25 września 2016


MARILLION Fuck Everyone And Run (F E A R), [2016] Ear Music || Jestem fanem Marillion. Ale przede wszystkim klasycznego, wzbudzającego uczucie szacunku i przepełnionego charyzmą roztaczaną przez Derecka Dicka. Cenie jednak również Marillion ze Stevem Hogarthem, a płyty "Seasons End", "Brave" i "Marbles" uważam za jedne z najlepszych w katalogu obu wcieleń zespołu. Tylko, że mówiąc o Marillion po roku 1989 nie mogę z pełną szczerością powiedzieć, że wracam do albumów zespołu regularnie. W większym stopniu zdaję sobie sprawę z muzycznej wartości płyt nagranych z Hogarthem, niż namacalnie ją odczuwam. Zbyt wiele w katalogu Marillion pojawiło się chybionych pomysłów, nietrafionych poszukiwań czy stylistycznych wycieczek. Zespół na pewno się rozwijał, ale kierunek tego rozwoju nie zawsze pokrywał się z moimi osobistymi muzycznymi preferencjami (chociażby nieudany "marillion.com" i monotonny "Radiation").

Nie zrozumiem jednak ludzi, którzy od razu postanowili zespół skreślić gdy tylko Fish opuścił pokład. Jak zwykle duża w tym zasługa autorytetów muzycznych, których Polacy zdają się bardzo potrzebować i bezgranicznie im wierzą. Tym razem "zawinił" Tomasz Beksiński, który niemiłosiernie pastwił się nad drugim albumem Nowego Marillion "Holidays In Eden". Nie mi sądzić, czy słusznie. Osobiście cenię sobie jednak i tą płytę. Ważniejszym zagadnieniem pozostaje fakt, że spora część fanów zespołu nie starała się samemu zmierzyć z materią. Zawsze prościej jest uwierzyć komuś na słowo, chociaż najczęściej okazuje się to błędem. Dlatego pomimo, że najnowsza płyta zespołu "Fuck Everybody And Run" obiecuje odrobinę więcej niż, moim zdaniem, jest w stanie dać, każdy powinien zapoznać się z nią osobiście. Bo Marillion nie ogląda się na mody i trendy dominujące na rynku. Jak zawsze robi to, co kocha i w taki sposób, który im najbardziej odpowiada. Efektem jest muzyka niezwykle piękna i poruszająca a jednak niełatwa w odbiorze i kompletnie nieefektowna. Dosyć już taniego efekciarstwa w art-rocku. W tym królowały lata 90-te.

U podstaw albumu leży niepokój i złość. Tak twierdzą muzycy i takie uczucia towarzyszyły Steve'owi Hogarthowi podczas pisania tekstów. Polityczne, ekologiczne i społeczne zmiany, bezwzględna weltpolitik sprowadzająca jednostki do roli trybika, świat magnatów finansowych i rozbieżności społecznych. Przeczucie nadciągającej zmiany. Wielkie Problemy i Ważne Zagadnienia. O tym Marillion chciał tworzyć muzykę, przed tym ostrzega wszystkich, którzy poświęcą 68 minut na obcowanie z albumem. Ja jednak w poszczególnych, rozbudowanych i wolno sączących się utworach dostrzegam przede wszystkim nostalgię. Być może za Anglią, którą muzycy pamiętają z przeszłości, a która teraz już właściwie nie istnieje. Może wzdychają do beztroskiej młodości i prostszych czasów. Gdy miałem okazję zapytać o to Hogartha, to z jednej strony zaprzeczył, jakoby u podstaw albumu leżało poczucie tęsknoty za minionym, a z drugiej przyznał, że nie odnajduje się w obecnym świecie i wraz z wiekiem coraz częściej wraca myślami do przeszłości. Czy więc mamy do czynienia z moralizatorskim odpryskiem przechodzonego kryzysu wieku średniego? Nie. Zespół bowiem nie stara się przekonać do własnej wizji świata. Marillion co najwyżej ostrzega.


Robi to w przepięknej suicie "El Dorado" i w rozbudowanym, oskarżycielskim "The New Kings". Odnosi się do alienacji i samotności w "The Leavers", które to, jak Hogarth stwierdził, może być wiązane z Brexitem, chociaż nie taki był jego zamiar. Przestrzega przed relatywizacją dobra i zła, przewagą jaką tytułowy strach zdobywa nad miłością (wg słów Hogartha: "Na świecie są tylko dwa motywy działania wpływające na ludzkie zachowanie: miłość i strach, a wszystko co dobre bierze się z miłości"). Swoje artystyczne cele Marillion stara się jednak osiągać nienachalnie, swoje racje ubiera w senne akordy i prezentuje w sposób, który raczej skłania do zadumy niż czynnego oporu.

Są na tej płycie fragmenty przepiękne, takie jak "F E A R", "Living In F E A R" czy całe "The Leavers". Są momenty, w których muzycy zagubili się w improwizowanych, rozbudowanych formach (klika części "El Dorado"). Są również utwory niezbyt udane ("White Paper"). Nie mogę jednak zespołowi odmówić konsekwencji i odwagi. Niewiele jest już bowiem osób, które poświęcą 68 minut swojego życia na spokojne zanurzenie się w tak wymagającej i nieprzebojowej muzyce. Ci, którzy to jednak zrobią nie powinni się zawieść, "F E A R" być może nie dorównuje "Brave". "Afraid Of Sunlight" czy "Marbles", ale nadal stanowi niezwykle intrygujący zapis twórczości inteligentnych i szczerych muzyków. Nie jest to płyta łatwa, ale i nie miała taką być.

Marillion nie uwarunkowany biznesową stroną muzycznej sceny może robić co chce. I robi to z niesłabnącą elokwencją i urokiem. Albumu "F E A R" nie da się sprowadzić do kilku chwytliwych singli na bazie których wytwórnia zbije kapitał za preordery płyty. I stanowi to jej największą zaletę, wyróżniającą Marillion na tle pseudo-progresywnej konkurencji. Chociaż po pierwszych trzech przesłuchaniach stwierdziłem, że najnowszy album zawodzi, po kolejnych kilkunastu godzinach z nim spędzonych muszę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością - płyta "F E A R" jest piękna. 8/10 [Jakub Kozłowski]

22 września 2016


NEON INDIAN VEGA INTL. Night School, [2015] Transgressive || Alan Palomo uczynił więcej dla promocji Polski niż wszystkie ministerialne programy, granty i fundusze razem wzięte. Ok, być może "Polish Girl" nie zainspirowała szerokich tłumów do wędrówek wśród mazowieckich wierzb, ale obok "Midnight City" M83, "Julius" Starfucker i "How Deep Is Your Love?" The Rapture była jednym z najbardziej bezwstydnie przebojowych singli roku 2011. Pół dekady później autorzy powyższych różnie odnajdują się w warunkach gdy bogato inkrustowane, ale jednoznacznie łatwe przeboje nie należą do najmodniejszych potrzeb części słuchaczy.

"Era Extraña" w istocie znajdowała się niebezpiecznie blisko bycia albumem jednego przeboju. "Polish Girl" była chyba najbardziej chwytliwą piosenką ze strony któregokolwiek z ojców chillwave'u, ale jednocześnie Neon Indian porzucał na tym albumie mikrogatunkowe ograniczenia w których wtedy jeszcze tkwili Toro Y Moi oraz Washed Out. "Era Extraña" była bardziej otwarcie syntetyczna i zmierzające w stronę ejtisowej retroelektroniki. Choć wokal Alana Palomo jeszcze konsekwentnie skrywał się przytłumiony za quasianalogowymi filtrami. Skłonności ku eksperymentatorstwu były już jednak widoczne i w kompozycjach, i aranżacjach, i w samej strukturze albumu.


Na "VEGA INTL. Night School" pop jest tożsamy z eksperymentem a Neon Indian wydaje się kłaść fundamenty po gatunek, który najstosowniej by było nazwać progresywnym disco. Lata osiemdziesiąte nie są tu tylko z fascynacją replikowane, choć pieczołowicie rekonstruowane inspiracje widoczne są i w oprawie graficznej. Kompozycje okazują się jednak zaskakująco pokomplikowane, nie tracąc przy tym nic z tanecznej chwytliwości. "Street Level" konfrontuje ze sobą rozwodnioną produkcję Toro Y Moi z połamaną rytmiką Flying Lotus. Gdzieniegdzie pojawia się utracona zręczność Daft Punk ("Hit Parade", częściowo "Slumlord"), okazjonalnie reggae rytmika kojarząca się zarówno z Lady Pank, jak i z The Police ("61 Cygni Ave" i "Annie"). Wymowa całości wydaje się pastiszowa, żartobliwa, ale jednocześnie dojrzała i eksperymentalna. Dźwiękowo i produkcyjnie album jest niezwykle gęsty, ale pomimo wielości warstw i faktur wcale nie wydaje się przeładowany. Najbardziej zaś oczywistą różnicą między "VEGA INTL. Night School" a "Era Extraña" jest wokal. Alan Palomo już nie się ukrywa, śpiewa pełnią głosu, odważnie, śmiało sięga po efektowne sztuczki z których dumny byłby Michael Jackson, Prince czy Twin Shadow. Choć przyznać trzeba, że poza "Annie" nie ma tutaj raczej jednoznacznego przeboju.


W połowie płyty Neon Indian wydaje się jednak porzucać żartobliwy sztafaż i retro eksperymentatorstwo. W fenomenalnej trylogii "Slumlord" - "Slumlord's Re-Lease" - "Techno Clique" brzmi nowocześniej, odrzuca historyzujące stylizacje na rzecz najprostszych tanecznych emocji. Stopniowo przechodzi od disco a'la Daft Punik przez taneczny house GusGus i Hercules And Love Affair po nomen omen techno, zapominając o żartach, stylizacji, mikrogatunkach, i zatracając się w prostym tanecznym pulsie. Wraz z przydługim "Baby's Eyes" powraca na wcześniejsze tory progresywnego disco, być może nieco mocniej niż w początku albumu, ale też odrobinie mniej zapamiętywalnie. Neon Indian może i zniknął na parę lat, ale pod postacią "VEGA INTL. Night School" przygotował jeden z najbardziej złożonych albumów elektronicznego popu ostatnich lat. 8/10 [Wojciech Nowacki]

15 września 2016


DEERHUNTER Fading Frontier, [2015] 4AD || "Fading Frontier" to antyteza "Monomanii". "Halcyon Digest" pozostaje nie tylko opus magnum Deerhunter, ale i koronnym dowodem na aktualność rockowej estetyki w XXI wieku, po którym można zabrać się tylko za systematyczne badanie jej kolejnych odcieni. "Monomania" była brudna, zgrzytliwa, hałaśliwa, pełna szaleństwa i choroby, "Fading Frontier" jest ugładzone, spokojne, wręcz kojące. Niewątpliwie łatwiejsze w odbiorze niż "Monomania", ukazuje jednak, że tamten album, do którego zresztą zaskakująco często powracam, był również potrzebny. Niemniej robi to za cenę częściowo nowych i niekoniecznie przekonywujących brzmień.


