16 czerwca 2017


Nadal mamy spory zapas nowości, którym przyjrzymy się dokładniej, choć znając tempo mojej refleksji nowościami do tego czasu być przestaną. W ostatnich miesiącach obok płyty Zrní z pewnością najważniejszym powrotem są Květy i ich pierwszy album zarejestrowany w odmienionym składzie, ale już teraz zatrzymać się musimy przy kilku tytułach, rozpoczynając od najatrakcyjniejszego ostatnio przykładu czesko-polskiej przyjaźni.

Remiksy ukazują wszechstronny potencjał kompozycji ba:zel. Dizzcock okazuje się zaskakująco kojący ze swą atmosferą północnego miasta, Mary C z Martinem Tvrdým proponują bardziej rozedrgane i lekko niepokojące podejście, Ježiš táhne na Berlín intensyfikuje brzmienie aż po granice agresywności a Lovenius sugeruje dla przeciwwagi deep-house'ową abstrakcję. Oryginalny utwór "Pace" przypomina jednak o swych neoklasycznych korzeniach, jakby zaś tego było mało, nowa wersja "Mandatory" dodaje jeszcze synth-popowe składniki do tej różnorodnej całości. Niemniej "RMX" pozostaje całością spójną i w tym własnie objawia się stylowość ba:zel. Nawet jednak tak zręczna epka nie jest w stanie przygotować nas na zjawiskowość "Scene 7", premierowego materiału duetu i pełnoprawnego następcy "eye draw​(​s) the line". Uwodzicielski przecież poprzednik w porównaniu ze "Scene 7" wydaje się wręcz nieśmiały, bowiem na każdym niemal polu ba:zel są po prostu odważniejsi. Wokal Eweliny jest pełniejszy, produkcja zdecydowanie klarowniejsza niż na zamglonym "eye draw​(​s) the line", okazjonalna gra na pianinie jeszcze bardziej wyrafinowana, brzmienie zaś po prostu bogatsze, głębsze a w robiącym największe chyba wrażenie "Marschfield" niemal bitewnie wojownicze. Talent do dźwiękowego designu kulminuje zaś w siedemnastominutowym dark-ambientowym utworze finałowym.



Po zeszłorocznej epce "Endian" Słowacy z Bulp debiutują długogrającym albumem "Yrsa". W tej zręcznie wyprodukowanej pigułce skupiają się liczne fascynacje czecho-słowackiej elektroniki paru ostatnich dekad: popowa melodyczność czeskiej elektroniki lat dziewięćdziesiątych (patrz: Prince Of Tennis), do dziś kultywowane słowackie nu-jazzujące downtempo (patrz: Autumnist) i przebojowość alternatywno-elektronicznego pogranicza Radiohead-Moderat. Przy okazji, z nowym singlem "Stoke The Fire" po wieloletnim milczeniu powróciła Khoiba, jeden z tych zespołów, które w znacznej mierze wpłynęły na tak inne niż w Polsce postrzeganie elektroniki. Wracając na Słowację, na główną siłę netlabelu Gergaz zdecydowanie wyrasta formacja Fallgrapp. Ich drugi album sięga do podobnych tradycji co ich krajanie z Bulp podkreślając tylko jak świetnie ma się tam tego typu muzyka. "V hmle" jednak uzupełnia te brzmienia o znaczący żywy pierwiastek. Zręcznie w całość wkomponowane smyczki oraz słowackie wokale zamiast imitować folklor tworzą raczej jego współczesny odpowiednik.



Antidotum na jakąkolwiek pretensjonalność jest tylko jedno. Kuba. Czegokolwiek się nie tknie zmienia się w zroszone potem czyste muzyczne złoto. Obfitym potem, aktywności Kuby Kaifosza są bowiem tak intensywne, że plan wydawniczy ma już przygotowany najprawdopodobniej przynajmniej do 2034 roku. Zespół Wild Tides na wysokości płyty "Hung Loose" popadać zaczął w szkatułki, błyskotliwa rewitalizacja przyszła zatem wraz z początkiem kariery solowej, najpierw jako Boy Wonder & The Teen Sensations, potem jako Lazer Viking. Ani krytyka, ani publiczność nie zdążyły jeszcze ochłonąć a tu powrócili Wild Tides zaskakując podwójnie. Po pierwsze, czeskie wokale, co w Republice Czeskiej, kraju, przypominam, czeskojęzycznym, spotkało się z podejrzeniami o żartobliwą pastiszowość. Po drugie zaś, co znacznie ważniejsze, rozpiętość stylistyczna "Sbohem a šáteček" w połączeniu z intensywnością albumu przyprawia wręcz o zawroty głowy. Piosenki sięgają od półtorej do czterech minut, ale doszukać się w nich można niemal każdego chwytu stylistycznego z historii muzyki rockowej, od rock'n'rolla przez swojski bigbit lat sześćdziesiątych i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych po country, folk i metal. I cała maestria tkwi w tym, że nie brzmi to jak popartowy mixtape, lecz spójny, rockowy album, jeden z najlepszych i najżywotniejszych jakie możecie usłyszeć w tym roku. [Wojciech Nowacki]

12 czerwca 2017


LEONARD COHEN You Want It Darker, [2016] Columbia || Śmierć Leonarda Cohena w najmniejszym stopniu nie zmieniła odbioru "You Want It Darker", płyty, która okazała się być ostatnią w dorobku kanadyjskiego Żyda, barda, poety, mnicha. Nie doszło tu, jak w przypadku "★" Bowiego, do nagłego ujawnienia się nieznanych wcześniej pól interpretacyjnych. Z własnym wiekiem i śmiertelnością Cohen mierzył się na każdej z jego ostatnich płyt, "You Want It Darker" zatem było i nadal jest przede wszystkim zwieńczeniem trylogii, którą Cohen powrócił podtrzymując swą ciągłą aktualność i przyćmiewając tak nieudane próby znalezienia swojego miejsca na początku XXI wieku jak "Ten New Songs".

Cohen zrehabilitował się na płycie "Old Ideas" ciepłą, prostoduszną oszczędnością. Pojawiły się tam tropy bluesa czy dansingowego szansonu, ale album i tak brzmiał jak nagrany z perspektywy werandy z widokiem na ogródek. Niemal całkowicie zniknął automat perkusyjny a rachityczne syntezatory z "Ten New Songs" wreszcie ustąpiły żywym instrumentom. Skromność kompozycji bliska była szkicowości, ale z pełnym potencjałem rozwinięcia się w pełnoprawne, bogate brzmieniowo kompozycje. Potencjałem, który paradoksalnie najjaśniej rozbłysł w utworze "Darkness", gdzie noirowy klimat tworzył zadziorną i autentycznie chwytliwą piosenkę. "Popular Problems" było zaś w prostej linii kontynuacją "Old Ideas", płytą lepszą, bardziej urozmaiconą i z większą ilością punktów zaczepienia. Więcej elementów i motywów, od bossanovy przez country po folk, rozpostarte jednak było symbolicznie w obrębie płyty nie naruszając typowej cohenowskiej skromności.


"You Want It Darker" spaja trylogię wyrastając w pewnym sensie z "Darkness" i ujednolicając brzmienie "Popular Problems". Album jest nadal oszczędny, ale przy tym skupiony, w czym zapewne spora też zasługa syna artysty, Adama Cohena, który płytę gustownie wyprodukował. Bardzo często kompozycje opierają się tylko na silnej linii basu z wplecionymi a to skrzypcami, a to pianinem, a to chórem. W utworze tytułowym to właśnie chór wydaje się najsilniejszym elementem piosenkotwórczym i nośnikiem melodii ponad którą Cohen snuje swoją śpiewaną poezję. Muzyczna skromność "You Want It Darker" jest dojmująca, nie ma tu aranżacyjnych wygłupów i mrużenia oka do słuchacza, nie ma też tak jednoznacznie jak na "Popular Problems" chwytliwych fragmentów. Całkiem przebojowo wypada jednak "On The Level", w którym powraca nieszczęsna Sharon Robinson, odpowiedzialna za katastrofę "Ten New Songs" do tego stopnia, że umieściła się i na okładce tamtej okropnej płyty. Tutaj na szczęście powściągnęła swoje ambicje a piosenka z jej udziałem nabiera nawet lekko gospelowego charakteru. Najbardziej piosenkowo prezentuje się najpełniejsza i niemal finałowa kompozycja "Steer Your Way", ważność albumów Cohena nie polegała jednak nigdy na ich najbardziej oczywistych fragmentach. Dusza "You Want It Darker" leży w utworze tytułowym, w "Treaty", będącym niemal starczą odpowiedzią na "Hallelujah" i nawiązaniem do "Nevermind" z "Popular Problems", czy w końcowej smyczkowej repryzie.

Ze śmiercią i starością Cohen flirtował już od dawna, ten wymiar "You Want It Darker" nie jest więc ani zaskakujący, ani tajemny, choć tym razem brakuje tu humoru i autoironii "Popular Problems". Śmierć jest po prostu faktem, emocjonalnie dość obojętnym, co zgodnie z tytułem dla większości wydawać może się niepokojąco mrocznym podejściem. Ale Cohen mniej lub bardziej otwarcie przemyca tu oznaki zwyczajnego ludzkiego zwątpienia, dzięki czemu, choć bez żartobliwości, z płyty emanuje spokojne ciepło. Liczne dosłowne odniesienia do tradycji judeochrześcijańskiej sugerują raczej lekki konflikt niż syntezę poglądów Cohena w ostatnich latach raczej dość ostrożnie wypowiadającego się o własnym buddyzmie. Hineni, Hineni / I'm ready, my Lord z "You Want It Darker" wydaje się być jednoznaczną deklaracją, ale już w "Treaty" i "If I Didn't Have Your Love" mnogość religijnych znaczeń zakamuflowana jest pod postacią miłosnych piosenek. Trudy filozofii zen pojawiają się w "On The Level": Now I'm living in this temple / Where they tell you what to do / I'm old and I've had to settle / On a different point of view / I was fighting with temptation / But I didn't want to win / A man like me don't like to see / Temptation caving in. Na progu starości to właśnie chrześcijański komfort zaświatów wydaje się być tak kuszący, zwłaszcza w obliczu pozornie zgorzkniałego buddyjskiego stoicyzmu: When I turned my back on the devil / Turned my back on the angel too. Droga prowadzi jednak właśnie tędy, w opuszczeniu gry, co jest wątkiem kontynuowanym przez Cohena w "Leaving The Table" (There’s nobody missing / There is no reward). Słowa I guess I'm just / Somebody who / Has given up / On the me and you / I'm not alone mogą zatem oznaczać zarówno odwrót od idei Boga i konfrontacji z nim, jak i zapewnienie, że potocznie nihilistyczna ścieżka buddyzmu nie oznacza bynajmniej samotności ("Traveling Light").

