22 marca 2017


SUNDAYS ON CLARENDON ROAD Pale Blue Dot EP, [2016] Bad Names || Po nadzwyczaj udanym albumie "Unward" może wydawać się dziwnym, że kolejnym krokiem Sundays On Clarendon Road jest zaledwie epka, ale uwaga, format ten jest równie niedoceniany co praski duet, wymaga też pewnego poziomu narracyjnej maestrii. "Pale Blue Dot" zatem oddaje doskonale nie tylko talenta muzyków, ale i to, co chcą tym razem nakreślić. Dystans.

Za astronomicznymi metaforami skrywa się bowiem lekko chłodny komfort duetu odnośnie miejsca w którym się znajdują. Niczym Pluton ze swoim niedookreślonym statusem niby planety na okraju Układu Słonecznego, Sundays On Clarendon Road orbitują na okraju lokalnej sceny, ale ta zdystansowana pozycja przynosi im nie tylko zadowolenie, ale i nieskończone niemal możliwości działania. Blada niebieska kropka to obserwowana z oddalenia planeta Ziemia, ale również sam duet na którym warto skupić obserwacyjne instrumentarium.

Jonáš Zbořil i Jan Tůma odchodzą lekko od oczywistych skojarzeń ze słynniejszymi męskimi duetami uwodzącymi wokalnymi harmoniami. Indie-folkowy pierwiastek obecny jest na "Pale Blue Dot" tylko w postaci ledwie zauważalnego gwiezdnego pyłu. Podobnie piosenkowość, wcześniej manifestująca się w postaci tak autentycznie przebojowych kompozycji jak "Slow Slow Slow" czy "Unward", tutaj poddana zostaje dekonstrukcji i przesłonięciu innymi warstwami kompozytorskimi czy aranżacyjnymi.


Już "Kepler" bowiem ma linearną, eskalującą strukturę zamiast schematu zwrotka - refren. Rozpoczyna się od dźwięków gitary elektrycznej, finalny efekt trochę psuje lekko niezręczny syntezator, ale w kompozycję wpleciony jest i pomysłowy, ewokujący podróż sampel, przede wszystkim zaś stopniowo pojawia się w niej kuszące, folkotroniczne rozedrganie pamiętane z nieodżałowanych nagrań Hood. Rozbiegany "Gravenhurst" napędzany jest automatem perkusyjnym, z jednej strony nawiązuje do brzmień Morr Music i The Notwist, z drugiej zaś objawiają się w nim subtelne post-rockowe elementy. Nad kompozycyjnym warsztatem Sundays On Clarendon Road unosi się zaś na "Pale Blue Dot" duch dekonstruowanej od czasów "Hail To The Thief" piosenkowości Radiohead.

Klasyczny songwriting pojawia się dopiero w "Getting Older", zdecydowanie najbardziej piosenkowej kompozycji, która przypomina nam o chłopięcym przebojowym potencjale Sundays On Clarendon Road, po który zdają się sięgać z wrodzoną łatwością. Zbliżają się tu znów do nienachalnego synth-popu, utwór efektownie się zagęszcza, pojawiają się markowe harmonie, tworząc naprawdę satysfakcjonującą całość, pomimo gorzkawego, czy może raczej zdystansowanego tematu piosenki. Brzmienie "Pale Blue Dot" nie zawsze wydaje się, jak w "Pluto", odpowiednio zbalansowane, finalne "Ivedonewrong" to zaś ledwie dźwiękowa miniatura, ale zręczność Sundays On Clarendon Road znajduje swoje kolejne potwierdzenie. 7/10 [Wojciech Nowacki]

18 marca 2017


DEPECHE MODE Spirit, [2017] Mute || Podchodziłem do tej płyty wielokrotnie. Kończyłem odsłuch i, wbrew sobie, zaczynałem album od początku. Pomimo silnej, powracającej chęci nie omijałem żadnego z do bólu przeciętnych utworów. Słuchałem głośno na słuchawkach, w samochodzie, na dobrym sprzęcie i na przeciętnym sprzęcie. W skupieniu i jako tło dla książki. Wszystko po to, aby nie potraktować nowego dzieła zespołu w sposób powierzchowny, niesprawiedliwy. Nie chciałem po prostu wydać pochopnej oceny. Teraz, po kilkunastu godzinach z płytą "Spirit" mogę w końcu o albumie zapomnieć. Nie zamierzam bowiem już do niego wracać. To co teraz napiszę, sprawia mi niekłamany ból, bo zawsze byłem fanem Depeche Mode: płyta "Spirit" jest wtórna, nudna, nagrana na kolanie i pozbawiona zapadających w pamięci pomysłów. Innymi słowy – najgorsza w dyskografii zespołu.

Przeciętność albumu przejawia się zresztą na wielu płaszczyznach. Nie chodzi tu wyłącznie o pseudo-nowoczesną i naiwno awangardową produkcję, chociaż z największą chęcią walnąłbym w pysk pyszałkowatego Jamesa Forda, który nie podjął nawet próby wydobycia czegoś z przeciętnych kompozycji Gore'a. Mógłbym nawet przeżyć klaustrofobiczne, syntetyczne i płaskie brzmienie albumu, bo mógł to być efekt zamierzony. Nie mogę jednak pozbyć się uczucia zażenowania, gdy czytam niektóre z tekstów Depeche Mode zawartych na najnowszej płycie. Najlepszym przykładem jest tu litania Gahana w utworze otwierającym album. Muzycy Depeche Mode, znani z celnych obserwacji otaczającej nas rzeczywistości i trafnych społecznych komentarzy (to jest ironia) zapewniają nas, że uzbrojeni w technologię podejmujemy złe decyzje, sami sobie kopiąc grób i zmierzając donikąd. Jakby tego było mało, to tracimy jeszcze duszę i wracamy do mentalności jaskiniowca. Naprawdę? To znaczy, skąd wzięło się tak jednoznaczne stanowisko? Czym jest ono poparte? Co też się tak nie podoba Martinowi L. Gore'owi znanemu z tego, że napisał kiedyś znaczące wersy "Masz zaledwie piętnaście lat, i wyglądasz olśniewająco. Zaopiekuję się tobą, ktoś przecież musi zanim oni położą na tobie łapska"? Muzyczny poeta słynący z dwuznacznych, hedonistycznych, ocierających się o zawoalowaną erotykę tekstów zapragnął nagle stać się głosem sumienia umęczonych społecznie mas? Ale ja przecież nie po to sięgam po Depeche Mode. Gdyby kiedykolwiek przyszło mi do głowy szukanie politycznego ukojenia w dźwiękach muzyki, to bynajmniej nie Depeche Mode wylądowałoby w odtwarzaczu.


Martin L. Gore pyta ustami Gahana Where’s the revolution / Come on people / Your’re letting me down. Mnie z kolei zawodzi sam Gore, jeden z najinteligentniejszych i najbardziej uzdolnionych tekściarzy ostatniego ćwierćwiecza, który od dłuższego czasu nie może odnaleźć formy, do której zdołał już nas przyzwyczaić. Skąd się nagle wzięło przekonanie, że twórczość Depeche Mode powinna odejść od mrocznego mistycyzmu i głębokich, przepełnionych uczuciem i pożądaniem osobistych tekstów znanych, na przykład, z genialnej "Black Celebration" czy nie mniej udanej "Violator". Kolejne moje pytanie do zespołu: gdzie się podziało beatlesowskie wyczucie melodii i klimatu tak wyraźne na wcześniejszych płytach, aż do "Sounds Of The Universe" włącznie? Kto uznał, że taki "Scum" ma w sobie cokolwiek godnego uwagi? Kto z kolei stwierdził, że "Eternal" nadaje się do umieszczenia na pełnoprawnym albumie studyjnym? Wzrasta we mnie irytacja więc zapytam jeszcze: co tu się w ogóle dzieje? Czemu utwór "The Worst Crime" nieudolnie cytuje fantastyczny, minimalistyczny motyw kompozycji "Breath" z równie udanego albumu "Exciter"? Dlaczego zespół znany ze swojego progresywnego podejścia do elektroniki zaczyna stosować recycling własnych pomysłów? I ponadto, z przyjemnością usłyszałbym wyjaśnienie, dlaczego zgodzono się na tak ewidentne ogołocenie z klimatu dwóch potencjalnych diamentów, czyli utworów "You Move" oraz "So Much Love".

Siedzę nad komputerem, po raz kolejny słucham płyty i umacniam się w przekonaniu, że następnej płyty Depeche Mode już pewnie nie kupię. I bynajmniej nie jest mi z tym dobrze. Gdzie się podział niepokojący zimny klimat albumu "Ultra" niemal organicznie zespolonego z pulsem miejskiego życia. Co się stało z elektryzującym, eklektycznym i przepełnionym beznadzieją hard-electro-bluesem znanym z "Songs Of Faith And Devotion". Gdzie są w końcu ocierające się o jawę narkotyczne wizje z "Excitera". Już "Delta Machine" wzbudzała niepokój, bo nie była to płyta udana, dopiero jednak "Spirit" spowodował, że na stałe obniżam swoje oczekiwania w stosunku do zespołu. 