Krystalicznie czysta, "wodna" produkcja natychmiast opływa słuchacza już w "All The Same", pierwszym na płycie utworze, który jednocześnie służyć może jako wizytówka kompozycyjnych zdolności Deerhunter. Lekka, uwodzicielska melodia flirtuje z słonecznymi harmoniami lat sześćdziesiątych i jednocześnie koi skołatane nerwy postpunkowym gitarowym klangorem. Takich piosenek słyszeliśmy już od Deerhunter wiele, ale zasadniczą część albumu tworzą fragmenty brzmiące w istocie niecodziennie, po prostu inaczej. Zaskakująco, ale niekoniecznie już nowatorsko. W znacznej mierze elektroniczne i plażowe wręcz "Living My Life" brzmi jakby Bradford Cox spóźnił się o pół dekady z odkrywaniem chillwave'u albo mocno zasłuchał się w "Currents". Na ostatniej Tame Impala mogłyby się znaleźć też "Take Care", walczykowate, ale stosunkowo proste i mało wyrafinowane, oraz "Ad Astra", co zaskakuje, bo jest to jedyny utwór na "Fading Frontier", który napisał Lockett Pundt. Przy całym szacunku dla kompozycyjnej hiperaktywności Coxa to właśnie Lundt stał za najlepszymi utworami z poprzednich płyt Deerhunter ("Desire Lines" i "Fountain Stairs" na "Halcyon Digest", "The Missing" na "Monomanii"). Tutaj jednak z jego atmosferycznej maestrii pozostaje tylko potencjał do niemal nieskończonego zapętlania wiodącej melodii.


Obezwładniająca motoryka na szczęście dochodzi do głosu w innych częściach płyty. Dalsze celebrowanie własnych umiejętności być może brzmi znajomo, ale i tak ciekawiej niż powyższe poszukiwania. I nie ma mowy o poczuciu bezpieczeństwa, bo w najbardziej ekscytujących kompozycjach Deerhunter zawsze dochodzi do głosu emocjonalna złożoność. Szaleństwo Coxa nabiera na "Fading Frontier" jednoznacznie pozytywnego, żywotnego wymiaru, ale porywa tak samo. "Duplex Planet" przynosi firmową sztuczkę zaprzęgnięcia avant-popowej motoryki do piosenkowej formuły. Kontakty z Laetitią Sadier musiały odcisnąć się piętnem na songwritingu Coxa, bo najlepsze echa Stereolab słychać też w "Snakeskin", zdecydowane najbardziej wyróżniającym się utworze, dynamicznym, wciągającym, łączącym w sobie avant-pop z grunge'ową gitarą. A o tym, że problemem albumu nie jest jego pozornie nieprzystająca do Deerhunter pozytywna wymowa, lecz niepotrzebne poszukiwania nowych brzmień, świadczy "Breaker". Nieznośnie radosna piosenka, autentycznie słoneczna, ale niebanalna i wpisująca się w szereg najlepszych kompozycji Deerhunter, idealnie odnalazłaby się w filmie. Albo w serialu. Wrażenie jest tak silne, że niemal zapomniałem, że "Breaker" faktycznie rozbrzmiał w słodko-gorzkim fragmencie czwartego sezonu "Orange Is The New Black" poświęconemu schizofrenicznej Lolly. Co jak co, ale od "Monomanii" po "Fading Frontier" Deerhunter o schizofrenii powiedzieć mogą wiele. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

10 września 2016


I AM PLANET On The Way To Antarctica, [2016] Starcastic / Deadred || Muzyka jest sama w sobie abstrakcyjną ideą, jej odbiór zaś to seria przekładów. U jej zrodu, niezależnie od tego, czy muzyk tudzież kompozytor sobie to uświadamia czy też nie, stoją emocje. Czasem spontanicznie, czasem konceptualnie przekładane są przez niego na język muzyki, odczytywany następnie przez słuchaczy. Dodajmy do tego jeszcze element krytyki, która nie tyle wartościuje estetykę, ale jakość tego procesu. Przekład emocje - muzyka oraz muzyka - emocje jest więc istotą obcowania z dźwiękami, analiza zaś tego przekładu sednem krytyki.

Minimalizm w muzyce nie jest zatem zwyczajną dźwiękową redukcją, oszczędnością. To raczej pełna świadomość powyższego procesu, jego złożoności, faz i ciągłych interakcji, które równie łatwo mogą zniekształcać, jak i nadawać nowe sensy. Muzyka minimalistyczna oferuje czystość, klarowność, rdzeń pierwotnych zamysłów i emocji. Pozwala w pełni wybrzmiewać najmniejszej nucie, nie oferuje żadnych zbytecznych. Patrik Korinok opanował kroczenie po tej pozornie łatwej ścieżce już na swym debiucie "Silene Stenophylla". Tam punktem wyjściowym i pierwotną emocją była więź człowieka z przyrodą, praktycznym początkiem zaś wymiana instrumentarium na klasyczne. Cztery kompozycje zaaranżowane na pianino i skrzypce przyniosły zaskakująco dojrzałe brzmienie i krystaliczny dźwięk. Mimo, że wychodzić mogły z ostrożnych improwizacji to prezentowały się jako przemyślane, skupione, wręcz medytacyjne a każda z nich sprawiała wrażenie jeszcze bardziej minimalistycznej. Organiczna całość, gdzie wszystko łącznie z tytułami i grafiką miało swoje miejsce, przez swoją skromną maestrię okazała się jednym z najlepszych debiutów 2014 roku.

Teraz I Am Planet debiutuje powtórnie, już nie własnym sumptem, lecz w barwach czesko-słowackiej kooperatywy labeli Starcastic i Deadred. "On The Way To Antarctica" po pewnych wahaniach względem tożsamości "Silene Stenophylla" uznać można za drugi album I Am Planet, choć bowiem znajduje się tu dziewięć kompozycji to pierwszą ewidentną różnicą jest to, że są krótsze, bardziej kompaktowe i w efekcie album okazuje się niewiele dłuższy od poprzednika. Dłuższe i dziwnie abstrakcyjne są natomiast są tytuły, co i tutaj musi mieć znaczenie zapadające to koncepcji całości. Tym razem pierwotna idea w istocie była znacznie bardziej abstrakcyjna, wręcz filozoficzna. Na "Silene Stenophylla" ukojenie przynosił kontakt z przyrodą, tutaj zaś poczucie absurdu odsłaniające niezmienne w istocie prawidła którymi rządzi się nasz świat. Wielkie zamiary, ale czy powiódł się ich muzyczno-emocjonalny przekład?


"On The Way To Antarctica" wydaje się być utrzymane w wyższej tonacji niż "Silene Stenophylla", poszczególne akordy i frazy brzmią jednak znajomo, miejscami na granicy autocytatu, w efekcie jednak podtrzymuje to tylko poczucie komfortu. Sposób w jaki zachodzi interakcja między pianinem a smyczkami również pozostaje komfortowo niezmienny, dodanie do skrzypiec altówki nie przynosi tutaj zauważalnej różnicy, choć przychylać może równowagę kosztem pianina. Prawdziwą jednak nowością, dodającą zaskakującego wymiaru muzyce I Am Planet, jest gitara basowa. Używana oszczędnie, okazjonalnie, czasem pojawiająca się od samego początku kompozycji, czasem w połowie odmieniając nagle jego barwę i dynamikę. Tym razem też więcej tutaj siły, pasji, kontrastów, muzyka częściej się rozbiega. W efekcie I Am Planet na "On The Way To Antarctica" brzmi jak podejmował się neoklasycznej reinterpretacji post-rocka.

Wpisuje się w to również pogrywanie z ciszą, której I Am Planet miejscami pozwala wręcz wibrować. Wbrew tytułowi też album nie jest mroźny, wręcz przeciwnie, dzięki rozlicznym mikrodźwiękom tła, wydaje się jeszcze intymniejszy, żywszy i bardziej ludzki niż eteryczne "Silene Stenophylla". Gra Patrika Korinoka nadal wydaje się mieć źródło w badawczej ostrożności i spontanicznych emocjach i choć jako kompozytor znalazł już swoje bezpieczne terytoria, to jednocześnie coraz śmielej próbuje poza nie wykraczać. Miejsce obok najpopularniejszych dziś nazwisk muzyki klasycznej I Am Planet zasłużył sobie już na swym skromnym debiucie. "On The Way To Antarctica" nie przynosi drastycznej różnicy, ale jeśli poprzez muzyczną prezentację absurdalnych idei Patrik Korinok rozumie sięganie zarówno po minimalizm Erika Satie, jak i post-rockowe struktury, to każdemu z jego muzycznych pomysłów należy przypatrywać się z wielką uwagą. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

7 września 2016


JOANNA NEWSOM Divers, [2015] Drag City || Czwarty album Joanny Newsom wypełniają obrazy ciężkich barwnych chmur unoszących się nad gęstą, nieprzeniknioną dziczą. Znając jej twórczość i ulubione narracyjne tropy można zatem zakładać, że "Divers" spowija freak-folkowy naturalizm, lecz w przypadku powstającej cztery lata płyty nic nie może być oczywiste i jednowymiarowe. Zwróćcie uwagę na to jak kadrowane są okładkowe ujęcia, za kłębami chmur wyraźnie sugerowana jest jakaś obecność. Wydaje się, że uchwycono ostatni moment zanim podmuch wiatru odsłoni skrywającą się za nimi tajemnicę. Owa skryta obecność to potężna siła, organizm niemal żywy, lecz nie do końca. To spowite chmurami wieżowce. To miasto. To Nowy Jork.

