fragmenty z "The Silent Enigma". Dla jednych zmiany w repertuarze Anathemy świadczą o braku spójności, dla innych są naturalnym rozwojem muzyków, którzy zwracając się w stronę art-rocka dali jasny wyraz temu, że w inny sposób odczuwają sztukę w wieku czterdziestu-plus lat niż odczuwali ją mając lat dwadzieścia. Faktem pozostaje jednak, że płyty Brytyjczyków w pewnym momencie przestały utrzymywać równy, wysoki poziom. Na przestrzeni ostatniej dekady Anathema była w stanie nagrać płyty, moim zdaniem, genialne, jak "We're Here Because We're Here" i "Weather Systems" oraz przeraźliwie nudne, które najlepiej reprezentuje "Distant Satellites". Jak więc na ich tle broni się "The Optimist"?


Tytuł ten jest znamienny i bynajmniej nie odnosi się do pogodnego charakteru kompozycji. Płyta kontynuuje wątki albumu "A Fine Day To Exit" i robi to w sposób co najmniej pomysłowy. Poczynając od wskazówek dla słuchacza ukrytych w otwierającym album "32.63N 117.14W", którego tytuł stanowią dokładne koordynaty lokalizacji plaży, na której znajdował się samochód przedstawiony na okładce "A Fine Day To Exit". Jest to też ostatnie miejsce, w którym znajdował się zaginiony bohater tamtej płyty, nazwany właśnie "Optimistą". Anathema, która z nieznanych powodów na najnowszym albumie przekształciła swoją nazwę na ana_thema, postanowiła zasugerować słuchaczowi rozwiązanie jego zagadki, bez dawania jednak jednoznacznych odpowiedzi.

Nie tylko koncepcyjnie płyta zwraca się ku przeszłości. Również nastrój albumu, rozmarzony, odrobinę niepokojący i przepełniony smutkiem, przywodzi na myśl wspomnianą płytę. Mamy tu więc utwory electro-rockowe ("Leaving It Behind"), niemal hipnotyzujące, ale oszczędne aranżacyjnie, jak "San Francisco" czy "Ghosts" oraz kompozycje budowane przede wszystkim głosem Lee Douglas, klawiszami i delikatną gitarą (przepiękne "Springfield"). Podstawowym grzechem "The Optimist" jest jednak długość albumu. Spokojnie można by skrócić go o kwadrans, dzięki czemu płyta jako całość stałaby się lepiej przyswajalna. Brakuje też wyraźniejszej obecności Danny'ego Cavanagh, który wokalnie oddał już jakiś czas temu pierwszeństwo Lee Douglas, chociaż oboje najlepiej sprawdzali się w duecie.

Niestety, najnowsze dzieło zespołu przytłacza. Pomimo lekkości poszczególnych kompozycji całość wprowadza w niemal depresyjny nastrój z którego trudno się otrząsnąć. Album jest smutny, wyciszający, ale również, w pewnym stopniu, męczący. Aby nie popaść w przypadłość Wertera, należy dobrze dobrać czas na jego wysłuchanie. 7/10 [Jakub Kozłowski]

2 stycznia 2018


BJÖRK Utopia, [2017]  One Little Indian || Björk stoi w miejscu. Robi to jednak tak efektownie, spazmatycznie wirując i drżąc w oczekiwaniu na uwagę, że zdecydowana większość jej miłośników z łatwością nabiera się na jej coraz bardziej udawaną kreatywność. Niezmiennie typowe bolączki Björk widoczne były na wszystkich jej ostatnich albumach, ale "Utopia" jest pierwszym na którym nie są niczym równoważone. W efekcie jest to też pierwsza w jej karierze płyta ewidentnie nieudana, dość boleśnie karykaturalna, pełna zmarnowanych szans i możliwości.

Największym problemem albumów Björk jest sama Björk. Moim skromnym zdaniem zaczął on dawać o sobie znać już na "Vespertine", ale w mniejszym lub większym stopniu u Björk XXI wieku jest obecny stale. Pamiętacie czasy gdy z dziką łatwością potrafiła zaśpiewać jazzowe i musicalowe standardy, piosenki punkowe, popowe, ba, nawet w techno potrafiła znaleźć linię melodyczną zmieniając je w autentyczny przebój? Ja już prawie nie. Björk już od dawna zasadniczo nie śpiewa, cokolwiek robi ze swoim głosem, a wielu wariacji ostatnio nie ma, to dzieje się to w całkowitym oderwaniu od muzycznego tła. Ciągle ta sama pseudo-melodyczna linia wokalu przypomina dziś bardziej gdaczący w uniesieniu spoken-word niż śpiew. Dlatego wyjątkowo zniechęcał już "The Gate", zdecydowanie najsłabszy singiel zapowiadający nowy album Björk w jej karierze, męczący nieznośnym, przeciągniętym I care for you, care for you.


