30 sierpnia 2016


LOW Ones And Sixes, [2015] Sub Pop || Low to nudny zespół, jak każdy zasadniczo przedstawiciel amerykańskiego alternatywnego rocka. Jeszcze zanim indie-rock stał się etykietą kojarzoną z muzykami o pokolenie młodszymi, najczęściej też pochodzącymi z naszej strony oceanu, zespoły takie jak Low, Yo La Tengo, Sebadoh, Dinosaur Jr., Lambchop, Calexico, miały już wykształcone i ustabilizowane brzmienie, sięgające od punkowych ech grunge'u przez twee-pop aż po lo-fi folk i alternatywne country. I jakby faktycznie proponując alternatywę wobec muzycznego mainstreamu, pełnego napięcia, zawirowań, wzlotów i upadków, pokazują, że istotą trwającej dekady kariery może być stabilność. Nuda.

Subtelne różnice brzmieniowe, wynikające częściej z eksperymentów produkcyjnych, niż z gwałtownych zwrotów kompozycyjnych, wystarczają by zarejestrować drobne wahnięcia, ale żadne wstrząsy. Albumy Low weryfikowane bywają tylko przez czas, niektóre stają się płytami zapomnianymi, część natychmiastowymi klasykami, inne umiarkowanie rozczarowują. Ale zawsze pozostają na tym samym, plus minus równym poziomie potencjalnie nieskończonej stabilności, której nie są w stanie nadszarpnąć nawet ewidentnie słabsze momenty. Jak przedostatnie "The Invisible Way" z 2013 roku, choć tutaj rozczarowanie wynikało ze zbyt wygórowanych oczekiwań względem producenta i tego, że Jeff Tweedy, lider Wilco, nie stworzył konglomeratu brzmień tych dwóch zespołów.


"Ones And Sixes" nie może zacząć się w bardziej rozpoznawalny sposób. Kroczące, medytacyjne "Gentle" z symboliczną melodią i charakterystycznym frazowaniem wokali brzmi jak modelowa i słyszana już niejeden raz kompozycja Low. Ale przed oskarżeniem o autoplagiat ratuje ją markowa melancholia, czysta, minimalistyczna produkcja oraz największy wyróżnik tego albumu, czyli wyraźniejsze zastosowanie elektroniki. Zrytmizowane "Congregation" opiera się na automacie perkusyjnym, ładna, prosta piosenka "What Part Of Me?" przypominać może nowsze kompozycje Blonde Redhead, finałowe "DJ" zaś współczesny shoegaze'owy dream-pop spod znaku Beach House. Z bardziej klasycznych dla Low kompozycji wyróżnia się jeszcze duet "No Comprende" - "Spanish Translation" oraz obiecująco się zapowiadające, dziesięciominutowe "Landslide", które jednak nie dorasta do własnej wymarzonej epickości.

Bo Low, mimo powolnych temp i brzmieniowego minimalizmu, potrafi brzmieć potężnie. Na "Ones And Sixes" jednak szybko traci się uwagę, pozostałe utwory brzmią znajomo, komfortowo, ale brakuje jakiegokolwiek tąpnięcia. Album przynosi lekkie odświeżenie formuły nieco przybladłej na "The Invisible Way", bezbłędnie produkowana przez Low powolna fala dźwiękowej melancholii jest nadal niezrównana. Tym razem brakuje jedynie intensywności i zdecydowania klasycznego "The Great Destroyer"  z 2005 roku czy majestatu "C'Mon" z roku 2011, które nadal pozostaje najlepszym z ostatnich albumów Low. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 sierpnia 2016


Praskie lato kolejny raz rozczarowuje pogodą. Zeszłoroczne tropikalne upały, przed którymi bronić się można było tylko opuszczonymi roletami i ciemnością własnego mieszkania, w tym roku ustąpiły lipcowym deszczom oraz sierpniowemu chłodowi. Życie miasta jednak nie zamiera, nawet centrum stało się przyjaźniejsze wraz z zakazem segwayów, wydarzeń pełno a i nowa muzyka tu i ówdzie pączkuje, równie różnorodna i nietypowa jak tegoroczne lato.

Ok, żadna to nowość, Hissing Fauna wydała swój album w wakacje dwa lata temu, ale nadal ciężko znaleźć lepszą porcję tak bezpretensjonalnej gitarowej muzyki na lato. Inspiracje wydają się jasne. Klasyczny amerykański indie-rock, jeszcze sprzed czasów zanim termin ten uległ totalnemu rozwodnieniu i oznaczał dość konkretne kręgi muzyki alternatywnej, o dziwo popularniejsze w Czechach niż w Polsce. Brzmienie bliskie Sebadoh czy Dinosaur Jr. wzbogacają jednak kojące elementy klasycznego chicagowskiego post-rocka przez co Hissing Fauna zbliża się choćby to najbardziej piosenkowych odsłon naszego Kristen. Jeśli ich gęste, lecz klarowne, beztroskie, lecz melancholijne brzmienia stanowią revival lat dziewięćdziesiątych, to ten najpotrzebniejszy, gdyż udanie odświeżają najbardziej zapomniane aspekty tejże dekady. Do tego całkowicie za darmo.



Zdecydowanie więcej post-rocka, i to znów w dawnym, prawdziwie eksperymentatorskim sensie, znajdziemy na albumie duetu Tomáš Palucha (czyli Jan Tomáš i Libor Palucha). "Kámen mudrců" ukazał się w formie cyfrowej oraz nakładem wydawnictwa Stoned To Death jako limitowana kaseta, łączy zatem digitalne i analogowe światy w dźwiękową opowieść o poszukiwaniach tytułowego "kamienia mędrców" (kamienia filozoficznego), legendarnie przedsięwziętych w Pradze na przełomie XVI i XVII wieku pod rządami Rudolfa II Habsburga. Historia miesza się tu z mistyką, turystyczne legendy z okultyzmem i początkami nowożytnej nauki, kulturowe cytaty ze współczesną gitarową alternatywą. Centralnym punktem albumu jest "الإكسير", niemal dark-ambientowy pejzaż ze wsamplowanym dialogiem Rudolfa II ze swym alchemistą, pochodzącym z klasyka czechosłowackiej kinematografii, filmu "Císařův pekař, pekařův císař". Reszta kompozycji to jednak, krótkie, zwarte gitarowe utwory, okazjonalnie nabierające większej dynamiki i potencjalnie kokietujące z melodyjnymi formami, ale najbliższe post-rockowym frazom i zapętleniom, u nas eksplorowanym przez wspomniane wyżej Kristen czy niegdyś Ewę Braun. A analogowa produkcja, zwłaszcza w przypadku kasety, dodaje temu materiałowi tylko dodatkowego wymiaru na poły historycznego, na poły garażowego artefaktu.



Veena proponuje bardziej konwencjonalne podejście do rockowej estetyki, pozostając jednak w alternatywnym kącie i jawiąc się jako kolejny odprysk z przeszłości. Pochodząca z miasta Tabor grupa debiutowała w 2008 roku epką flirtującą jeszcze z estetyką trip-hopu, całkiem naturalną zresztą, biorąc pod uwagę charakterystyczną barwę głosu wokalistki, Veronika Buriánková do dziś bowiem zmaga się z etykietą czeskiej Beth Gibbons. Zespół rozpłynął się jednak pośród innych aktywności jego członków, Veronika i David Zeman utworzyli duet Kalle oraz weszli w skład zespołu Nod Nod i oba te projekty zasłużenie okrzyknięte zostały jednymi z objawień czeskiej gitarowej alternatywy. Perkusista Jan Svačina zasilił swą fenomenalną grą skład gigantów Please The Trees. Po latach muzycy odświeżyli jednak Veenę i powrócili z formalnym albumowym debiutem "Help It To Die" oraz z prostszymi, okazjonalnie rozedrganymi i hałaśliwymi, ale jednak piosenkami.