"Divers" okazuje się poniekąd najbardziej wielkomiejskim albumem Joanny Newsom, ale elementy tego obrazu porozsiewane są w czasie i przestrzeni. Niezakamuflowany obraz miasta pojawia się dopiero w "A Pin-Light Bent", jego nazwa zaś pada w jedynej piosence (tak, zwyczajnej, dwuipółminutowej piosence) niebędącej autorstwa Newsom. W tradycyjnej melodii "Same Old Man", rozdzierająco prostej i z pogranicza appalaskiego folku i bluesa, słyszymy I'm certainly glad to be at home / New York City continues on, alone, miasto i jego historia ciążą zatem nad "Divers", nie są jednak właściwym przedmiotem płyty. Wypełniają ją obrazy wojsk i żaglarzy, odkrywców i kolonizatorów, zdobywców i Indian, wyspy, która stanie się Manhattanem. Kolonizatorska opowieść wykracza jednak poza własne czasy, sięga ku współczesności za pomocą szczątkowych i enigmatycznych źródeł. Gdy w "Sapokanikan" Joanna Newsom śpiewa and the records they left are cryptic at best lost in obsolescence / the text will not yield / (nor X-ray reveal, with any florescence) odnosić się może zarówno do śladów przeszłości, jak i do własnej wielowarstwowej narracji. And we came to see Time is taller / than Space is wide wyjaśnia w "Waltz Of The 101st Lightborne" wyjawiając, że właściwym tematem "Divers" jest czas.


Pojawiają się tu zaskakująco tradycyjne piosenki, jak "Same Old Man" i "The Things I Say", o klasycznej strukturze i sięgające do tradycji folku oraz dawnego bluesa. Brzmienia klawiszy Wurlitzera i Rhodesa ukierunkowują "Goose Eggs" w stronę soft-rocka wczesnych lat siedemdziesiątych i piosenkowości w stylu Fleetwood Mac. Śpiew Joanny Newsom nadal potrafi okazać się zarówno odrobinę przegadany w "Sapokanikan", jak i zręcznie chwytliwy w powtórzeniach tytułowego wersu "You Will Not Take My Heart Alive". Jednym z koronnych momentów płyty jest utwór, który mógłby nawet uchodzić za przebojowy. W "Leaving The City" słychać markową harfę Joanny oraz typowe odniesienia do muzyki dawnej, eskalująca struktura jest niekoniecznie piosenkowa, ale w niecałych czterech minutach, dzięki perkusji oraz wokalnej kawalkadzie, mieści się tyle prawdziwego napięcia co w topowych kompozycjach Kate Bush.


Nie ma na "Divers" kilkunastominutowych utworów rodem ze zjawiskowego "Ys", również w porównaniu z trojpłytowym "Have One On Me" nowy album wydaje się być najbardziej standardowym od czasów debiutu. Ale i tak jego esencją pozostają fragmenty najbliższe brzmieniu z tychże ambitnych płyty. Takim jest już otwierające album "Anecdotes", ze schowaną, lecz rozpoznawalną harfą, ozdobione dźwiękami klarnetu i, przede wszystkim, wyraźnie narracyjne. W połowie ponad sześciominutowego utworu następuje melodyjny przeskok i wyostrzenie kompozycji, która zagęszcza się i wycisza przy subtelnych dźwiękach syntezatora. Również tytułowe "Divers" skrywa tajemnicę i tkwi w zawieszeniu niespełnionego napięcia, ale już bez pogmatwanej struktury. Najbardziej emocjonującym i kluczowym zarazem utworem jest finałowe "Time, As A Symptom". Joanna Newsom wyjątkowo nie chowa się za obrazami i w prostych słowach wyśpiewuje motto albumu: Love is not a symptom of time Time is just a symptom of love. Słychać tu odgłosy ptaków i jasno deklarowaną radość życia, wokal łączy się perkusją i orkiestrą (City Of Prague Philharmonic Orchestra!) w jedną ekstatyczną całość by śpiewacza dosłownie rozpłynęła się w pół słowa w transcendencji.

"Ys" już na zawsze zostanie jednym z najważniejszych albumów pierwszej dekady XX wieku i prawdopodobnie najlepszym w dorobku Joanny Newsom (choć prawdziwym skarbem okazuje się pomijana epka "Joanna Newsom And The Ys Street Band"). "Have One On Me" pozostanie zagwostką, której rozwiązania podejmują się tylko najwięksi zwolennicy. "Divers" niezaprzeczalnie jest pod względem formalnym jej najbardziej przystępną płytą, pozostaje jednak pytanie czy jeśli ktoś nie uległ Joannie Newsom na wyżynach jej wyobraźni i ambicji, to czy ma powody by przekonać się do niej teraz. 8/10 [Wojciech Nowacki]

30 sierpnia 2016


LOW Ones And Sixes, [2015] Sub Pop || Low to nudny zespół, jak każdy zasadniczo przedstawiciel amerykańskiego alternatywnego rocka. Jeszcze zanim indie-rock stał się etykietą kojarzoną z muzykami o pokolenie młodszymi, najczęściej też pochodzącymi z naszej strony oceanu, zespoły takie jak Low, Yo La Tengo, Sebadoh, Dinosaur Jr., Lambchop, Calexico, miały już wykształcone i ustabilizowane brzmienie, sięgające od punkowych ech grunge'u przez twee-pop aż po lo-fi folk i alternatywne country. I jakby faktycznie proponując alternatywę wobec muzycznego mainstreamu, pełnego napięcia, zawirowań, wzlotów i upadków, pokazują, że istotą trwającej dekady kariery może być stabilność. Nuda.

Subtelne różnice brzmieniowe, wynikające częściej z eksperymentów produkcyjnych, niż z gwałtownych zwrotów kompozycyjnych, wystarczają by zarejestrować drobne wahnięcia, ale żadne wstrząsy. Albumy Low weryfikowane bywają tylko przez czas, niektóre stają się płytami zapomnianymi, część natychmiastowymi klasykami, inne umiarkowanie rozczarowują. Ale zawsze pozostają na tym samym, plus minus równym poziomie potencjalnie nieskończonej stabilności, której nie są w stanie nadszarpnąć nawet ewidentnie słabsze momenty. Jak przedostatnie "The Invisible Way" z 2013 roku, choć tutaj rozczarowanie wynikało ze zbyt wygórowanych oczekiwań względem producenta i tego, że Jeff Tweedy, lider Wilco, nie stworzył konglomeratu brzmień tych dwóch zespołów.


"Ones And Sixes" nie może zacząć się w bardziej rozpoznawalny sposób. Kroczące, medytacyjne "Gentle" z symboliczną melodią i charakterystycznym frazowaniem wokali brzmi jak modelowa i słyszana już niejeden raz kompozycja Low. Ale przed oskarżeniem o autoplagiat ratuje ją markowa melancholia, czysta, minimalistyczna produkcja oraz największy wyróżnik tego albumu, czyli wyraźniejsze zastosowanie elektroniki. Zrytmizowane "Congregation" opiera się na automacie perkusyjnym, ładna, prosta piosenka "What Part Of Me?" przypominać może nowsze kompozycje Blonde Redhead, finałowe "DJ" zaś współczesny shoegaze'owy dream-pop spod znaku Beach House. Z bardziej klasycznych dla Low kompozycji wyróżnia się jeszcze duet "No Comprende" - "Spanish Translation" oraz obiecująco się zapowiadające, dziesięciominutowe "Landslide", które jednak nie dorasta do własnej wymarzonej epickości.

Bo Low, mimo powolnych temp i brzmieniowego minimalizmu, potrafi brzmieć potężnie. Na "Ones And Sixes" jednak szybko traci się uwagę, pozostałe utwory brzmią znajomo, komfortowo, ale brakuje jakiegokolwiek tąpnięcia. Album przynosi lekkie odświeżenie formuły nieco przybladłej na "The Invisible Way", bezbłędnie produkowana przez Low powolna fala dźwiękowej melancholii jest nadal niezrównana. Tym razem brakuje jedynie intensywności i zdecydowania klasycznego "The Great Destroyer"  z 2005 roku czy majestatu "C'Mon" z roku 2011, które nadal pozostaje najlepszym z ostatnich albumów Low. 7/10 [Wojciech Nowacki]

24 sierpnia 2016


Praskie lato kolejny raz rozczarowuje pogodą. Zeszłoroczne tropikalne upały, przed którymi bronić się można było tylko opuszczonymi roletami i ciemnością własnego mieszkania, w tym roku ustąpiły lipcowym deszczom oraz sierpniowemu chłodowi. Życie miasta jednak nie zamiera, nawet centrum stało się przyjaźniejsze wraz z zakazem segwayów, wydarzeń pełno a i nowa muzyka tu i ówdzie pączkuje, równie różnorodna i nietypowa jak tegoroczne lato.

Ok, żadna to nowość, Hissing Fauna wydała swój album w wakacje dwa lata temu, ale nadal ciężko znaleźć lepszą porcję tak bezpretensjonalnej gitarowej muzyki na lato. Inspiracje wydają się jasne. Klasyczny amerykański indie-rock, jeszcze sprzed czasów zanim termin ten uległ totalnemu rozwodnieniu i oznaczał dość konkretne kręgi muzyki alternatywnej, o dziwo popularniejsze w Czechach niż w Polsce. Brzmienie bliskie Sebadoh czy Dinosaur Jr. wzbogacają jednak kojące elementy klasycznego chicagowskiego post-rocka przez co Hissing Fauna zbliża się choćby to najbardziej piosenkowych odsłon naszego Kristen. Jeśli ich gęste, lecz klarowne, beztroskie, lecz melancholijne brzmienia stanowią revival lat dziewięćdziesiątych, to ten najpotrzebniejszy, gdyż udanie odświeżają najbardziej zapomniane aspekty tejże dekady. Do tego całkowicie za darmo.