Dosłownie i zdecydowanie drogę poprzez życie, śmierć, ból, prawdy i filozofie Cohen po raz ostatni wyśpiewuje w mocnym i budującym "Steer Your Way", choć po ludzku pozwala sobie jeszcze na klamrę lekkiego żalu i zwątpienia w "String Reprise / Treaty". Jedyny zaś żal jaki pozostaje nam po wysłuchaniu "You Want It Darker" nie dotyczy bynajmniej śmierci Leonarda Cohena w wieku 82 lat, lecz poczucia, że jeśli jakiś muzyk zasłużył na literacką nagrodę Nobla to raczej nie jest to Bob Dylan. 8/10 [Wojciech Nowacki]

9 czerwca 2017


PREOCCUPATIONS Preoccupations, [2016] Jagjaguwar || Ile razy wydawać można debiutancki album? Brzmi to jak początek dobrego dowcipu dla muzycznych geeków, ale historia Preoccupations do zabawnych bynajmniej nie należy. Na początku mieliśmy zespół Women, który zdążył wydać dwa albumy zanim rozpłynął się w wewnętrznych konfliktach a jego ostateczny koniec przypieczętowała śmierć jednego z członków. Na gruzach formacji powstała nowa grupa Viet Cong, której debiutancka płyta spotkała się z niezwykle entuzjastycznym przyjęciem krytyki, za którym podążył szereg klubowych i festiwalowych koncertów na całym niemal świecie. Ale im silniejsza była pozycja Viet Cong jako czołowej formacji autentycznego post-punka, tym głośniejsze stawały się głosy sprzeciwu wobec jej historycznie kontrowersyjnej i rasowo niezbyt czułej nazwy. Ostatecznie Kanadyjczycy ulegli zmieniając nazwę na Preoccupations i zapowiadając drugi (pierwszy? czwarty?) album, przed którym stało również niełatwe zadanie zmierzenia się z poprzednikiem.

"Viet Cong" to płyta, która pokazała, że post-punk to nie tylko gustowna indie-rockowa stylizacja (puszczamy oko w stronę Interpol i Editors), lecz prężny gatunek, który być może jako jedyny podtrzymuje dziś żywotność rocka. Z pośród płyt zespołów Metz, Ought czy Protomartyr, to jednak album "Viet Cong" zasłużenie zdobył sobie najszerszy oddźwięk, odrzucając punkową pretensjonalność i surowość, inkorporując zaś podprogowo zaraźliwy i medytacyjny noise, niebanalną, lecz nadal piosenkową strukturę kompozycji, oraz konfrontując mechaniczny post-punk z zaskakującymi elementami jeffersonowskiej psychodelii.


"Preoccupations" okazuje się płytą podobną do poprzednika, plus minus powtarzając jego strukturę, ale tworząc też obraz większej bezpośredniości. Nie bez powodu więc dość poetyckie tytuły kompozycji z "Viet Cong" ustąpiły miejsca prostym ciosom "Anxiety", "Monotony", "Memory" czy "Stimulation". Preoccupations stają się otwarci ze swymi natręctwami, nie ma tu już miejsca na zakamuflowane emocje. Być może stąd też wokal wydaje się być bardziej otwarty na nowe formy ekspresji, choć w większości kojącą monotonię "Viet Cong" zastąpiło zmęczone i czasem szaleńcze skrzeczenie.

Miejscami płyta uderza energią. "Zodiac" jest wręcz entuzjastycznie rozbiegany, ale już piosenkowe "Degraded" brzmi nieco zbyt gęsto i za mało klarownie a siła i bezpośredniość "Anxiety" płynie zaś raczej z tekstu niż prostego zrytmizowania. I może jeszcze z ejtisowych klawiszy, które na "Preoccupations" wydają się zastępować ślady psychodelii lat 60-tych z "Viet Cong" (obecne tu jednak choćby w harmoniach "Sense"). "Monotony" nie może obronić się przed oczywistymi skojarzeniami z Joy Division, "Forbidden" zaś frustruje, bo prawdziwie efektowny motyw pojawia się na sam koniec po czym miniaturowa kompozycja ulega rozczarowującemu wyciszeniu. Ponad jedenastominutowemu "Memory", oczywistej próbie powtórzenia znakomitego "Death" z poprzednika, brakuje łatwej do uchwycenia struktury, choć kompozycja przechodzi od uszkodzonego mechanicznego rytmu przez gitarowe kaskady i post-punkową piosenkowość po kojący noise. Melodyjność powraca jednak ze zdwojoną siłą w samej końcówce, w "Stimulation" Lady Pank zdaje się spotykać z The Police, finałowe "Fever" to zaś niezmiernie efektowny i chwytliwy post-punk ujmowany przez zaskakująco indie-rockowy pryzmat epigonów z Editors czy Interpol właśnie. "Preoccupations" okazuje się zatem bardziej albumem przejściowym niż kontrą lub rozwinięciem "Viet Cong". Zupełnie jakby w przeciągu całej płyty zespół pomału otrząsał się z przeszłości, by na sam koniec odnaleźć potencjalnie nowy i przynoszący spełnienie kierunek. Jeśli tak, to kolejny album ma szansę przynieść prawdziwe zaskoczenie. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 czerwca 2017


AGNES OBEL Citizen Of Glass, [2016] [PIAS] || Postrzeganie Agnes Obel jako pianistki nie tylko zawęża jej odbiór do grona podobnych sobie neoklasyków, ale przede wszystkim zupełnie nie oddaje bezmiaru jej talentu. Owszem, Dunka jest dziewczęciem z pianinem, lecz przede wszystkim znakomitą kompozytorką, co najjaśniej wybrzmiało na wydanym w 2013 roku drugim jej albumie "Aventine". "Citizen Of Glass", nawet jeśli nie osiąga poziomu poprzednika i tylko pozoruje poszerzenie brzmienia, to, choć bez zaskoczeń, w dalszym ciągu oferuje wyjątkowe pieśniopisarstwo.

"Aventine" zalewało słuchaczy iście lynchowską czerwienią, było albumem prostym, lecz gęstym i tak zręcznym, że poza lekkim niedosytem nie odczuwało się w nim żadnego braku. Może poza przemożną chęcią usłyszenia tych piosenek na żywo w nigdy nie kończących się wykonaniach. Kompozycje Agnes Obel były po europejsku kinematograficzne, ale też niepokojące, czasem medytacyjne i przede wszystkim niebanalne dzięki jej unikatowemu zmysłowi melodycznemu. Będąc płytą zbudowaną na filarach głosu i pianina nie wymagała jednak niczego więcej do pełnego rozbrzmienia. Wszystko to było już obecne, a przynajmniej zasugerowane, na debiucie "Philharmonics", do którego jednak można było jeszcze próbować zbliżyć się z indie-folkowych pozycji. "Aventine" natomiast mocno kusiło zestawieniem z młodymi neoklasykami jak Ólafur Arnalds, Nils Frahm, Martin Kohlstedt, I Am Planet czy nawet Emika. Nikt z nich jednak nie adaptuje swojego warsztatu do tak zręcznego i chwytliwego piosenkarstwa jak Agnes Obel. Jeśli zaś jednak pozostaniemy przy samej grze, to artystce bliżej raczej do modernistycznej bohemy Erika Satie niż do minimalistów inspirujących wyżej wymienionych.


Obcując choćby ze szklanym tembrem "Golden Green" można ulec złudzeniu, że "Citizen Of Glass" to typowy przykład albumu, który przynosi poszerzenie brzmienia wraz z rozbudową instrumentarium. Owszem, pianino często tu ustępuje tak wyrafinowanym instrumentom jak celesta, melotron czy spinet, ale właśnie - ustępuje, nie współbrzmi. Muzyka Agnes Obel nadal nie jest i nie powinna być, przynajmniej na płytach, zespołową, aranżacje zaś nadal pozostają powściągliwe. Prawdziwą różnicą między "Citizen Of Glass" a "Aventine" jest to, że pomimo oczywistych fragmentów, jako całość nowy album prezentuje odrobinę mniej angażująco. Część kompozycji, zwłaszcza w drugiej połowie albumu, brzmi po prostu jak kolejne przykłady ustalonego już na dwóch poprzednich płytach warsztatu. Okazują się równie lub nawet jeszcze bardziej skromne, ale przede wszystkim ich melodyczność nie ma już cech takiej pomysłowości jak na "Aventine". Kompozycyjna lekkość może rozbrzmieć tu w utworze tytułowym, ale już w niezłym przecież "Trojan Horses" brzmi przyciężko w kanciastym refrenie.

To zresztą i tak tylko drobnostki. Album jest krystalicznie pięknie wyprodukowany i nawet jeśli wydaje się bardziej kruchy od poprzednika to jest tak samo pewny siebie. Potrzebę zręcznych, niebanalnych melodii wyczerpuje kilka kompozycji, które natychmiast stają się klasykami i być może lekko niefortunnie, poza "Golden Green", stłoczone są w pierwszej połowie albumu. "Strech Your Eyes" właściwie kontynuuje "Aventine" będąc równie filmowym, ale tym razem jest to film niemal sensacyjny i łatwo sobie można wyobrazić Agnes Obel piszącą piosenkę do Bonda. "Red Virgin Soil" jest z kolei bardziej teatralne, niemal instrumentalne i wydaje się być częścią większej, osobnej całości. "Familiar" zaś jest w najlepszym stylu zadziorne, niepokojące, z melodią pasjonująco złożoną, lecz niesamowicie śpiewną. Zaskakuje ponadto wokalnymi modyfikacjami, tak, tak, męski głos w tej piosence to nadal Agnes Obel. A i bez tych manipulacji ma się wrażenie, że stara się ona odważniej posługiwać swym głosem, takie "It's Happening Again" brzmi praktycznie jak akustyczna odsłona Goldfrapp. "Citizen Of Glass" przynosi zatem pewne zmiany w muzyce Agnes Obel, okazuje się jednak tylko i aż kolejnym potwierdzeniem jej wielkiego talentu. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 maja 2017


MIDI LIDI Give Masterpiece A Chance!, [2016] X Production || Z odbiorem muzyki Midi Lidi jest podobnie jak z postrzeganiem języka czeskiego przez Polaków. Że o ha, ha, ha, jak śmiesznie, jak zabawnie, tymczasem przecież tylko język, forma komunikacji, prawdziwa treść kryje się pod powierzchnią. Krytyczne dysputy o tym, czy oni tak na poważnie czy nie, toczą się wokół Midi Lidi praktycznie od początku ich wydawniczej działalności a szczególnych rumieńców nabrały przy okazji ostatnich dwóch studyjnych albumów. Wystarczy spojrzeć na powyższą okładkę, prawda? Albo na mój ulubiony teledysk. Czyż nie jest to właśnie ten poziom absurdu, którego powierzchownie oczekujemy od czeskiego filmu, literatury i właściwie wszystkiego? Teoria teorią, ale w praktyce Midi Lidi to jedna z najistotniejszych grup w Czechach i zarazem idealny punkt startowy do poznawania czeskiej muzyki, doskonale bowiem pokazuje historycznie tak odmienny od polskiego stosunek do elektroniki.