Pierwsze z letnich wydawnictw labelu Exitab nie przynosi bynajmniej wakacyjnych rytmów. Vrtačky po desáté hodině na albumie "Lullabies (for Stela)" nie proponuje też tradycyjnych kołysanek. Lata eksperymentowania z elektronicznym noisem i ambientem wykrystalizowały się w końcu w postaci zarejestrowanego za jednym podejściem materiału, inspirowanego pierwszymi miesiącami życia dziecka. Nie chodzi zatem o kołysanki, lecz o szum tła, kojący hałas, symulujący zarówno dźwięki łona, jak i naturalne, choć ledwie dostrzegalne dźwięki mieszkań i domowych sprzętów. Jeśli dysponujecie zatem niemowlęciem może przetestować na nim tenże darmowy download. Jeśli jednak poszukujecie bardziej skonkretyzowanych dźwięków, sięgnijcie po również darmowy nowy materiał Sound Sleep. "Blank" to dwie piętnastominutowe formy, kanciaste, pozlepiane z przybrudzonych bitów i perkusyjnych pętli, z natury bardziej industrialne niż taneczne i imponujące w swym dźwiękowo-rzeźbiarskim rzemiośle.



Z pewnością jednak nie ma nic bardziej wakacyjnego niż letni sampler. Wybór swych tytułów w postaci darmowej kompilacji proponuje słowacki kasetowy label Z Tapes. Katalog tytułów rośnie z miesiąca na miesiąc, geograficznie nie ogranicza się bynajmniej do Słowacki i Europy Środkowej, ale proponuje coraz szerszą paletę wykonawców z całego świata, wychodząc od lo-fi bedroom popu, lecz pokrywając pełne spektrum alternatywy od laptopowej elektroniki przez dream-pop aż po indie-rock. Nic dziwnego zatem, że kompilacja "Summer 2016 (Z Tapes Sampler)",  do znalezienia już od jakiegoś czasu w naszym dziale DNAownload, była jednym z tytułów polecanych na stronie głównej przez Bandcampa. [Wojciech Nowacki]

16 sierpnia 2016


GOLD PANDA Kingdom EP, [2016] Notown || Ledwie parę tygodni po "Good Luck And Do Your Best", długo przygotowywanym albumie pieczołowicie zbierającym wrażenia z podróży do Japonii, Gold Panda powraca z dla odmiany spontanicznie zarejestrowaną epką. I choć również jej towarzyszy wyraźnie zaznaczony kontekst, to tym razem, mimo otwarcie politycznego ładunku, wreszcie koresponduje z nim czytelna emocjonalna odpowiedź. Wreszcie nie musimy czytać o inspiracjach, by poczuć, że Gold Panda chciał coś przekazać, ponadto końcowe zestawienie emocji z inspiracjami może zaskoczyć. Pięcioutworowe "Kingdom" okazuje się zatem najlepszym jak dotąd wydawnictwem Gold Pandy.

Tytułowe królestwo nieprzypadkowo nie jest już zjednoczone. Politycznych wypowiedzi ma temat Brexitu i towarzyszącemu mu klimatowi w Wielkiej Brytanii można spodziewać się po wielu wykonawcach, niekoniecznie jednak po producencie elektroniki. Gold Panda zawsze jednak wydawał się bardziej czuły na potrzeby społeczne, zetknięcia kultur, jedność w różnorodności, zarówno z poziomu własnej rodziny, jak i perspektywy podróżnika czy orientalisty. Na "Kingdom" wreszcie jednak udało mu się przenieść jednostkowe doświadczenie do szerszego i żywotnie aktualnego kontekstu. sprowadzonego następnie nie do politycznych sloganów, ale do prosto przenoszonych emocji.

Historia Afgańczyka, sąsiada Gold Pandy, który przybył do Wielkiej Brytani tylko po to, by wyspy powitały go kradzieżą telefonu, to tylko jedna z wielu opowieści, które potwierdzają okołobrexitowe obawy. "Kingdom" opiera się na tych obawach i choć częściowo jest najbardziej (jedynym?) ponurym wydawnictwem Gold Pandy, to końcowy efekt okazuje się zaskakująco kojący. Samokrytyczne oko dopatruje się ziaren nadziei, zewnętrzny niepokój działa budująco.


"A Welcome" niespiesznie tworzy scenerię, głębokie brzmienie kontrowane jest analogowymi trzaskami a tytułowe powitanie okazuje się równie melancholijne, co ciepłe. Ambientowe płaszczyzny to jednak tylko wstęp do "Mediaevil", którego zmyślny tytuł odnosić się może zarówno do średniowiecznej mentalności Brytyjczyków, jak i do roli mediów w obecnym kryzysie, ale i tak owe osiem minut jest najbardziej tanecznym utworem Gold Pandy. Silnie zrytmizowane, niemal pozbawione wyraźniejszej melodii, zwodzić może pozorną monotonią, ale punktowane dźwiękami pianina nieśmiało wkracza na terytoria introwertycznego house'u. Jeśli zaś z "Mediaevil" silnie przebija wielkomiejskość, to prosty, klubowy rytm "Stolen Phone" tylko ten obraz umacnia. Ale powierzchowny kalejdoskop miejskiego pędu okazuje się zwodniczy, industrialne pogłosy w "Blown (Out)" odsłaniają pustkę warstw rzeczywistości skazanych na wstydliwe zapomnienie. Pozostaje tylko dziesięciominutowy "Eurotunnel", lecz jego mroczny szum jest bardziej nową granicą, ślepą uliczką niż drogą ucieczki czy dopływu nowych idei.

Być może efekt nie byłby tak udany, gdyby nie prostota tego materiału, wymuszona zbawienną spontanicznością. Zamiast cyzelowania produkcyjnych ozdobników Gold Panda postawił na prosty rytm ledwie usnuty mglistą atmosferą. Idealna długość epki sprawdza się podczas podróży miejską komunikacją, którą wzbogacić może zarówno o taneczny puls, jak i o zapadnięcie się w melancholijne myśli. Półgodzinnym "Kingdom" Gold Panda osiągnął więcej niż trzema albumami, umacniając zarówno pełnoprawne znacznie tego formatu, jak i własnego imienia. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

15 sierpnia 2016


RÓISÍN MURPHY Take Her Up To Monto!, [2016] [PIAS] || Powraca pytanie o dzisiejszą grupę docelową Róisín Murphy, o tyle mniej zagmatwane, że po wydaniu "Hairless Toys" nie ma już sensu wypominanie ani Moloko, ani niespełnionych popowych ambicji. Murphy mianuje się eksperymentatorką, ale kto ma odbiorcą tego nowego status quo, tego "Take Her Up To Monto!", jako album pochodzący z tych samych sesji co "Hairless Toys", nadal nie wyjaśnia. Wiele wskazuje na to, że najlepiej przy jego tworzeniu bawiła się sama Róisín oraz producent Eddie Stevens.