Zdecydowanie więcej post-rocka, i to znów w dawnym, prawdziwie eksperymentatorskim sensie, znajdziemy na albumie duetu Tomáš Palucha (czyli Jan Tomáš i Libor Palucha). "Kámen mudrců" ukazał się w formie cyfrowej oraz nakładem wydawnictwa Stoned To Death jako limitowana kaseta, łączy zatem digitalne i analogowe światy w dźwiękową opowieść o poszukiwaniach tytułowego "kamienia mędrców" (kamienia filozoficznego), legendarnie przedsięwziętych w Pradze na przełomie XVI i XVII wieku pod rządami Rudolfa II Habsburga. Historia miesza się tu z mistyką, turystyczne legendy z okultyzmem i początkami nowożytnej nauki, kulturowe cytaty ze współczesną gitarową alternatywą. Centralnym punktem albumu jest "الإكسير", niemal dark-ambientowy pejzaż ze wsamplowanym dialogiem Rudolfa II ze swym alchemistą, pochodzącym z klasyka czechosłowackiej kinematografii, filmu "Císařův pekař, pekařův císař". Reszta kompozycji to jednak, krótkie, zwarte gitarowe utwory, okazjonalnie nabierające większej dynamiki i potencjalnie kokietujące z melodyjnymi formami, ale najbliższe post-rockowym frazom i zapętleniom, u nas eksplorowanym przez wspomniane wyżej Kristen czy niegdyś Ewę Braun. A analogowa produkcja, zwłaszcza w przypadku kasety, dodaje temu materiałowi tylko dodatkowego wymiaru na poły historycznego, na poły garażowego artefaktu.



Veena proponuje bardziej konwencjonalne podejście do rockowej estetyki, pozostając jednak w alternatywnym kącie i jawiąc się jako kolejny odprysk z przeszłości. Pochodząca z miasta Tabor grupa debiutowała w 2008 roku epką flirtującą jeszcze z estetyką trip-hopu, całkiem naturalną zresztą, biorąc pod uwagę charakterystyczną barwę głosu wokalistki, Veronika Buriánková do dziś bowiem zmaga się z etykietą czeskiej Beth Gibbons. Zespół rozpłynął się jednak pośród innych aktywności jego członków, Veronika i David Zeman utworzyli duet Kalle oraz weszli w skład zespołu Nod Nod i oba te projekty zasłużenie okrzyknięte zostały jednymi z objawień czeskiej gitarowej alternatywy. Perkusista Jan Svačina zasilił swą fenomenalną grą skład gigantów Please The Trees. Po latach muzycy odświeżyli jednak Veenę i powrócili z formalnym albumowym debiutem "Help It To Die" oraz z prostszymi, okazjonalnie rozedrganymi i hałaśliwymi, ale jednak piosenkami.



Pierwsze z letnich wydawnictw labelu Exitab nie przynosi bynajmniej wakacyjnych rytmów. Vrtačky po desáté hodině na albumie "Lullabies (for Stela)" nie proponuje też tradycyjnych kołysanek. Lata eksperymentowania z elektronicznym noisem i ambientem wykrystalizowały się w końcu w postaci zarejestrowanego za jednym podejściem materiału, inspirowanego pierwszymi miesiącami życia dziecka. Nie chodzi zatem o kołysanki, lecz o szum tła, kojący hałas, symulujący zarówno dźwięki łona, jak i naturalne, choć ledwie dostrzegalne dźwięki mieszkań i domowych sprzętów. Jeśli dysponujecie zatem niemowlęciem może przetestować na nim tenże darmowy download. Jeśli jednak poszukujecie bardziej skonkretyzowanych dźwięków, sięgnijcie po również darmowy nowy materiał Sound Sleep. "Blank" to dwie piętnastominutowe formy, kanciaste, pozlepiane z przybrudzonych bitów i perkusyjnych pętli, z natury bardziej industrialne niż taneczne i imponujące w swym dźwiękowo-rzeźbiarskim rzemiośle.



Z pewnością jednak nie ma nic bardziej wakacyjnego niż letni sampler. Wybór swych tytułów w postaci darmowej kompilacji proponuje słowacki kasetowy label Z Tapes. Katalog tytułów rośnie z miesiąca na miesiąc, geograficznie nie ogranicza się bynajmniej do Słowacki i Europy Środkowej, ale proponuje coraz szerszą paletę wykonawców z całego świata, wychodząc od lo-fi bedroom popu, lecz pokrywając pełne spektrum alternatywy od laptopowej elektroniki przez dream-pop aż po indie-rock. Nic dziwnego zatem, że kompilacja "Summer 2016 (Z Tapes Sampler)",  do znalezienia już od jakiegoś czasu w naszym dziale DNAownload, była jednym z tytułów polecanych na stronie głównej przez Bandcampa. [Wojciech Nowacki]

16 sierpnia 2016


GOLD PANDA Kingdom EP, [2016] Notown || Ledwie parę tygodni po "Good Luck And Do Your Best", długo przygotowywanym albumie pieczołowicie zbierającym wrażenia z podróży do Japonii, Gold Panda powraca z dla odmiany spontanicznie zarejestrowaną epką. I choć również jej towarzyszy wyraźnie zaznaczony kontekst, to tym razem, mimo otwarcie politycznego ładunku, wreszcie koresponduje z nim czytelna emocjonalna odpowiedź. Wreszcie nie musimy czytać o inspiracjach, by poczuć, że Gold Panda chciał coś przekazać, ponadto końcowe zestawienie emocji z inspiracjami może zaskoczyć. Pięcioutworowe "Kingdom" okazuje się zatem najlepszym jak dotąd wydawnictwem Gold Pandy.

Tytułowe królestwo nieprzypadkowo nie jest już zjednoczone. Politycznych wypowiedzi ma temat Brexitu i towarzyszącemu mu klimatowi w Wielkiej Brytanii można spodziewać się po wielu wykonawcach, niekoniecznie jednak po producencie elektroniki. Gold Panda zawsze jednak wydawał się bardziej czuły na potrzeby społeczne, zetknięcia kultur, jedność w różnorodności, zarówno z poziomu własnej rodziny, jak i perspektywy podróżnika czy orientalisty. Na "Kingdom" wreszcie jednak udało mu się przenieść jednostkowe doświadczenie do szerszego i żywotnie aktualnego kontekstu. sprowadzonego następnie nie do politycznych sloganów, ale do prosto przenoszonych emocji.

Historia Afgańczyka, sąsiada Gold Pandy, który przybył do Wielkiej Brytani tylko po to, by wyspy powitały go kradzieżą telefonu, to tylko jedna z wielu opowieści, które potwierdzają okołobrexitowe obawy. "Kingdom" opiera się na tych obawach i choć częściowo jest najbardziej (jedynym?) ponurym wydawnictwem Gold Pandy, to końcowy efekt okazuje się zaskakująco kojący. Samokrytyczne oko dopatruje się ziaren nadziei, zewnętrzny niepokój działa budująco.


"A Welcome" niespiesznie tworzy scenerię, głębokie brzmienie kontrowane jest analogowymi trzaskami a tytułowe powitanie okazuje się równie melancholijne, co ciepłe. Ambientowe płaszczyzny to jednak tylko wstęp do "Mediaevil", którego zmyślny tytuł odnosić się może zarówno do średniowiecznej mentalności Brytyjczyków, jak i do roli mediów w obecnym kryzysie, ale i tak owe osiem minut jest najbardziej tanecznym utworem Gold Pandy. Silnie zrytmizowane, niemal pozbawione wyraźniejszej melodii, zwodzić może pozorną monotonią, ale punktowane dźwiękami pianina nieśmiało wkracza na terytoria introwertycznego house'u. Jeśli zaś z "Mediaevil" silnie przebija wielkomiejskość, to prosty, klubowy rytm "Stolen Phone" tylko ten obraz umacnia. Ale powierzchowny kalejdoskop miejskiego pędu okazuje się zwodniczy, industrialne pogłosy w "Blown (Out)" odsłaniają pustkę warstw rzeczywistości skazanych na wstydliwe zapomnienie. Pozostaje tylko dziesięciominutowy "Eurotunnel", lecz jego mroczny szum jest bardziej nową granicą, ślepą uliczką niż drogą ucieczki czy dopływu nowych idei.

Być może efekt nie byłby tak udany, gdyby nie prostota tego materiału, wymuszona zbawienną spontanicznością. Zamiast cyzelowania produkcyjnych ozdobników Gold Panda postawił na prosty rytm ledwie usnuty mglistą atmosferą. Idealna długość epki sprawdza się podczas podróży miejską komunikacją, którą wzbogacić może zarówno o taneczny puls, jak i o zapadnięcie się w melancholijne myśli. Półgodzinnym "Kingdom" Gold Panda osiągnął więcej niż trzema albumami, umacniając zarówno pełnoprawne znacznie tego formatu, jak i własnego imienia. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

15 sierpnia 2016


RÓISÍN MURPHY Take Her Up To Monto!, [2016] [PIAS] || Powraca pytanie o dzisiejszą grupę docelową Róisín Murphy, o tyle mniej zagmatwane, że po wydaniu "Hairless Toys" nie ma już sensu wypominanie ani Moloko, ani niespełnionych popowych ambicji. Murphy mianuje się eksperymentatorką, ale kto ma odbiorcą tego nowego status quo, tego "Take Her Up To Monto!", jako album pochodzący z tych samych sesji co "Hairless Toys", nadal nie wyjaśnia. Wiele wskazuje na to, że najlepiej przy jego tworzeniu bawiła się sama Róisín oraz producent Eddie Stevens.

Na tak prześpiewanej płycie teksty zostały potraktowane zaskakująco marginalnie. W książeczce znajdują się tylko ich szczątkowe fragmenty, najczęściej zresztą symptomatyczne (Don't call me wasted, senselessly jabbering on / Don't talk to me like that, you're picking me up all wrong asekuracyjnie wytrącające broń z ręki krytykom w "Thoughts Wasted"). Książeczkę wypełnia jednak przede wszystkim niezwykle interesujący informacyjny szum. Strzępy wiadomości, fragmenty korespondencji, pourywane maile, częściowo datowane, nigdy nie podpisane, ale dotyczące szeroko rozumianej produkcji "Take Her Up To Monto!". Miejscami domyśleć się można słów samego Stevensa, okazjonalnie być może i samej Róisín, wyłania się z nich jednak obraz równie intensywny, co nerwowy.

Przygotowania do trasy "Hairless Toys" i aranżowanie utworów z nich pochodzących na potrzeby koncertów mieszają się z bipolarną wręcz produkcją nowych utworów. Chęć prostoty i czyszczenia miksów walczy z produkcyjnym bogactwem i entuzjazmem gęstego dźwiękowego sosu. Pomysł na okładkę i sesję fotograficzną "Take Her Up To Monto!" przeplata się z ledwie skrywaną walką ze stacjami radiowymi. Bezbrzeżna wyobraźnia i śmiała precyzja duetu Stevens - Murphy prawdziwie imponują, przerzucanie się pomysłami na to jaki dźwięk ma się kiedy pojawić budzą zazdrość o tak techniczne i pomysłowe pojmowanie muzyki. Produkcja na "Take Her Up To Monto!" jest w istocie świetna, zawodzą natomiast kompozycje.