Przez wiele, wiele lat, gdy myślałem o Depeche Mode, przed oczami pojawiał się widok rozkładającego ręce, czekającego na symbolicznie ukrzyżowanie Dave'a Gahana wykonującego w trakcie trasy koncertowej "Devotional Tour" utwór "Condemnation". Z wizją tą o pierwszeństwo walczyła scena z Lynchowskiego w zamyśle teledysku do "Only When I Lose Myself" gdy obraz zatrzymuje się aby ukazać kobietę stojącą niemal pod dachującym cadillaciem, na chwilę przed nieuniknionym zderzeniem. Obecnie po obejrzeniu video do "Where's The Revolution" nie mogę otrząsnąć się z widoku trzech starszych panów z przymocowanymi sztucznymi brodami udającymi, że są lokomotywą parową. Postawię moją kolekcję albumów Depeche Mode na to, że ten pociąg może już nie dojechać do kolejnej stacji. Ocena i tak zawyżona ze względu na stare dobre lata i te wszystkie magiczne chwile spędzone z Depeche Mode. 4/10 [Jakub Kozłowski]

15 marca 2017


Symptomatycznym jest, że dziesięciomilionowy kraj ma aż dwie nagrody poświęcone muzyce alternatywnej, obie przyciągające równą uwagę mediów. I nie liczymy tutaj postczechosłowackiego Złotego Słowika, który niemal corocznie od czasów wczesnego średniowiecza nagradza Karela Gotta a ostatnio coraz chętniej prymitywnie ksenofobiczną grupę Ortel. Nie liczymy też już nagród Anděl, czeskiego odpowiednika Grammy, którego spotkała nagła degradacja i likwidacja doceniających muzykę alternatywną kategorii gatunkowych. Vinyla oraz Apollo, to dwie nagrody, obie zainaugurowane w 2011 r., które zamiast ze sobą konkurować raczej mapują czeską scenę w całkiem reprezentatywną całość. Po raz pierwszy jednak w historii obu nagród, i Vinyla, i Apollo trafiły w tym roku w ręce tego samego artysty.

Ondřej Holý egzystuje pod pseudonimem dné na czeskiej scenie już od paru lat, ciężko zatem uwierzyć, że album "These Semi Feelings, They Are Everywhere" jest jego formalnym płytowym debiutem. Owszem, ma w dorobku kilka epek, debiutancką "Talking With Crayons" możecie nadal pobrać ze strony naszego zaprzyjaźnionego labelu Starcastic, lecz wydana była w 2009 r. i od tego czasu dné stoczyć musiał niejedną walkę, fizyczną, emocjonalną i artystyczną. Trwający kilka lat kryzys twórczy, niemożność dokończenia kompozycji w ogromie producenckich możliwości, przełamał ostatecznie powrót do podstaw. Album opiera się na dźwiękach pianina i oklaskach, ma zatem niezwykle organiczną bazę, którą Ondřej Holý zalewa ciepłym, różowym światłem kojąco melancholijnej folkotroniki. "These Semi Feelings, They Are Everywhere" to album pozornie skromny, pełen jednak subtelnych warstw i przedziwnie ponadczasowy. Przede wszystkim jest jednak przykładem na to, że do odniesienia sukcesu zagranicą nie trzeba sięgać do mitycznej "czeskości", lokalności i wysilonej oryginalności. Czasem wystarczy być po prostu bardzo dobrym.


Dizzcock, laureat nagrody Vinyla z 2015 r. za album "Elegy Of Unsung Heroes", powrócił z jego mniej zaangażowanym następcą. Tematyczno-ideologiczna otoczka muzyki elektronicznej często ogranicza się tylko do notki prasowej, dobrze zatem, że "Night Rider" obywa się bez tej warstwy. Kompozycje są dłuższe, wydają się bardziej uwolnione i skupione zarazem, nadal sięgają do szeregu estetyk brytyjskiej sceny elektronicznej i amerykańskiego hip-hopu, ale przynoszą fragmenty zarówno agresywniejsze, jak i nocne przestrzenne pejzaże z imponującymi liniami basu. Nadal wydaje się, że Dizzcocka docenia głównie wąski krąg czeskiej krytyki z lubością wymieniającej kolejne mikrogatunki z których korzysta, jednocześnie chwaląc jego oryginalność, im więcej jednak odcieni emocjonalnych, tym lepsze są jego albumy.



Podobną ścieżką zdaje się podążać młody słowacki producent Ink Midget. Epka "Send Help" przynosi tylko trzy utwory i jeden remiks, ale tam gdzie jego dawny towarzysz Pjoni zmierza w stronę eksperymentalnej elektroakustyki, Ink Midget bawi się w dekonstrukcję klubowych mitów i hip-hopowej rytmiki, tworząc gęstą, ale klarowną całość.



Ze Słowacji pochodzą również Päfgens, choć ich itinerarium jest bardziej skomplikowane, Filip i Jana rezydowali bowiem w Warszawie, obecnie zaś przenieśli się do Berlina. Ich album "What Happened To Erich Zederkoff?" mógł jeszcze uchodzić za niezobowiązujący sypialniany dream-popowy projekt, o tyle "Tinyold Hands" tchnie ambientem, lo-fi elektroakustyką, field-recordingiem i dawnym folkiem z okazjonalnie całkiem upiornymi efektami (zwłaszcza, nomen omen, "Mokotów").



Podobno w dobie Bandcampa wymierają netlabele, dobrze zatem, że Foolk, kolejny zresztą Słowak w tym zestawieniu, zebrał swoje wczesne kompozycje porozsiewane po różnych i częściowo faktycznie już nieistniejących netlabelach i wydał je w postaci darmowej kompilacji "Something Like Jazz (Extended)". Dzięki temu nie zostanie zatracona zaskakująca strona jego działalności. Albumy "Red Pills For Daddy" i "Millions Of" przynosiły przede wszystkim abstrakcyjną elektronikę i instrumentalny hip-hop, "Something Like Jazz (Extended)" natomiast zgodnie z tytułem odsłania niezmiernie satysfakcjonujący jazz, od utrzymywanego w tradycyjnych formach aż po abstrakcyjnie je przekraczający. Skojarzenie ze Skalpelem i Igorem Boxxem całkiem na miejscu.



Kogo jednak zmęczył ten cały jazz i elektronika niech beztrosko się zrelaksuje przy nowej piosence Wild Tides. Ostatnim ich albumem było "Hung Loose", Kuba Kaifosz nagrał następnie płytę solową jako Boy Wonder & The Teen Sensations oraz drugą jako Lazer Viking, nigdy wcześniej jednak nie mieliśmy piosenki śpiewanej po czesku. Powiedziałbym, że czekamy na album, ale przy tempie nagrywania / wydawania nowej muzyki przez Kubę zapewne ani się nie obejrzymy a dostaniemy ich przynajmniej pięć. Na piątkę!


[Wojciech Nowacki]

14 marca 2017


THE XX I See You, [2017] Young Turks || Zabawnym przy okazji reakcji krytyki na "I See You" jest obserwowanie wypływających przy okazji szczerych wreszcie opinii na temat "Coexist", drugiego albumu The xx. Trio najwidoczniej jest już tej klasy zespołem, że podlegać może klasycznej terazrockowej krytyce. Niczym niezłomne Iron Maiden, nowatorski Korn, bohaterski Kult, cokolwiek wydadzą mają gwarantowane minimum cztery gwiazdki, ale na szczerą zróżnicowaną opinię trzeba poczekać na słynną wkładkę z komentowanym rozbiorem dyskografii.

O "Coexist" pisało się z punktu widzenia "wyrafinowanej emocjonalności" oraz "umiejętnego grania ciszą", ale dziś "I See You" zniosło embargo na swego poprzednika o którym wreszcie można otwarcie przyznać, że był nudny. Kompozycyjnie miałka płyta siłą rozpędu spotkała się z pozytywnym przyjęciem i choć dostała punkty za pochodzenie to pozostała całkowicie niezapamiętywalna. The xx przecenili swoje siły i zbyt pewnie poczuli się w technice minimalizmu, w efekcie "Coexits" brzmi jak wymęczona karykatura ich własnego brzmienia. Tymczasem ich debiutancki album odpowiadał za brzmienie 2009 roku w takim samym stopniu jak "Embryonic" The Flaming Lips czy debiut Japandroids.

Znacznie bardziej satysfakcjonującym, choć równie przecenianym był solowy debiut Jamiego xx. Wśród marzeń o byciu nowym Four Tet oraz mniej lub bardziej udanych tęsknych spojrzeń w stronę lat dziewięćdziesiątych na "In Colour" poukrywane były hipotetyczne tropy przyszłego brzmienia The xx. "Loud Places" brzmiało bardziej zespołowo niż jakakolwiek niedopieczona kompozycja z "Coexist", połączenie więc typowego warsztatu tria z producenckimi praktykami Jamiego nie jest zatem ani żadną niespodzianką, ani tym bardziej rozczarowaniem.


Jak powinniśmy sobie wyobrażać ewolucję brzmienia dosłownymi fanfarami obwieszcza od razu "Dangerous". Mocna rytmiczna elektronika oraz produkcja jakiej oczekiwać można po Jamiem xx, chwytliwy refren oraz poszerzenie instrumentarium i brzmienia, przede wszystkim o niezmiernie efektowne dęciaki, nastrajają do "I See You" optymistycznie, choć pojawia się i nieśmiałe pytanie o tożsamość The xx. Stąd też nowości brzmieniowych nie ma na albumie aż tylu, jak mogłoby się wydawać po jednym przesłuchaniu, głównie dlatego, że jeśli już się pojawiają to są efektownie charakterystyczne. W "Lips" wraz z chóralnym zaśpiewem pojawia się teatralność i rzadko u The xx słyszana angielskość, w typowym zaś dla grupy "Performance" rozbrzmiewają dość upiorne smyczki rodem z albumu Resiny czy ścieżki dźwiękowej do "The Witch".