Na tak prześpiewanej płycie teksty zostały potraktowane zaskakująco marginalnie. W książeczce znajdują się tylko ich szczątkowe fragmenty, najczęściej zresztą symptomatyczne (Don't call me wasted, senselessly jabbering on / Don't talk to me like that, you're picking me up all wrong asekuracyjnie wytrącające broń z ręki krytykom w "Thoughts Wasted"). Książeczkę wypełnia jednak przede wszystkim niezwykle interesujący informacyjny szum. Strzępy wiadomości, fragmenty korespondencji, pourywane maile, częściowo datowane, nigdy nie podpisane, ale dotyczące szeroko rozumianej produkcji "Take Her Up To Monto!". Miejscami domyśleć się można słów samego Stevensa, okazjonalnie być może i samej Róisín, wyłania się z nich jednak obraz równie intensywny, co nerwowy.

Przygotowania do trasy "Hairless Toys" i aranżowanie utworów z nich pochodzących na potrzeby koncertów mieszają się z bipolarną wręcz produkcją nowych utworów. Chęć prostoty i czyszczenia miksów walczy z produkcyjnym bogactwem i entuzjazmem gęstego dźwiękowego sosu. Pomysł na okładkę i sesję fotograficzną "Take Her Up To Monto!" przeplata się z ledwie skrywaną walką ze stacjami radiowymi. Bezbrzeżna wyobraźnia i śmiała precyzja duetu Stevens - Murphy prawdziwie imponują, przerzucanie się pomysłami na to jaki dźwięk ma się kiedy pojawić budzą zazdrość o tak techniczne i pomysłowe pojmowanie muzyki. Produkcja na "Take Her Up To Monto!" jest w istocie świetna, zawodzą natomiast kompozycje.

Oczywiście pojawiają się głosy o różnorodności, pomysłowości, eksperymentatorstwie, niebanalności Murphy, co tylko uspokajająco potwierdza, że nadal ma ona swoją grupę docelową fanów, obcującą jednak z jej dzisiejszym wcieleniem niczym laik ze sztuką nowoczesną doszukujący się ukrytych sensów w beztreściowym żarcie. Warto jednak zauważyć, że sporo część z nich, jeszcze niedawno celebrująca wydanie "Hairless Toys", albo nie zauważyła, albo pominęła wydanie następcy. Nie wydaje się żeby był to album oczekiwany, z pewnością też nie będzie to album zapamiętany.


Elementy mikro-house’u, tak gustownie inkrustujące „Hairless Toys”, pojawiają się tu tylko symbolicznie w finałowym "Sitting And Counting" i na moment w pozlepianym z chaotycznych fragmentów "Thoughts Wasted". Nie poczucie awangardy, ale chaosu właśnie przewija się przez całą płytę, silniej w drugiej połowie, podbarwione bowiem brakiem pomysłów na kompozycje. Nie wiem dlaczego światło dzienne ujrzało doskonale zatytułowane „Whatever”, sama końcówka zaś poza efektownymi produkcyjnymi chwytami nie oferuje żadnego zapamiętywanego fragmentu. Melodia tak wyraźna, że niemal na granicy muzakowego żartu pojawia się w prawdziwie piosenkowym i, świadomie lub nie, zabawnym „Lip Service”. Również „Ten Miles High” jawi się może nie jako najbardziej efektowna, ale najpełniejsza najbardziej ustrukturyzowana kompozycja, nieprzypadkowo zatem wybrana na singla promującego album. Z drugiej jednak strony nudnawe „Pretty Gardens” brzmi motyw z kreskówki i nie pomaga tutaj ani sama Murphy swym oderwanym od podkładu wokalem.

Ta sama bolączka, czyli tzw. lekki syndrom późnej Björk (śpiewać dużo, ciągle i niezależnie od muzyki) doskwiera już „Mastermind”, ale i tak pierwszy utwór na płycie okazuje się najlepszym. Przytłumiony, karuzelowy rytm, przechodzi tu od synth-popu w elementy disco, by emocjonująco zawahać się nad skrętem w techno, nie gubiąc po drodze nic ze swoich bogatych zdobień i detali. Za mało to jednak by zapamiętać "Take Her Up To Monto!". Zazwyczaj bronię drugich albumów z tych samych sesji, ale tym razem nie jest to „Amnesiac” i poza zabawą w studiu, tudzież chęcią wynagrodzenia wieloletniego oczekiwania na „Hairless Toys”, nie ma większych powodów do jego wydania. Jest natomiast jeden widoczny efekt, po chaotycznym zlepku "Take Her Up To Monto!" lepiej trzeba ocenić kruchą, lecz elegancką spójność „Hairless Toys”. 5/10 [Wojciech Nowacki]

4 sierpnia 2016


GOLD PANDA Good Luck And Do Your Best, [2016] City Slang || Gold Panda to fajny kumpel. Taki z którym dobrze spędza czas, nie jest ani zbyt ekstra-, ani zbyt introwertyczny, przywozi fajne zdjęcia z podroży, z których wrażeniami dzieli się w plastyczny, ale nienachalny sposób. Nasza sympatia jednak zatrzymuje się tuż poniżej progu przyjaźni i choć z radością na siebie wpadamy to nie szukamy aktywnie możliwości spotkania się.

"Good Luck And Do Your Best", płyta równie ciepła i sympatyczna, co tytuł który nosi, nie zmienia tego wrażenia oferując dokładnie ten samo poziom muzycznego i emocjonalnego zaangażowania, co dotychczasowe albumy Gold Pandy. Podobnie również osadzona jest w dopowiedzianym kontekście, którego jednak bez wyraźnej artykulacji trudno się domyśleć obcując wyłącznie z dźwiękami. Motywem przewodnim płyty "Lucky Shiner", oficjalnego albumowego debiutu, naprawdę zresztą udanego, była babcia Gold Pandy i jego rodzinne dziedzictwo. Stąd zarówno orientalizmy, jak i swojska angielskość tworzące ciepły, naturalny kolaż przesypujących się jak piasek ulotnych wrażeń. "Half Of Where You Live" jawiło się jako kalejdoskopowe, kosmopolityczne poszerzenie horyzontów Derwina, jego uwaga przesunęła się z domowych korzeni na podróżniczą wspólnotę i choć bardziej taneczna, śmielsza od poprzedniczki, to w gruncie rzeczy płyta okazała się równie intymna.

Dlatego też "Good Luck And Do Your Best" nie zaskakuje. Gold Panda ma swoją strefę komfortu, niezależnie od inspiracji stojących za albumem. Te tym razem zostały wyartykułowane jasno, płyta powstała pod wpływem wrażeń z podróży do Japonii, choć przy jej odbiorze nacisk powinien być położony bardziej na "wrażenia" niż na "Japonię". Bez tej wiedzy, bez obowiązkowo deklarowanego kontekstu raczej nie sposób się domyśleć co stoi za kruchą, sypialnianą elektroniką. Gold Panda nie jest jednak przygodnym turystą, jako absolwent studiów orientalnych i japonistyki unika płytkiej refleksji, pocztówkowych obrazów i instagramowego postrzegania rzeczywistości, którym ulegają nawet najwięksi. Japonia na "Good Luck And Do Your Best" to ani futurystyczne megalopolis, ani korporacyjny pracoholizm, ani ogrody zen, ani kulturowe dziwactwa. Gold Panda odtwarza przelotne doznania w których jeśli można rozpoznać Japonię, to najprędzej taką, którą reprezentuje shiba inu z głową w płocie.