Oczywiście pojawiają się głosy o różnorodności, pomysłowości, eksperymentatorstwie, niebanalności Murphy, co tylko uspokajająco potwierdza, że nadal ma ona swoją grupę docelową fanów, obcującą jednak z jej dzisiejszym wcieleniem niczym laik ze sztuką nowoczesną doszukujący się ukrytych sensów w beztreściowym żarcie. Warto jednak zauważyć, że sporo część z nich, jeszcze niedawno celebrująca wydanie "Hairless Toys", albo nie zauważyła, albo pominęła wydanie następcy. Nie wydaje się żeby był to album oczekiwany, z pewnością też nie będzie to album zapamiętany.


Elementy mikro-house’u, tak gustownie inkrustujące „Hairless Toys”, pojawiają się tu tylko symbolicznie w finałowym "Sitting And Counting" i na moment w pozlepianym z chaotycznych fragmentów "Thoughts Wasted". Nie poczucie awangardy, ale chaosu właśnie przewija się przez całą płytę, silniej w drugiej połowie, podbarwione bowiem brakiem pomysłów na kompozycje. Nie wiem dlaczego światło dzienne ujrzało doskonale zatytułowane „Whatever”, sama końcówka zaś poza efektownymi produkcyjnymi chwytami nie oferuje żadnego zapamiętywanego fragmentu. Melodia tak wyraźna, że niemal na granicy muzakowego żartu pojawia się w prawdziwie piosenkowym i, świadomie lub nie, zabawnym „Lip Service”. Również „Ten Miles High” jawi się może nie jako najbardziej efektowna, ale najpełniejsza najbardziej ustrukturyzowana kompozycja, nieprzypadkowo zatem wybrana na singla promującego album. Z drugiej jednak strony nudnawe „Pretty Gardens” brzmi motyw z kreskówki i nie pomaga tutaj ani sama Murphy swym oderwanym od podkładu wokalem.

Ta sama bolączka, czyli tzw. lekki syndrom późnej Björk (śpiewać dużo, ciągle i niezależnie od muzyki) doskwiera już „Mastermind”, ale i tak pierwszy utwór na płycie okazuje się najlepszym. Przytłumiony, karuzelowy rytm, przechodzi tu od synth-popu w elementy disco, by emocjonująco zawahać się nad skrętem w techno, nie gubiąc po drodze nic ze swoich bogatych zdobień i detali. Za mało to jednak by zapamiętać "Take Her Up To Monto!". Zazwyczaj bronię drugich albumów z tych samych sesji, ale tym razem nie jest to „Amnesiac” i poza zabawą w studiu, tudzież chęcią wynagrodzenia wieloletniego oczekiwania na „Hairless Toys”, nie ma większych powodów do jego wydania. Jest natomiast jeden widoczny efekt, po chaotycznym zlepku "Take Her Up To Monto!" lepiej trzeba ocenić kruchą, lecz elegancką spójność „Hairless Toys”. 5/10 [Wojciech Nowacki]

4 sierpnia 2016


GOLD PANDA Good Luck And Do Your Best, [2016] City Slang || Gold Panda to fajny kumpel. Taki z którym dobrze spędza czas, nie jest ani zbyt ekstra-, ani zbyt introwertyczny, przywozi fajne zdjęcia z podroży, z których wrażeniami dzieli się w plastyczny, ale nienachalny sposób. Nasza sympatia jednak zatrzymuje się tuż poniżej progu przyjaźni i choć z radością na siebie wpadamy to nie szukamy aktywnie możliwości spotkania się.

"Good Luck And Do Your Best", płyta równie ciepła i sympatyczna, co tytuł który nosi, nie zmienia tego wrażenia oferując dokładnie ten samo poziom muzycznego i emocjonalnego zaangażowania, co dotychczasowe albumy Gold Pandy. Podobnie również osadzona jest w dopowiedzianym kontekście, którego jednak bez wyraźnej artykulacji trudno się domyśleć obcując wyłącznie z dźwiękami. Motywem przewodnim płyty "Lucky Shiner", oficjalnego albumowego debiutu, naprawdę zresztą udanego, była babcia Gold Pandy i jego rodzinne dziedzictwo. Stąd zarówno orientalizmy, jak i swojska angielskość tworzące ciepły, naturalny kolaż przesypujących się jak piasek ulotnych wrażeń. "Half Of Where You Live" jawiło się jako kalejdoskopowe, kosmopolityczne poszerzenie horyzontów Derwina, jego uwaga przesunęła się z domowych korzeni na podróżniczą wspólnotę i choć bardziej taneczna, śmielsza od poprzedniczki, to w gruncie rzeczy płyta okazała się równie intymna.

Dlatego też "Good Luck And Do Your Best" nie zaskakuje. Gold Panda ma swoją strefę komfortu, niezależnie od inspiracji stojących za albumem. Te tym razem zostały wyartykułowane jasno, płyta powstała pod wpływem wrażeń z podróży do Japonii, choć przy jej odbiorze nacisk powinien być położony bardziej na "wrażenia" niż na "Japonię". Bez tej wiedzy, bez obowiązkowo deklarowanego kontekstu raczej nie sposób się domyśleć co stoi za kruchą, sypialnianą elektroniką. Gold Panda nie jest jednak przygodnym turystą, jako absolwent studiów orientalnych i japonistyki unika płytkiej refleksji, pocztówkowych obrazów i instagramowego postrzegania rzeczywistości, którym ulegają nawet najwięksi. Japonia na "Good Luck And Do Your Best" to ani futurystyczne megalopolis, ani korporacyjny pracoholizm, ani ogrody zen, ani kulturowe dziwactwa. Gold Panda odtwarza przelotne doznania w których jeśli można rozpoznać Japonię, to najprędzej taką, którą reprezentuje shiba inu z głową w płocie.


Komfort Gold Pandy jest tak kruchy, tak kojący, że pozostaje niezmiennie rozpoznawalny. Kompozycje nie wędrują narracyjnymi meandrami, donikąd nie prowadzą, po prostu są, nawet singlowe "In My Car" stawia na kreowanie atmosfery zamiast melodii. Pełna detali produkcja skrywa w sobie subtelne orientalizmy, czasem dźwięki pianina, czasem gitary, niespiesznie wędruje między dźwiękami bardziej abstrakcyjnymi a wręcz akustycznymi. Brzmienie Gold Pandy bliższe jest tu "Lucky Shiner" niż "Half Of Where You Live", ale w efekcie i tak zlewa się w jedną bezczasową masę. Ożywienie house'owym podbiciem w pierwszej połowie płyty przynosi jedynie "Chiba Nights", ale najciekawszy blok przychodzi wraz z drugą połową. "Autumn Fall" prowadzi żywy, entuzjastyczny nerw, wypełnione mikrodźwiękami "Halyards" wprowadza wreszcie odrobinę bardziej cienisty nastrój, "Time Eater" natomiast wibruje metalicznym klangorem, by z przestrzennym rozmachem rozwinąć się wreszcie w jedną z najefektowniejszych kompozycji.

Co szczególnie cieszy u Gold Pandy to autentycznie zaangażowanie w format albumu. Podczas gdy inni twórcy zasypują nas kolejnymi jednorazowymi singlami i soundcloudowymi miksami, zmieniają nazwy, remiksują i poddają się remiksom, to Gold Panda chłonie wrażenia i dosłownie wykleja z nich album. I podobnie jak w przypadku efektownych zdjęć z podróży, niezależnie od scenerii natychmiast poznajemy oko fotografa. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

31 lipca 2016


MARK PRITCHARD Under The Sun, [2016] Warp || Okładka "Under The Sun" wygląda znajomo, prawda? Pejzaż ten jest niemożliwy, nierzeczywisty, sprzeczny z logiką i z prawami fizyki, ale nie z naszym doświadczeniem. Perfekcyjnie sensownego surrealizmu doświadczamy przecież za każdym razem śniąc. W snach zderzają się miejsca, czasy, zmysłowe wrażenia i przebłyski podświadomości tworząc rzeczywistość podobną złudzeniom optycznym i niemożliwej geometrii, ale bliską nam i przynajmniej tymczasowo zrozumiałą. Album Marka Pritcharda jest senny, ale nie w sensie pościelowego relaksu, lecz czystego surrealizmu, gdzie pozornie nieprzystające do siebie elementy tworzą jedyną w swoim rodzaju i zaskakująco spójną całość.

Podstawową treścią pejzażu Pritcharda są syntetyczne płaszczyzny bardzo bliskie Boards Of Canada. Czasem w ich formie laboratoryjno-naukowej ("Where Do They Go, The Butterflies"), czasem postapokaliptycznie zdewastowanej ("Sad Alron"). Mechaniczne quasi-recytacje w "Hi Red" i "Infraded" ocierają się wręcz o dosłownie cytowanie Boards Of Canda, ale w tym pierwszym punktowane są zniekształconą elektroniką charakterystyczną bardziej dla Oneohtrix Point Never z "R Plus Seven", w drugim zaś podbite agresywnym automatem perkusyjnym. Jest to zresztą jedyny wyraźniej zrytmizowany tutaj utwór, który nie ulega pokusie efektownej eskalacji, buduje bowiem jedną większą całość z której pączkują kolejne kontrastowe elementy.


Najbardziej oczywistymi są rzecz jasna kompozycje z gościnnym udziałem wokalistów. Bibio w "Give It Your Choir" z sukcesem rewitalizuje to, co w przypadku Animal Collective kończy się najczęściej irytująca klęską, czyli przestrzenne beachboysowskie harmonie wokalne. Sama piosenka, gdy wyobrazimy sobie do niej żeński wokal, spokojnie odnalazłaby się w repertuarze choćby Bat For Lashes. Thom Yorke w "Beautiful People" nie odbiega niczym od swoich gościnnych występów u Flying Lotusa czy Modeselektor, ale utwór ten i tak pozostaje jednym z centralnych punktów płyty. Po pierwsze bowiem, wyraźnie igra z poczuciem czasu, mruczenie Yorke'a nie wydaje się trwać aż sześć minut, tak samo jak część instrumentalnych miniatur na "Under The Sun" nie wydaje się mieć zaledwie minutę lub dwie, ale logika snu bawi się przecież również ze strukturą czasu. Po drugie zaś, syntetyczne dźwięki fletu naprowadzają nas na dalsze, jeszcze ciekawsze tropy, spełnione w "You Wash My Soul".