Single natomiast progres udanie markują, "Say Something Loving" ładnie opiera się na typowym wokalnym dialogu a udziału perkusistki Warpaint domyśleć się możemy tylko jeśli o nim uprzednio przeczytamy. Podobnie "On Hold", trochę udaje nowe brzmienie, trochę ukrywa stare, zasadniczo wyróżnia jedynie weselszą niż standard The xx atmosferą. Całkowicie natomiast niezauważalnie przechodzi w "I Dare You", czyli albo będzie to kolejny singiel, albo mamy tu jednak problem z charakterem utworów. Zaniepokojonych potencjalnymi zmianami łatwo bowiem uspokoić, The xx nie mogli się najwidoczniej powstrzymać przed dalszym eksploatowaniem brzmienia, o którym myślą, że mają je opanowane do mistrzostwa. W efekcie szczególnie druga połowa płyty znów przemija ledwie zauważalnie, kolejne kompozycje nie przynoszą ani zapadających w pamięć melodii, ani aranżacyjnych nowości. "I See You" lśni efektownie, ale jako niezbędna ewolucja zatrzymuje się w pół kroku a nadzieja, że The xx nagrają album istotniejszy od swego debiutu umacnia się jako myślenie życzeniowe. 7/10 [Wojciech Nowacki]

13 marca 2017


Żadnej okazji do poznania muzyki zza naszej południowej granicy nie można przegapić, uprzejmie zatem zawiadamiamy Kraków i okolice o koncercie Genuine Jacks w centrum kulturalnym Warsztat dnia 18 marca 2017 r. Jeśli nie przekonuje was słodkie zdjęcie przed wejściem do cukierni to przypomnijcie sobie, że o utalentowanych Słowakach pisaliśmy już w jednym z odcinków "Bohemofilii".

Garażowy punk-rock Genuine Jacks jest pełen młodzieńczej energii, zaraźliwego entuzjazmu i przebojowego potencjału. Nic zatem dziwnego, że album "Candyland" spotkał się z nadzwyczaj pozytywnym przyjęciem lokalnej krytyki, zdobył nominację Radio_Head Awards za płytę roku i znajduje swe podsumowanie w przynoszącej wiosnę trasie po Czechach i Słowacji, której ostatnim punktem będzie właśnie koncert w Polsce. Więcej szczegółów na stronie wydarzenia.


[Wojciech Nowacki]

8 marca 2017


THE FLAMING LIPS Oczy Mlody, [2017] Bella Union || Najlepsza w nowym regularnym albumie The Flaming Lips jest zdolność burzenia większości zakładanych o nim z góry wyobrażeń. Tygodniami przed premierą można było się przygotowywać na batalię w obronie instrumentalnie traktowanej koślawej polszczyzny, ale gorączkę narodowego wzburzenia załagodził sam Wayne Coyne tłumacząc, że język polski nie jest tu nośnikiem treści, ale elementem graficznym.

I to jestem w stanie zrozumieć. Nasze ogonki, dziwne połączenia spółgłosek i niepokojąca Anglosasów wizualna kanciastość polszczyzny czynią z niej na tyle egzotyczny kod wizualny, że została sprowadzona do szeregu typowych dla The Flaming Lips nietypowych akcesoriów. Trwająca dobę kompozycja, gumowy płód, fluorescencyjna czaszka, album z Miley Cyrus, to czemu nie i polskie tytuły. Teraz przynajmniej wiemy jaka jest ich rola, całkiem zresztą sympatyczna, bo nasz język rzeczywiście jest dziwny, wiemy też że The Flaming Lips nie roszczą sobie pretensji do poprawnego się nim posługiwania. Natomiast wspmomniany ciąg ekscentrycznych artefaktów i działań zespołu to kolejna narracja, która sprawia, że do "Oczy Mlody" można było podchodzić pobłażliwie.


W ciągu tym, rozpoczętym niemal natychmiast po wydaniu w 2009 r. monumentalnego "Embryonic", wytraciła się bowiem muzyka. Wydawnictwa najbliższe standardowym, jak płyta z kolaboracjami czy cover-albumy Pink Floyd i The Beatles, funkcjonowały w najlepszym razie jako ciekawostki i często prezentowały się lepiej na papierze niż w rzeczywistości. Jedyny zaś wydany w tym czasie regularny album studyjny przeminął jako wyjątkowo rozczarowujący. Trzeba jednak przyznać, że w ferii barwnych posunięć zespołu chłodny i minimalistyczny "The Terror" mógł okazać się wyraźnym odświeżeniem, nadal jednak jest płytą do której chce się wracać tylko dlatego, żeby upewnić się, że nic się na niej nie skrywa. Pierwszy kontakt z "Oczy Mlody" może pozostawiać podobne wrażenie, tym razem jednak The Flaming Lips zrozumieli, że minimalizm może im wyjść tylko z przymrużeniem oka.

"Oczy Mlody" jest bowiem albumem jak na The Flaming Lips niezwykle wyważonym. Owszem, nie ma tu kalejdoskopowej przebojowości "At War The Mystics", ale zniknęło również chaotycznie niedopracowanie większości ich ostatnich pomysłów. Lekko wycofany, niemal skromny, zamiast jednak blednąć i niknąć w zapomnieniu niczym "The Terror", utrzymuje w sennej uwadze do samego końca. Umowne podziały między utworami i często powtarzające się motywy tylko umacniają narkotyczną atmosferę oraz absurdalną, lecz naturalną logikę snu. Instrumentalny opar "Oczy Mlode" przeważa nad piosenkowymi fragmentami i jakością, i ilością. Płyta jest wyjątkowo niesinglowa i nieprzebojowa, ale jednocześnie najprzyjemniejsza i najbardziej słuchalna ze wszystkich ostatnich działań The Flaming Lips.


Skromność przejawiać się może w warstwie kompozycyjnej, ale najwięcej nieoczekiwanych zwrotów pojawia się w aranżacjach i instrumentarium. Przestrzenne syntezatorowe plamy, okazjonalnie rozbiegana elektronika czy automat perkusyjny zaskakiwać mogą tylko kojącym efektem końcowym. Pejzażowość "Oczy Mlody" wreszcie po latach zbliża The Flaming Lips do Radiohead ery "Kid A", solowego Thoma Yorke'a i emocjonalnej ilustracyjności The Notwist. Jednak to dźwięki gitary, ledwie zauważalne i łatwe do przeoczenia w narkotycznym sosie "Oczy Mlody", dodają tej płycie ludzkiego wymiaru. W jedym miejscu pojawi się zaskakująco swobodna i jamująca, w innym odtworzy koronkowość Jonny'ego Greenwooda, w paru innych zaś nawiąże do finezyjnego folku Fleet Foxes.

I tak aż do ostatniej piosenki, w której po kumpelsku pojawia się Miley i która z jednej strony wydaje się nie pasować do całości, z drugiej jednak jest logiczną konkluzją płyty. Dla sporej części słuchaczy największą wartością "Oczy Mlody" będą właśnie owe piosenki, przeciętnie szablonowe "The Castle" czy głupiutkie "Sunrise (Eyes Of The Young)", przypominają bowiem dawno utracony infantylizm "Yoshimi Battles The Pink Robots", płyty uważanej za największe osiągnięcie grupy, która jednak najbardziej się też zestarzała. Ale to narracyjne ciągi w stylu "Oczy Mlody" - "How??" - "There Should Be Unicorns" pokazują na szczęście nadal mistrzowską światotwórczość The Flaming Lips. 8/10 [Wojciech Nowacki]

27 lutego 2017


BONOBO Migration, [2017] Ninja Tune || Są płyty które zyskują z każdym kolejnym przesłuchaniem, nawet jeśli niczym nie zaskoczą za pierwszym razem. "Migration" jest dokładnym przeciwieństwem tego częstego w popkulturze schematu. Nowy album Bonobo może wydawać się naprawdę ładną płytą, lepszą nawet niż przeciętne w ostatecznym rozrachunku "The North Borders". I może taką pozostać jeśli tylko nie będziemy się zbytnio w nią wgłębiać, skupiać uwagi, próbować zaglądać pod powierzchnię. Ładna powierzchnia służyć może tylko jako ładne tło.

Szczytowym osiągnięciem Simona Greena pozostaje "Black Sands", album niepozbawiony typowych dla Bonobo niedociągnięć, ale spójny, chwytliwy i połowicznie pomysłowy. Bo największym jego niedociągnięciem jest właśnie niedociąganie pomysłów. Utwory oparte są na naprawdę efektownych punktach wyjściowych, które jednak w żaden sposób nie są rozwijane, bawią powtarzalnością przez parę minut, po czym ustępują kolejnej kompozycji. Ale w połączeniu ze świetną produkcją efekt końcowy okazuje się niezwykle kojący, jest zatem w tej karuzeli niedopieczonych pomysłów metoda. Nic dziwnego zatem, że częściowo rozwinięte zostały w postaci niezłej, lecz zbyt mało odważnej płyty remiksowej, a kolejny album studyjny okazał się jedynie kalką "Black Sands" z lekko poprzesuwanymi akcentami. "The North Borders" uszyte zostało pod komercyjny sukces, uwypuklono wokale, wcześniej pojawiające się jako element całości, ale tym razem brakowało pomysłów i album okazał się niemal całkowicie niezapamiętywalny. Z jednym wyjątkiem, mylącego i zupełnie niereprezentatywnego singla "Cirrus", odważniejszego rytmicznie, dźwiękowo i emocjonalnie. Gdy więc Bonobo próbował podkreślić planowaną wielkość "The North Borders" nudnawą płytą koncertową, ale jednocześnie wydał taneczną epkę "Flashlight", prawdopodobnie najlepszy tytuł w swej karierze, to można było mieć nadal nadzieję, że marginalny ciąg "Cirrus" - "Flashlight" znajdzie w końcu rozwinięcie w postaci efektownej płyty studyjnej.