Najnowszym zauroczeniem Björk są zresztą długie utwory. Na "Vulnicurze" mieliśmy "Black Lake", niespecjalnie fascynujące, ale z punktu widzenia tamtej w miarę jednak zróżnicowanej płyty jakoś się wpisujące w jej narracyjną strukturę. "Body Language" jest takie jak cała "Utopia", nudnawe, przydługie, powierzchownie niepomysłowe i z wolna irytujące. Jednocześnie jednak dysponuje tymi elementami, które na "Utopii" się udają: intrygującą, choć stłamszoną warstwą muzyczną oraz zaskakująco udaną liryką. Wbrew pozorom mamy tu nie tylko waginalne fiksacje Björk, ale i proste, urokliwe przyjemnostki, które, jak tworzenie mixtape'ów ("Arisen My Senses"), szperanie po sklepach płytowych ("Features Creatures") czy posyłanie sobie empetrójek ("Blissing Me"), dają dość sympatyczny wgląd w to jak Björk wyobraża sobie narodziny miłości w pokoleniu millenialsów. Ale uwaga, w "Sue Me" znów zaczyna babrać się w rodzinnych ranach, zupełnie jakby na wszelki wypadek ostatnie słowo musiało należeć do niej, pomimo tego, że swój związek z Matthew Barneyem przemolestowała już na wszelkie możliwe sposoby na "Vulnicurze". "Utopia" pierwotnie zapowiadana była jako Tinder album, Björk nie wydaje się jednak być świadoma tego, że wg wszelkich prawideł etykiety randkowych aplikacji ostatnią rzeczą o której chcemy w nich słyszeć są historie o swoich byłych.

Wracając jednak do samych kompozycji, Björk nie ma na nie pomysłów. Oczywiście nikt nie wymaga od niej klasycznej piosenkowej struktury czy nawet przebojowości, ale najzwyczajniejszej w świecie oryginalności i efektowności. Nie licząc dwóch bardzo subtelnych wyjątków, "Utopia" jest pierwszym tak wyraźnie jednorodnym albumem Björk, złożonym wyłącznie z przydługich i bardzo umownych kompozycji zbudowanych z muzycznego tła i przypadkowo doń dolepionego równie umownego wokalu. "Mutual Core", "Lionsong", "Hidden Place", nawet "Earth Intruders", na każdej z poprzednich płyt można było z łatwością znaleźć coś naprawdę się wyróżniającego. Na "Utopii" pozytywnie zaskakują jedynie "Blissing Me" oraz "Losss", dwie delikatne piosenki, tak, prawdziwe piosenki, w których Björk wreszcie przypomina sobie, że potrafi śpiewać. "Blissing Me" brzmi jak odświeżająco freak-folkowy miks Joanny Newsom z "Vespertine" i "Drawing Restraint 9", w "Losss" zaś wyjątkowo nie przeszkadza nawet niemal siedmiominutowy czas trwania, choć utwór ginie niestety w zdecydowanie za długiej końcówce płyty. Czternaście utworów? Powinno być najwyżej dziesięć.

Tymczasem Björk i Arca przygotowali na "Utopii" całkiem fascynujący świat. Płyta pełna jest urokliwych dźwięków, niczym wyjętych prosto z przygodowej gry komputerowej. W połączeniu z atonalnymi flecikami mocno sugerują naturalny, światotwórczy efekt, ale tym silniej odsłaniają jego wirtualny, cyfrowy aspekt. Szkoda, że ta niezwykle plastyczna egzo-xeno-muzyka redukowana jest tylko do tła dla Björk. Nieprzypadkowo zresztą jednym z najprzyjemniejszych fragmentów płyty jest początkowe półtorej minuty tytułowej "Utopii". Półtorej minuty zanim Björk nie zacznie śpiewać. Artystka znakomicie sprawdziłaby się jako producentka, art director, content creator, ale już nie jako wokalistka. Świadoma najlepszego elementu tego albumu już zapowiedziała jego specjalną "fletową edycję". I tak oto znów grzęźniemy w kolejnej z przywar późnej Björk, czyli eksploatowaniu swych nie najlepszych przecież płyt do granic wytrzymałości kolejnymi ich wersjami. "Utopia", tak samo jak koncepcja której nazwę nosi, nudzi, nie zachęca do zgłębiania i przynosi nikłe tylko promyki nadziei. 4/10 [Wojciech Nowacki]

23 grudnia 2017


LADY GAGA Joanne, [2016] Interscope || Lady Gaga po przede wszystkim komercyjnym i marketingowym, ale też przynajmniej częściowo artystycznym fiasku przekombinowanego "ARTPOP" wykonała najlepszy możliwy ruch. Przedwcześnie i dość gwałtownie zakończyła promocję tej płyty, skierowała uwagę na nagrany z Tonym Bennettem "Cheek To Cheek", który okazał się być jej niemal najlepszym albumem, w stylowy i gustowny bowiem sposób wreszcie ukazał pełnię jej możliwości wokalnych. Pozostawało zatem tylko przygotować swój własny album, który skupił by się na Gadze-wokalistce, tym razem z autorskim materiałem, bez kontrowersji, bez wymyślnych konceptów, bez zwyczajowej bombastycznej otoczki. I dokładnie tym jest "Joanne", płytą pokazującą piosenkarkę, kobietę, bardziej Stefani Germanottę niż Lady Gagę. Szkoda, że zawiodło wykonanie i naprawdę niewiele zabrakło do bardziej pamiętnej płyty.

Wszystkie bolączki płyty odsłaniają się już w "Diamond Heart". Ewidentnie nacisk położony jest na głos, czysty, bez efektów, ale w porównaniu z mocnymi wykonaniami z "Cheek To Cheek" dziwnie rozedrgany. Nie to jednak okazuje się być problemem, lecz prosta produkcja z wmiksowaną dość archaicznie brzmiącą elektroniką. Sama piosenka jest całkiem fajnym przebojem, ale bardziej na zasadzie powtórnych przesłuchań i przyzwyczajenia się, podobnie zresztą jak po czasie dopiero efektowne "Perfect Illusion", o którym z wielką przesadą pisało się, że brzmi jak Tame Impala. Nie, nie brzmi. Niespecjalnie porywająco brzmią też ballady, singlowe "Million Reasons" to ckliwa i niewątpliwie ładna rzecz, ale już "Angel Down" mimo chwalebnej tematyki dość mocno irytuje, przynajmniej w przeprodukowanej chyba wersji podstawowej.