W tej akustycznej piosence śpiewa Linda Perhacs, enigmatyczna legenda psychodelicznego folku, skutecznie kreując obraz pogańskiej Brytanii, gdzie gods of music play. Zaskakująco często "Under The Sun" okazuje się więc albumem z gruntu folkowym, bliskim wręcz muzyce dawnej, spowitej średniowieczną niemal atmosferą grodzonych pól. Pejzaż Pritcharda jest równie angielski, co "Dr. Dee" Albarna i pieśni Kate Bush. Tymczasem gdzieniegdzie pojawiają się też rozbłyski kosmicznego ambientu, jak w ośmiominutowym, ale też i najbardziej abstrakcyjnym "EMS". "Khufu" to dron prosto z horroru, spoken-wordowe wreszcie "The Blinds Cage" w teatralno-słuchowiskowej formie dosłownie zwraca się ku kwestii śmierci i poniekąd tożsamej z nią transcendencji snu właśnie (A weary conciousness used to distinguish dream from reality / Vanquished the line that divides slumber from death).


Wszystkie te rzeczywistości wyjątkową klamrą spinają pierwsza i ostatnia kompozycja. "?", syntezatorowy dron na samym początku, ze swymi rozbłyskami i klawiszowym punktowaniem, nie tylko banalnie ilustruje, ale okazuje się faktycznie punktem wyjściowym, narracyjną i światotwórczą bazą dla całego albumu. Nieprzypadkowo tytułowe i finałowe zarazem "Under The Sun", jedyny utwór na płycie w którym wokal pochodzi z przetworzonego sampla, znów sięga do dawno minionych czasów i z tradycyjnej pieśni z 1765 roku tworzy rozedrganą mantrę o politycznej wręcz wymowie: For every evil under the sun / There is a remedy, or there is none / If there be one, try and find it / If there be none, never mind it. Jesli zatem Pantha Du Prince rozczarował w tym roku pójściem na przyjemną, ale jednak łatwiznę, to Mark Pritchard niespodziewanie pojawił się z płytą trudną, ale intrygującą, fascynująco kompleksową i unikalnie skonstruowaną. 8/10 [Wojciech Nowacki]

27 lipca 2016


PANTHA DU PRINCE The Triad, [2016] Rough Trade || Alpejski pejzaż na okładce, nagrania terenowe w szwajcarskiej dolinie przysypanej lawiną w XIX wieku, zwięźle opisana teoria czarnego szumu, to tylko fascynujące uzupełnienia do "Black Noise" jako jednego z najlepszych albumów pierwszych dekad XXI wieku. Proces, który Four Tet rozpoczął albumem "Rounds" w 2003 roku symbolicznie ukoronowany został siedem lat później. W roku 2010 Four Tet wydał "There Is Love In You", Pantha Du Prince wydał "Black Noise" a elektronika, techno, minimal house stały się częścią akceptowalnej post-gatunkowej alternatywy.

Kluczy otwierających brzmienie "Black Noise" słuchaczom gitarowego indie subtelnie poukrywanych na tym albumie było sporo. Wspomniana wyżej teoretyczna podbudowa, Panda Bear z Animal Collective, który chyba ten jeden jedyny raz nie brzmiał irytująco, przede wszystkim jednak z wolna i na wielu poziomach obezwładniająca naturalność tej muzyki. Ludzki aspekt elektroniki dziś dla wielu może być banalną oczywistością, ale jej organiczność i "przyrodnicza" wręcz plastyczność już tak częste nie są. Eksponując zaś firmowe dzwonki Pantha Du Prince pchnął rozłożenie akcentów w niemal nabożną stronę a utrzymując rytm na niemal niezauważalnym poziomie skutecznie pozbawił nas poczucie słuchania producenckiego techno. Absolutnie równorzędnym partnerem płyty stała się wydana rok później kolekcja remiksów "XI Versions Of Black Noise", równie znakomitym zaś albumem okazało się "Elements Of Light" zagrane wspólnie z The Bell Laboratory na karylionie i fenomenalnie pogłębiające zarówno sakralne, jak i naukowe wymiary muzyki Panthy.


Po sześciu latach pojawia się bezpośredni następca "Black Noise" i choć Pantha Du Prince nie osiągnął zasłużonej rozpoznawalności, to przynajmniej dla tych, których nie zwiodły nowe twarze elektroniki "The Triad" było jednym z najbardziej oczekiwanych albumów tego roku. Poprzedzająca płytę winylowa epka "The Winter Hymn" postawiła początkowo więcej pytań niż udzieliła odpowiedzi, ale z perspektywy czasu okazuje się kompaktowo reprezentacyjna dla tego, czym okazało się "The Triad". Jako singiel oraz utwór otwierający album "The Winter Hymn" jest natychmiast tak rozpoznawalne jako utwór Panthy, ze aż rozczarowuje. Zupełnie jakby wszystkie charakterystyczne dla niego i znane już elementy zostały ściśnięte do formatu kompaktowej czterominutowej piosenki, wyraźnie powstałej na fali "Stick To My Side" z "Black Noise". Niestety, "The Triad" okazuje się "płytą z wokalami".

To, co na "Black Noise" było jednorazową ciekawostką, na "The Triad" jest podstawową treścią. Nieumiejętną, niepotrzebną, w najlepszym razie nie wnoszącą nic nowego i w miarę nieinwazyjnie stapiającą się z tłem, często jednak po prostu przeszkadzającą. Wokal w również singlowym i całkiem zresztą ciekawym "In An Open Space" jest nieznośnie słodki, w "Chasing Vapour Trails", jednej z koronnych kompozycji, wprowadza tylko konfuzję, w bladej końcówce płyty irytuje w "Islands In The Sky". Paradoksalnie jednak, mdłe i zlewające się ze sobą wokale okazują tym, co jako jedyne zapamiętujemy z pierwszych przesłuchań albumu. Na płycie, która sprawia wrażenie kolażu wszystkich wykorzystanych już wcześniej brzmień Panthy Du Prince, najciekawszym okazuje się to, co najtrudniej uchwycić.


Już "Frau Im Mond, Sterne Laufen" brzmi trochę inaczej, twardziej i jednocześnie mniej skonkretyzowanie a ambientowe pejzaże alpejskich dolin jakby zastępował wielkomiejski sensoryczny pośpiech. Ale to środkowa część płyty, nieprzypadkowo w większości instrumentalna, okazuje się nie tylko najlepsza, ale i wreszcie przynajmniej odrobinę modyfikuje brzmienie Panthy. Dziesięciominutowe "Chasing Vapour Trails" pełne jest szklanych pogłosów, wydaje się surowe, kanciaste, niemal industrialne, jednocześnie dzieje się tam naprawdę sporo a brzmienie okazuje się istotnie twardsze od tego co Pantha proponował na "Black Noise". Co kontynuuje "Lichterschmaus" w gęstszej, bogatszej i kompaktowej czterominutowej formie, przede wszystkim jednak "Dream Yourself Awake", ponad dziesięciominutowe na epce, tutaj w "krótkiej" wersji siedmiominutowej, mechaniczne, ale wyważone i pełne precyzyjnie kontrolowanego napięcia.

Końcówka płyty okazuje się niestety słaba, "Lions Love" nie tylko nie wnosi nic nowego do brzmienia Panthy Du Prince, ale karykaturalnie wręcz go upraszcza, finałowe zaś "Wallflower For Pale Saints" brzmi jak coś zamieszczone na Bandcampie przez wykonawcę znajdującego się o parę klas niżej. "The Triad" nie jest bynajmniej słabą płytą, ba, zapewne będę do niej jeszcze długo i chętnie wracał. Jakakolwiek produkcja Panthy to znakomita elektronika i niemal pieszczota dla głośników, ale przemawia przeze mnie rozczarowanie, a rozczarowanie to emocje, te zaś nie ulegają się racjonalnej analizie. "The Triad" po prostu nie przynosi żadnego progresu, plasuje się na pograniczu autoplagiatu i choć oferuje zarysy intrygujących nowości to jednocześnie zbyt poświęca się tym elementom brzmienia Panthy Du Prince, które po prostu mu nie wychodzą. Na szczęście nie ma ich wiele. 7/10 [Wojciech Nowacki]

20 lipca 2016


WE DRAW A Ghosts, [2016] Brennnessel || Czas najwyższy skończyć z narracją o wypadkowej odgałęzienia Kamp! i pogrobowca Indigo Tree. Duet We Draw A nie tylko przebił swój debiutancki album "Moments", subtelnie przesuwając akcenty swego niezwykle satysfakcjonującego brzmienia, ale wydał też po prostu jedną z najlepszych polskich płyt ostatnich miesięcy.

"Moments", formalny albumowy debiut We Draw A, w świetle znakomitych epek "Glimpse" i "Whirls" był lekkim krokiem wstecz, jakby onieśmielony własnym potencjałem duet postanowił najpierw zaprezentować się od delikatniejszej, może nawet zachowawczej strony. Płyta nadal i niezaprzeczalnie brzmi świetnie, ale w momencie wydania bardziej sugerowała niż realizowała nadzieje na odważniejszą elektronikę z popowym zacięciem. Z wolna budowana atmosfera znalazła tam w końcu swe ujście i podobną konstrukcję w zasadzie powtarza "Ghosts", ale od razu o kilka emocjonalnych i kompozycyjnych poziomów wyżej.