"Migration" jest jednak tylko kolejną kalką, płytą niezwykle bezpieczną i zachowawczą, choć w swej ospałości przynajmniej kojącą i nieinwazyjnie przyjemną. Choć brakuje tu tak jednoznacznego wyróżnika jak "Cirrus" na "The North Borders", to jako całość broni się lepiej, głównie dzięki zwodniczo ładnym produkcyjnym detalom i dziwnego rodzaju napięciu towarzyszącemu słuchaniu tej płyty. Album wydaje się bowiem dokądś zmierzać, tworzy iluzję nadchodzącego przełomu, nagłego przebudzenia potencjału, nic takiego jednak nie następuje, większość kompozycji brzmi bowiem jak intro, po którym nie następuje żadne rozwinięcie, lecz intro kolejne, i kolejne, i kolejne.

Utwór tytułowy sprawdza się w tej roli przynajmniej dzięki grze na pianinie samego Jona Hopkinsa, jeśli jednak ktoś pamięta jego facebookowy zachwyt ścieżką dźwiękową do "Samorostu 3" Floexa to jasnym się stanie źródło jego inspiracji. O piosenkach z wokalami ("Break Apart" czy "Surface") nie da się powiedzieć absolutnie niczego, poza tym, że choć nie sposób ich zapamiętać to jednak wszystkie brzmią znajomo. Z wyjątkiem "No Reason", gdzie Chet Faker, przepraszam, Nick Murphy przynosi kojącą odmianę po pseudo-egzotycznych wokalistkach, choć jest to jego najsłabszy popis wokalny a pomimo efektownego rozedrgania i technicznego bitu nic nie usprawiedliwia sięgnięcia ponad 7 minut. Okazjonalne orkiestracje ledwie daje się zauważyć, etniczny powiew "Bambro Koyo Ganda" lekko irytuje, bo na "Black Sands" Bonobo nie potrzebował tak oczywistych wokali by tworzyć atmosferę kosmopolitycznej egzotyki. Próby kolejnych nawiązań do tego albumu miejscami brzmią aż karykaturalnie ("Kerala"), ale zaskakujące ślady dawnej jazzowej rytmiki, brzmienia pierwszych płyt Bonobo i większego rozmachu ("Ontario") cały czas obiecują coś więcej.

Instrumentalny i zarejestrowany bez żadnych gości "Outlier" okazuje się najlepszym fragmentem płyty, trochę z braku lepszych alternatyw, ale głównie dlatego, że chyba jako jedyny posiada oznaki wewnętrznego rozwoju a efektowne przejście od spokojnego instrumentala przez pozytywkową warstwę po koronkowy bit i techniczny rytm pokazuje, że nie relaksacyjny soul, lecz odważne wejście na taneczne parkiety powinno być to pożądaną przed Bonobo drogą. Trzeba mu jednak przyznać, że na "Migration" świadomie wydaje się nie gonić za przebojami. Wolę wierzyć, że perfekcyjnie wyprodukowana atmosfera tej płyty kosztem jej przebojowości była celowym zamierzeniem a nie wypadkową braku pomysłów. Ale lepiej się nie wgłębiać. 6/10 [Wojciech Nowacki]

23 lutego 2017


SOHN Rennen, [2017] 4AD || "Hard Liquor", niczym amalgamat pozornie chaotycznych i ciągle morfujących rytmów, idealnie balansuje na granicy abstrakcji i przeboju, jest zatem tym, co kiedyś potrafiła i do dziś stara się osiągnąć Björk, bliski jest też elektronicznemu rzemiosłu The Acid. Zbudowana z krystalicznie doszlifowanych elementów piosenka sprawiać może wrażenie technicznego popisu, lecz dzięki swej nieznośnej śpiewności jest popisem przede wszystkim emocjonalnym. "Conrad" natomiast nie bawi się już abstrakcje i jest z kolei tym, co zawsze chciał osiągnąć How To Dress Well, silną, pewną siebie piosenką, z kroczącym, zegarkowym rytmem, ciepłymi klawiszami Wurlitzera, chłodnym syntezatorowym dronem i znów niesamowicie wręcz śpiewnym refrenem.

Są to dwa pierwsze utwory na jednej z pierwszych płyt 2017 roku, która bynajmniej nie startowała w wyścigu na album tego roku, ale ostatecznie ma go szanse zaskakująco zwyciężyć. "Hard Liquor" i "Conrad" są zarazem singlami (ależ oczywiście, że są), co pokazuje tylko jak pewnym siebie przy okazji drugiego albumu stał się Sohn. Jasne, dopracowanie, pomysłowość, kompozytorska i aranżacyjna precyzja płyty, podobnie jak w przypadku wspomnianych już The Acid, wskazywać mogą, że Christopher Taylor spędził ostatnie lata na uważnym śledzeniu trendów w muzyce elektronicznej i alternatywnym r'n'b, ale "Rennen" nie jest bynajmniej prostym destylatem potencjalnie najbardziej chwytliwych elementów. Sohn je nie tylko wyselekcjonował, ale i ulepszył, wypełnił luki, naprawił błędy.


Przede wszystkim jednak "Hard Liquor" i "Conrad" nie przytłaczają reszty albumu. Po części dzięki jego idealnej, kompaktowo skrojonej długości, tak odświeżającej po choćby potwornie przeciągniętym albumie Jamesa Blake'a, głównie jednak za sprawą dopracowania do najmniejszego niemal szczegółu każdej z kompozycji. Owszem, zdarzają się niedociągnięcia, nawet w "Conrad", gdzie rozbrzmiewa przyciężka syntezatorowa solówka a'la Röyksopp, ale i tak obok "Future Politics" Austry pozostaje najlepszym singlem początku tego roku. Nawet piosenki pozornie skromniejsze niezmiernie satysfakcjonują, "Signal" na przykład zapowiada się jako dość standardowe współczesne r'n'b, ale wzmacnia się i eskaluje w finale, przed czym standardowe r'n'b zazwyczaj się wzdraga, kładąc nacisk najczęściej wyłącznie na rozemocjonowany wokal. Powstrzymywanie się przed zagęszczaniem kompozycji było zauważalne na debiucie Sohna, ale prześpiewanie materiału jest już problemem na którym, może z wyjątkiem Jamie Woona, polegają prawie wszyscy, od FKA twigs po How To Dress Well.

Ten ostatni łatwo by się odnalazł w skromnej piosence "Primary", Sohn jednak praktycznie wygasza w połowie wokale a utwór przeradza się w niemal instrumentalny. Podobnie finałowy "Harbour" rozpoczyna czysty śpiew a kończy efektowna część instrumentalna, nacisk na muzykę zatem, czy może raczej prawidłowe proporcje między nieinwazyjnym wokalem a dopracowaną muzyką, są główną przyczyną obłędnej chwytliwości "Rennen". A zapomnieć nie można o różnorodności materiału zawartego w ramach ledwie 37 minut. Całość opływają chłodne dźwięki syntezatorów, które zaskakująco ocieplają wymowę albumu, ale znajdują się na nim zarówno klasyczny utwór tytułowy, jak i frywolne, lekko głupkowate wręcz "Dead Wrong". Oraz "Falling", znów abstrakcyjne, ale jeszcze bardziej radykalne niż "Hard Liquor", pełne mikrodźwięków, pozornego nacisku na czysty wokal, ale zmierzające w stronę mocnego, zapętlonego finału.

"Rennen" po prostu satysfakcjonuje i to na wielu poziomach, czego nie można było powiedzieć o pierwszej płycie Sohna, gdzie jego potencjał spełniał się tylko w singlowym "Artifice". Po skromniejszym i mniej chwytliwym debiucie Sohn zdecydowanie odrobił niejedną lekcję i nie można mieć mu tego za złe. 9/10 [Wojciech Nowacki]

10 lutego 2017


Jeśli najpopularniejszą na świecie polską muzyką jest obecnie ścieżka dźwiękowa z "Wiedźmina", to najczęściej słuchaną muzyką z Czech będzie soundtrack z gry "Samorost 3". Niezależne studio Amanita Design za każdym razem bezbłędnie łączy gry komputerowe i muzykę w jedno komplementarne medium, czy jest to "Botanicula" z muzyką zespołu DVA, czy nagradzane "Machinarium" lub poprzednia część "Samorostu", do których ścieżki dźwiękowe skomponował Tomáš Dvořák.

"Samorost 3 Soundtrack" przynosi ważną zmianę formalną, razem z poprzedzającą go darmową epką "Samorost3 Pre​-​Remixes EP", jest pierwszym opublikowanym pod nazwą Floex, do tej pory zastrzeżoną dla pozailustracyjnej twórczości Dvořáka. Niemniej, jego najnowszy tytuł ową ilustracyjność doprowadza do perfekcji, ba, tym razem nie jest to już nawet muzyka tła, lecz pełnoprawna muzyczna geografia, każdy bowiem, nawet najmniejszy dźwięk ma światotwórczą rolę. Tylko pozornie zatem niespodzianką był facebookowy entuzjazm Jona Hopkinsa po zetknięciu się z muzyką Floexa, a jeśli posłuchacie gry na pianinie Hopkinsa na nowym albumie Bonobo to kierunek przepływu inspiracji stanie się całkiem jasny.



Na kasecie "eye draw​(​s) the line" rytm niespiesznie wybijają ejtisowe drumpady, przydymioną atmosferę okazjonalnie rozwiewa pulsująca głębia, kompozycje zaś balansują na cienkiej linii między eteryczną szkicowością a odważniejszym zanurzeniem się do piosenkowych wód. Otoczkę dość ponurego syntetycznego popu punktują jednak dźwięki fletu oraz neoklasycyzujące pianino. Pomimo lub dzięki swej skromności muzyka ba:zel aż prosi się o odpowiadającą jej stronę wizualną, porcelanowo zaś kruchy wokal łatwo może rodzić orientalizujące skojarzenia. Co łatwo wyjaśnić tym, że Daniel Vlček jest uznanym malarzem i artystą wizualnym, Ewelina Chiu ma zaś korzenie dalekowschodnie i... polskie zarazem.