Chociaż akurat "Give Masterpiece A Chance!" zdecydowanie nie jest opus magnum zespołu i choć dzieli parę bolączek z kanciastym, niewykończonym poprzednikiem "Operace "Kindigo!"" to część z nich naprawia okazując się całkiem znośną letnią płytą. Pierwszym dźwiękiem jaki na "Give Masterpiece A Chance!" słyszymy jest symptomatycznie ludzki głos, co wyraźnie wskazuje na kontynuację obranej na poprzedniej płycie piosenkowej drogi. Ale brzmienie 'Tak už se zachraň" jest poważniejsze, bardziej skupione, ponad sześciominutowa kompozycja z namysłem krąży wokół śladów Hot Chip i Hercules & Love Affair, ocierając się nawet o disco-rytmikę Kamp!. Z piosenkową formą udało się Midi Lidi na tej płycie raz, i to bardzo, w idealnie sformatowanym singlu "Lux" z nadal słyszalnymi echami H&LA. Większość piosenkowych prób jednak zawodzi, "Volam" donikąd nie prowadzi a Petr Marek nie potrafi się powstrzymać przed totalnym prześpiewaniem całego utworu. Z minimalistyczną, ckliwą piosenką "Koupaliště tajemné" jest zaś Midi Lidi po prostu nie do twarzy i to nawet jeśli pominiemy rymy jdou - nabidnou - ou, ou, ou.


O ciągu przyczynowo-skutkowym między post-punkiem a taneczną elektroniką nic tak skutecznie jednak nie przypomina jak dziedzictwo New Order. Słyszymy je w bogatszym brzmieniowo "Pokec s tátou", przede wszystkim zaś w "Žižla", która efektownie przemyka od początkowej, odświeżającej dziwności do naspeedowanych Editors. I choć w końcówce albumu "Give Masterpiece A Chance!" znów gubi kierunek, skupienie i pomysłowość, to na szczęście są na płycie i fragmenty przypominające o tym, jak dobrze Midi Lidi powinni sobie radzić w niemal instrumentalnej, techniczno-mantrycznej odsłonie ("Rande s přírodou", "Duch"). Tego właśnie zabrakło na płasko brzmiącym i jarmarcznie pastiszowym "Operace "Kindigo!"", którego nie da się obronić przed zarzutami o pokraczny absurd.

Wszystko to jednak tylko pretekst. Od pewnego czasy albumy Midi Lidi, poza najnowszym "Give Masterpiece A Chance!", dostępne są na Bandcampie do darmowego pobrania. Znakomity debiut "Čekání na robota" rozpoczął oskarżenia o nadmierną humorystyczność Midi Lidi wykorzystywaniem lekko archaicznej elektroniki, podczas gdy chodziło o klasyczne inspiracje Kraftwerk i czeską elektroniką lat dziewięćdziesiątych, co w połączeniu z grami językowymi stosowanymi jako instrument rytmiczny tworzyło w gruncie rzeczy całkiem niepokojącą całość. Absolutnie obowiązkową pozycją jest natomiast drugi album "Hastrmans, Tatrmans & Bubáks", monumentalny, miejscami już zdecydowanie niepokojący, by nie powiedzieć mroczny, spójny i różnorodny zarazem. Wszystko tu do siebie pasuje, remix Chumbawamby, języki czeski, polski i słowacki, techno, deep-house w stylu Gus Gus, liźnięte post-punkiem electro, sampel z Czesława Niemena, synth-pop... Oto album który można postawić obok płyt Four Tet czy "Black Noise" Pantha Du Prince. Pobierajcie bez wahania a tymczasem "Give Masterpiece A Chance!": 6/10. [Wojciech Nowacki]

11 maja 2017


ELBOW Little Fictions, [2017] Polydor || Jeśli Goldfrapp bronili się przed syndromem niedoścignionego debiutu redefiniując się z każdą kolejną płytą, to Elbow za cenę odrobiny wysiłku zafundowali sobie restart kariery wraz ze swym czwartym albumem. Można? Można. "The Seldom Seen Kid" zdobyło w 2008 roku Mercury Prize i bez wątpienia jest jednym z dwóch najistotniejszych albumów Elbow, ba, przez niektórych uważany nawet za lepszy niż debiutanckie "Asleep In The Back". Wspomniany wysiłek to zresztą lekka przesada, Elbow z łatwością tworzą wyjątkowe kompozycje, choć ich dyskografia dzieli się niewątpliwie na czasy przed i po "The Seldom Seen Kid". Zjawiskowo silne i, cóż, zachowawczo wystarczające.

"Asleep In The Back" było płytą równie istotną dla rockowej alternatywy co "13" Blur i "Kid A" Radiohead. Niespotykane kompozycje o niebanalnej strukturze pełne były nerwowego napięcia, intensywnej oraz gęstej emocjonalności. Zbliżając się do post-rocka pozostawały rozdzierająco śpiewne, różnorodne, lecz spójne, Guy Gurvey objawił się zaś jako lider charyzmatyczny i ujmująco złamany. Na "Cast Of Thousands" Elbow wpuścili do swej muzyki znacznie więcej światła, z jednej strony doskonaląc pisanie kompozycji epickich, lecz nie patetycznych, z drugiej zaś zwracając się w stronę songwritingu, którego nie da się opisać inaczej niż po prostu ładny. Pomimo solidnej dawki wściekłości która powróciła na "Leaders Of The Free World", trzeci album wypełniły jednak w większości właśnie po prostu ładne i zaskakująco skromne piosenki. Można było zatem zacząć się obawiać o wyczerpywanie się formuły, ale pierwsze płyty Elbow tworzą niezmiernie silną trylogię.

Niemniej, "The Seldom Seen Kid" przyszło we właściwym momencie. Znów, jak na debiucie, album w całości wypełniły kompozycje jak żadne inne. Tym razem jednak stylowo spokojne, pewne siebie, sięgające zarówno po gustowny patos, jak i kojącą piosenkowość. Nowy etap kariery Elbow trwa do dziś, lekko rozedrgany, niespecjalnie emocjonujący, ale i dość aktywny. Albumy koncertowe zazgrzytały niezręczną konferansjerką, płyta z tzw. B-side'ami okazała się zgodnie z przewidywaniami rzeczą tylko dla fanów, albumy studyjne utrzymują zaś umiarkowany poziom. "Build A Rocket Boys!" było po części suplementem do "The Seldom Seen Kid", po części zaś praktycznie solową płytą Gurvey'a. Ten wyraźny kryzys zespołowej tożsamości zażegnało równe i spójniejsze "The Take Off And Landing Of Everything", choć ckliwość już zdecydowanie stała dominantą lidera. Oba te albumy, mimo niedociągnięć, przyniosły jednak przynajmniej kilka bardzo silnych kompozycji nawiązujących do wczesnych lat i wyjątkowego warsztatu Elbow. "Little Fictions" jest zatem dopiero pierwszą płytą ich pozbawioną.


Trzy najlepsze fragmenty są tylko cieniem dawnej zręczności Elbow, choć na szczęście jest to cień wystarczający do przypomnienia sobie ich wielkości. "Trust The Sun" z koronkową gitarą, punktowaną rytmiką i gwałtownymi wejściami pianina tworzy odświeżający w kontekście całego albumu poziom napięcia, choć narusza go sam Gurvey ckliwym wokalem pozostającym w zasadniczym oddzieleniu od muzycznego tła. Rytmiczne tąpnięcia perkusji i pianina, Gurvey ze swoją uwodzicielsko rozleniwioną manierą, eskalujący rozwój i nareszcie jakieś narracyjne wahnięcie w połowie utworu czyni z "Firebrand & Angel" chyba najlepszą kompozycję na płycie. Zespół stara się w jeszcze w utworze tytułowym, "Little Fictions" ma nawiązywać do "One Day Like This" czy "The Take Off And Landing Of Everything", choć wyraźnie nie ma pomysłu na dłuższą i bardziej złożoną kompozycję. Od paru lat nie ma też pomysłu na efektowne single. "Magnificent (She Says)" ma lekki posmak U2 i zbyt oczywiste smyczki, "All Disco" wyróżnia się głęboko rozczarowującym tytułem i niemal bożonarodzeniową atmosferą, "Gentle Storm" brzmi przynajmniej ciekawie dzięki lekko tropikalnej rytmice, szkoda jednak, że nie oferuje już niczego więcej. Upiory Irlandczyków krążą uparcie i nad resztą albumu, brzmienie gitary, melodia, nawet produkcja, wszystko to czyni z "Head For Supplies" idealną piosenkę U2. Tylko że z bogatszym słownictwem. Prześpiewanie całych kompozycji jest zresztą kolejną bolączką Gurvey'a, gdyby choć na chwilę pozwolił wybrzmieć tylko muzyce to takie "K2" na przykład zaskoczyłoby jako niemal avant-popowe.

"Little Fictions" to najsłabszy album Elbow, jego główną zaletą, poza okładką, jest to, że pozwala bardziej docenić "The Take Off And Landing Of Everything" i "Build A Rocket Boys!". Słaby nie oznacza jednak zły, to nadal Elbow, najbardziej niedoceniany z wielkich zespołów, płyta jest bezbłędnie wyprodukowana a kompozycje są bez wyjątku ładne i urokliwe. Tylko nie tego oczekujemy od Elbow, chcemy niepokoju, zaskoczeń, kruchych, lecz zadziornych męskich emocji. I mamy pełne ku temu podstawy, odrodzenie już raz się udało na "The Seldom Seen Kid", a i w ostatnich latach najodważniejszym dokonaniem z obozu Elbow była solowa płyta Gurvey'a. Mają to nadal w sobie, ale "Little Fictions" żadnej rewitalizacji nie dokona. Może następnym razem. 6/10 [Wojciech Nowacki]

9 maja 2017


GOLDFRAPP Silver Eye, [2017] Mute || Muzyki Goldfrapp nie można sobie wyobrazić bez towarzyszących jej westchnień. Seksownych, tęsknych, ponętnych, tajemniczych, ale też i nostalgicznych, bo nierzadko usłyszeć można westchnienia na temat jak to klasycznym i zjawiskowym był ich debiutancki album "Felt Mountain". Goldfrapp bynajmniej nie utknęli na pozycji wykonawcy z niedoścignionym debiutem. Osiągnęli to najlepszym możliwym sposobem, utrzymując wysoki poziom kompozycji, charakterystyczną dla siebie wrażliwość i uwodzicielską atmosferyczność, ale z każdym albumem zasadniczo odmieniając kierunek stylistyczny. Jeśli na "Silver Eye", swym siódmym studyjnym albumie, duet po raz pierwszy lekko wkrada się w zakamarki własnej przeszłości, to i tak jest to wynik imponujący.