Natomiast zwrotu w stronę country nie należy się bynajmniej obawiać, wprowadzony już w piosence tytułowej później przynosi najprzyjemniejsze fragmenty płyty. "Sinner's Prayer" jest równie ładne, co zadziorne, wiedzie je przyjemnie brzmiąca gitara, pojawia się i pianino, choć zapewne nie jest to piosenka, której oczekiwałoby się po Lady Gadze. Na płycie sporo jest zresztą piosenek za którymi stać by mógł ktokolwiek, nie jakoś specjalnie porywających, niewątpliwie ładnych, ale bez czegokolwiek unikatowego dla Gagi, co wskazywałoby, że nie mamy do czynienia z jakąkolwiek inną gwiazdą (country-)popu. Czegoś po prostu tym kompozycjom brakuje, niewiele, ale wystarczająco by nawet najlepsze z nich podgrzały temperaturę co najwyżej do zadowalająco letniej. "A-Yo" to po prostu bezpretensjonalnie radosna piosenka bez udziwnień. Zadziorny, chwytliwy i całkiem pomysłowy "John Wayne" najbardziej zbliża się do ideału hybrydy typowo przebojowego warsztatu Gagi i stylistyki obranej na "Joanne". I wreszcie "Hey Girl" z udziałem Florence, choć pewnie rozczaruje wszystkich oczekujących epickiej wokalnej batalii, to jest piosenką po prostu odświeżająco bezpretensjonalną.

Jak cała zresztą płyta. Nie ma tutaj mielizn i okazjonalnego ciężaru "ARTPOP", choć nie ma też aż tylu chwytliwie przebojowych fragmentów. Kierunek obrany na "Joanne" jest jak najbardziej pożądanym, ale mówiąc wprost, podobnie zresztą jak na poprzedniku, zawiodły kompozycje i produkcja. Refleksja na ten temat jednak kolejny raz zawiodła i wyciągnięto całkowicie błędne wnioski, bo o kolejnym albumie Gagi już mówi się jako o "ARTPOP 2". O tym, że Gaga zdolna jest do napisania wielkich popowych melodii wiemy już z jej dwóch pierwszych płyt, ale zdecydowanie potrzebuje dobrego i najlepiej jednego tylko producenta, który przetrzebi jej pomysły, dopilnuje temperatury tych najlepszych i przede wszystkim oprawi je w satysfakcjonującą warstwę muzyczną. I już bez znaczenia czy będzie to eurodance z "Born This Way", wyuzdany pop z "ARTPOP" czy country z "Joanne". Tej ostatniej naprawdę szkoda, bo choć jest to dobra płyta to już przemija w starciu z konkurencją i z resztą dyskografii Gagi. 7/10 [Wojciech Nowacki]

18 grudnia 2017


"I Don't Think So" to bez żadnej przesady jeden z najlepszych albumów tego roku. I jeden z najbardziej wyczekiwanych, Nvmeri pracowali nad nim bowiem aż cztery lata torturując nas okazjonalnie fenomenalnymi singlami. "Entropy" i "Scales" nie znalazły się zresztą na albumie, co nie jest w gruncie rzeczy złym pomysłem, więcej przestrzeni zdobyły sobie bowiem nowe kompozycje. Oraz "Art Of The Trial", modelowy wręcz dla Słowaków przebój. Ich muzyka nie jest jednak wydumanie artystowska, choć odnaleźć w niej można math-rockowe struktury to zmiękczają je odniesienia do indie-popu z połowy lat zerowych. A o tym, że są to tylko umiejętnie powplatane odniesienia a nie proste inspiracje świadczy całość albumu. Zaskakująco ujawniają się tu jazzujące elementy w czym pomaga żywa sekcja rytmiczna efektownie wprzęgnięta do współpracy z syntezatorami. Cytaty z lat osiemdziesiątych wyjątkowo nie irytują, pokazują raczej wiedzę i instynktowne rozumienie przebojowości, na miejscu są nawet zabawne przerywniki, łącznie z intrem, które zabrzmi znajomo wszystkim podróżującym po Czecho-Słowacji pewnymi żółtymi autobusami. To wszystko tylko połowa sukcesu Nvmeri, reszta należy do obłędnie zamszowego, delikatnego i pewnego siebie zarazem wokalu.


Ambient zazwyczaj może być albo kojący, albo niepokojący. Izanasz łączy obie te skrajności emocjonalnego spektra na, nomen omen, "Spectral Cascades", choć ostrzec trzeba, że z premedytacją niezbalansowane poziomy głośności mogą solidnie wystraszyć. Również dzięki temu jest to materiał wręcz geograficznie plastyczny, bardziej niż ewokować typowo ambientową senną sinusoidę sprawia wrażenie powolnego przesuwania się nas poszarzałym krajobrazem w którym z wolna wyłaniają się sporadyczne, lecz nieoczekiwane kształty. Taśma ta staje się zatem jednym na najjaśniejszych (heh) punktów w katalogu z uwagą przez nas obserwowanego Genot Centre.


Ventolin faktycznie niczym gwałtownie aplikowany aerozol przenika już przez nasze granice, pojawia się na koncertach, festiwalach, zbliża się do polskich techno-niezalowych środowisk. Wreszcie ma ku temu powód w postaci nowego albumu "Vitajte", który ukazał się aż po pięciu latach od długogrającego debiutu "Totem". Jeśli Jakub Adamec był dla kogoś zbyt kwaśny i kanciasty to niech sięgnie po Ventolin bez zbędnych obaw. "Vitajte" jest gęste, ale nie przytłaczające, ciepłe i przestrzenne brzmieniowo, melodyjne i taneczne zarazem, proste, lecz pomysłowe. Doszukać można się tu nawet lekko post-/dance-punkowego posmaku nieodżałowanego projektu Kazety, którego Ventolin był częścią. Wzrosło natomiast podobieństwo do Midi Lidi, być może odrobinę za bardzo, ale tożsamość Ventolina bardziej niż w słownych gierkach kryje się w satysfakcjonujących bitach. Nie wierzcie mu gdy śpiewa You're never gonna be satisfied.