Pamiątkę z drogi przyjaźni polsko-czeskiej mamy jeszcze jedną. Jakub Adamec, połowa duetu I LOVE 69 POPGEJU, solowy album "Are You Human? Confirmed." wydał w kooperacji polskich labeli Mik Music i BDTA (wersje cyfrowa i kompaktowa) oraz czeskiego Flesh&Brain (kaseta, niestety wbrew zdjęciom wcale nie różowa). Wprzęgnięte w quasi-piosenkowe ramy techno Adamca jest mniej hałaśliwe i agresywne od macierzystego duetu, zamiast żonglerki stereotypami oferuje dość konkretny przekaz inspirowany znanymi wszystkim formularzami CAPTCHA. Bardziej wyważony nie znaczy jednak mniej rozdygotany, kanciasta elektronika, spoken-wordowe sample i prosty bit tworzą bowiem całość dość nerwową.




Martin E. Kyšperský, lider zespołu Květy, swój pierwszy solowy album "Svetr" wydał dość niezauważenie. Niczym tytułowy sweter faktycznie przypominał znaną i komfortową rzecz wyciągniętą z szafy na domowe potrzeby, podobnie do znakomitej zresztą solowej płyty naszego Michała Bieli z Kristen. Album "Vlakem" ukazał się podobnie nieoczekiwanie co jego poprzednik, tym razem jednak przynosi wyraźniejszą zmianę. Rękopis Kyšperskiego oczywiście nadal jest rozpoznawalny, ale umiejętnie modyfikowany, choćby w pomysłowym i intrygującym "DWYL" czy spowitym ciemniejszą niż zazwyczaj atmosferą "Ženy". Jasne, "Kamkolin" zbytecznie się dłuży odsłaniając wokalne niedomagania, ale też zawiera markowe już gry słowne. Przede wszystkim jednak, inspirowane koleją, czyli najbardziej chyba melancholijnym sposobem podróżowania, "Vlakem" pełnym pędem zmierza w stronę ledwie zarysowaną na ostatnich albumach macierzystego zespołu Kyšperskiego i tym razem całkowicie niemal bazuje na elektronice. Do tego jeden z najciekawszych czeskich albumów końcówki zeszłego roku pobrać możecie za darmo.



Jednym z naszych ulubionych wykonawców ze Słowacji jest z kolei Stroon i z pełnym przekonaniem wspominamy o każdym z jego małych wydawnictw. O jego niezmiernie gustownej elektronice pisało się najpierw w kontekście post-dupstepu, następnie objawił się jako utalentowany wibrafonista, na poprzedniej epce sięgnął nawet po noise'owe gitary. Na "Solar Preludes" rekapituluje swoją muzyczną karierę, usłyszymy tu zatem zarówno krystalicznie czysty wibrafon, jak i syntezatorowe płaszczyzny i zniekształcone gitary. W zeszłym roku Stroon wystąpił w Pradze w roli supportu przed Emiką i był to występ doprawdy znakomity, zarówno dźwiękowo, jak i wizualnie, "Solar Preludes" zaś wreszcie oddaje wszystkie jego wymiary skupione w jedną formę.


Pozostając w temacie perfekcyjnie uformowanej elektroniki, drugą już kasetę pod szyldem MO-DU wydał Jan Jiskra, wcześniej tworzący jako Moduretik czy Neden. "MOD02" kontynuuje jasną kosmiczną trajektorię, tym razem z subtelnie poprzesuwanymi akcentami. Ambient służy tym razem jako płótno na którym silniej zaznacza się okazjonalnie zrytmizowanie materiału oraz, w co niemal ciężko uwierzyć, jeszcze bardziej przestrzenne brzmienie. Syntezatorowa muzyka MO-DU jest zatem równie światotwórcza co soundtracki Floex, jest to jednak świat chłodniejszy, choć bardziej kojący, mniej szczegółowy, ale pełen z wolna krążących kształtów i wyłaniających się barw. Zaprawdę jest to muzyka stworzona do słuchania z magnetofonowej taśmy!



[Wojciech Nowacki]

8 lutego 2017


YEASAYER Amen & Goodbye, [2016] Mute || Kontrolowana dziwność od samych początków była głównym atutem Yeasayer. Albo przyczyną rozdrażnienia, ale przyznać trzeba, że grupa ta może służyć jako modelowy przykład brzmienia przełomu pierwszych dekad XXI wieku. Do tego znacznie mniej irytujący niż przereklamowane Animal Collective, potrafiący za to skutecznie wypełnić średnie i namiotowe sceny największych festiwali.

Zanim jednak "Ampling Alp" czy "O.N.E." uczyniły "Odd Blood" tak efektownym albumem z pogranicza synth-popu, indie-rocka i dadaistycznego pop-artu, debiutanckie "All Hour Cymbals" swą na poły freak-folkową, na poły sabbathową hybrydowością, zwróciło na Yeasayer tak skupioną uwagę, że do dziś istnieje silny obóz zwolenników "All Hour Cymbals" nad "Odd Blood". Łatwo możecie się domyśleć do którego obozu należę ja, zwłaszcza jeśli ogłoszę, że poza über-przebojowym "2080" debiut dość mocno się zestarzał. Ale ale, jeszcze łatwiej niestety zapomnieć o "Fragrant World", naprawdę udanym albumie numer trzy.

W ciągu dwóch lat po "Odd Blood" trendy przemijały, uwaga przeskakiwała od hype'u do hype'u, więc nowy Yeasayer nie wydał się być specjalnie oczekiwanym. Pewnie po części jest w tym wina samej płyty, wyjątkowo, jak na Yeasayer, powściągliwej. Kategoria "dojrzałości" bywa najczęściej słowną watą, ale biorąc pod uwagę zawrotne tempo rozwoju i rozedrgane zainteresowania grupy, przy ich ledwie trzecim albumie można było faktycznie mówić już o znacznym wyrobieniu. Zarówno rozbuchana przebojowość, jak i demonstracyjny artyzm, zostały na "Fragrant World" powściągnięte, tworząc album najbardziej spójny, a i tak zdolny dostarczyć obłędne przeboje ("Reagan's Skeleton" ah!).


"Amen & Goodbye" wydaje się być reakcją na wycofaną powściągliwość poprzednika i nadaktywną celebracją pierwotnej dziwności Yeasayera. W swym artystowskim entuzjazmie wydają się jednak zataczać pełne koło do pradawnych już początków psychodelicznego rocka. Już bowiem "Daughters Of Kain" w równym stopniu nawiązuje do początków Yeasayer, co do barrettowskiego Pink Floyd, sugerując słownictwem wyrafinowane i efektowne rozważania z pogranicza nauki i filozofii. Album jednak bipolarnie obija się między dwoma biegunami, miejscami efektownym i przesyconym chaosem a lekką nudą i niedogotowaniem. Weźmy "Half Asleep" z interesującym rytmicznie i dźwiękowo początkiem, gdzie stopniowo mieszają się elementy trip-hopu, post-rocka i emotroniki, lecz później pojawiają gitara slide rodem z country, trąbka, gitarowa solówka i wokalna cyganeria, bowiem wraz z pojawieniem się głosu tajemniczej Suzzy przywołane zostają duchy Mike'a Oldfielda z Maggie Reilly, wczesnego 4AD i samej Kate Bush. "I Am Chemistry" z pełnym brzmieniem i czytelnym przekazem wydaje się być najważniejszą piosenką na płycie, "Silly Me" zaś funkcjonuje jako oczywisty przebój, choć trochę z braku lepszych alternatyw i odrobinę autokarykaturalnie.

Stopniowo jednak rozpychają się kolejne wypełniacze, tutaj zabrzmi rozbiegany saksofon, tam barokowy klawesyn i oklaski, gdzie indziej cyfrowa dżungla a im bliżej końca, tym więcej zaskakująco zwyczajnych  i ledwie zauważalnych piosenek. Ale też właśnie w drugiej połowie płyty znajduje się "Gerson's Whistle", kolejny z najciekawszych tutaj utworów i najbliższy formie "Fragrant World", w którym zamiast żonglerki pomysłów mamy prawdziwą głębię, napięcie i rozwój, a wspomniana Suzzie pobrzmiewa dla odmiany jak Sinead O'Connor. Ostatecznie "Amen & Goodbye", choć ma swoje momenty, brzmi jednak jak trochę wszystkiego, ale wszystkiego tylko po trochu. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2017


DEVENDRA BANHART Ape In Pink Marble, [2016] Nonesuch || Z jakiegoś powodu wędrowałem przy pomocy Google Street View po bułgarsko-tureckim pograniczu, znanym głównie z bycia cywilizacyjną barierą kryzysu uchodźczego. Teoretyczne antemurale Unii Europejskiej spowijają spękane drogi, opustoszałe domy, wałęsające się psy, zerowe ślady przemysłu, rolnictwa czy jakiejkolwiek ludzkiej działalności. A jednak z tych pogranicznych wzgórz tchnie przedziwny spokój a tamtejszy chaos okazuje się być smutnie kojącym. W świecie gdzie nic nie wydaje się być na swoim miejscu piękno objawić się może w najmniejszych szczegółach.

Oczywiście za wszystkie te wrażenia odpowiadają też silne zmysłowe skojarzenia, czyli jedno z najsilniejszych doświadczeń jakich dostarczyć może muzyka. Jednocześnie słuchałem bowiem "Ape In Pink Marble", nowego albumu Devendry Banharta, który przy pierwszym czy przelotnym kontakcie wydaje się być kruchą kalką zjawiskowej płyty "Mala". Jednak w tej właśnie ulotności tkwi wyjątkowy urok, chciałoby się rzec, że nieziemski, ale świat Banharta jest przecież po ludzku ułomny, swojski i przyziemny. Motyw podróży, kulturowych konfrontacji, ciągłego ruchu i nieprzystosowania, tworzy całość melancholijnie smutnawą, ale tchnącą spokojem i zrezygnowanym optymizmem. Piękno muzyki Banharta jest zatem równie ulotne i płynące z takiej a nie innej rzeczywistości co powab opuszczonego krajobrazu.