Wracając do "Felt Mountain", ten modelowo wręcz kinematograficzny album sięgał jeszcze w głąb trip-hopowych lat dziewięćdziesiątych, jednocześnie antycypując falę freak-folku i zmysłowo liźniętej avant-popem retro-elektroniki. Przy tym, mimo że kompozycje te uchodzą dziś za absolutnie klasyczne, nie były bynajmniej w oczywisty sposób przebojowe. Ale czasy "Kid A", przełomu stuleci, kolizji gatunków i coming outu alternatywy były najlepszym momentem na odniesienie sukcesu czymś z gruntu antyprzebojowym. Jednoznaczna przebojowość zaczęła zatem wypływać na powierzchnię "Black Cherry", płyty twardszej, kanciastej, seksownej i najbardziej chyba w dyskografii Goldfrapp nieujednoliconej. Rozdarcie między laptopową elektroniką a bezwstydnym pop wskazało jasny kierunek trzeciemu albumowi "Supernature". Był to praktycznie prosty, electro-popowy zestaw greatest hits, którego nie powstydziłaby się Kylie Minogue.

Nic zatem dziwnego, że przy "Seventh Tree" pisało się po raz pierwszy o "powrocie do korzeni" czy "nawiązaniu do debiutu". Nic bardziej mylnego, "Felt Mountain" flirtowało z elektroniką znacznie silniej niż "Seventh Tree", na czwartym albumie zaś więcej przestrzeni otrzymały dla siebie żywe instrumentacje. Freak-folkowa odsłona Goldfrapp nabrała zatem zaskakująco angielskiego charakteru, bliskiego muzyce dawnej i Joannie Newsom. Naturalnie więc następca przynieść musiał radykalną zmianę i tak oto "Head First" brzmiało jak niekoniecznie współczesna wariacja na temat Abby. Po raz pierwszy jednak Goldfrapp zamiast być forpocztą trendów wydawali się je naśladować, ale przynajmniej ich wersja ejtisowego popu była znacznie zabawniejsza niż Madonny. Wahadło wychyliło się po raz kolejny i "Tales Of Us" z perspektywy czasu okazało się najbardziej radykalnym tytułem w dyskografii duetu. Noir atmosfera, miejscami niemal dark ambient, kreowane jednak głównie żywymi instrumentami z pomocą nienachalnych i wyrafinowanych produkcyjnych chwytów, stworzyły jednorodną i atmosferyczną całość, z której nie da się wykroić żadnych fragmentów i która pozostaje niełatwa do zaklasyfikowania.


Oczywiście, znając powyższy rytm można było się domyśleć, że jeśli Goldfrapp powrócą to "zaskoczą" swą taneczno-elektroniczną odsłoną, "Silver Eye" nie jest zatem i chyba nie mógł być zaskoczeniem. Singiel "Anymore" wyłożył na stół wszystkie karty, chwytliwy, podskórnie emocjonujący i pościelowo zmierzwiony okazał się najlepszym przebojem Goldfrapp od lat, choć oczywiście sporą rolę odgrywa tu długa przerwa w działalności duetu i fakt, że ostatnia z założenia przebojowa ich płyta ukazała się 7 lat temu. Po prostu solidny i natychmiast rozpoznawalny warsztat. Ale już "Ocean", drugi upubliczniony utwór, na płycie zresztą finałowy, to odświeżająco agresywna  i najtwardsza kompozycja w karierze Goldfrapp, klamra spinająca album jest więc niewątpliwie atrakcyjna.

Z sił "Anymore" bezpośrednio i natychmiastowo czerpie "Systemagic", piosenka niemal tytułowa, zdecydowana, mechaniczna i zrazem typowo dla Goldfrapp seksowna. Jeszcze rozpędzające się "Becoming The One" przynosi podskórne napięcie zmierzając w stronę opanowanego oświecenia. Pozostałe utwory tworzą jednak dość jednorodną i donikąd nie zmierzającą całość. Na szczęście tylko "Moon In Your Mouth" okazuje się być, co nieczęste u Goldfrapp, po prostu nudnym. Reszta brzmi zadowalająco znajomo i tym razem dość łatwo umieścić "Silver Eye" jako brakujące ogniwo między "Felt Mountain" a "Black Cherry".

Płyty prawdziwie ciekawe to takie, które zmuszają do myślenia i jak dotąd wszystkie albumy Goldfrapp spełniały ten warunek w mniejszym lub większym stopniu. "Silver Eye" zmusza ewentualnie to zastanowienia czemu brzmi równie przyjemnie, co znajomo, co prowadzi do powyższych wniosków. Nie znaczy to, że zaczynają zjadać własny ogon. Nadal są zdolni do tworzenia świetnych kompozycji, a że mimo regularnych wahnięć stylów i aranżacji ich tajemny rękopis staje się coraz bardziej czytelny... cóż, mieli siedem albumów by wychować sobie słuchaczy. Szkoda jednak, że "Silver Eye" nie spotkało się z większym oddźwiękiem. Nowych słuchaczy Goldfrapp już pewnie sobie nie zyskają, nawet częściowa produkcja The Haxan Cloak nie wyciąga ręki w stronę zwolenników dzisiejszej elektroniki. Ale i wśród fanów "Silver Eye" przemknęło ledwie zauważone. Tymczasem siódmy album Goldfrapp jest tytułem zasłużenie stylowym. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 kwietnia 2017


AUSTRA Future Politics, [2017] Domino || Rozumiem powody dla których trzeci album Austry bywa postrzegany jako umiarkowane rozczarowanie przez jej dotychczasowych fanów. Do tego dorzucam jeszcze własne silne przekonanie, że "Future Politics" to płyta jednego, tytułowego zresztą przeboju. Poza świadomością jej istnienia Austra nie była mi jednak nigdy bliska a czasem jeden udany singiel jest w stanie pociągnąć za sobą całą płytę. Zwłaszcza jeśli jest to album na którym wszelkie niedociągnięcia układają się w przedziwny sposób.

How do we find hope when things seem so bleak?

For me, hope lies in the future. It lies in the
potential of a future world that doesn't exist
yet; a world can be created only if we can
imagine it. It's time to build visions that are
radically different from anything we've known
before.

It's time for future politics.

Katie Stelmanis wyjaśnia tytułową ideę w pierwszej klatce teledysku "Future Politics" i w takich, a nie innych czasach jest to zaskakująco prosty i kuszący komentarz polityczny. Sam singiel jest jednak i bez tego obłędnie chwytliwy, w początkach 2017 roku może się z nim równać jedynie Sohn ze swymi "Hard Liquor" oraz "Conrad". "Future Politics" jest taneczne, przebojowe i złowieszcze zarazem, ze swym pamiętnym refrenem nadaje się wprost na barykady. Ciekawe jest jednak to, że warstwa muzyczna prezentuje się lekko niezręcznie, punktowana dźwiękami pianina elektronika brzmi dość archaicznie, końcowy więc efekt poważnie więc zastanawia a jednocześnie po prostu się podoba.


Do jako takiej przebojowości aspiruje jeszcze "Utopia" z radosną, niemal infantylną melodią, lecz silnie opierająca się na rytmie i wokalu ledwie oplecionymi pozostałymi dodatkami, oraz "I Love You More Than You Love Yourself", skoczna, wesoła piosenka, gdzie niemal sakralnemu altowi towarzyszy tajemnicze poczucie pustki. Pustki pomiędzy wokalem, któremu zamiast stosownego dopełnienia wtóruje elektronika na poziomie plus minus Pet Shop Boys. Minimalistycznie wypada już jednak pełniące funkcję intra "We Are Alive", prowadzone linearnie niczym początek dłuższej opowieści, wzbudzający znaczne oczekiwania na to, co wydaje się dopiero nastąpić. Ale uwaga, all songs written, produced & engineered by Katie Stelmanis using mostly soft synths and a microphone from Russia.

Jeśli zatem "Feel It Break", debiut Austry, zdecydowanymi, lecz niekoniecznie przebojowymi kompozycjami mocno akcentował modną indie otoczkę, brzmiąc niczym synth-popowa Florence + The Machine, album "Olympia" zaś zdecydowanie flirtował z prostolinijnym popem i bardziej różnorodnym brzmieniem, to "Future Politics" okazuje się płytą dziwną, lecz z dziwności tej płynie zarówno jej atrakcyjność, jak i autorskość. Faktycznie jednak, poza wymienionymi już utworami, płyta jest bardzo minimalistyczna, przez co też dość jednorodna, choć bynajmniej nie nuży. Pozostałe kompozycje są często wręcz szkicowe, gdzieniegdzie Austra zbliża się do synth-popu Soft Metals, czasem pojawia się pełniejsze brzmienie, ale pojedyncze utwory, choć nierzadko niepokojące, donikąd nie zmierzają trwając w większości około czterech minut. Każdy z nich skrócony o minutę z pewnością nabrałby większych rumieńców a i album uderzałby mocniej. Jednocześnie jednak "Future Politics" nie wydaje się za długie, wręcz przeciwnie, pozostawia poczucie przyjemnego niedosytu.

Dziwną i kojąco niepokojącą atrakcyjność "Future Politics" wzmaga tylko oprawa graficzna płyty, swym minimalizmem, ostrością i wyrazistością barw przywodząca na myśl katalońskich malarzy. Dzięki wszystkim swym niedociągnięciom, być może pozornym, być może celowym, "Future Politics" wydaje się albumem, który po latach może się okazać znacznie istotniejszym niż się dziś. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

25 kwietnia 2017


DEEP PURPLE Infinite, [2017] Ear Music || Zanim usiadłem do prac nad poniższym tekstem zadałem sobie retoryczne pytanie, czy w ogóle warto zajmować się dwudziestym w dyskografii albumem Deep Purple? Pomimo tego, że recenzję zdążyłem już przygotować, to nadal nie wiem jak brzmi odpowiedź. Na pewno nie jest ona jednoznaczna. Wynika to z faktu, że najzwyczajniej w świecie trudno jest podejść do tego materiału w sposób uczciwy i zgodny z tacytowską dewizą sine ira et studio. Dlatego uważam, że nie ma sensu skupiać się wyłącznie na muzycznej zawartości płyty "Infinite". Nie mam dla czytelnika prostych i oczywistych rozwiązań, własne zdanie każdy powinien wyrobić sobie samodzielnie, dochodząc do niego poprzez filtr własnych oczekiwań. Jeżeli jednak mówimy o emocjach towarzyszących odsłuchowi, wówczas jest to już zupełnie inna sprawa. Tymi mogę się podzielić.