Komfort Gold Pandy jest tak kruchy, tak kojący, że pozostaje niezmiennie rozpoznawalny. Kompozycje nie wędrują narracyjnymi meandrami, donikąd nie prowadzą, po prostu są, nawet singlowe "In My Car" stawia na kreowanie atmosfery zamiast melodii. Pełna detali produkcja skrywa w sobie subtelne orientalizmy, czasem dźwięki pianina, czasem gitary, niespiesznie wędruje między dźwiękami bardziej abstrakcyjnymi a wręcz akustycznymi. Brzmienie Gold Pandy bliższe jest tu "Lucky Shiner" niż "Half Of Where You Live", ale w efekcie i tak zlewa się w jedną bezczasową masę. Ożywienie house'owym podbiciem w pierwszej połowie płyty przynosi jedynie "Chiba Nights", ale najciekawszy blok przychodzi wraz z drugą połową. "Autumn Fall" prowadzi żywy, entuzjastyczny nerw, wypełnione mikrodźwiękami "Halyards" wprowadza wreszcie odrobinę bardziej cienisty nastrój, "Time Eater" natomiast wibruje metalicznym klangorem, by z przestrzennym rozmachem rozwinąć się wreszcie w jedną z najefektowniejszych kompozycji.

Co szczególnie cieszy u Gold Pandy to autentycznie zaangażowanie w format albumu. Podczas gdy inni twórcy zasypują nas kolejnymi jednorazowymi singlami i soundcloudowymi miksami, zmieniają nazwy, remiksują i poddają się remiksom, to Gold Panda chłonie wrażenia i dosłownie wykleja z nich album. I podobnie jak w przypadku efektownych zdjęć z podróży, niezależnie od scenerii natychmiast poznajemy oko fotografa. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

31 lipca 2016


MARK PRITCHARD Under The Sun, [2016] Warp || Okładka "Under The Sun" wygląda znajomo, prawda? Pejzaż ten jest niemożliwy, nierzeczywisty, sprzeczny z logiką i z prawami fizyki, ale nie z naszym doświadczeniem. Perfekcyjnie sensownego surrealizmu doświadczamy przecież za każdym razem śniąc. W snach zderzają się miejsca, czasy, zmysłowe wrażenia i przebłyski podświadomości tworząc rzeczywistość podobną złudzeniom optycznym i niemożliwej geometrii, ale bliską nam i przynajmniej tymczasowo zrozumiałą. Album Marka Pritcharda jest senny, ale nie w sensie pościelowego relaksu, lecz czystego surrealizmu, gdzie pozornie nieprzystające do siebie elementy tworzą jedyną w swoim rodzaju i zaskakująco spójną całość.

Podstawową treścią pejzażu Pritcharda są syntetyczne płaszczyzny bardzo bliskie Boards Of Canada. Czasem w ich formie laboratoryjno-naukowej ("Where Do They Go, The Butterflies"), czasem postapokaliptycznie zdewastowanej ("Sad Alron"). Mechaniczne quasi-recytacje w "Hi Red" i "Infraded" ocierają się wręcz o dosłownie cytowanie Boards Of Canda, ale w tym pierwszym punktowane są zniekształconą elektroniką charakterystyczną bardziej dla Oneohtrix Point Never z "R Plus Seven", w drugim zaś podbite agresywnym automatem perkusyjnym. Jest to zresztą jedyny wyraźniej zrytmizowany tutaj utwór, który nie ulega pokusie efektownej eskalacji, buduje bowiem jedną większą całość z której pączkują kolejne kontrastowe elementy.


Najbardziej oczywistymi są rzecz jasna kompozycje z gościnnym udziałem wokalistów. Bibio w "Give It Your Choir" z sukcesem rewitalizuje to, co w przypadku Animal Collective kończy się najczęściej irytująca klęską, czyli przestrzenne beachboysowskie harmonie wokalne. Sama piosenka, gdy wyobrazimy sobie do niej żeński wokal, spokojnie odnalazłaby się w repertuarze choćby Bat For Lashes. Thom Yorke w "Beautiful People" nie odbiega niczym od swoich gościnnych występów u Flying Lotusa czy Modeselektor, ale utwór ten i tak pozostaje jednym z centralnych punktów płyty. Po pierwsze bowiem, wyraźnie igra z poczuciem czasu, mruczenie Yorke'a nie wydaje się trwać aż sześć minut, tak samo jak część instrumentalnych miniatur na "Under The Sun" nie wydaje się mieć zaledwie minutę lub dwie, ale logika snu bawi się przecież również ze strukturą czasu. Po drugie zaś, syntetyczne dźwięki fletu naprowadzają nas na dalsze, jeszcze ciekawsze tropy, spełnione w "You Wash My Soul".

W tej akustycznej piosence śpiewa Linda Perhacs, enigmatyczna legenda psychodelicznego folku, skutecznie kreując obraz pogańskiej Brytanii, gdzie gods of music play. Zaskakująco często "Under The Sun" okazuje się więc albumem z gruntu folkowym, bliskim wręcz muzyce dawnej, spowitej średniowieczną niemal atmosferą grodzonych pól. Pejzaż Pritcharda jest równie angielski, co "Dr. Dee" Albarna i pieśni Kate Bush. Tymczasem gdzieniegdzie pojawiają się też rozbłyski kosmicznego ambientu, jak w ośmiominutowym, ale też i najbardziej abstrakcyjnym "EMS". "Khufu" to dron prosto z horroru, spoken-wordowe wreszcie "The Blinds Cage" w teatralno-słuchowiskowej formie dosłownie zwraca się ku kwestii śmierci i poniekąd tożsamej z nią transcendencji snu właśnie (A weary conciousness used to distinguish dream from reality / Vanquished the line that divides slumber from death).


Wszystkie te rzeczywistości wyjątkową klamrą spinają pierwsza i ostatnia kompozycja. "?", syntezatorowy dron na samym początku, ze swymi rozbłyskami i klawiszowym punktowaniem, nie tylko banalnie ilustruje, ale okazuje się faktycznie punktem wyjściowym, narracyjną i światotwórczą bazą dla całego albumu. Nieprzypadkowo tytułowe i finałowe zarazem "Under The Sun", jedyny utwór na płycie w którym wokal pochodzi z przetworzonego sampla, znów sięga do dawno minionych czasów i z tradycyjnej pieśni z 1765 roku tworzy rozedrganą mantrę o politycznej wręcz wymowie: For every evil under the sun / There is a remedy, or there is none / If there be one, try and find it / If there be none, never mind it. Jesli zatem Pantha Du Prince rozczarował w tym roku pójściem na przyjemną, ale jednak łatwiznę, to Mark Pritchard niespodziewanie pojawił się z płytą trudną, ale intrygującą, fascynująco kompleksową i unikalnie skonstruowaną. 8/10 [Wojciech Nowacki]

27 lipca 2016


PANTHA DU PRINCE The Triad, [2016] Rough Trade || Alpejski pejzaż na okładce, nagrania terenowe w szwajcarskiej dolinie przysypanej lawiną w XIX wieku, zwięźle opisana teoria czarnego szumu, to tylko fascynujące uzupełnienia do "Black Noise" jako jednego z najlepszych albumów pierwszych dekad XXI wieku. Proces, który Four Tet rozpoczął albumem "Rounds" w 2003 roku symbolicznie ukoronowany został siedem lat później. W roku 2010 Four Tet wydał "There Is Love In You", Pantha Du Prince wydał "Black Noise" a elektronika, techno, minimal house stały się częścią akceptowalnej post-gatunkowej alternatywy.