Choć więc dwa najbardziej wyróżniające się fragmenty albumu, "Fancy Man" i "Fig In Leather", początkowo wydają się być momentem zasłużonego wytchnienia w dość jednorodnej całości, to w jej ramach są wyraźną anomalią. Po ciągu ulotnych piosenek żywy "Fancy Man" sprawia wrażenie najpełniejszej kompozycji, jest barwny, narracyjny i lekko absurdalny. Cyrkowe nastroje uwodzicielsko podchwytuje "Fig In Leather", gdzie spotykają się funk i obmierzłe disco spod znaku Abby, Bee Gees czy Boney M. Obie piosenki tylko uwypuklają problematyczną przemijalność singla "Saturdays Night", który zupełnie nie zapada w pamięć, gubi się nawet w kontekście całego albumu, ale jest w istocie reprezentatywny dla atmosfery "Ape In Pink Marble" i brzmienia bardziej opartego na syntezatorach niż gitarach.

Jeśli "Middle Names", krucha piosenka z koronkową melodyką i nieskończonym potencjałem jej ciągnięcia, rozbrzmiewa jakby ktoś wygrywał ją siedząc na krawędzi naszego ucha, to jest to w istocie idealne wprowadzenie do tego albumu. Stopniowo pojawia się na nim coraz więcej elementów, "Mara" zaskakuje dubowym rytmem, "Theme For A Taiwanese Woman" bossanową rodem z windy oraz orkiestracjami, "Souvenirs" z premedytacją posługuje się jednym z najbardziej oklepanych popkulturowych tropów (Welcome to the hotel in California) i wszystkie te drobnostki są właśnie równie urokliwe jak suweniry z podróży kupowane w tanich sklepach z pamiątkami. "Mourner's Dance" jest już jednak właściwie tylko syntezatorową plamą upstrzoną dźwiękami japońskiego koto a im bliżej końca, tym bardziej "Ape In Pink Marble" osuwa się w minimalizm. Szurające "Lucky" jeszcze odtwarza klimat przydymionego dansingu, ale "Linda", minorowa i minimalistyczna kompozycja, grająca z ciszą przez niemal 6 minut, bliżej ma już ku eksperymentalnym, lecz urokliwym ściankowym mgiełkom.

Po raz kolejny już mam ochotę powiedzieć, że jaki album, taka okładka, co zresztą byłby tylko kolejnym dowodem na to, jak w dobrej muzyce przeplatają się zmysły, wrażenia, skojarzania, jeśli tylko podana jest jako przemyślana, komplementarna całość. Bo "Ape In Pink Marble" to płyta w istocie taka, jaka jej okładka, niewyraźna, niemal niezauważalna, z ledwie zarysowanymi konturami, ale emocjonalnie wieloznaczna i figlarna. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 stycznia 2017


TORTOISE The Catastrophist, [2016] Thrill Jockey || Pomimo katastroficznego tytułu mamy do czynienia z typową letnią, późną płytą wykonawcy o uznanym dorobku. Z jednej strony tyle wystarczy, od poprzedniego albumu "Beacons Of Ancestorship" upłynęło pięć lat i choć w dwudzistopierwszowiecznym tempie wystarczy wydać nową płytę po dwu-trzyletniej przerwie, by mówić o "wielkim powrocie", to w przypadku Tortoise czas już był faktycznie najwyższy. Zwłaszcza, że z racji wspomnianego wyżej stażu można było być spokojnym o jakość materiału, nawet jeśli z tego samego powodu lekko rutyniarskiego. Ale z drugiej strony jednak szkoda, bo nie oszukujmy się, "uznany dorobek" to rzecz umowna, przecież pierwszym skojarzeniem z terminem "post-rock" jest dziś taki trochę metal dla ubogich i zbyt melancholijnych, instrumentalny i z odpowiednio alienującymi tytułami. Zatem wszyscy epigoni Mogwai, od Mono przez Russian Circles po God Is An Astronaut. "The Catastrophist" ani nie przypomni korzeni post-rocka, ani nie zwróci należnej uwagi na Tortoise. W tych celach należy sięgnąć do przeszłości.

Najlepiej po "TNT". Nie jest to recenzencką kapitulacją, ale celowym nostalgicznym nadużyciem. Dzięki obecności na nim dwudziestominutowego "Djed", to "Millions Now Living Will Never Die" uznawany jest za definiujący album Tortoise, ale włączcie i posłuchajcie "TNT", po czym naprawdę zatopcie się w myśli, że słuchacie muzyki, której nagrywanie rozpoczęło się pod koniec 1996 roku. Ikoniczny post-rock, gęsty od faktur, pełen zaskakująco lekkiej nerwowości i prawdziwie transformujący nasze wyobrażenia o rockowym instrumentarium, produkcji i konstrukcji kompozycji, bynajmniej nie wyczerpał potencjału Tortoise. Niedoceniane niegdyś "Standards" dziś intryguje swą nieociosaną kanciastością. "It's All Around You" to produkcyjny majstersztyk pełen różnorodnych rozwiązań formalnych, zarówno kompozycyjnych, jak i aranżacyjno-instrumentalnych. Nawet "Beacons Of Ancestorship", do którego po raz pierwszy przylgnęła łatka "powrotu" wykrzesał z Tortoise dla odmiany punkową niemal werwę.


Tymczasem na "The Catastrophist" już w pierwszym, tytułowym zresztą utworze brzmią jak starsi panowie popisujący się tym jak bardzo są fajni, na co można się sympatycznie uśmiechnąć, ale też pobłażliwie przewrócić oczami. Starczo brzmi użycie syntezatorów, ale równoważy je lekka jazzująca atmosfera, choć zastanawia zbytnie podobieństwo, nawet w finałowej próbie eskalacji, do Jaga Jazzist, formacji znanej przecież z tego, że do nu-jazzowych brzmień inkorporowała post-rock spod znaku Tortoise właśnie. To podobieństwo do własnych epigonów pojawia się na płycie jeszcze parokrotnie ("Hot Coffee", "Tesseract").

Utwory miniaturowo wręcz krótkie, które na "Beacons Of Ancestorship" potrafiły się okazać najbardziej zaskakującymi fragmentami, tutaj nie wznoszą się ponad poziom niezauważalnych wypełniaczy. Oczywiście największym potencjalnie zaskoczeniem są po raz pierwszy na regularnej płycie Tortoise pojawiające się normalne piosenkowe wokale. Nie liczymy bowiem ani subtelnych wokaliz z "It's All Around You", ani kolaboracyjnego albumu "The Brave And The Bold" z Bonnie "Prince" Billym, który po latach znakomicie zyskuje dystyngowanej patyny. Obie piosenki na "The Catastrophist" nie dość, że nie dostarczają żadnych formalnych zaskoczeń, to brzmią po prostu przyciężko. "Rock On" to przykład takiej dekonstrukcji idei piosenki, która zatacza pełne koło i w efekcie brzmi jak nie najświeższe Pink Floyd czy inni giganci prog-rocka, którzy w latach osiemdziesiątych postanowili odmłodzić się przy pomocy zmutowanego popu. "Yonder Blue" zaś, z Mimi Parker z Low na wokalu brzmi po prostu jak... piosenka Low, ewentualnie nieudany mash-up z doklejonym brzmieniem gitary Tortoise, przy czym szczególnie zastanawia brudna produkcja na poziomie taśmy demo.

Ale "Rock On" zapowiedziane jest przez "Ox Duke", wyraźnie skromniejsze, z terkoczącym syntezatorowym pulsem i charakterystyczną połamaną rytmiką. Lepiej prezentuje się również "Gesceap", początkowo powolne i ospałe, pod koniec rozwija się jednak w nerwowy groove. Największą ulgą dla uszu spragnionych frenetycznych post-rockowych emocji jest, nomen omen, "Shake Hands With Danger", gdzie nad pełzającym napięciem unosi się jazzowa swoboda, pełna improwizacyjnego potencjału, podbita silną linią basu oraz przede wszystkim odrealnionym szklanym bitem. Za mało to jednak by poddźwignąć "The Catastrophist". 6/10 [Wojciech Nowacki]

5 stycznia 2017


Po prostu pisać. Nie bawię się w roczne podsumowania, nie ścigam się na szybkość publikowania, zapewne nie wykorzystuję w pełni możliwości platformy, którą mam do dyspozycji. Interesuje mnie jedno: po prostu pisać. I jeśli w roku 2017 ma przyświecać mi jakieś motto, to jest to to właśnie. Oczywiście za „po prostu pisaniem” stoją pewne cele, niektóre osobiste, inne zaś całkiem publiczne i do tych ostatnich należy szczera potrzeba promowania w Polsce muzyki z Czech i Słowacji. Ani zatem podsumowaniem, ani gorącą recenzją rozpoczniemy rok na DNA muzyki, lecz kolejnym odcinkiem „Bohemofilii”.

Słowaccy Nvmeri coś szykują. Pomału, systematycznie, ale gdy ich nowy album nareszcie się ukaże to być może będziemy mieli do czynienia z najlepszym środkowoeuropejskim indie. Tylko w sensie geograficznym, bowiem kolejne ich single, "Entropy" z 2014 roku, zeszłoroczne "Scales" i nowość "Art Of The Trial", owszem, łatwo można porównać do czołówki współczesnego indie-rocka/popu, ale brzmienie Nvmeri jest świeże, lekkie, dopracowane, pewne siebie i w pełni autorskie. Łatwo sobie przy tym wyobrazić, że dziś tak mogłoby brzmieć nasze nieodżałowane The Car Is On Fire. Pomijając oczywistości, takie jak lekkie syntezatorowe plamy, koronkowo punktującą gitarę i nienachlną przebojowość, to największą siłą Nvmeri pozostaje matowy głos wokalisty. Czekamy na album. Naprawdę.