Najpierw jednak jeszcze kilka uwag wstępnych. Moje wątpliwości związane z recenzowaniem Deep Purple biorą się z przeświadczenia, że istnieją (bądź istniały) na świecie zespoły, które wymykają się obecnie sprawiedliwej ocenie. Do tej grupy należą Led Zeppelin, AC/DC, Black Sabbath, Deep Purple i może jeszcze The Rolling Stones. Ich kolejne dzieła zawsze były i będą odbierane przez pryzmat wcześniejszych, najczęściej legendarnych, dokonań. Powód numer dwa bezpośrednio wiąże się z pierwszym. arystokracja świata muzyki odchodzi powoli na zasłużony muzyczny odpoczynek, płyt nie nagrają już Jimmy Page i Robert Plant, w każdym razie nie jako Zeppelini. Wszystko wskazuje również na to, że nie będzie nam już dane podziwiać koncertów Black Sabbath. Wewnętrzne kłopoty wyniszczają również AC/DC z którego z niepokojącą regularnością odchodzą kolejni muzycy. Również Deep Purple właśnie zapowiedzieli koniec kariery. Chociażby dlatego ich nowa płyta zapewne ma dla fanów rocka charakter nieomal epifanii. Nie dla wszystkich jednak, bo ludzie, siłą rzeczy, mają różne gusta i oczekiwania. Dlatego też jestem niemal pewien, że najnowszy album Purpli spotka się tak z uwielbieniem, jak i z bezpardonowym atakiem. Szczerze mówiąc, jestem w stanie zrozumieć argumenty obu stron.

Czekałem na nową płytę, być może odrobinę z rutyny i bardziej z przekonania, że należy na nią czekać niż z prawdziwej potrzeby - i dałem jej duży kredyt zaufania. Efekt końcowy nie okazał się jednak tego wart. Powracam więc do postawionego już pytania o emocje towarzyszące odsłuchowi. Jakie one były? W moim przypadku na pewno nie były żarliwe. Przyznaję jednak, że początkowo nic na to nie wskazywało. Zapowiadający "Infinite" utwór "Time For Bedlam" zaskakiwał energią i nowoczesnym charakterem aranżacji. Cieszyć mógł czysty śpiew Iana Gillana (pomimo zbędnych nakładek z początku kompozycji), który jednak na całej płycie nie zdołał utrzymać równego poziomu a upływu lat i spadku formy nie da się zatuszować prostym efektem studyjnym. Jeżeli mówimy o samych kompozycjach, to wraz z kolejnymi utworami wspomniana energia, wyczuwalna na początku, wyraźnie ulatuje. Płyta, chociaż nie wzbudza zastrzeżeń pod względem kompozycyjno-technicznym sprawia wrażenie pozbawionej duszy. Jest zlepkiem mechanicznie odgrywanych akordów i podręcznikowych solówek. Być może "profesorom rocka" już po prostu nie wypada przybierać niektórych scenicznych masek, chciałbym jednak, aby rock pozostawał rockiem, czyli muzyką zbuntowanych bądź spragnionych zabawy. Deep Purple nie mają przeciwko czemu się buntować (chociaż podejmują taką próbę we wspomnianym "Time For Bedlam"). Deep Purple nie chcą już również oddawać się nieskrępowanej zabawie i nawet ten aspekt ma w ich twórczości słodko-kwaśny posmak (utwory "One Night In Vegas" i "On The Top Of The World").


To, co jednak przeszkadza najbardziej, to uderzający profesjonalizm oraz chirurgiczna niemal dokładność producenta Boba Ezrina. Uwagę zwracają również nietrafione aranżacje (nakładki na głos Gillana w "Time For Bedlam" i "On The Top of The World") oraz rutynowe, wyprane z odrobiny szaleństwa akordy i linie melodyczne (najdotkliwiej odczułem to w utworze "Johnny's Band"). Album "Infinite" jest przykładem wybitnych zdolności muzycznych, które jednak poprzez lata rutyny wypracowanej w trakcie tysięcy koncertów prowadzą do artystycznej sztampy. W każdym razie ja nie potrafiłem szczerze zachwycić się zaproponowaną przez Deep Purple muzyką. Słuchając po raz kolejny "Infinite" zastanawiałem się, czy w roku 1970, poznając po raz pierwszy płytę "In Rock", ktoś mógł dojść do wniosku, że jest to album zbyt wygładzony i sterylny, aby przemówić do wyobraźni słuchacza. Myślę, że nie. Wbrew propagandzie sianej przez co bardziej "alternatywnych" znawców muzycznej sceny – albumy legendarne nie stają się legendami dlatego, że miały więcej szczęścia, albo trafiły w odpowiedni moment w rynkowej koniunkturze. Stają się klasyką ze względu na swój wyjątkowy poziom artystyczny, potwierdzany zresztą przez kolejne pokolenia.

O ile więc zachwycam się na przykład "In Hearing Of" zespołu Atomic Rooster, to nie powiem, że zasługiwał on na uznanie w większym stopniu niż wydany w tym samym czasie "IV" Led Zeppelin czy "Aqualung" Jethro Tull. Tak samo jest z "Infinite", mogę doceniać melodie i pomysły, ale po kilku odsłuchach wrócę jednak do "Machine Head" albo, odnosząc się do bliższej historii zespołu, włączę "Purpendicular". Czy "Infinite" zostanie kiedykolwiek wymieniona jednym tchem wraz z "Fireball", "Machine Head" czy nawet "Burn" i "Stormbringer". Nie ma na to szans.

Być może trzeba mnie zaliczyć do grona malkontentów, którzy nie potrafią cieszyć się z rzeczy współczesnych żyjąc przekonaniem, że "to, co dobre już było". Niech i tak będzie. Nie przesądzam zresztą werdyktu, ale ktoś będzie musiał użyć silnych argumentów abym inaczej spojrzał na najnowszą płytę Deep Purple. Ja sam takich argumentów nie dostrzegam. 6/10 [Jakub Kozłowski]

18 kwietnia 2017


O grupie Role, zwłaszcza w kontekście albumu "Rána", pisze się coraz częściej jako o gitarowej muzyce jakiej Republika Czeska jeszcze nie zaznała. Z tym akurat pozwolę sobie się nie zgodzić, nie tylko dlatego, że wydaje się to być przejawem typowego czeskiego deprecjonowania własnej muzyki. Na szczęście ktoś taki jak ja, na poły stąd, na poły spoza, może czeską muzykę nie tylko uparcie dowartościowywać, ale i identyfikować jej części składowe. Role zawiera bowiem w sobie po prostu dwa niezmiernie popularne w Czechach nurty rockowej alternatywy, niekoniecznie z kolei wzbudzające większe zainteresowanie w Polsce - shoegaze i 90's indie. Stąd u Role ciekawa równowaga między beztroską i zatroskaniem, próby mieszania z estetyką rocka zataczają zaś pełne koła, w efekcie więc możemy tu usłyszeć i riffy Foals, i melancholię The Cure. Do tego czeski wokal, umiejętnie kluczący gdzieś pomiędzy leniwym naturalizmem a lekką teatralnością. Rock być może się nie zmienia, ale z pewnością ma sie nadal dobrze.



Próbują również Acute Dose a że zaprzęgają do swych poszukiwań większą liczę środków to i efekty może nie są równie przyswajalne co u Role, ale znacznie szerzej zakrojone. U podstaw nadal tkwi indie-rock z lat dziewięćdziesiątych, ale największą różnicą w stosunku do Role nie jest bynajmniej anglojęzyczny i lekko histeryczny wokal. Na albumie "II" natknąć się można na elementy math-rocka, współczesnej gitarowej alternatywny czy wręcz awangardy, a wszystko to ujęte w bardzo gęste oraz całkiem emocjonalne / emocjonujące ramy.



Jeszcze bliżej noisowej awangardzie mają Rouilleux na zaledwie trzyutworowej epce "The Spoils", nie ma się jednak czego obawiać, materiał ten jest bowiem znacznie bardziej atmosferyczny od dwóch powyższych indie-rockowych dokonań. Z kojącego szumu wyłaniają się melodie, wyraźniejszych kształtów dodają im dęciaki, by w finale ukazać najzwyczajniejszą w świecie piosenkowość. Nadal więc poniekąd rock, ale kombinujący i z potencjałem.



Pisząc jednak o muzyce rockowej w końcu pojawia się wątpliwość, że taka muzyka powstaje wszędzie i zawsze, co zaczyna być problemem, jeśli mówimy o jej potencjalnym eksporcie zagranicznym. W przypadku krajów jak nasze kładzie się zatem nacisk na oryginalność, jakąś mityczną "lokalność", prawdziwie unikatowy czynnik sprawiający, że muzyka właśnie stąd a nie z któregoś krajów anglosaskich zasługuje na szczególną uwagę. I zasadniczo zgoda, sam pisząc o czeskiej muzyce robię to z myślą o jej specyfice i wyróżnikach. Ale z drugiej strony, dlaczego wykonawcy w Czech, Słowacji, Polski muszą być na siłę oryginalni? Dlaczego muszę kreować swoje własne unikalne stylistyki i w praktyce być lepszymi od muzyków na Zachodzie tylko po to by mieć tam szansę na odniesienie sukcesu? Dlaczego nie mogą po prostu stanąć do uczciwej konkurencji w znanych, popularnych i niekoniecznie oryginalnych gatunkach? Bo nie ma znaczenia pochodzenie, czasem powinno wystarczyć być dobrym. Tak jak grupa ±0 dobra jest w post-punku.