Kluczy otwierających brzmienie "Black Noise" słuchaczom gitarowego indie subtelnie poukrywanych na tym albumie było sporo. Wspomniana wyżej teoretyczna podbudowa, Panda Bear z Animal Collective, który chyba ten jeden jedyny raz nie brzmiał irytująco, przede wszystkim jednak z wolna i na wielu poziomach obezwładniająca naturalność tej muzyki. Ludzki aspekt elektroniki dziś dla wielu może być banalną oczywistością, ale jej organiczność i "przyrodnicza" wręcz plastyczność już tak częste nie są. Eksponując zaś firmowe dzwonki Pantha Du Prince pchnął rozłożenie akcentów w niemal nabożną stronę a utrzymując rytm na niemal niezauważalnym poziomie skutecznie pozbawił nas poczucie słuchania producenckiego techno. Absolutnie równorzędnym partnerem płyty stała się wydana rok później kolekcja remiksów "XI Versions Of Black Noise", równie znakomitym zaś albumem okazało się "Elements Of Light" zagrane wspólnie z The Bell Laboratory na karylionie i fenomenalnie pogłębiające zarówno sakralne, jak i naukowe wymiary muzyki Panthy.


Po sześciu latach pojawia się bezpośredni następca "Black Noise" i choć Pantha Du Prince nie osiągnął zasłużonej rozpoznawalności, to przynajmniej dla tych, których nie zwiodły nowe twarze elektroniki "The Triad" było jednym z najbardziej oczekiwanych albumów tego roku. Poprzedzająca płytę winylowa epka "The Winter Hymn" postawiła początkowo więcej pytań niż udzieliła odpowiedzi, ale z perspektywy czasu okazuje się kompaktowo reprezentacyjna dla tego, czym okazało się "The Triad". Jako singiel oraz utwór otwierający album "The Winter Hymn" jest natychmiast tak rozpoznawalne jako utwór Panthy, ze aż rozczarowuje. Zupełnie jakby wszystkie charakterystyczne dla niego i znane już elementy zostały ściśnięte do formatu kompaktowej czterominutowej piosenki, wyraźnie powstałej na fali "Stick To My Side" z "Black Noise". Niestety, "The Triad" okazuje się "płytą z wokalami".

To, co na "Black Noise" było jednorazową ciekawostką, na "The Triad" jest podstawową treścią. Nieumiejętną, niepotrzebną, w najlepszym razie nie wnoszącą nic nowego i w miarę nieinwazyjnie stapiającą się z tłem, często jednak po prostu przeszkadzającą. Wokal w również singlowym i całkiem zresztą ciekawym "In An Open Space" jest nieznośnie słodki, w "Chasing Vapour Trails", jednej z koronnych kompozycji, wprowadza tylko konfuzję, w bladej końcówce płyty irytuje w "Islands In The Sky". Paradoksalnie jednak, mdłe i zlewające się ze sobą wokale okazują tym, co jako jedyne zapamiętujemy z pierwszych przesłuchań albumu. Na płycie, która sprawia wrażenie kolażu wszystkich wykorzystanych już wcześniej brzmień Panthy Du Prince, najciekawszym okazuje się to, co najtrudniej uchwycić.


Już "Frau Im Mond, Sterne Laufen" brzmi trochę inaczej, twardziej i jednocześnie mniej skonkretyzowanie a ambientowe pejzaże alpejskich dolin jakby zastępował wielkomiejski sensoryczny pośpiech. Ale to środkowa część płyty, nieprzypadkowo w większości instrumentalna, okazuje się nie tylko najlepsza, ale i wreszcie przynajmniej odrobinę modyfikuje brzmienie Panthy. Dziesięciominutowe "Chasing Vapour Trails" pełne jest szklanych pogłosów, wydaje się surowe, kanciaste, niemal industrialne, jednocześnie dzieje się tam naprawdę sporo a brzmienie okazuje się istotnie twardsze od tego co Pantha proponował na "Black Noise". Co kontynuuje "Lichterschmaus" w gęstszej, bogatszej i kompaktowej czterominutowej formie, przede wszystkim jednak "Dream Yourself Awake", ponad dziesięciominutowe na epce, tutaj w "krótkiej" wersji siedmiominutowej, mechaniczne, ale wyważone i pełne precyzyjnie kontrolowanego napięcia.

Końcówka płyty okazuje się niestety słaba, "Lions Love" nie tylko nie wnosi nic nowego do brzmienia Panthy Du Prince, ale karykaturalnie wręcz go upraszcza, finałowe zaś "Wallflower For Pale Saints" brzmi jak coś zamieszczone na Bandcampie przez wykonawcę znajdującego się o parę klas niżej. "The Triad" nie jest bynajmniej słabą płytą, ba, zapewne będę do niej jeszcze długo i chętnie wracał. Jakakolwiek produkcja Panthy to znakomita elektronika i niemal pieszczota dla głośników, ale przemawia przeze mnie rozczarowanie, a rozczarowanie to emocje, te zaś nie ulegają się racjonalnej analizie. "The Triad" po prostu nie przynosi żadnego progresu, plasuje się na pograniczu autoplagiatu i choć oferuje zarysy intrygujących nowości to jednocześnie zbyt poświęca się tym elementom brzmienia Panthy Du Prince, które po prostu mu nie wychodzą. Na szczęście nie ma ich wiele. 7/10 [Wojciech Nowacki]

20 lipca 2016


WE DRAW A Ghosts, [2016] Brennnessel || Czas najwyższy skończyć z narracją o wypadkowej odgałęzienia Kamp! i pogrobowca Indigo Tree. Duet We Draw A nie tylko przebił swój debiutancki album "Moments", subtelnie przesuwając akcenty swego niezwykle satysfakcjonującego brzmienia, ale wydał też po prostu jedną z najlepszych polskich płyt ostatnich miesięcy.

"Moments", formalny albumowy debiut We Draw A, w świetle znakomitych epek "Glimpse" i "Whirls" był lekkim krokiem wstecz, jakby onieśmielony własnym potencjałem duet postanowił najpierw zaprezentować się od delikatniejszej, może nawet zachowawczej strony. Płyta nadal i niezaprzeczalnie brzmi świetnie, ale w momencie wydania bardziej sugerowała niż realizowała nadzieje na odważniejszą elektronikę z popowym zacięciem. Z wolna budowana atmosfera znalazła tam w końcu swe ujście i podobną konstrukcję w zasadzie powtarza "Ghosts", ale od razu o kilka emocjonalnych i kompozycyjnych poziomów wyżej.