Děti mezi reprákama to pierwotnie kolaboracyjny projekt Dominika Zazuli z post-hudby, który niecały rok po debiutanckiej płycie "Újezd" powrócił z albumem "Haiku", powstałym już w zdecydowanie bardziej zespołowej formie. O ile za zespół możemy uznać Dominika z bratem i kilkoma ledwie gośćmi, w efekcie bowiem "Haiku" jest płytą znacznie skromniejszą od poprzednika. Zróżnicowanie podejście szeregu muzyków na debiucie sprawdzało się jednak odrobinę lepiej, "Haiku" to nadal narracyjny miejski folk, ze wskazówką wychyloną bardziej w stronę intrygujących i swojsko inteligentnych tekstów niż kompozycyjnych popisów.


Z męsko-chłopięcą melancholią idealnie konfrontuje się żeński punkt widzenia na płycie "Agnostika". Katarzia już debiutanckim albumem "Generácia Y" zwróciła uwagę jako artystka co najmniej obiecująca. Słowaczka Katarína Kubošiová wpisywała się ówcześnie w wizerunek songwriterki z gitarą, który przełamywała ustami niczym Anna Calvi i wrażliwością Bat For Lashes. Przeprowadzka do Pragi powiększyła nie tylko jej bagaż obserwacji, ale i muzyczno-tekstową niejednoznaczność. Niełatwo poznać kiedy i w jaki sposób Katarzia igra z feministycznymi stereotypami, ale nacisk przesunięty na elektronikę z elementami rapu sprawił, że przemawia już własnym i pełnym głosem.


Duet Tomáš Palucha opublikował już parę cyfrowych lub kasetowych wydawnictw, znakomity "Kámen mudrců", historia inspirowana alchemistycznymi czasami Rudolfa II, na kasecie wydany został przez Stoned To Death, pobrać go także można w postaci darmowego downloadu. Za pełnoprawny albumowy debiut zapewne jednak należy uważać "Guru", który na płycie winylowej wydał label Silver Rocket. Tym razem jednak zamiast przełomu XVI i XVII w. Jan Tomáš i Libor Palucha zabierają nas w niemniej tajemnicze lata 90-te wieku XX. Post-rockową wrażliwość nadal dzielą z naszymi Kristen, ale pojawiają się tu ślady i grunge'u, i swansowego bluesa, a kto wie, może ich guru jest John Frusciante? A wszystko to w zwięzłych, czterominutowych, piosenkowych wręcz formach, tym razem wzbogaconych o gościnne wokale (m.in. Prodavač).


Źródełka garażowego punk rocka nie wysychają nigdy, wystarczy młodość, gitary, perkusja i zdolność skupienia się przez chociaż dwie minuty. Słowaccy Genuine Jacks radośnie nawiązują do kalifornijskiej garażowej sceny z elementami psychodelii, ich album "Candyland" ukazał się na winylu, ale także w postaci darmowego downloadu. Szybszy, mocniejszy i twardszy od poprzednika zachowuje niespożytą energię, jest uwodzicielsko łobuzerski oraz przede wszystkim nieznośnie przebojowy. Co jeszcze ich wyróżnia? Po prostu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć grupy, która chwali się taką a nie inną okładką swojej płyty, bo "nie ma nic piękniejszego niż nagie męskie ciało".


Śląskie Planety stały u początków czeskiego odrodzenia shoegaze'u z debiutanckim albumem "Peklo, peklo, ráj", brudnym, lecz lekkim i uwodzicielskim. Nowy, trzeci już album "Vzduch je hrob je vzduch" jest twardszy, chłodniejszy, wręcz turpistyczny, do tego dwupłytowy. Pojawiają się syntezatory, groby, szubienice, średniowiecze i mroczne lasy. Oraz medialne porównania do "Desintegration" The Cure.


The Ills to jeden z tych zespołów, które powolną pracą i konsekwencją zdobywają sobie własne miejsce na scenie. Zaczynali nie tyle jako grupa garażowa, co wręcz sypialniana, czerpiąca garściami z tradycji post-rocka, math-rockowych prób, klasycznego shoegaze'u i dream-popu rodem z lat osiemdziesiątych, ba, nawet ich debiutancki album nosił tytuł po piosence The Cure. W duchu sypialnianego dream-popu działalność kontynuuje Filip Drábek w ramach duetu Päfgens, powstałego w Warszawie i obecnie umiejscowionego w Berlinie, tymczasem jego macierzysta formacja coraz odważniej i samodzielniej mości się w post-rockowej niszy. Wyraźny postęp ukoronował już album "Zoya" sprzed dwóch lat, tegoroczny "Ornamental Or Mental" tylko umacnia ich pozycję najlepszej obecnie słowackiej grupy post-rockowej, którą w tym roku potwierdzili nie tylko na rodzimym festiwalu Pohoda, ale i na słynnym Iceland Airwaves.


Post-rock The Ills rozwinął się w eksperymentalną formę, która z lekkością i entuzjastyczną ciekawością implementuje nowe aranżacyjne triki. Tym bardziej interesująco wypada zestawienie ich z czeskimi Flash The Readies, którzy preferują bardziej agresywne i zarazem atmosferyczne podejście. Podobnie jak na poprzednim albumie "Submarine Sky", jednej z najlepszych gatunkowych płyt 2014 roku, odtwarzają napięcie towarzyszące post-rockowi drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy wybór między drogą GY!BE a Sigur Rós jeszcze nie był przesądzony. Dwie dekady później gatunek ten uległ zamknięciu w sztywniejszych ramach, ale nadal potrafi dostarczać satysfakcjonujących płyt.


[Wojciech Nowacki]

29 listopada 2016


LAZER VIKING / SABREHART Flesh Cadillac, [2016] BiggBoss || Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Fakt, że Boy Wonder & The Teen Sensations to teraz Lazer Viking, że "Flesh Cadillac" to tylko siedem piosenek i najbliżej ma minialbumowi, że ukazał się w opakowaniu DVD, że wydał go największy czeski label hip-hopowy, że okładka delikatnie mówiąc zastanawia, że nadal wielu zastanawia się, czy to wszystko na serio, czy nie. Im więcej pytań prowokuje muzyka Kuby Kaifosza, tym bardziej tym bardziej stają się niepotrzebne.

"Everything Spelled Wrong" wydaje się jeszcze podążać za klimatem bubblegum rock'n'rolla z "Radical Karaoke". Rytm radośnie nabija automat perkusyjny, Kuba przyjmuję pozę niewinnego szczeniaczka, ale jego śpiew jest równie słodki, co skurwielski, a wraz z obłędnie śpiewnym językowym łamańcem It's never ever getting any better / Yeah we're never fucking ever getting back together piosenka dołącza do najlepszych w jego dorobku. Na upartego można szukać usprawiedliwień, że ok, może i pop, ale na pewno ironiczny, "Turnstile Hearts" jednak obala cały nasz system obronny. Nieznośnie i autentycznie radiowa piosenka, perfekcyjnie wyprodukowana i zaaranżowana, to jeden najlepszych czystej wody popowych hitów jaki możecie usłyszeć w tym roku.


Piosenki te jednak frapująco rozdzielają kanciaste i surowe "Trophy Scars" oraz "The Z Street Shuffle", pierwszy niemal punkowo bluesowy, z połamaną rytmiką, lecz melodyjnym refrenem, drugi zaś z wyraźnie cięższą gitarą. Za muzykę na "Flesh Cadillac" odpowiada Sabrehart, żyjący w Pradze brytyjski producent, który z jednej strony wydaje się karykaturalnie uwypuklać najbardziej charakterystycznie kontrowersyjne elementy odczuwania muzyki Kuby, z drugiej zaś nadaje jej wspomniane wyżej wygładzone autentycznie popowe wymiary. Jako całość "Flesh Cadillac" może więc sprawiać chaotyczno-schizofreniczne wrażenie. Pozostałe trzy kompozycje już łatwiej łączą obie te strony, "Because It Loves You" to skromna, lekko dansingowa ballada, finałowe "March On Eclectic Children" szczyci się nisko zestrojoną gitarą i modelowo popowym refrenem, "The Pizza Rat's Last Slice" zaś idealnie odnalazłoby się na ścieżce dźwiękowej do Grand Theft Auto lub sensacyjnego serialu z lat osiemdziesiątych. Brzmi jak neonowy pościg ulicami wielkiego miasta i ciężko uwierzyć, że za tak gęstą piosenkę odpowiada tylko dwóch ludzi.

W dobie, gdy wszystko poddawane jest analizie, Kuba dostarcza jej tyle materiału i możliwości interpretacyjnych, że doprowadzić może albo do szaleństwa, albo do olśnienia. Jakiego? Że liczy się tylko muzyka, im więcej o niej myślimy, tym mniej ją czujemy. Lazer Viking wytrąca nas z naszej autoironicznej, przeintelektualizowanej, wielkomiejskiej strefy komfortu. "Flesh Cadillac" to pot, ślina i ruchy bioder, czyli wszystko to, co stało u zrodu prawdziwego popu. 7/10 [Wojciech Nowacki]

27 listopada 2016


REBEKA Davos, [2016] ART2 || "Davos" to album dokładnie taki jak jego okładka. Pozornie ciemny i z ledwie zarysowanymi konturami, ale wystarczy lekko tylko zmrużyć oczy, by ujrzeć kształty czające się tuż pod powierzchnią, tuż za plecami duetu. A skoro już mowa o jego członkach, to Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny słusznie wysuwają się na pierwszy plan, nad "Davos" unosi się bowiem silny duch kompletności. Rebeka opanowała mechanikę duetu do tego stopnia, że czuć tylko ich osobowości, bez najmniejszej potrzeby dodania czegokolwiek z zewnątrz. Może poza odrobiną odwagi?