Kolejne dwa lata minęły i mamy kolejną płytę Vložte kočku. "SEAT" nadjechał w 2013 roku, "Hedvika" pojawiła się w roku 2015 a dziś mamy tu "Klub Bublinka". Cieszą głupotki takie jak sampel z 2 Unlimited, bit ciągle jest twardy i nadal efektownie miesza się z góralskim niemal folklorem. Elektronika flirtuje z najgorętszymi spośród archaicznych trendów lat dziewięćdziesiątych i absolutnie nie należy się dziwić, że album nie dysponuje żadnymi bandcampowymi tagami. Vložte kočku konsekwentnie nie sposób zakwalifikować do choćby najbardziej sceny czy gatunku. Unikat ten najlepiej doświadczyć na żywo, wersje studyjne dla przygodnego ucha mogą okazać się odrobinę zbyt gęste, stąd też cieszy lekkie zredukowanie na "Klub Bublinka" mechanicznych wokali. Choć może mi się wydaje, u Vložte kočku łatwo stracić orientację.


Monika Načeva to na czeskiej scenie instytucja i przy okazji uosobienie jej historii w pigułce. Karierę rozpoczęła jako aktorka, jej debiut muzyczny przypadł na połowę lat dziewięćdziesiątych, złote czasy kaset i wszechobecnego pop-rocka (płyta "Možnosti tu sou..."). Nie tylko symboliczna przemiana dokonała się na albumie "Mami", pod którym podpisali się również gitarzysta Michal Pavlíček i turntablista DJ Five. Kolejna płyta "The Sick Rose", tym razem z producentem Timem Wrightem, okazała się jednym z najlepszych czeskich elektronicznych albumów ostatniej dekady. Z Justinem Lavashem powróciła do dźwięków akustycznej gitary na płycie "Milostný slabiky", z kwartetem smyczkowym zaś podsumowała własną karierę na albumie "Na svahu". Nie tylko zatem chętnie współpracuje z niezależnymi muzykami (słowacki Pkrek na płytach "Blízke stretnutie" i "Ariesynth"), ale przede wszystkim zasługuje na wielki szacunek tym, że w przeciwieństwie do większości wokalistek, które przeszły do kręgu alternatywy ze świata pop-rocka, nawet nie próbuje udawać, że jest to jej w pełni autorska twórczość, nie podpisuje się wyłącznie swoim imieniem i zawsze eksponuje swych równorzędnych partnerów. Do elektroniki powróciła na nowym albumie "Průvan v hlavě", który po raz kolejny łączy jej głos z niemal hiphopowym bitem za którym stoją słowacki beatmaker Tentato i po raz kolejny DJ Five.


Jednym z najbardziej w ostatnich latach wyczekiwanych albumów był formalny długogrający debiut grupy Fiordmoss. Dwie epki, "Gliese" z 2010 roku i "Ink Bitten" z roku 2012, dość mocno pobudziły czeską scenę, w międzyczasie zespół odegrał szereg naprawdę intrygujących koncertów, przeniósł się z Brna do Pragi, stąd ostatecznie do Berlina, gdzie powstała płyta "Kingdom Come". Fiordmoss to dość artystowski projekt, dopracowany do najmniejszego szczegółu, od oprawy wizualnej po pieczołowitą produkcję, widać wyraźnie lata wytężonej pracy nad własną tożsamością. Stąd też przy okazji "Kingdom Come" nie da się już mówić o "lokalnej odpowiedzi na skandynawski pop". To akurat popowy pierwiastek został na albumie najbardziej zredukowany, ale muzyka Fiordmoss nadal hipnotyzuje a swym półmroku skrywa całe konstelacje detali.


Na koniec drobnostka, ale istotna. Tomáš Havlen był połową duetu post-hudba, bywalcom praskich koncertów znany jest jako jeden z najlepszych dźwiękowców, w ostatnich latach zaś konsekwentnie wyrasta na topowego producenta. Sundays On Clarendon Road, Aid KidLukas Landa, Mayen, wszyscy doczekali się jego produkcji lub przynajmniej miksu, do tego masteringu od jego brata Martina. Ten niezwykle sympatyczny człowiek tła wreszcie robi mała krok wprzód i jako Spomenik wydaje epkę "Contingency". Na razie trzy utwory wystarczają by pokazać jak robi się gęstą i jednocześnie lekką elektronikę, ale zdecydowanie czekamy na więcej.



[Wojciech Nowacki]

12 grudnia 2017


KRISTEN LAS, [2016] Instant Classic || Pływamy po powierzchni alternatywy. Wszystko jest tu większym lub mniejszym uproszczeniem, ale mógłby to być nasz jednozdaniowy manifest. Od początku chodziło mi o propagację, o zachętę, o pokazanie, że nie trzeba sięgać zbyt głęboko, żeby odnaleźć dosłownie rozumianą alternatywę. Muzykę zaspokajającą całe spektrum emocjonalnych potrzeb, równie satysfakcjonującą, różnorodną i przystępną, co bardziej oczywiste pierwsze wybory z popularnej linii rozpostartej między popem a rockiem. Piętnaście, dwadzieścia lat temu rzeczy o których pisuję mogły uchodzić i faktycznie uchodziły za głęboką alternatywę, ale czasy się zmieniły, granice między mainstreamem a niezależnymi potoczkami całkowicie się rozmyły. Na marginaliach kwitną zatem kolejne niezwykłe efemerydy, mikrogatunki, netlabele, niezaprzeczalnie ciekawe zjawiska, które dość bezrefleksyjnie wzdychają za większą popularnością. Jeśli jednak nadal są na świecie fajni, inteligentni ludzie dla których szczytem muzycznego wyrafinowania będzie U2 to bardzo mi przykro, ale nie będę pisał o field-recordingu czy kasetowym ambiencie.