Jakub Jirásek zaintrygował już w 2012 roku prawdziwie lo-fi epką "Cold Cold Nights". Z jednej strony za sprawą swego głosu, bo ówczesny nastolatek brzmiał jak Beck Hansen śpiewający w grunge'owym zespole. Z drugiej strony w jego muzyce wyróżniała się lekka, swobodna filmowa atmosfera, jakby każdą z jego piosenek można było usłyszeć w niezależnej amerykańskiej słodko-gorzkiej komedii dla przeintelektualizowanych introwertyków. Jakub zaczął zresztą studiować reżyserię i być może dlatego jego aktywności muzyczne osłabły, być może zaś z powodu niefortunnego, niemożliwego do wyszukania pseudonimu J pod którym wtedy występował. Już z towarzyszeniem zespołu i jako J & The Cold Cold Nights dotarł z koncertami i do Polski, obecnie zaś grupa Cold Cold Nights wydała wreszcie album "(The) Last Summer". Jest to dzieło wyraźnie zespołowe, przy czym mówimy o zespole, który nadal dociera siebie i swoje inspiracje. Głos i słonecznie indie-rockowa dusza Jakuba jest tutaj tylko jednym z elementów, album zwraca się w stronę nieinstrumentalnego post-rocka, pełnego zarówno typowych gitarowych kaskad, jak i islandzko-dęciakowo-dzwnoneczkowych ornamentów w stylu Sigur Rós. Noce z pewnością są chłodne po tak widocznym przesunięciu muzyczno-geograficznych akcentów.



[Wojciech Nowacki]

17 kwietnia 2017


ANOHNI Paradise EP, [2017] Rough Trade || Recepcja "Hopelessness" nadal mnie zdumiewa. Mogę jeszcze zrozumieć akceptację strony muzycznej, pomimo wielkich imion umiarkowanie rozczarowującej, ale jednocześnie doskonale wpisującej się w obecne, szybko się starzejące, lekko pretensjonalne wielkomiejskie trendy. Intelektualna miałkość politycznej refleksji Anohni to problem na który ewentualnie można przymknąć oko, ale powszechne obezwładnienie słuchaczy i inteligentnej przecież krytyki to już rzecz poważnie zastanawiająca. Zostawiając jednak na boku kwestie aparatów krytycznych i, być może, politycznej poprawności, dziś już możemy odpowiedzieć na pytanie czy zawiodło "Hopelessness" czy Anohni.

Tym razem pomaga nie tylko format epki, z którym zręcznie obeznany był jeszcze Antony And The Johnsons. Niewątpliwie krótsza, bardziej kompaktowa forma skutecznie zapobiega zmęczeniu przesadnie wyeksponowanym przekazem czy niezbyt wyrafinowaną muzyką. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że jakimś cudem "Paradise" nie trapi żaden z tych problemów. Anohni nadal ma to w sobie, duch Antony'ego And The Johnsons powraca i owiewa "Paradise" bynajmniej nie delikatnie, przede wszystkim jednak zrównoważone zostały proporcje. Muzyka zyskała sobie więcej przestrzeni, znaczenia i urozmaicenia, warstwa tekstowa nadal jest naiwnie zaangażowana, ale przynajmniej odrobinę bardziej zawoalowana i bardziej osobista, dzięki powrotowi do tematów feminizmu, wiary i tożsamości. Co jak co, ale o tym akurat Anohni ma ciekawe rzeczy do powiedzenia.


Tytułowe "Paradise" podejmuje wątki z "Hopelessness", lecz za pomocą bardziej enigmatycznego i dość zręcznie wieloznacznego tekstu. Przede wszystkim jednak kontynuuje ideę lekkiej chwytliwości zapakowanej w mocniejszą elektronikę, ale tym razem umiejętnie prowadzoną i nieprzerysowaną. Jej lekki archaizm, dość przytłaczający na "Hopelessness", tutaj funkcjonuje po prostu jako jedna z intrygująco wybranych stylizacji, epka jest bowiem w przeciwieństwie do albumu odświeżająco różnorodna. Do lirycznego poziomu "Hopelessness" powraca "Jesus Will Kill You", można więc znów przewracać oczyma, ale pewnie niezamierzenie tekst i tytułowa fraza odbierane mogą być humorystyczno-ironicznie, sam utwór zaś brzmi jakby do Oneothrix Point Never dołożyć woodkidową rytmikę z młodzieżowych filmów. Jedynym zgrzytem będzie więc "Ricochet" z mało wyrafinowanym i niezręcznym refrenem, ale na sześć różnych kompozycji jest to rzecz do wybaczenia.

Nawet tak prosty zabieg, jak powstrzymanie się od bombastycznego efekciarstwa w pierwszym utworze, znacznie ułatwia odbiór Anohni i nadaje tej muzyce tak potrzebnej przestrzeni, na "Hopelessness" skompresowanej do nicości. "In My Dreams" to w zasadzie wietrzne, oddychające, ambientowe trzyminutowe intro ze skromnym, enigmatycznym tekstem i niemal progrockowymi klawiszami. "You Are My Enemy" brzmi sakralnie, ale zaskakująco bezpretensjonalnie, zaczyna się niemal a capella, by w finale przerodzić się w gospel i naprawdę niewiele więcej tu potrzeba. Podobnie skromnie, przestrzennie i kojąco brzmi niemal medytacyjne "She Doesn't Mourn Her Loss". Zamiast sloganowych narzekań "Hopelessness" czuć tu wreszcie rześką bryzę optymizmu, przede wszystkim wybija się tu jednak poczucie uwolnienia, swobody, zrzucenia krępujących więzów albumu na siłę innego, chwytliwego, modnego. Dzięki "Paradise" Anohni i Antony And The Johnsons okazują się jedną i znacznie ciekawszą postacią. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

10 kwietnia 2017


ANNA CALVI Live For Burberry EP, [2017] Domino || Jedna z bezdyskusyjnie najciekawszych postaci rocka ostatnich lat, a celowo przy tym pomijam płciowe zróżnicowanie, nadal wydaje się tkwić w półcieniu, ostatnimi czasy głównie na własne życzenie. Koncertowy żywioł Anny Calvi w minionych latach praktycznie nie znajdował ujścia poza granicami Wielkiej Brytanii. Występy na rodzimym gruncie miały zaś głównie charakter specjalnych wydarzeń z towarzyszeniem chóru tudzież orkiestry symfonicznej. Żadnych pierwotnych rockowych gigów, żadnych nowych utworów, żadnych konkretnych wieści o potencjalnym trzecim albumie. Jedynie dalsze wzbogacanie brzmienia znanych już kompozycji i okazjonalne ruchy w półcieniu, zawsze intrygujące i pokazujące status oraz skalę możliwości Anny Calvi, od odwiedzin u Wild Beasts po komponowanie dla Marianne Faithful.

"One Breath", choć zawierało szereg naprawdę udanych kompozycji, pokazało jednak, że wzbogacanie brzmienia niekoniecznie musi być najlepszą drogą dla Anny Calvi, zwłaszcza w zestawieniu z pierwotnie prostym i elegancko drapieżnym debiutem. "Strange Weather" natomiast, ostatnie tak naprawdę wydawnictwo Anny Calvi, pokazywało jej wszechstronność w interpretacji cudzego materiału, od FKA twigs po Suicide, oraz łatwość z jaką przychodzi jej translacja odmiennych stylistyk na swój skąpany w czerwieni gitarowy noir. Od wydania ostatniego regularnego albumu upłyną w tym roku cztery lata, od epki - trzy lata, i aż do teraz nie mieliśmy praktycznie żadnych śladów powstawania nowego materiału. Zdecydowanie zbyt długą przerwę wydawniczą kończy wyłącznie niestety cyfrowa epka "Live For Burberry", ale czy można ją traktować jako wskazówkę kierunku w jakim miałaby podążać Anna Calvi? Ta tajemnica pozostaje nieodkryta.


"Live For Burberry" to rejestracja pięciu utworów, które Anna Calvi odegrała podczas pokazu mody z towarzyszeniem swego zespołu, sekcji smyczkowej oraz chóru. Nie wiem jak prezentuje się nowa kolekcja Burberry, ale jeśli jako stosowną ścieżkę dźwiękową użyto do niej właśnie takiej muzyki to moja wyobraźnia może zagalopować w niebezpieczne rejony. Na pięć zamieszczonych tu utworów składają się dwie nowe kompozycje, jeden cover i dwie starsze piosenki, oczywiście natychmiastową uwagę przyciągają pierwsze od lat nowości. "Whip The Night" już tytułem i rozpoczynającym go mocnym bębnem wskazuje na nawet jeszcze bardziej radykalny powrót do surowej zadziorności debiutu. Piosenka napisana została na potrzeby sztuki teatralnej, monumentalną sekcję rytmiczną Anna Calvi kontruje w niej nawiedzonym kaznodziejskim wokalem i jazgotliwą gitarą, czuć też, że może być częścią większej narracji. A jeśli już mowa o narracyjnych zdolnościach Anny Calvi to druga nowa kompozycja, instrumentalny "Nathaniel", być może nie wnosi nic nowego do jej wizerunku, ale przypomina jak znakomitą jest gitarzystką, zdolną do snucia intensywnych opowieści tylko przy pomocy dźwięków gitary.

Cover "iT" Christine And The Queens, piosenki sprzed trzech lat, zmienił ją z mglistego synth-popu w medytację na chór i smyczki. "Eliza" oraz "Desire" tylko i aż przypominają jak znakomite i pełne emocji są to kompozycje, jak dojrzały jest warsztat Anny Calvi i jak potężny jest jej wokal. Nie dowiadujemy się zatem niczego o czym byśmy już nie wiedzieli, ale uwaga, wreszcie, być może po latach prób i docierania się, smyczki i chór zdołały się wpisać w jej kompozycje bez patosu, bez dysonansu i tym razem wreszcie je dopełniając. Więcej oczekiwać można na drugim już tegorocznym nowym wydawnictwie Anny Calvi. 22 kwietnia, na tegoroczny Record Store Day, na podwójnym czerwonym winylu ukaże się "Live At Meltdown", pełen, lecz limitowany album koncertowy z udziałem chóru i Davida Byrne'a. Pozostanie jedynie wierzyć, że wraz z "Live For Burberry" stanowić będzie podsumowanie i zamknięcie etapu przyczajenia. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

2 kwietnia 2017


MASTODON Emperor Of Sand, [2017] Reprise || Był kiedyś taki australijski zespół Buffalo. W latach siedemdziesiątych nagrał kilka przyzwoitych hardrockowych albumów i przynajmniej jeden genialny a niedoceniany, "Volcanic Rock", płytę, która mogłaby uchodzić za wczesnego protoplastę stonerrocka spod znaku Monster Magnet. Ja jednak nie o tym. Wspomniany zespół przy okazji swojej bodajże czwartej płyty wpadł na pomysł, aby wykorzystać tytuł "Songs For The Frustrated Housewives". Na taki marketingowo kontrowersyjny ruch nie pozwoliła im wytwórnia, wybrali więc tytuł "Mother's Choice", zarejestrowali longplay, rozpadli się i do widzenia. Prezentowany przez Amerykanów z Mastodon metal to właśnie taka muzyka dla kur domowych. Nie za ostra, żeby nie drażnić uszów panienek zasłuchujących się onegdaj w Puddle of Mudd albo Sum 41, nie za agresywna, aby nie mącić spokoju ducha i wystarczająco melodyjna, aby potupać nóżką.