"All We Had", na poły akustyczna piosenka, na poły jednominutowe intro, może rodzić skojarzenia z freak-folkiem, ale jeszcze silniej nawiązuje do tzw. emotroniki początku stulecia, czyli dźwięków spod znaku Hood, The Notwist czy polskiego Old Time Radio. Owszem, nie słychać tu elektroniki, jedynie kruchy wokal i gitarę, ale jednocześnie wiemy, wyczuwamy co nastąpi dalej. Singlowe "Tomorrow" zwraca się w stronę kampowego synth-popu, jako kompozycja przesadnie się nie wybija, ale też nie niknie, łopoczący house'owy bit służy tutaj bardziej budowaniu atmosfery. Produkcja się zagęszcza, utwór nadal pozostaje w gruncie rzeczy piosenką, podskórnie jednak wskazując kierunek całego albumu. W przeciwieństwie do debiutu nie trzeba tutaj czekać na zalążki satysfakcjonującego rozwiązania. Tym razem We Draw A śmiało podążają w stronę tanecznej elektroniki już w trzecim utworze. Znakomita "Tilia" operuje wokalnymi repetycjami, śpiew paradoksalnie chyba najbardziej tutaj przypomina indie-rockową motorykę Indigo Tree i nadaje kompozycji rozdzierająco ludzkiego charakteru nawet wtedy, gdy staje się wręcz mechanicznym. Taneczny utwór roku? Być może, ale tylko dla słabych organizmów, które nie są w stanie podołać prawie dziesięciominutowej "Aurorze".

Gęsta, ekstatyczna "Aurora" przynosi prawdziwe spełnienie, jako niemal finałowy utwór uświadamia, że jest centralnym punktem płyty, od którego rozchodzą się koncentryczne kręgi napięcia. Bo jeśli w "Private Ghost" We Draw A najbardziej zbliżają się do rozbieganych, ejtisowych brzmień Kamp!, to "Lighthouse" oraz "Sad Supernova", choć oba w pełni autonomiczne i wciągające, zdają się po mistrzowsku eskalować napięcie na drodze ku "Aurorze". Mechaniczny i jednocześnie piosenkowy "Lighthouse" popisuje się głębią i niezmiernie przestrzenną produkcją, "Sad Supernova" natomiast, zbliżając się do brzmień typowych dla GusGus, implementuje krautową motorykę, najpełniej zrealizowaną właśnie w "Aurorze", która swym elektroniczno-tanecznym podejściem do kraut-rocka przypomina Death In Vegas z ich niedocenianego albumu "Satan's Circus".

Slogan "romantycznego techno", aczkolwiek chwytliwy i doraźnie użyteczny, jest też całkiem mylący. Techno nadal statystycznemu polskiemu słuchaczowi może kojarzyć się źle, romantycznie pościelowe było raczej "Moments". Jeśli na "Ghosts" pojawia się romans, to nie w postaci powłóczystych spojrzeń, ale nieznośnie fascynującego i uzależniającego napięcia. Album przynosi spełnienie, choć dzięki swej długości frapująco balansuje między pełną satysfakcją a pobudzonym niedosytem. We Draw A nie dokonali żadnej rewolucji, zupełnie jakby na swoje ukształtowane już brzmienie nałożyli nowy barwny filtr, uwypuklając tylko to, co zawsze kryło się w całościowym obrazie. Rozbudzone zaś wczesnymi epkami oczekiwania nie tylko wreszcie zrealizowali, ale odkryli też całe spektrum zaskakujących przyszłych możliwości. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

8 lipca 2016


BRODKA Clashes, [2016] [PIAS] || Machina promocyjna stojąca za "Clashes", dumnie nazwanym nowym albumem Moniki Brodki, ale pierwszym kierowanym również za granicę, jest szczerze imponująca. Wzmianki w zachodnich anglojęzycznych mediach, w internetowych magazynach, blogach, serwisach, porozrzucane po społecznościowych sieciach przyjemnie łechczą oczy, zwłaszcza w połączeniu ze stroną wizualną i świetnie dopracowanym aktualnym wizerunkiem Brodki. Wyjście poza granice kraju w świetle jej dotychczasowej kariery wydaje się być całkowicie naturalnym krokiem, któremu wypada tylko przyklasnąć. Brodka na uwagę zasługuje, ma też wielki potencjał by rzeczoną uwagę przyciągać. Jednak nie albumem "Clashes".

Optykę mam podwójną, z jednej strony, jako Polak kibicuję utalentowanej krajance, z drugiej zaś, jako mieszkaniec Czech obserwuję jej nagłe pojawienie się jako debiutantki z egzotycznej Polski we wszystkich niemal mediach. "Clashes" pojawiło się na listach najbardziej oczekiwanych premier w muzycznych periodykach, popłynęły zapowiedzi, recenzje, wywiady. Tu akurat zrobiło się na moment niebezpiecznie, bo rozmowa przeprowadzona dla magazynu Full Moon ukazała się pod tytułem "Poprvé jsem slyšela hudbu v kostele", co tylko umacnia kościołowo-katolicki wizerunek Polaków, ale nic to, ważne, że Brodka pojawi się na kuratorskiej scenie Full Moonu na festiwalu Colours Of Ostrava i że zdążyła już wystąpić na praskim darmowym festiwalu United Islands. Co pomogło zresztą odpowiedzieć na parę pytań, które "Clashes" zasiało odnośnie swego potencjału i odbioru.


Płyta po prostu prezentuje się znacznie lepiej jako idea na papierze niż w rzeczywistości. Stella Mozgawa z Warpaint na perkusji w dwóch utworach, podziękowania dla Devendry Banharta w książeczce, zasłużone, bo to za jego sprawą Brodka trafiła na producenta znanego ze współpracy z Joanną Newsom. Tylko nie jest to album, który mógłby służyć jako światowy debiut. "Clashes" jest płytą, na którą mogłaby sobie pozwolić artystka o uznanej renomie, po szeregu sukcesów, chcąca uciec w stronę eksperymentowania z nastrojem, wysmakowanej produkcji, świadomego odwrotu od popu i przebojowych melodii. "Późna" Björk, "późna" Kate Bush, dzisiejsza Bat For Lashes, czy nawet sama Brodka, ale wyłącznie z perspektywy krajowej. Dla świata jest bowiem tylko egzotyczną debiutantką z materiałem, który w najlepszym razie wpisać się może w trend flirtujących ostatnio z ciemniejszą stroną wokalistek, od Julii Holter przez Marissę Nadler po Juliannę Barwick. Zacne to grono, "Clashes" nawet całkiem nieźle się w ową niszę wpisuje, ale jeśli istniał plan zawojowania przez Brodkę zagranicznych list przebojów, to powiódłby się tylko z anglojęzycznym ekwiwalentem nadal przecież zjawiskowej i fajerwerkowo przebojowej "Grandy".

Rzeczywistość tymczasem pokazuje raczej, że żaden plan podboju nie istniał a Brodka po prostu nagrała taką płytę na jaką miała ochotę, która w wyniku splotu szczęśliwych okoliczności stała się jej światowym debiutem. Przyjmuję do wiadomości, że mogę się mylić, recenzje są na ogół pozytywne, szkoda jednak dawnej zadziorności, prawdziwie oryginalnego brzmienia, które naprawdę udanie łączyło tak banalne przeciwwagi jak góralski folk i popową elektronikę, najbardziej jednak szkoda melodii, przebojów, kompozycji. "Clashes" brzmi imponująco wręcz jednolicie, kolejne utwory przepływają niezauważenie jeden w drugi, gdzieniegdzie tylko wznosi się na moment bardziej namacalna linia melodyczna. Zarys refrenu "Horses" pozostaje w pamięci tylko dlatego, że utwór ten stał się singlem, ku czemu bynajmniej nie było predestynowany.