Najbliżej przełamania szklanego sufitu rozdzielającego alternatywę od rockistowskiego i popowego mainstreamu była polska scena w samych początkach tego światowego procesu, kiedy istniało Sissy Records, działał Ampersand a Rojek zamiast festiwalu miał audycję radiową. Coś jednak popsuło się po drodze, mamy co prawda poświęcony polskiej muzyce kwartalnik, ale żywotom labeli brakuje stabilności, ich tradycje są krótkotrwałe a tzw. niezal wydaje się zajmować głównie sam sobą. Blogosfera, wydawcy, muzycy zbyt mocno uczestniczą w chowie wsobnym, własnym i bardzo hermetycznym mikro-światku, który ożywiają takie aferki jak lament nad końcem działalności jednego z netlabeli czy rozgorączkowanie wokół pewnej recenzji pewnego zespołu. Kristen symptomatycznie przeszli przez wszystkie niemal etapy polskiej alternatywy, wydawał ich Gustaff, Ampersand, Lado ABC czy wreszcie Instant Classic, dziś flagowiec płynący pod polską banderą na zagraniczne wody. W jego katalogu Kristen pełnią w towarzystwie znacznie nowszych imion rolę jakby prekursorów, stabilnych i zapomnianych klasyków, zbyt mało jednak awangardowych. "LAS" odnajduje nas zatem dokładnie tam, właśnie tam gdzie znajdować się chcemy. Powierzchnia alternatywy, za łatwa dla trudnych, a dla łatwych za trudna.


Mówiąc wprost, trzeba być bezdusznym potworem, żeby "LAS" już od pierwszych rytmów obezwładniającego "SALTA" nie wywołał emocjonalnej odpowiedzi. Tym razem bowiem destylat Kristen wreszcie oddziałuje bardziej na emocje niż intelekt, co zawsze było lekką przywarą zespołu i nawet na niemal idealnym poprzedniku "The Secret Map" prowadziło do lekko schizofrenicznego efektu. Nie znaczy to, że "LAS" jest jakimś mitycznym punktem docelowym do którego zmierzała cała kariera Kristen, każda z płyt dysponowała własnym, charakterystycznym wyróżnikiem i nie mamy powodów by sądzić, że i kolejne albumy nie będą się różnić i dalej poszukiwać. "LAS" zbudowany został jednak na prostocie, odarciu ze zbędnych warstw, dotarciu do pierwotnego, motorycznego rdzenia. W pewnym wręcz sensie zatacza koło do debiutu "Kristen", przynajmniej pod względem uproszczenia instrumentarium, kompozycyjnie bowiem radykalizuje się jeszcze bardziej porzucając jakiekolwiek zawikłane post-rockowe struktury. Zapętlona rytmika "LASU" jest w istocie transowa, ale już niekoniecznie plemienna, wydaje się być znacznie bardziej mechaniczna niż naturalistyczna. Pobrzmiewa tu raczej technologiczny optymizm post-apokalipsy. Jeśli Mogwai na "Atomic" pokazali nam drogę do nuklearnej zagłady a Boards Of Canada na "Tomorrow’s Harvest" trawione głodem atomowe zgliszcza, to krautowa motoryka Kristen wskazuje na świat żywej, świadomej i pozostawionej samej sobie maszynerii, być ten sam, który znacznie bardziej niepokojąco Ścianka odmalowała na "Niezwyciężonym". "LAS" wciąga i pochłania, jego idealne proporcje i emocjonalna karuzela sprawiają, że do płyty powraca się natychmiast i niemal kompulsywnie. Nawet bez piosenkowości będącej najlepszym elementem "The Secret Map" najnowsza płyta Kristen jest perfekcyjnie przystępną. Nie potrzebujecie znać środowiska, niczego wiedzieć, niczego rozumieć, starać się niczego doceniać, mieć żadnego przygotowania. "LAS" jest dokładnie taką płytą o jakiej zawsze chciałem tutaj napisać. 10/10 [Wojciech Nowacki]

6 grudnia 2017


ESAZLESA Společnost psů, [2017] Day After || Twórczość esyzlesy, szczególnie ta sprzed dość niepokojącego zawieszenia działalności, wydawała się zawsze być stosunkowo łatwą do zaszufladkowania. Hardcore, screamo, post-metal, słowa klucze, bandcampowe tagi. Nie przynależąc bezpośrednio do żadnego, esazlesa sięga po każdy z nich, z tym akurat więc nie sposób się nie zgodzić. Wyjątkowo błędnym przekonaniem jest natomiast pogląd o agresywności tej muzyki. Wręcz przeciwnie, "Společnost psů" ma zgoła uspokajający efekt, jakby swą intensywnością budowała wokół nas ochronny mur, który broni nas przed agresją zewnętrznego świata. Albo niczym różowa zapewne mgła otaczała nas i raczej wysysała z nas negatywne emocje niż je prowokowała.