"All We Had", na poły akustyczna piosenka, na poły jednominutowe intro, może rodzić skojarzenia z freak-folkiem, ale jeszcze silniej nawiązuje do tzw. emotroniki początku stulecia, czyli dźwięków spod znaku Hood, The Notwist czy polskiego Old Time Radio. Owszem, nie słychać tu elektroniki, jedynie kruchy wokal i gitarę, ale jednocześnie wiemy, wyczuwamy co nastąpi dalej. Singlowe "Tomorrow" zwraca się w stronę kampowego synth-popu, jako kompozycja przesadnie się nie wybija, ale też nie niknie, łopoczący house'owy bit służy tutaj bardziej budowaniu atmosfery. Produkcja się zagęszcza, utwór nadal pozostaje w gruncie rzeczy piosenką, podskórnie jednak wskazując kierunek całego albumu. W przeciwieństwie do debiutu nie trzeba tutaj czekać na zalążki satysfakcjonującego rozwiązania. Tym razem We Draw A śmiało podążają w stronę tanecznej elektroniki już w trzecim utworze. Znakomita "Tilia" operuje wokalnymi repetycjami, śpiew paradoksalnie chyba najbardziej tutaj przypomina indie-rockową motorykę Indigo Tree i nadaje kompozycji rozdzierająco ludzkiego charakteru nawet wtedy, gdy staje się wręcz mechanicznym. Taneczny utwór roku? Być może, ale tylko dla słabych organizmów, które nie są w stanie podołać prawie dziesięciominutowej "Aurorze".

Gęsta, ekstatyczna "Aurora" przynosi prawdziwe spełnienie, jako niemal finałowy utwór uświadamia, że jest centralnym punktem płyty, od którego rozchodzą się koncentryczne kręgi napięcia. Bo jeśli w "Private Ghost" We Draw A najbardziej zbliżają się do rozbieganych, ejtisowych brzmień Kamp!, to "Lighthouse" oraz "Sad Supernova", choć oba w pełni autonomiczne i wciągające, zdają się po mistrzowsku eskalować napięcie na drodze ku "Aurorze". Mechaniczny i jednocześnie piosenkowy "Lighthouse" popisuje się głębią i niezmiernie przestrzenną produkcją, "Sad Supernova" natomiast, zbliżając się do brzmień typowych dla GusGus, implementuje krautową motorykę, najpełniej zrealizowaną właśnie w "Aurorze", która swym elektroniczno-tanecznym podejściem do kraut-rocka przypomina Death In Vegas z ich niedocenianego albumu "Satan's Circus".

Slogan "romantycznego techno", aczkolwiek chwytliwy i doraźnie użyteczny, jest też całkiem mylący. Techno nadal statystycznemu polskiemu słuchaczowi może kojarzyć się źle, romantycznie pościelowe było raczej "Moments". Jeśli na "Ghosts" pojawia się romans, to nie w postaci powłóczystych spojrzeń, ale nieznośnie fascynującego i uzależniającego napięcia. Album przynosi spełnienie, choć dzięki swej długości frapująco balansuje między pełną satysfakcją a pobudzonym niedosytem. We Draw A nie dokonali żadnej rewolucji, zupełnie jakby na swoje ukształtowane już brzmienie nałożyli nowy barwny filtr, uwypuklając tylko to, co zawsze kryło się w całościowym obrazie. Rozbudzone zaś wczesnymi epkami oczekiwania nie tylko wreszcie zrealizowali, ale odkryli też całe spektrum zaskakujących przyszłych możliwości. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

8 lipca 2016


BRODKA Clashes, [2016] [PIAS] || Machina promocyjna stojąca za "Clashes", dumnie nazwanym nowym albumem Moniki Brodki, ale pierwszym kierowanym również za granicę, jest szczerze imponująca. Wzmianki w zachodnich anglojęzycznych mediach, w internetowych magazynach, blogach, serwisach, porozrzucane po społecznościowych sieciach przyjemnie łechczą oczy, zwłaszcza w połączeniu ze stroną wizualną i świetnie dopracowanym aktualnym wizerunkiem Brodki. Wyjście poza granice kraju w świetle jej dotychczasowej kariery wydaje się być całkowicie naturalnym krokiem, któremu wypada tylko przyklasnąć. Brodka na uwagę zasługuje, ma też wielki potencjał by rzeczoną uwagę przyciągać. Jednak nie albumem "Clashes".

Optykę mam podwójną, z jednej strony, jako Polak kibicuję utalentowanej krajance, z drugiej zaś, jako mieszkaniec Czech obserwuję jej nagłe pojawienie się jako debiutantki z egzotycznej Polski we wszystkich niemal mediach. "Clashes" pojawiło się na listach najbardziej oczekiwanych premier w muzycznych periodykach, popłynęły zapowiedzi, recenzje, wywiady. Tu akurat zrobiło się na moment niebezpiecznie, bo rozmowa przeprowadzona dla magazynu Full Moon ukazała się pod tytułem "Poprvé jsem slyšela hudbu v kostele", co tylko umacnia kościołowo-katolicki wizerunek Polaków, ale nic to, ważne, że Brodka pojawi się na kuratorskiej scenie Full Moonu na festiwalu Colours Of Ostrava i że zdążyła już wystąpić na praskim darmowym festiwalu United Islands. Co pomogło zresztą odpowiedzieć na parę pytań, które "Clashes" zasiało odnośnie swego potencjału i odbioru.


Płyta po prostu prezentuje się znacznie lepiej jako idea na papierze niż w rzeczywistości. Stella Mozgawa z Warpaint na perkusji w dwóch utworach, podziękowania dla Devendry Banharta w książeczce, zasłużone, bo to za jego sprawą Brodka trafiła na producenta znanego ze współpracy z Joanną Newsom. Tylko nie jest to album, który mógłby służyć jako światowy debiut. "Clashes" jest płytą, na którą mogłaby sobie pozwolić artystka o uznanej renomie, po szeregu sukcesów, chcąca uciec w stronę eksperymentowania z nastrojem, wysmakowanej produkcji, świadomego odwrotu od popu i przebojowych melodii. "Późna" Björk, "późna" Kate Bush, dzisiejsza Bat For Lashes, czy nawet sama Brodka, ale wyłącznie z perspektywy krajowej. Dla świata jest bowiem tylko egzotyczną debiutantką z materiałem, który w najlepszym razie wpisać się może w trend flirtujących ostatnio z ciemniejszą stroną wokalistek, od Julii Holter przez Marissę Nadler po Juliannę Barwick. Zacne to grono, "Clashes" nawet całkiem nieźle się w ową niszę wpisuje, ale jeśli istniał plan zawojowania przez Brodkę zagranicznych list przebojów, to powiódłby się tylko z anglojęzycznym ekwiwalentem nadal przecież zjawiskowej i fajerwerkowo przebojowej "Grandy".

Rzeczywistość tymczasem pokazuje raczej, że żaden plan podboju nie istniał a Brodka po prostu nagrała taką płytę na jaką miała ochotę, która w wyniku splotu szczęśliwych okoliczności stała się jej światowym debiutem. Przyjmuję do wiadomości, że mogę się mylić, recenzje są na ogół pozytywne, szkoda jednak dawnej zadziorności, prawdziwie oryginalnego brzmienia, które naprawdę udanie łączyło tak banalne przeciwwagi jak góralski folk i popową elektronikę, najbardziej jednak szkoda melodii, przebojów, kompozycji. "Clashes" brzmi imponująco wręcz jednolicie, kolejne utwory przepływają niezauważenie jeden w drugi, gdzieniegdzie tylko wznosi się na moment bardziej namacalna linia melodyczna. Zarys refrenu "Horses" pozostaje w pamięci tylko dlatego, że utwór ten stał się singlem, ku czemu bynajmniej nie było predestynowany.

Senne tempa i zalążki songwritingu toną w zręcznych aranżacjach sprawiając raczej wrażenie bardziej kolekcji intrygujących przerywników wyjętych z innych albumów niż pełnoprawnych kompozycji. Ciekawiej brzmi przynajmniej "Haiti", ale prawdziwy powiew świeżości w dusznej atmosferze "Clashes" przynosi dopiero "Up In The Hill", rytmiczna, przebojowa piosenka, równie rockowa w zwrotkach, co beztrosko popowa w refrenie, oraz pełne punkowej werwy "My Name Is Youth". Lecz po tym przebłysku prawdziwego i rozczarowująco niespełnionego na "Clashes" potencjału Brodki album zapada do jeszcze bardziej rozwodnionego finału.

Koncertowe aranżacje nie odkrywają niestety żadnego ukrytego potencjału, ba, w słoneczno-festiwalowych warunkach nikną one jeszcze bardziej. Z wyjątkiem oczywiście "Up In The Hill" i "My Name Is Youth" oraz... starszych piosenek. Cieszy bardzo, że Brodka nadal je wykonuje i nie postawiła na totalny reset własnej twórczości. "Dancing Shoes" odrobinę traci w nowej aranżacji, "Varsovie" natomiast bardzo zyskuje i obie te przeboje wydają się naturalnym koncertowym wyborem. Prawdziwe jednak rozkwitają piosenki z "Grandy", na czele z fenomenalnie zaaranżowanym utworem tytułowym. Powraca zadziorna, drapieżna wręcz, lecz dziewczęco zawadiacka Brodka i taką właśnie chcę, by była oglądana przez zagraniczną publiczność. Publiczność, która staje tymczasem w obliczu przeznaczonych dla niej słabszych kompozycji anglojęzycznych, albo polskojęzycznych przebojowych petard pełnych nieprzekładalnych gier słownych. "Clashes" nie jest złą płytą, rozczarowanie wynika raczej z dysonansu między tym, co wiemy o Brodce my a tym, co dowiedzą się o niej zagraniczni słuchacze. Dlatego mym braciom Czechom polecać będę raczej "Grandę" w zestawie z "LAX", czekając jednak na więcej, Brodka bowiem zasłużenie znalazła się na drodze, na której sześcioletnie przerwy między albumami już nie mogą mieć miejsca. 6/10 [Wojciech Nowacki]

2 lipca 2016


GOJIRA Magma, [2016] Roadrunner || Nigdy nie śledziłem dokonań zespołu Gojira. Chociaż ich nazwa była mi znana to pozostawali dla mnie kolejnym niewiele znaczącym zespołem na firmamencie coraz bardziej zróżnicowanej sceny metalowej. Wiedziałem, że istnieją, nagrywają, mają swoich fanów. I tyle. Nie zamierzałem w najbliższej przyszłości poświęcać im uwagi, zbyt wiele ciekawego dzieje się w muzyce aby rozmieniać się na drobne. Jednak jakiś czas temu kolega napisał do mnie z pytaniem o najnowszą płytę Francuzów, równocześnie z dużą egzaltacją umieścił ich w obrębie swojej prywatnej świętej trójcy metalu, wraz z Opeth i Iron Maiden. Mocne słowa, pomyślałem, i bardzo silne towarzystwo dla kapeli mało odkrywczej i tworzącej stylistycznie bezpieczną muzykę. Trzeba było to sprawdzić w praktyce.