Kompozycje, które proponuje Mastodon zasługują jednak na lekki pomruk zadowolenia a całość albumu prezentuje się przyzwoicie. Kawałki pasujące do amerykańskich slasherów dla nastolatków w przedziwny sposób ładnie się na "Emperor Of Sand" dopełniają. Muzycy Mastodon najwidoczniej chcieli nadać kompozycyjnego rozmachu albumowi i podzielili go na dwie, wyraźnie odrębne, części, bardziej popową i pseudo-progresywną. Cały czas jednak Mastodon unosi się na powierzchni oceanu mainstreamu jak wypełniona powietrzem butelka. Może to odrobinę patetyczne, ale skoro czytacie recenzję ich płyty, to i tak pewnie w patosie jesteście rozkochani.

Podobno metal to nie rurki z kremem. Słuchając kilka ostatnich płyt Mastodon myślę jednak, że w ich przypadku trochę tego kremu by się znalazło. A jeżeli nie kremu to przynajmniej spora dawka lukru. Albumy takie jak "The Hunter", "Once More 'Round The Sun" czy najnowszy "Emperor Of Sand" wyraźnie pokazują gdzie muzycy widzą swoje miejsce, i bynajmniej nie jest to finansowo niesatysfakcjonujący piwniczny i śmierdzący potem underground. Zastanawiam się, czy ta płyta podobałaby mi się bardziej, gdyby nie cała ta nachalna promocja ze strony Warnera. Szczerze mówiąc wątpię. Najnowszy album jest jednak dobry, jeżeli jesteś fanem Mastodon. Jeżeli dodatkowo jesteś Amerykaninem i uważasz, że Five Finger Death Punch to najlepsze co się przytrafiło metalowi w ostatnich latach to "Emperor Of Sand" jest pewnie nawet bardzo satysfakcjonujący. Dla wszystkich innych najnowsza płyta stanowi miłą rozrywkę, ale ołtarzów zespołowi raczej nikt wznosić nie będzie.

Nigdy nie byłem w stanie jasno się określić i właściwie nadal nie wiem, czy ja w ogóle ten zespół lubię. Na pewno nie robi na mnie żadnego wrażenia "The Hunter" i nie przepadam za "Crack The Skye". Zresztą nawet "Remission" jest mi obojętne. Ale już albumy "Blood Mountain", "Leviathan" i "Once More 'Round The Sun" sprawiają sporo frajdy i od czasu do czasu do nich wracam. Tyle, że jest to muzyka tła, wypełniacz przestrzeni i hamburger, nawet jeśli z modnych hipsterskich craftowych restauracyjek, to taki który łyka się wówczas, gdy nie chce się za bardzo ubabrać w kuchni. Ponadto, o dobry Jezu, jak fatalnie Mastodon prezentuje się na żywo… a dla mnie, i przypuszczam, że dla wielu innych miłośników dobrej muzyki, jest to bardzo znacząca wada. Nie wiem, czy wynika ona z zatrudniania kiepskich inżynierów dźwięku czy po prostu braku umiejętności, ale każdy z wokalistów najczęściej wyje i to w złej tonacji. Większości występów nie da się w ogóle słuchać, co wzbudza mój niepokój w trakcie kontaktów z albumami. Zaczynam się bowiem zastanawiać na ile efekt osiągnięty na chociażby "Emperor Of Sand" został po prostu sowicie opłacony dolarami.


To, że stylistyka prezentowana przez Mastodon na "Emperor Of Sand" jest ze wszech miar mainstreamową (chociaż starają się ją odrobinę ubrudzić) nie podlega dyskusji. Oczywiście nadal mamy tu jazgotliwe gitary, krzyki i gardłowe szczekanie, ale ugrzecznione i wydelikatnione. "Show Yourself", "Precious Stones", "Steambreather" czy nawet otwierający album "Sultan's Curse" to przede wszystkim ładne, chwytliwe melodie, które zaaranżowane zostały na metalową modłę. Gdyby trochę się pobawić w remiksy to mogłyby śmigać w radiu w wydaniu stricte popowym.

Nie ma oczywiście nic złego w ich przebojowości, bo są to przyzwoite kawałki. Zresztą "Precious Stones" uważam za jeden z najlepszych na płycie, melodyjny, prosty i chwytliwy kawał rocka, nie próbujący być czymś więcej niż jest. Niestety, nie można tego powiedzieć o większości kompozycji z dalszej części albumu. Gdy mija popowe wyczucie melodii pojawiają się u Mastodon progresywne ciągotki. Tyle, że progresyw w rozumieniu muzyków z Atlanty to dłużyzny, brak kompozytorskiej zwartości i rozwodnienie pomysłów. Obawiam się, że tak właśnie rozumieją prog ci, którym nigdy nie chciało się wysłuchać ani jednego progresywnego albumu w całości. Nie potrafię przywołać w pamięci żadnego utworu od "Word To The Wise" wzwyż. Może poza fragmentami "Jaguar God" i "Scorpion Breath". Utwory "Ancient Kingdom" a w szczególności "Clandestiny" są mistrzowskie w swej nijakości. Niewiele lepiej prezentują się "Andromeda" i "Roots Remain". Zespół niestety pokazuje w ten sposób, że tam, gdzie dał się ponieść ambicji muzycznej, kompozytorsko najbardziej zawiódł. Brakuje na płycie klimatu i uderzenia. Tego, co na "Once More 'Round The Sun" gwarantowało "Asleep In The Deep" czy nawet "High Road". Mastodon jest obecnie ambitnym mainstreamowym metalem i niczym ponadto. Po co więc brnąć w progresyw? Jestem zresztą pewien, że "Emperor Of Sand" sprawdza się najlepiej, gdy jedziecie cadillakiem poprzez bezdroża z trzema pięknymi Amerykankami na tylnym siedzeniu. Myślę, że w takiej sytuacji wspomniany już "Precious Stones" będzie brzmieć epicko. Szkoda tylko, że nigdy tego nie sprawdzę.

Nie jest to płyta zła. Jest za to nierówna i niespójna. Pod przykrywką naiwnego konceptu skazańca zostawionego na pastwę losu gdzieś na pustyni album dotyka ważnych tematów choroby, życia i śmierci. Tyle, że robi to tak jakoś niedojrzale i młodzieżowo. Tytułowy "Imperator Piasku" to personifikacja raka. Wiecie, piasek równa się czas, czas równa się życie a rak powoduje, że czas zaczynamy odliczać bardzo skrupulatnie. Piękne to i głębokie, wzruszające i dające do myślenia, przemyślne i znaczące. Prawda? No nie bardzo. Ale przynajmniej próbowali. Czy jednak warto posłuchać? Oczywiście, ale potem sięgnijcie na przykład za nowy Pallbearer. Czeka was wówczas memento z mniej banalnym tryptykiem. 6/10 [Jakub Kozłowski]

31 marca 2017


BAT FOR LASHES The Bride, [2016] Parlophone || Natasha Khan pada ofiarą oczekiwań, naszych i swych własnych, obu równie skonkretyzowanych, całkowicie jednak sprzecznych. Oczywiście jako świadoma i niezależna artystka podąża za swoimi zamysłami, w efekcie dostarcza ostatnio rozczarowujące albumy, które przemijają bez wyraźniejszego znaczenia. "The Bride" jest równie nudnawe co "The Haunted Man", dodatkowo opiera się na ryzykownym i wydumanym koncepcie a w przeciwieństwie do poprzednika nie zawiera ani jednej piosenki przebojowo odwołującej się do złotych czasów dwóch pierwszych płyt (niczym nomen omen "All Your Gold" z "The Haunted Man"). A jednak wydaje się być albumem minimalnie ciekawszym.

Barokowy pop z debiutanckiego "Fur And Gold", plemienny, ale przebojowy i nienachalnie artystowski, przynajmniej na razie nie powraca. Bat For Lashes debiutowała od razu na pozycji gdzieś pomiędzy Arcade Fire a Florence + The Machine, pomysłowości zaś wystarczyło jej jeszcze na "Two Suns", płytę już flirtującą z koncepcyjnością, ale tworzącą nadal atrakcyjną całość. Kreowanie atmosfery nie musi zatem apriorycznie zakładać nudy, proporcje uległy zachwianiu dopiero na "The Haunted Man". Bat For Lashes zbyt szybko poczuła powołanie do wyniesienia się do roli natchnionej ikony, ale przemiana z indie-dziewczęcia w diwę zaspokoiła tylko jej własne potrzeby.


"The Bride" wymachuje swoim wykoncypowanym artyzmem niczym białą flagą. Albumów snujących opowieści wynikające z osobistych tragedii jest wiele, radzących sobie z tematem lepiej lub gorzej, lecz przynajmniej opierających się na własnych doświadczeniach. Jestem przekonany w życiorysie Natashy Khan znajdzie się sporo punktów zaczepienia do snucia osobistej i szczerszej opowieści bez potrzeby wymyślania narracji o poziomie emocjonalnego skomplikowana porównywalnym z amerykańskim dramatem klasy B.

Pomijając jednak warstwę narracyjną, na którą można przecież przymrużyć oczy, to postępująca kompozycyjna monotonia jest prawdziwym problemem "The Bride". Co na początku płyty może jeszcze uchodzić za minimalizm ("Joe's Dream") lub medytacyjność ("Never Forgive The Angels") szybko okazuje się być kompozycyjną i aranżacyjną jednorodnością. Atmosfera płyty stopniowo rozświetla się w jej drugiej połowie, ale dojmującej monotonii nie ożywia tam ani okazjonalny syntezatorowy dron, ani neoklasyczne pianino, ani nawet całkiem intrygujący spoken-word wywodzący się niemal z niepokojących tradycji "Horse Latitutes" The Doors ("Widow's Peak"). Prawdziwie niepokoi jednak pojawiający się już teraz u Natashy Khan "syndrom późnej Björk", czyli takie zanurzenie się we własnej wypracowanej manierze wokalnej, że wydaje się posługiwać jedną linią wokalną w każdej kompozycji i w totalnym rozłączeniu od muzycznego tła.