"Odvracení se" liczy ponad siedem minut, jest zatem z pewnością pełnowartościową kompozycją, ale jednocześnie okazuje się być idealnym intrem, obiecuje bowiem bogatą, wielowątkową kontynuację. Kojarzący się z Mono, ale na szczęście znacznie bardziej wyrafinowany, post-rockowy klangor punktowany jest basem, do którego stopniowo dołączają perkusyjne tąpnięcia a wraz z pojawieniem się gitary całość nabiera posmaku lat dziewięćdziesiątych, lecz w sposób jakim reprezentował je choćby Tool. W piosence tytułowej esazlesa wraca do swej hardcorowej przeszłości, na wyraźnym HC-rozbieganiu bazuje też "V mracích", które przekształca się w wyjątkowo skoczny, mocny finał, który z łatwością mógłby zakończyć płytę, choć to akurat pozbawiłoby nas tak potrzebnie kojącego "Bez lidí".


Tytułowa "Společnost psů" inkorporuje też wreszcie markowy dla esyzlesy screamo-wokal, rzecz do której nigdy nie byłem przekonany, ale tutaj sprawdza się, otoczona jest bowiem przez znakomitą warstwę instrumentalną, nie jest nadużywana i przełamują ją a to tutaj trąbka, a to gdzie indziej żeńskie dopełnienie ("V dobrém i zlém"). Muzycznie dzieje się tu naprawdę sporo, całość jest przy tym spójna, angażująca, nie nudzi, ale też nie stara się zaskakiwać dla samej efektowności, skłania raczej do zadumy nad przemyślanymi i pieczołowicie implementowanymi inspiracjami członków grupy. Sekcja rytmiczna potrafi kreować wręcz funkująco-jazzującą głębię w rozpędzonym "Mezek" czy w zadziornym i autentycznie przebojowym "Egerland", który przynosi też prosty, chwytliwy, południowy hard-rock, którym w czasach "Load" szczyciła się Metallica. Koronkowa gitara częściej zaś przypomina Johna Frusciante niż post-metalowe ściany dźwięku. Płyta jest tak gęsta i pełna spójnie powiązanych pomysłów, że trudno wskazać jej emocjonalne czy narracyjne centrum (może chwila wytchnienia w "_"), ale ani nie przytłacza, ani nie męczy. Najczęściej jest po prostu otwarcie przebojowa czy wręcz podnosząca na duchu niczym weselsze kompozycje Mogwai ("St. Tropez II").

"Společnost psů" to muzyka organiczna w tym sensie, że w twardym, mięsistym ciele nawet nie próbuje ukrywać melodyjnej, melancholijnej duszy. Świetna płyta, świetna okładka, utalentowani muzycy a całą tą dobroć pobrać możecie za darmo, choć lepiej wesprzyjcie esęzlesa. Wirtualnie lub na jednym z koncertów, jeśli będziecie mieli okazję. Jeden z najlepszych rockowych albumów roku 2017 sobie na to zasłużył. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

30 listopada 2017


MARILYN MANSON Heaven Upside Down, [2017] Loma Vista || Słuchanie albumu Marylina Mansona do doświadczenie trochę podobne do oglądania porno. Bawi i angażuje w trakcie, ale potem w pamięci nie pozostaje nic poza poczuciem czysto utylitarnej satysfakcji, ewentualnie lekkiego zażenowania. Od fabuły przez produkcję po efekty, wiemy dokładnie czego się spodziewać i właśnie to otrzymujemy. Manson oferuje jednak coś jeszcze, nostalgię, na której żeruje równie świadomie, co udanie. Do tego stopnia, że zauważyć trzeba mały renesans jego kariery na dwóch ostatnich albumach wsparty ciągłym i żywym zainteresowaniem jego wysoce rozrywkowymi koncertami.

Na temat "The Pale Emperor" nasz drogi Kuba z właściwym sobie urokiem trochę pomarudził. Po do dziś fenomenalnej trylogii albumów "Antichrist Superstar" - "Mechanical Animals" - "Holy Wood (In The Shadow Of The Valley Of Death)" każda kolejna płyta, z wyjątkiem może paru pojedynczych singli, budziła coraz mniejsze zainteresowanie i trend ten odwrócił dopiero "The Pale Emperor". Manson wreszcie załapał się na falę winylowej fascynacji wydając równie gustowny, co efektowny fizyczny artefakt, lecz płyta ta nie tylko dobrze wyglądała, ale też brzmiała. Choć przyniosła kilka naprawdę zadowalających przebojów to jednocześnie, głównie za sprawą noir-bluesowej atmosfery, wydawała się zapoczątkowywać dojrzały etap kariery Mansona, spokojniejszego, stylowego i samoświadomego. Za wszystko to odpowiadał Tyler Bates, jego nowy współpracownik, producent, gitarzysta i współkompozytor. Ten sam duet odpowiada za "Heaven Upside Down", co zaskakuje, bo jest to płyta zupełnie inna od poprzednika.


Zamiast Mansona refleksyjnego, mamy tu znów krzykliwego, domorosłego prowokatora, z ulubionymi słówkami fight, fuck, kill, panoramą biblijnych obrazów, nastoletnią EMOcjonalnością oraz słabością do cyfr i CAP$LOCKA. Już brudny wokal, brzmienie lat dziewięćdziesiątych i echa wczesnej agresji w "Revelation #12" sprawiają zaskakująco odświeżające wrażenie. Później znajdzie się tu i elektroniczny industrial w stylu Nine Inch Nails ("SAY10"), i taneczna przebojowość Bowiego ("KILL4ME"), trochę horroru ("Saturnalia"), niezamierzonego pewnie pastiszu ("JE$U$ CRI$I$"), echa grunge'owej przebojowości ("Heaven Upside Down"), sabbathowy riff a'la Queens Of The Stone Age ("Threats Of Romance"), czy pachnące smarem do czyszczenia broni południowe brzmienie Bates'a ("Tattooed In Reverse"), którego nota bene nieprzypadkowo usłyszeć teraz możemy jako autora muzyki do "Marvel's The Punisher", najlepszego (sic!) marvelovego serialu Netflixa.