Decyzja o odsłuchu "Magmy" nie przyszła mi jednak bez bólu. W muzyce nie cierpię bowiem tendencji wykonawców do propagowania bliskich im idei społecznych. Nigdy nie lubiłem zespołów politycznie zaangażowanych, bo nie obchodzą mnie poglądy przedstawicieli klasy, nazwijmy to, animatorów rozrywki (a tym właśnie są muzycy). Mają poglądy polityczne – a niech sobie mają! Kto im zabroni? Ale ja nie zamierzam poddawać się indoktrynacji podszytej pogardą dla intelektu słuchacza. Pół biedy jeszcze, kiedy w sposób nienachalny muzyk daje wyraz własnym przekonaniom budując poprzez teksty konkretną historię i narrację. Nie jestem jednak w stanie wytrzymać politycznej / religijnej / kulturowej ewangelizacji stosowanej przez gwiazdy oderwane przecież od problemów normalnego życia. Dlatego Rage Against The Machine, P.O.D, Stryper czy U2 są dla mnie stracone.

Tym bardziej obawiałem się kontaktu z, uwaga, francuskim zespołem metalowym, oddanym sprawie budowania ekologicznej świadomości i ochronie środowiska. Już sam ten fakt, bez wkraczania w mocno indywidualne i zrelatywizowane opinie na temat zawartości muzycznej, powodował, że zamiast wysłuchać płyty znajdywałem wszelkie wymówki aby tego nie robić. Wyobrażałem sobie smętnych panów zdolnych do rwania włosów z głowy i zdzierania koszul z piersi już na samo wspomnienie o węglu brunatnym, dla których równocześnie energia atomowa to sama natura. Gdzie Rzym, gdzie Krym, Panowie? Nie rozumiem toku myślenia, który nakazuje artystom wierzyć, że odgrywając kilka ostrych riffów przekonają kogoś aby nagle zaczął segregować odpady.

Przyznaję jednak, że ten element w twórczości Gojiry, w każdym razie na płycie "Magma", okazał się mniej uporczywy niż przypuszczałem. Pomimo naiwnych tekstów pokroju: When you clear your mind you see it all / You’re receiving the gold of a better life / When you change yourself, you change the world ("Silvera") cały ekologiczno-przyjazny przekaz nie zatruwa umysłu słuchacza, pozwalając skupić się na pozostałych składnikach płyty. A wśród nich najważniejszymi są świetny klimat albumu oraz dobre kompozycje.


Zaczynając od spokojnego, sennego i transowego "The Shooting Star", poprzez energetyczne "Silvera", "The Cell" i "Stranded", mamy do czynienia z naprawdę przyzwoicie opracowaną zawartością muzyczną. Perkusja i bas są mięsiste, gitary zwarte, melodie ciekawie budowane a przekaz jasny. Ekologia ekologią, ale fani mają porządnie trząść łepetynami na koncertach. Może jedynie do śpiewu Josepha Duplantiera mógłbym mieć pewne zastrzeżenia, wszystko dlatego, że w niektórych fragmentach (np. "Silvera") zaczyna niebezpiecznie zbliżać się stylowo do maniery Jonathana Daviesa. Same utwory cieszą różnorodnością dzieląc się na dwie kategorie: metalowe przywalenie, w której Gojira pokazuje jak to jest wkurzona na obecny świat pełen bezdusznych użytkowników dezodorantów ("Silvera", "The Cell", "Stranded" czy "Only Pain") oraz kawałki wycofane, jak "The Shooting Star", "Yellow Stone", "Magma" czy "Low Lands", sprawiające wrażenie, jak gdyby zespół postanowił, w ramach buntu, nawalić się chemikaliami i odpłynąć w niemal stoner-rockowy trip.

Być może troszkę się wyzłośliwiam na Bogu ducha winnych Francuzach, którzy propagują przecież nieszkodliwą a pożyteczną ideę i to za pośrednictwem dobrze przygotowanego metalowego albumu. Płyty słucha się z przyjemnością, jest ciekawa, intrygująca, zróżnicowana i łatwa w odbiorze. Być może odrobinę zbyt łatwa, co odbiera muzyce siłę, ale nie na tyle, aby wyłączyć ją w trakcie odsłuchu. "Magma" to dobry album, nie wybitny, ale i nie słaby. Nie żałuję, że się z nią zapoznałem ale też nie znalazłem zachęty aby sięgnąć po wcześniejsze płyty Gojiry. Oceniam "Magmę" z pominięciem kontekstu i bez odniesień do wcześniejszych dokonań zespołu, co może ocenę przekłamywać. Z drugiej strony przyjmuję "Magmę" taką, jaka jest, nie bawiąc się w rozważania, czy zespół dokonał stylistycznej wolty, sprzedał się czy odszedł od korzeni. Gojira nagrała płytę ciekawą i przyjemną. Co prawda usiadłem do niej z bólami, ale nie żałowałem poświęconego jej czasu. Jak dla mnie to wystarczy aby uznać ją za ciekawą propozycję i to nie tylko dla pasjonatów sortowania papieru. 7.5/10 [Jakub Kozłowski]

30 czerwca 2016


KORPIKLAANI Noita, [2015] Nuclear Blast || Korpiklaani przyzwyczaili nas do regularnego wypuszczania na rynek albumów prezentujących bardzo zbliżoną stylistykę. Chociaż każda kolejna płyta stanowi muzyczne odzwierciedlenie poprzedniej, to nie można muzykom odmówić pomysłu na kształtowanie własnej kariery. W którym jednak momencie brak zmian zacznie sprowadzać się do zjadania własnego ogona? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, gdyż zespół zasługuje na to, aby stymulować rozwój metalowej sceny. Niestety, najnowszy album zdaje się być odrobinę zbyt zachowawczy.

Różnie można nazywać twórczość zespołu. Jedni powiedzą, że Korpikaani to przedstawiciele folk- bądź, jeżeli ktoś woli tą nazwę, pagan-metalu. Dzięki hymnom ku czci wódki, piwa czy tequilli zespół najsilniej wbił się w świadomość słuchaczy jako wytrawny przedstawiciel prężnej niszy metalu alkoholowego. Na ostatnich płytach Finów coraz mniej jednak pieśni biesiadno-imprezowych, powracają za to ze wzmożoną siłą nawiązania do fińskiego folkloru. Dzięki czerpaniu z najbliższych sercom muzyków kulturowych podwalin, wyrażanych za pośrednictwem intrygującego języka, Korpiklaani nie można pomylić z żadnym innym zespołem. I chociaż ich płyty nie są w stanie zrewolucjonizować sceny muzycznej to zapewniają wspaniałą rozrywkę rzeszom festiwalowych wyjadaczy.

Jednak to, co sprawdza się podczas otwartych plenerowych imprez nie zawsze oddziałuje z równą siłą podczas odsłuchu płyty. Mamy tu więc podobnie jak w przypadku Alestorm do czynienia z muzyką, która musi być dawkowana w małych ilościach. Przesłuchanie całej płyty podczas jednego posiedzenia niestety nuży. Monotonia ta nie powoduje może chęci wyłączenia albumu, ale wpływa na odbiór poszczególnych utworów, które niezauważenie zlewają się w jedną metalowo-folkową masę. Korpiklaani odróżnia się tym samym od dokonań na przykład Heidevolk, którzy potrafią poprzez mądre wykorzystanie czystych wokali i growlingu utrzymać uwagę słuchacza. U Korpiklaani growlingu brak zupełnie a chropowaty, przepity głos Jonnego Järvelä często staje się zbyt jednostajny.


Wpływ na monotonię muzyki Korpiklaani ma również tempo piosenek, wycofany, mało słyszalny bas (zawarty na poprzedniej płycie zespołu utwór "Rauta" z wyraźną liną basu okazał się niestety jednorazowym eksperymentem) oraz dość prosty rytm wybijany przez perkusję. Na albumie "Noita" brakuje żywej, pierwotnej energii, którą powinna cechować się metalowa stylistyka. Nie oznacza to wcale, że płyta jest zła. Utwory takie jak "Lempo" czy "Viinamäen Mies" potrafią zachwycić ciekawą melodią, która niestety ukryta zostaje pod zbyt bogatą aranżacją. Wiele z kolejnych utworów niestety niczym się nie wyróżnia, singiel "Pilli On Pajusta Tehty" również zdecydowanie mniej przyciąga uwagę niż znane z poprzedniej płyty "Kunnia" czy "Rauta". Nie powiem jednak, że się zawiodłem. Nowa płyta to nadal czyste, tradycyjne Korpiklaani. Pytanie tylko, czy po ośmiu albumach nadal stanowi to komplement? Mogę się założyć, że po przesłuchaniu całej płyty nikt ze słuchaczy nie będzie w stanie przytoczyć choćby jednego elementu, który zapadł mu na dłużej w pamięć.

Są takie zespoły, które potrafią porwać w trakcie koncertów oraz takie które nagrywają przemyślane i elektryzujące albumy. Gdy oba elementy się spotkają, wówczas możemy obcować z zespołem wybitnym. Korpiklaani takim, niestety, nie jest, ale też nigdy do tego miana nie pretendował. 6.5/10

***

Niezależnie od letnich odczuć jakie towarzyszyły mi w trakcie odsłuchu płyty, udałem się na koncert zespołu w ramach zeszłorocznego Czad Festival. Słuchałem niemal pod sceną i zżarłem dobre pół kilo piachu. Korpiklaani potrafią rozgrzać tłum fanów, to na pewno. Szkoda tylko, że większość setu spędziłem na przenoszeniu nad głową dziesiątek fanów. Ilość chętnych do poleżenia na rękach innych była tak znacząca, że w powietrzu zaczynały robić się korki, tzn. nierzadko jeden z fanów nachodził na drugiego, co zaczynało przypominać budowanie ściany z klocków. No i niestety ponad godzinę polscy miłośnicy Korpiklaani zdzierali sobie gardła domagając się utworu "Vodka" a było to odrobinę irytujące i monotonne. Korpiklaani są chyba do takiej reakcji przyzwyczajeni, bo grali po prostu swoje. Podsumowując, fajny koncert, dużo energii bijącej ze sceny i szczęśliwi fani pod nią, nie ma się do czego przyczepić. Na koncercie, gdy raczeni jesteśmy crème de la crème twórczości Finów, wówczas Korpiklaani są po prostu doskonali. [Jakub Kozłowski]