Najciekawszymi elementami "The Bride" są ślady Sexwitch, jednorazowego projektu w którym Natasha Khan uczestniczyła w 2015 roku i zarazem najlepszego jej wydawnictwa ostatnimi czasy. W "Honeymooning Alone" pojawia się kwaśny krautowy posmak i surowa rytmika rodem z późnego Portishead (czy może raczej Beak>), całość zaś utrzymana jest w krwistej noir-bluesowej atmosferze z pogranicza ścieżki dźwiękowej Twin Peaks i wczesnej twórczości Anny Calvi. Portis-/Radioheadowa rytmika utrzymuje się w "Sunday Love", jedynym żywszym fragmencie płyty, a trójcę kompozycji z największym potencjałem dopełnia "In God's House", mocniejsze, minorowo punktowane, niemal monumentalne i na swój sposób sakralne, lecz bez zwyczajowo związane z tym pretensjonalności. Potencjał więc w "The Bride" tkwi większy niż w "The Haunted Man", album przywraca też umiarkowanie wiarę w Bat For Lashes jako intrygującą artystyczną platformę. Materiału wystarczyło jednak być może na epkę, lecz z pewnością nie na popowy koncept-album. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

28 marca 2017


JAMES BLAKE The Colour In Anything, [2016] Polydor || Podsumowanie trzeciego albumu Jamesa Blake'a jest znacznie prostsze niż jego przesłuchanie. "The Colour In Anything" jest za długie. Na listę siedemnastu utworów jeszcze przed premierą oczekiwanej przecież płyty od razu zwracały uwagę pierwsze zapowiedzi i pierwsze recenzje. Jeśli zatem po paru miesiącach album rozpłynął się w niepamięci i szarozielonym, akwarelowym niebycie to jest to głównie za sprawą mizernej selekcji materiału. Uratować "The Colour In Anything" mogą jedynie samozaparcie i ilość czasu na tyle duże, by wyłuskać fragmenty warte zachowania i tworzące potencjalnie znacznie krótszą płytę. Na szczęście nie musicie robić tego sami, oto plan ratunkowy:

1. "Radio Silence": radioheadowe pianino, operowanie głosem, bezbłędna produkcja, czyli dalsze cyzelowanie piosenkowego warsztatu Jamesa Blake'a opanowanego już zasadniczo na poprzednich płytach. Ładna kompozycja, która dodatkowo wyróżnia się nieobecnym raczej na "The Colour In Anything" minorowym nastrojem, choć przy siedemnastu piosenkach może łatwo zginąć w całości.

2. "Points": i już na drugiej pozycji mamy wypełniacz bez zapamiętywalnej melodii, brzmiący za to jak zastaw ćwiczeń z produkcyjnych chwytów. Niepotrzebny.

3. "Love Me In Whatever Way": piosenka o tyle problematyczna, że brzmi nieodparcie znajomo, ot, typowe brzmienie pianina, typowy rozśpiewany Blake i wykształcony na szczęście już na "Overgrown" patent z aranżacyjnym zagęszczeniem w drugiej połowie utworu. Bez przekonania, ale zostaje.

4. "Timeless": nareszcie żywsza i zdecydowana elektronika, choć nie tak efektowana jak w najlepszych fragmentach "Overgrown", to w skromności jej siła. Delikatnie łopoczący bit, wokalne repetycje i eskalujące zapętlenie wzbogaca zegarkowy rytm i mikroskopijna wręcz gitara.

5. "f.o.r.e.v.e.r.": ballada na wokal i pianino, która przypomina o tym, że James Blake mógł zainspirować też Sama Smitha. Nope.

6. "Put That Away And Talk To Me": w warstwie instrumentalnej zapowiada się niezwykle interesująco, przypominając dawno minioną, kruchą i mroźnie pozytywkową fazę Björk. Ale niemal natychmiast na pierwszy plan wysuwa się przesadnie wyeksponowany vocoderowy wokal i całość okazuje się niezbyt finezyjnym alternatywnym r'n'b, które od czasów debiutu Blake'a inni opanowali znacznie lepiej.

7. "I Hope My Life (1-800 Mix)": oczywiście, że jest to fragment wyjątkowo mało wyrafinowany, ale jedyny na płycie w oczywisty sposób taneczny. Odświeżający moment wytchnienia.

8. "Waves Know Shores": modelowy wręcz wypełniacz, może słysząc go na koncercie ktoś by się ucieszył, że "o, nieznana kompozycja", ale na tak rozciągniętej płycie nie ma ani funkcji, ani sensu, ani miejsca.

9. "My Willing Heart": delikatna, lekko pościelowa piosenka, pod którą częściowo podpisuje się Frank Ocean, vocoder na samym początku niezmiernie irytuje, później jednak Blake śpiewa czystym i głębokim głosem a doszukać się można i lekko jazzującej atmosfery.

10. "Choose Me": wydaje się być emocjonalnym i narracyjnym centrum albumu, skupia w sobie zarówno największe słabości, jak i niezaprzeczalne zalety warsztatu Blake'a. Rozśpiewana, wielowarstwowa kompozycja, z ciekawą warstwą instrumentalną, w której przecinają się hip-hop, r'n'b, nieznośny vocoder i produkcyjny ekstrawertyzm tworząc naprawdę atrakcyjnie rozemocjonowaną całość.

11. "I Need A Forest Fire": kolaboracja z Bon Iver, nie tak atrakcyjna jak prezentuje się na papierze, choć to już zasługa przereklamowania Justina Vernona. Wyróżnia ją ale lekko nabożna atmosfera, silny bas i klawiszowy dron w tle.

12. "Noise Above Our Head": dwunasty utwór to dokładnie ten moment, w którym nawet najbardziej wytrwały słuchacz zaczyna tracić uwagę. Ze szkodą dla pozostałych utworów, bo "The Colour In Anything" od tego miejsca już zwyczajnie męczy.

13. "The Colour In Anything": jeśli bezsprzecznie utalentowanego James'a Blake po raz kolejny nie daje się odróżnić od karykatury song-writingu jaką jest Sam Smith to chyba lepiej podarować sobie smętne ballady typu wokal plus pianino?

14. "Two Man Down": po części dźwiękowy eksperyment z zaskakująco budującą linią wokalną, ale sięgając ponad sześciu minut zdecydowanie za długi.

15. "Modern Soul": naprawdę można się zdenerwować, że taka kompozycja znajduje się na piętnastej pozycji w ramach monstrualnego albumu. Kto nie odpłynie w połowie płyty, to "Modern Soul" i tak przeoczy, podprogowo rejestrując coś ładnego, ale będąc zbyt zmęczonym by skupić na tym swoją uwagę. Na czym? Subtelnie modyfikowane pianino, James Blake w modelowej formie wokalnej, niebanalna melodia i jedna z jego najdojrzalszych kompozycji.

16. "Always": byłoby znakomitym finałem, tymczasem, podobnie jak poprzednik, bez selekcji zleje się z resztą w ciepławy budyń. Odważniejsze zrytmizowanie, relaks ze śladami odchodzącego napięcia, napisy końcowe.

17. "Meet You In The Maze": absolutnie nie, kolejna kolaboracja z Bon Iver przy której doskonale by się przewracało oczami na jego ostatniej płycie.

Tak oto uzyskujemy destylat w postaci dziesięciu utworów, tworzących potencjalnie znacznie lepszy i z pewnością łatwiej przyswajalny album. Bynajmniej nie najlepszy w karierze, część wybierze debiut, któremu inspirującego znaczenia nie można odmówić, inni wybiorą bogatsze i skupione "Overgrown". Skrócone do dziesięciu piosenek "The Colour In Anything" pozostawiałoby przynajmniej przyjemny niedosyt zamiast poczucia wymęczenia. 6/10 [Wojciech Nowacki]

22 marca 2017


SUNDAYS ON CLARENDON ROAD Pale Blue Dot EP, [2016] Bad Names || Po nadzwyczaj udanym albumie "Unward" może wydawać się dziwnym, że kolejnym krokiem Sundays On Clarendon Road jest zaledwie epka, ale uwaga, format ten jest równie niedoceniany co praski duet, wymaga też pewnego poziomu narracyjnej maestrii. "Pale Blue Dot" zatem oddaje doskonale nie tylko talenta muzyków, ale i to, co chcą tym razem nakreślić. Dystans.

Za astronomicznymi metaforami skrywa się bowiem lekko chłodny komfort duetu odnośnie miejsca w którym się znajdują. Niczym Pluton ze swoim niedookreślonym statusem niby planety na okraju Układu Słonecznego, Sundays On Clarendon Road orbitują na okraju lokalnej sceny, ale ta zdystansowana pozycja przynosi im nie tylko zadowolenie, ale i nieskończone niemal możliwości działania. Blada niebieska kropka to obserwowana z oddalenia planeta Ziemia, ale również sam duet na którym warto skupić obserwacyjne instrumentarium.

Jonáš Zbořil i Jan Tůma odchodzą lekko od oczywistych skojarzeń ze słynniejszymi męskimi duetami uwodzącymi wokalnymi harmoniami. Indie-folkowy pierwiastek obecny jest na "Pale Blue Dot" tylko w postaci ledwie zauważalnego gwiezdnego pyłu. Podobnie piosenkowość, wcześniej manifestująca się w postaci tak autentycznie przebojowych kompozycji jak "Slow Slow Slow" czy "Unward", tutaj poddana zostaje dekonstrukcji i przesłonięciu innymi warstwami kompozytorskimi czy aranżacyjnymi.


Już "Kepler" bowiem ma linearną, eskalującą strukturę zamiast schematu zwrotka - refren. Rozpoczyna się od dźwięków gitary elektrycznej, finalny efekt trochę psuje lekko niezręczny syntezator, ale w kompozycję wpleciony jest i pomysłowy, ewokujący podróż sampel, przede wszystkim zaś stopniowo pojawia się w niej kuszące, folkotroniczne rozedrganie pamiętane z nieodżałowanych nagrań Hood. Rozbiegany "Gravenhurst" napędzany jest automatem perkusyjnym, z jednej strony nawiązuje do brzmień Morr Music i The Notwist, z drugiej zaś objawiają się w nim subtelne post-rockowe elementy. Nad kompozycyjnym warsztatem Sundays On Clarendon Road unosi się zaś na "Pale Blue Dot" duch dekonstruowanej od czasów "Hail To The Thief" piosenkowości Radiohead.

Klasyczny songwriting pojawia się dopiero w "Getting Older", zdecydowanie najbardziej piosenkowej kompozycji, która przypomina nam o chłopięcym przebojowym potencjale Sundays On Clarendon Road, po który zdają się sięgać z wrodzoną łatwością. Zbliżają się tu znów do nienachalnego synth-popu, utwór efektownie się zagęszcza, pojawiają się markowe harmonie, tworząc naprawdę satysfakcjonującą całość, pomimo gorzkawego, czy może raczej zdystansowanego tematu piosenki. Brzmienie "Pale Blue Dot" nie zawsze wydaje się, jak w "Pluto", odpowiednio zbalansowane, finalne "Ivedonewrong" to zaś ledwie dźwiękowa miniatura, ale zręczność Sundays On Clarendon Road znajduje swoje kolejne potwierdzenie. 7/10 [Wojciech Nowacki]