A skoro już jesteśmy przy zapachu krwi i broni. W piosence o symptomatycznym dla "Heaven Upside Down" tytule "WE KNOW WHERE YOU FUCKING LIVE" Manson śpiewa I love the sound of shells hitting the ground, man, płyta tematyką broni palnej jest zresztą wypełniona aż po krwiście przelewające się brzegi. Łatwo jednak w pierwszym odruchu przeoczyć jak bardzo ironiczna jest ta postawa Mansona, dziś jeszcze bardziej niż zwykle krytycznego wobec stanu Ameryki. W "Blood Honey" sam zresztą zwraca uwagę, że najbardziej żywiołowo jest odbierany właśnie jako prowokator, nie jako polityczny komentator (You only say that you want me / When I'm upside down, / Upside down) czy autor prostych, ale naprawdę zręcznych słów i symboliki (Sideways for attention / Longways for results / Who are you going to cross? w "KILL4ME"). Operując postacią Marylina Mansona symbolikę naprawdę dobrze ma opanowaną, jeśli śpiewa więc So you say "GOD" / And I say "SAY10", to nie chodzi tu o żadną satanistyczną podjarkę, ale prostą i racjonalną obserwację, że powoływanie się na oba te fikcyjne byty jest równie bezcelowe.

Najważniejsze jednak, że "Heaven Upside Down" to nie za długa, niemal bez wyjątku przebojowa płyta, która udanie łączy brzmieniową odnowę "The Pale Emperor" z nostalgicznym powiewem czasów, gdy w podstawówce słuchaliśmy z wypiekami na twarzy "Antichrist Superstar". A pod tym wszystkim skrywa tak potrzebny dziś komentarz. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 listopada 2017


LALI PUNA Two Windows, [2017] Morr Music || W tym roku tzw. powrotów mieliśmy już całkiem sporo, choć wydaje się, że wystarczają coraz krótsze przerwy między albumami by ten nowy okrzyknięty został gorączkowo wyczekiwanym. Bardziej zatem chodzi o status wykonawcy i komfort późnego etapu kariery, tym większe zatem rozczarowanie szeregiem płyt z szeroko rozumianego kręgu indie-rocka. Lali Puna natomiast na automatyczną uwagę z pewnością zasłużyła. Od poprzedniego albumu upłynęło aż siedem lat i nie popsuję specjalnej niespodzianki jeśli od razu zdradzę, że w przypadku "Two Windows" mamy do czynienia z powrotem naprawdę udanym. Tymczasem krytyczny oddźwięk właściwie nie istnieje, z trudem odnaleźć można jakiekolwiek istotne reakcje poza rodzimymi Niemcami.


Czyżby brzmienie które na przełomie stuleci Lali Puna współtworzyła razem z labelem Morr Music i całą niemiecką sceną wcale nie było tak ponadczasowe a w roku 2017 może wydawać się archaiczne? Nikt już nie pamięta jak w erze "Kid A" największym fanem i propagatorem Lali Puny był Jonny Greenwood z Radiohead? Pojęcia "laptopowej elektroniki" czy tzw. "emotroniki" już nie budzą żadnych skojarzeń? Brzmienie wczesnych lat zerowych oczywiście niekoniecznie musi być dziś kultywowane, lecz zapamiętane być powinno, wtedy przecież właśnie burzona być zaczęła ściana między tzw. alternatywą a mainstreamem. O tym, że wykonawcy z tych kręgów i dziś potrafią dostarczyć świeżej i mocnej muzyki przekonali już The Notwist albumem "Close To The Glass z 2014 roku. Paradoksalnie, wydaje się, że powrót Lali Puny utrudnił... jej poprzedni powrót. "Our Inventions" ukazało się po sześciu latach od "Faking The Books", płyty być może nie najbardziej reprezentatywnej dla brzmienia Lali Puny, ale prawdopodobnie najlepszej i z pewnością najbardziej kreatywnej. Następcy z roku 2010 nie dało się jednak skwitować innymi słowy niż, ot, typowa Lali Puna. Za późno na kontynuację, za wcześnie na nostalgię. "Two Windows" tymczasem przynosi nie tylko klasyczne brzmienie, ale i udanie odświeża je korzystając z dorobku współczesnej elektroniki.

Co ciekawe, członkiem grupy nie jest już Markus Acher z The Notwist. Uwaga zawsze zasłużenie skupiała się na liderce Valerie Trebeljahr, tym razem też na albumie pojawia się szereg gości. A to Dntel, a to harfistka Mary Lattimore, ale zupełnie jakby ich nie było. Wrażenie jest raczej takie, że albo doskonale się wpisują w brzmienie Lali Puny, albo nie wnoszą do niego nic czego byśmy się już po formacji nie spodziewali. Płyta jest spójna, stylowa, nawet w "The Bucket" ciężko rozpoznać cover Kings Of Leon a nie typową kompozycję Lali Puny. Za taką z pewnością uchodzić może singlowe "Deep Down", piosenka ładna, ale niebezpiecznie zachowawcza. Album pełen jest bowiem momentów w których Lali Puna podnosi oczęta znad przysłowiowego laptopa i posyła nam iście zadziorne spojrzenia. House'owa głębia "The Frame", pozornie nieczytelny bit i wznoszące napięcie "Come Out Your House", efektowny finał "Her Daily Break", gitara symbolicznie punktująca "Wonderland", wszystkie te elementy są inteligentnie powplatane w charakterystyczny rękopis Lali Puny. To nadal klasyczny, choć zapomniany avant-pop z elementami krautu, post-rocka, microhouse'u. Wszystko to w połączeniu z wizerunkową ascetycznością grupy, enigmatycznością Valerie Trebeljahr, ba, nawet z lekkim politycznym muśnięciem w tekstach sprawia, że Lali Puna niezauważalnie zajmuje tak potrzebne i opuszczone miejsce po Stereolab.