Senne tempa i zalążki songwritingu toną w zręcznych aranżacjach sprawiając raczej wrażenie bardziej kolekcji intrygujących przerywników wyjętych z innych albumów niż pełnoprawnych kompozycji. Ciekawiej brzmi przynajmniej "Haiti", ale prawdziwy powiew świeżości w dusznej atmosferze "Clashes" przynosi dopiero "Up In The Hill", rytmiczna, przebojowa piosenka, równie rockowa w zwrotkach, co beztrosko popowa w refrenie, oraz pełne punkowej werwy "My Name Is Youth". Lecz po tym przebłysku prawdziwego i rozczarowująco niespełnionego na "Clashes" potencjału Brodki album zapada do jeszcze bardziej rozwodnionego finału.

Koncertowe aranżacje nie odkrywają niestety żadnego ukrytego potencjału, ba, w słoneczno-festiwalowych warunkach nikną one jeszcze bardziej. Z wyjątkiem oczywiście "Up In The Hill" i "My Name Is Youth" oraz... starszych piosenek. Cieszy bardzo, że Brodka nadal je wykonuje i nie postawiła na totalny reset własnej twórczości. "Dancing Shoes" odrobinę traci w nowej aranżacji, "Varsovie" natomiast bardzo zyskuje i obie te przeboje wydają się naturalnym koncertowym wyborem. Prawdziwe jednak rozkwitają piosenki z "Grandy", na czele z fenomenalnie zaaranżowanym utworem tytułowym. Powraca zadziorna, drapieżna wręcz, lecz dziewczęco zawadiacka Brodka i taką właśnie chcę, by była oglądana przez zagraniczną publiczność. Publiczność, która staje tymczasem w obliczu przeznaczonych dla niej słabszych kompozycji anglojęzycznych, albo polskojęzycznych przebojowych petard pełnych nieprzekładalnych gier słownych. "Clashes" nie jest złą płytą, rozczarowanie wynika raczej z dysonansu między tym, co wiemy o Brodce my a tym, co dowiedzą się o niej zagraniczni słuchacze. Dlatego mym braciom Czechom polecać będę raczej "Grandę" w zestawie z "LAX", czekając jednak na więcej, Brodka bowiem zasłużenie znalazła się na drodze, na której sześcioletnie przerwy między albumami już nie mogą mieć miejsca. 6/10 [Wojciech Nowacki]

2 lipca 2016


GOJIRA Magma, [2016] Roadrunner || Nigdy nie śledziłem dokonań zespołu Gojira. Chociaż ich nazwa była mi znana to pozostawali dla mnie kolejnym niewiele znaczącym zespołem na firmamencie coraz bardziej zróżnicowanej sceny metalowej. Wiedziałem, że istnieją, nagrywają, mają swoich fanów. I tyle. Nie zamierzałem w najbliższej przyszłości poświęcać im uwagi, zbyt wiele ciekawego dzieje się w muzyce aby rozmieniać się na drobne. Jednak jakiś czas temu kolega napisał do mnie z pytaniem o najnowszą płytę Francuzów, równocześnie z dużą egzaltacją umieścił ich w obrębie swojej prywatnej świętej trójcy metalu, wraz z Opeth i Iron Maiden. Mocne słowa, pomyślałem, i bardzo silne towarzystwo dla kapeli mało odkrywczej i tworzącej stylistycznie bezpieczną muzykę. Trzeba było to sprawdzić w praktyce.

Decyzja o odsłuchu "Magmy" nie przyszła mi jednak bez bólu. W muzyce nie cierpię bowiem tendencji wykonawców do propagowania bliskich im idei społecznych. Nigdy nie lubiłem zespołów politycznie zaangażowanych, bo nie obchodzą mnie poglądy przedstawicieli klasy, nazwijmy to, animatorów rozrywki (a tym właśnie są muzycy). Mają poglądy polityczne – a niech sobie mają! Kto im zabroni? Ale ja nie zamierzam poddawać się indoktrynacji podszytej pogardą dla intelektu słuchacza. Pół biedy jeszcze, kiedy w sposób nienachalny muzyk daje wyraz własnym przekonaniom budując poprzez teksty konkretną historię i narrację. Nie jestem jednak w stanie wytrzymać politycznej / religijnej / kulturowej ewangelizacji stosowanej przez gwiazdy oderwane przecież od problemów normalnego życia. Dlatego Rage Against The Machine, P.O.D, Stryper czy U2 są dla mnie stracone.

Tym bardziej obawiałem się kontaktu z, uwaga, francuskim zespołem metalowym, oddanym sprawie budowania ekologicznej świadomości i ochronie środowiska. Już sam ten fakt, bez wkraczania w mocno indywidualne i zrelatywizowane opinie na temat zawartości muzycznej, powodował, że zamiast wysłuchać płyty znajdywałem wszelkie wymówki aby tego nie robić. Wyobrażałem sobie smętnych panów zdolnych do rwania włosów z głowy i zdzierania koszul z piersi już na samo wspomnienie o węglu brunatnym, dla których równocześnie energia atomowa to sama natura. Gdzie Rzym, gdzie Krym, Panowie? Nie rozumiem toku myślenia, który nakazuje artystom wierzyć, że odgrywając kilka ostrych riffów przekonają kogoś aby nagle zaczął segregować odpady.

Przyznaję jednak, że ten element w twórczości Gojiry, w każdym razie na płycie "Magma", okazał się mniej uporczywy niż przypuszczałem. Pomimo naiwnych tekstów pokroju: When you clear your mind you see it all / You’re receiving the gold of a better life / When you change yourself, you change the world ("Silvera") cały ekologiczno-przyjazny przekaz nie zatruwa umysłu słuchacza, pozwalając skupić się na pozostałych składnikach płyty. A wśród nich najważniejszymi są świetny klimat albumu oraz dobre kompozycje.


Zaczynając od spokojnego, sennego i transowego "The Shooting Star", poprzez energetyczne "Silvera", "The Cell" i "Stranded", mamy do czynienia z naprawdę przyzwoicie opracowaną zawartością muzyczną. Perkusja i bas są mięsiste, gitary zwarte, melodie ciekawie budowane a przekaz jasny. Ekologia ekologią, ale fani mają porządnie trząść łepetynami na koncertach. Może jedynie do śpiewu Josepha Duplantiera mógłbym mieć pewne zastrzeżenia, wszystko dlatego, że w niektórych fragmentach (np. "Silvera") zaczyna niebezpiecznie zbliżać się stylowo do maniery Jonathana Daviesa. Same utwory cieszą różnorodnością dzieląc się na dwie kategorie: metalowe przywalenie, w której Gojira pokazuje jak to jest wkurzona na obecny świat pełen bezdusznych użytkowników dezodorantów ("Silvera", "The Cell", "Stranded" czy "Only Pain") oraz kawałki wycofane, jak "The Shooting Star", "Yellow Stone", "Magma" czy "Low Lands", sprawiające wrażenie, jak gdyby zespół postanowił, w ramach buntu, nawalić się chemikaliami i odpłynąć w niemal stoner-rockowy trip.