Tam, gdzie inni pogrywają sobie z konceptem albumu, "Davos" jest jak wyciosany z węgla monolit, którego kontury przy pierwszym kontakcie nie muszą jawić się jako specjalnie przyciągające. Początek płyty jest bowiem przyczajony, produkcja wybija się wyraźnie, ale choć przyciemnione, niewyraźne "The Trip" zdaje się łączyć pop lat osiemdziesiątych z echami house'u, to jako początek albumu nieśmiało pełza i w nic się nie rozwija. "What Have I Done"  implementuje natomiast nowocześniejszy bit, znany z wielu współczesnych produkcji klubowych, hip-hopowych czy alt-r'n'b, ale nadal nie pozwala przewidywać, co na "Davos" wydarzy się dalej.


Do pełna satysfakcji wystarczy już trylogia "Falling" - "Perfect Man" - "Today". Pierwsza piosenka przynosi stylowy taneczny blichtr i delikatną eskalację. Druga, pozornie skromna, lecz pełna produkcyjnych ornamentów, ukazuje jednocześnie efektowną powściągliwość Rebeki oraz indie-rockowo podejście do tematu deep-house'u bliskie choćby Cut Copy. Wreszcie "Today" to nostalgiczna i radosna zarazem kompozycja, którą spokojnie mogłaby zaśpiewać Kylie Minogue, ale zdecydowanie ta z czasów "I Should Be So Lucky" niż "Can't Get You Out Of My Head".

Finałowe "Wake Up" łatwo kojarzy się ze sposobem w jaki indie-elektronikę uprawia Archive, ale nawet jeśli Rebeka tu i ówdzie naturalnie nawiązuje to znanych estetycznych schematów, to na szczęście kompiluje je w spójną i autorską całość. Linie wokale nie są wcale oczywiste, łatwo sobie wyobrazić, słuchając choćby hipnotycznego "Promised Land", że ich geneza mogłaby być improwizowana. A i tak "Białe kwiaty" brzmią jak polski pop lat sześćdziesiątych rodem z pocztówki dźwiękowej przełożony na język współczesnej elektroniki.

Często słyszę jak Czesi zazdroszczą Polsce rynku muzycznego, co najczęściej komentuje w cichości przewracając oczami. Jako przykład wymieniają koncertujących tu okazjonalnie Kamp!, ja bardziej bym zwrócił ich uwagę na We Draw A oraz na Rebekę właśnie. "Davos" wydaje się być powściągliwe, bynajmniej nie nieśmiałe, wręcz przeciwnie, całkiem pewne siebie i samoświadome. Ale jakby obawiając się porównań i konfrontacji powstrzymuje się przed użyciem wszystkich swych sił. Niepotrzebnie, potencjał Rebeki jest ich i tylko ich. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

23 listopada 2016


METALLICA Hardwired...To Self-Destruct, [2016] Blackened || Miejsce: liceum. Czas: początek lat dwutysięcznych. Lekcja informatyki. Dopiero co nastały czasy, kiedy internet przestał być dobrem reglamentowanym, chociaż dostęp do sieci nadal wiązał się z problemami natury finansowej i technicznej. Mało kto z młodszego pokolenia dzisiaj pamięta, że połączenie z siecią blokowało linię telefoniczną odcinając całą rodzinę od świata zewnętrznego. Jednak dzięki utrudnieniom jakie wiązały się z prywatnym połączeniem (tylko wybrańcy wiedzieli co to jest stałe łącze) lekcje w szkolnej sali komputerowej cieszyły się sporą estymą. Informatyków z prawdziwego zdarzenia oczywiście brakowało, co pozwalało nam radośnie surfować po "Word Wide Web" jak tylko nauczyciel odbębnił średnio znany mu materiał lekcyjny.

Pomimo powszechnego uczucia rozluźnienia natknąłem się tego dnia na roztrzęsioną koleżankę, nazwijmy ją JB. Powodem smutku nie było jednak zawieszenie czy popsucie się komputera, ale fakt, że z Metalliki odszedł Jason Newsted. Mieliśmy w tamtych czasach nasz mały zespół muzyczny w składzie JB, kolega MS i ja. Graliśmy średnio, ale nie brakowało nam zaangażowania. Nigdy nie wymyśliliśmy sobie nazwy, ale ogrywaliśmy utwory Metalliki. My, gitarzyści - amatorzy, woleliśmy "The Unforgiven" czy "Sad But True", ona, perkusistka, nakłaniała nas do młócenia "Master Of Puppets" i "Battery", szybkich utworów dla silnej kobiety. A jednak roszady w Metallice, które dla JB równoznaczne były z jej rozpadem, zdołały doprowadzić ją do płaczu.

Po odejściu basisty z obozu zespołu zaczęły wychodzić sprawy, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego, kłótnie, oskarżenia, infantylne zwierzenia w obecności kamer. Wcześniej afera z Napsterem, która już sama w sobie zachwiała wiarygodnością Metalliki. Już po zatrudnieniu Roberta Trujillo i nagraniu "St. Anger" pojawił się film dokumentalny "Some Kind Of Monster", twór tak infantylny i obrzydliwy, że do teraz nie mogę oglądać go bez uczucia zażenowania. Moje zainteresowanie zespołem spadło niemal do zera. Nic w tej kwestii nie zmienił album "Death Magnetic", który raził uszy swoją przeciętnością. Cały czas czułem zresztą niesmak po "St. Anger", płycie od razu przeze mnie znienawidzonej.


Czy premiera "Hardwired...To Self-Destruct" coś w moim nastawieniu zmieniła i czy można mówić o powrocie do złotych lat świetności zespołu? Bez wątpienia nie. Metallica AD 2016 nadal nie jest grupą do której mógłbym podchodzić emocjonalnie. Wciąż przypomina bardziej konsorcjum niż zespół muzycznych indywidualistów. Gdyby wyciąć z dyskografii Metalliki "St. Anger" i "Death Magnetic" to "Hardwired..." byłaby ich najsłabszą płytą ("Lulu" do pełnoprawnych albumów studyjnych w ogóle nie zaliczam). Mając jednak na uwadze ich ostatnie studyjne dokonania z czystym sumieniem uznać mogę "Hardwired..." za jakościowo… trzeci od końca w katalogu grupy. Rozumiem oczywiście wielkie oczekiwania najbardziej oddanych fanów i niejako automatycznie za tymi oczekiwaniami idący entuzjazm. Gdyby wyposzczeni die-hardzi Metalliki nie uznali płyty za genialną, wówczas cały okres zaciskania zębów i odliczania miesięcy/dni/godzin do premiery poszedłby na marne. A że album ma swoje nieliczne blaski od razu odtrąbiono powrót w wielkim stylu legendy thrashu.

Tyle, że thrash zawarty na "Hardwired..." powinien urągać godności każdego zwolennika gatunku. Chcecie dobrej płyty thrash-metalowej? Sięgnijcie po najnowszy Slayer, Megadeth czy świetny Testament. Macie ochotę na dojrzały metalowy longplay? Bierzcie Anthrax. Nie kupujcie Metalliki. Nie zamierzam omawiać po kolei każdego z utworów, ale kilka kompozycji wymaga paru słów komentarza. "Moth Into Flame" pozbawiony jest pomysłu i rytmiki, "Hardwired" brzmi nieszczerze i wymuszenie a "Atlas, Rise!" nie potrafię nawet odpowiednio określić gatunkowo, tak nijaka to kompozycja. Za to gdy Metallica przypomina sobie czasy "Load" i spowalnia odrobinę tempo, budując kompozycje na wyrazistym riffie, nagle mamy do czynienia z zupełnie innym zespołem, dojrzałym i z pomysłem na siebie.

Oczywiście, można ten pomysł akceptować bądź nie, ale przynajmniej niektóre utwory nabierają stylu. Zaliczają się do nich bez wątpienia "Dream No More", "ManUNkind" i "Murder One" (zresztą piękny hołd dla Lemmy'ego). Moim zdaniem pokazują one, że Metallica wcale nie chce już grać thrashu, nie czuje go i męczy się w stylistycznych okowach. Powrót do korzeni to działanie wyrachowane, podobnie jak w przypadku death-metalu Paradise Lost, przy czym Brytyjczycy rewolucję przeprowadzili z większym wyczuciem. Jedynym chlubnym wyjątkiem na "Hardwired..." jest bardzo dobry "Spit Out The Bone", chociaż i on na tle konkurencji z "wielkiej czwórki" niczym szczególnym nie zachwyca.

Płyta, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, ma kilka dobrych momentów, jednak pozytywne wrażenia przysłania cała góra odpadów. Wywalcie "Now That We're Dead", "Halo On Fire" i "Confusion" i otrzymacie album, który zdolny jest w przynajmniej minimalnym stopniu nawiązać do legendarnej przeszłości zespołu. Wiele z kompozycji, które zdecydowano się na "Hardwired..." umieścić brzmi bowiem, jak gdyby ktoś wrzucił kilka riffów do komputerowego generatora, a ten stworzył zbitki dźwięków przypominających Metallikę, coś na kształt edytora, który pozwala przekształcić swoje imię za pomocą logotypu grupy. Innymi słowy: fajna zabawa na parę godzin, ale potem wypada zająć się czymś innym. Nie sądzę, aby zespół kiedykolwiek odbudował swoją pozycję z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wierzę nawet, że Metallica do tego dąży. Wygasł ogień, zanikła pasja. Pozostała korporacja, która wypuszcza kolejny produkt, patrząc na rosnące słupki sprzedaży. 5/10 [Jakub Kozłowski]