Poważnym problemem "Two Windows" jest jednak utwór tytułowy. Żadna z pozostałych kompozycji nie przybliża się nawet do wciągającej, obłędnej złożoności tej piosenki, która momentalnie wybija się jako jeden z najlepszych singli tego roku, ale też przyćmiewa całą resztę albumu. Lekko neurotyczne napięcie, kolejne załamania i warstwy rytmiczne, upstrzona mikro-ozdobnikami eskalacja stanowią idealny miks pomiędzy emotroniką wczesnych lat zerowych i współczesną elektroniką w stylu Pantha Du Prince. Lali Puna odzyskała wigor i jeśli tylko utrzyma owo dumnie wzniesione spojrzenie to ma jeszcze wiele do zaoferowania. 8/10 [Wojciech Nowacki]

11 listopada 2017


THE NATIONAL Sleep Well Beast, [2017] 4AD || Fenomenu albumu "High Violet" nigdy specjalnie nie rozumiałem, choć przyznać trzeba, że jest to w istocie kolekcja całkiem udanych i przebojowych piosenek. Być może więc trochę z przekory, ale jego następca "Trouble Will Find Me" od samego początku spodobał mi się znacznie bardziej. W świecie The National był to odpowiednik syndromu drugiej płyty, bo przyznajcie ilu z was tak naprawdę słuchało grupy z płyt sprzed "High Violet". Ale uważniejsze przesłuchania sprawiły, że "Trouble Will Find Me" zaczęło mi się jednak wydawać płytą dość jednorodną, w tym też duchu napisałem jej recenzję, zyskało zaś "High Violet". Dziś z kolei "Trouble Will Find Me" znów wydaje mi się lepsze i bardziej różnorodne, do obu albumów mam jednak stosunek letni, tak jak i do samej grupy, cała ta zaś karuzela zmiennych emocji i jałowych dywagacji odsłania tak naprawdę tylko jedno. Między płytami The National nie ma różnicy.

The National jest ładne, The National jest stylowe. Jest też melancholijne, przebojowe, dobrze wyprodukowane, ale wszystkie te wartości znajdziemy u innych wykonawców w znacznie bardziej pasjonujących połączeniach i ilościach. Mam umowę z przyjaciółką, że jeśli pewnego dnia jedno z nas się obudzi i pomyśli, że ma ochotę posłuchać Stinga to drugie weźmie dubeltówkę i je miłosiernie zastrzeli. Czyżby więc The National byli Stingiem indie-rocka? Często się o nich pisze w oklepanym kontekście dojrzałości, może więc to kwestia wieku? Może lekkiego snobizmu? W końcu pozytywnym reakcjom na "Sleep Well Beast" towarzyszą wręcz ekstatyczne w odniesieniu do oprawy graficznej tej płyty. Mierzymy wręcz wyraźnie w target mogący docenić i pozwolić sobie na gustowne artefakty. Od razu przeprosić muszę za zestawienie ze Stingiem, bo The National jest naprawdę i ładne, i stylowe. Ale poranków z myślą, o, to dobry dzień na The National, nadal nie miewam.


"The System Only Dreams In Total Darkness" jako pierwszy singiel był jednak wyjątkowo zachęcający, punktujące pianino, zadziorna gitara, rytmiczne napięcie, ba, nawet solówka, wszystko to efektownie eskaluje i podbite jest gustownie intrygującą elektroniką. Jeśli zatem można było podejrzewać przynajmniej delikatną próbę eksperymentowania to standardowo nudnawe "Guilty Party" oraz "Carin At The Liquor Store" rozwiały większość złudzeń. Elektronika jest na "Sleep Well Beast" obecna, ale najczęściej przypomina jej popsutą wariację rodem z ostatniej płyty Bon Iver, w najlepszym zaś razie zbliża się do jej gustownego miksu z pianinem porównywalnego z nowym Lambchop. Okazjonalnie jednak robi się naprawdę ciekawie: nowoczesne, choć ostatecznie niewykorzystane brzmienie "Empire Line", świetny instrumentalny finał "I'll Still Destroy You", sigurrósowe tło "Nobody Else Will Be There" to jednak tylko poutykane tu i ówdzie drobiazgi ginące w typowych kompozycjach, typowym wokalu, typowym tempie i nastroju. Nietypowym natomiast braku przebojowości.

Zaskakująco bowiem "Sleep Well Beast" wypada ostatecznie słabiej od swoich poprzedniczek, którym nie można było przecież odmówić całej plejady chwytliwych piosenek. Tutaj The National zatrzymali się w połowie drogi do odświeżenia brzmienia zostawiając za sobą niewątpliwą chwytliwość. "Day I Die" raczej irytuje i wydaje się dość wymuszone. Ale za to "Turtleneck" okazuje się jednym utworem w którym The National przekuwają swoją dojrzałość, na naprawdę efektownie cedzoną złość. Najlepszą zatem piosenką na potencjalnie eksperymentującym z elektroniką albumie okazuje się ta najbardziej korzennie rockowa. 6/10 [Wojciech Nowacki]