Być może troszkę się wyzłośliwiam na Bogu ducha winnych Francuzach, którzy propagują przecież nieszkodliwą a pożyteczną ideę i to za pośrednictwem dobrze przygotowanego metalowego albumu. Płyty słucha się z przyjemnością, jest ciekawa, intrygująca, zróżnicowana i łatwa w odbiorze. Być może odrobinę zbyt łatwa, co odbiera muzyce siłę, ale nie na tyle, aby wyłączyć ją w trakcie odsłuchu. "Magma" to dobry album, nie wybitny, ale i nie słaby. Nie żałuję, że się z nią zapoznałem ale też nie znalazłem zachęty aby sięgnąć po wcześniejsze płyty Gojiry. Oceniam "Magmę" z pominięciem kontekstu i bez odniesień do wcześniejszych dokonań zespołu, co może ocenę przekłamywać. Z drugiej strony przyjmuję "Magmę" taką, jaka jest, nie bawiąc się w rozważania, czy zespół dokonał stylistycznej wolty, sprzedał się czy odszedł od korzeni. Gojira nagrała płytę ciekawą i przyjemną. Co prawda usiadłem do niej z bólami, ale nie żałowałem poświęconego jej czasu. Jak dla mnie to wystarczy aby uznać ją za ciekawą propozycję i to nie tylko dla pasjonatów sortowania papieru. 7.5/10 [Jakub Kozłowski]

30 czerwca 2016


KORPIKLAANI Noita, [2015] Nuclear Blast || Korpiklaani przyzwyczaili nas do regularnego wypuszczania na rynek albumów prezentujących bardzo zbliżoną stylistykę. Chociaż każda kolejna płyta stanowi muzyczne odzwierciedlenie poprzedniej, to nie można muzykom odmówić pomysłu na kształtowanie własnej kariery. W którym jednak momencie brak zmian zacznie sprowadzać się do zjadania własnego ogona? Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, gdyż zespół zasługuje na to, aby stymulować rozwój metalowej sceny. Niestety, najnowszy album zdaje się być odrobinę zbyt zachowawczy.

Różnie można nazywać twórczość zespołu. Jedni powiedzą, że Korpikaani to przedstawiciele folk- bądź, jeżeli ktoś woli tą nazwę, pagan-metalu. Dzięki hymnom ku czci wódki, piwa czy tequilli zespół najsilniej wbił się w świadomość słuchaczy jako wytrawny przedstawiciel prężnej niszy metalu alkoholowego. Na ostatnich płytach Finów coraz mniej jednak pieśni biesiadno-imprezowych, powracają za to ze wzmożoną siłą nawiązania do fińskiego folkloru. Dzięki czerpaniu z najbliższych sercom muzyków kulturowych podwalin, wyrażanych za pośrednictwem intrygującego języka, Korpiklaani nie można pomylić z żadnym innym zespołem. I chociaż ich płyty nie są w stanie zrewolucjonizować sceny muzycznej to zapewniają wspaniałą rozrywkę rzeszom festiwalowych wyjadaczy.

Jednak to, co sprawdza się podczas otwartych plenerowych imprez nie zawsze oddziałuje z równą siłą podczas odsłuchu płyty. Mamy tu więc podobnie jak w przypadku Alestorm do czynienia z muzyką, która musi być dawkowana w małych ilościach. Przesłuchanie całej płyty podczas jednego posiedzenia niestety nuży. Monotonia ta nie powoduje może chęci wyłączenia albumu, ale wpływa na odbiór poszczególnych utworów, które niezauważenie zlewają się w jedną metalowo-folkową masę. Korpiklaani odróżnia się tym samym od dokonań na przykład Heidevolk, którzy potrafią poprzez mądre wykorzystanie czystych wokali i growlingu utrzymać uwagę słuchacza. U Korpiklaani growlingu brak zupełnie a chropowaty, przepity głos Jonnego Järvelä często staje się zbyt jednostajny.


Wpływ na monotonię muzyki Korpiklaani ma również tempo piosenek, wycofany, mało słyszalny bas (zawarty na poprzedniej płycie zespołu utwór "Rauta" z wyraźną liną basu okazał się niestety jednorazowym eksperymentem) oraz dość prosty rytm wybijany przez perkusję. Na albumie "Noita" brakuje żywej, pierwotnej energii, którą powinna cechować się metalowa stylistyka. Nie oznacza to wcale, że płyta jest zła. Utwory takie jak "Lempo" czy "Viinamäen Mies" potrafią zachwycić ciekawą melodią, która niestety ukryta zostaje pod zbyt bogatą aranżacją. Wiele z kolejnych utworów niestety niczym się nie wyróżnia, singiel "Pilli On Pajusta Tehty" również zdecydowanie mniej przyciąga uwagę niż znane z poprzedniej płyty "Kunnia" czy "Rauta". Nie powiem jednak, że się zawiodłem. Nowa płyta to nadal czyste, tradycyjne Korpiklaani. Pytanie tylko, czy po ośmiu albumach nadal stanowi to komplement? Mogę się założyć, że po przesłuchaniu całej płyty nikt ze słuchaczy nie będzie w stanie przytoczyć choćby jednego elementu, który zapadł mu na dłużej w pamięć.

Są takie zespoły, które potrafią porwać w trakcie koncertów oraz takie które nagrywają przemyślane i elektryzujące albumy. Gdy oba elementy się spotkają, wówczas możemy obcować z zespołem wybitnym. Korpiklaani takim, niestety, nie jest, ale też nigdy do tego miana nie pretendował. 6.5/10

***

Niezależnie od letnich odczuć jakie towarzyszyły mi w trakcie odsłuchu płyty, udałem się na koncert zespołu w ramach zeszłorocznego Czad Festival. Słuchałem niemal pod sceną i zżarłem dobre pół kilo piachu. Korpiklaani potrafią rozgrzać tłum fanów, to na pewno. Szkoda tylko, że większość setu spędziłem na przenoszeniu nad głową dziesiątek fanów. Ilość chętnych do poleżenia na rękach innych była tak znacząca, że w powietrzu zaczynały robić się korki, tzn. nierzadko jeden z fanów nachodził na drugiego, co zaczynało przypominać budowanie ściany z klocków. No i niestety ponad godzinę polscy miłośnicy Korpiklaani zdzierali sobie gardła domagając się utworu "Vodka" a było to odrobinę irytujące i monotonne. Korpiklaani są chyba do takiej reakcji przyzwyczajeni, bo grali po prostu swoje. Podsumowując, fajny koncert, dużo energii bijącej ze sceny i szczęśliwi fani pod nią, nie ma się do czego przyczepić. Na koncercie, gdy raczeni jesteśmy crème de la crème twórczości Finów, wówczas Korpiklaani są po prostu doskonali. [Jakub Kozłowski]

27 czerwca 2016


NIGHTWISH Endless Forms Most Beautiful, [2015] Nuclear Blast || Pomimo zgrozy, która opanowała fanów po odsunięciu Tarji Turunen od działalności zespołu, kryzys nigdy nie zdołał dotknąć Nightwish. Obozem Finów nie zachwiała również choroba Jukki Nevalainena, czego świadectwem jest następczyni świetnej w swojej stylistyce płyty "Imaginaerum". Okres od zakończenia trasy promującej "Once" poprzez zaangażowanie Anette Olzon aż po kolejną zmianę wokalistki, nie wpłynął na artystyczną zawartość nowego albumu, co pokazuje, jak ważną osobą w Nightwish jest Tuomas Holopainen. Tam, gdzie jest to konieczne muzycznie angażuje się Marco Heitala, dodając odrobinę bardziej nieokrzesanego pierwiastka do muzyki zazwyczaj dobrze wyważonej i perfekcyjnie opracowanej. Ożywienie poszczególnych linii melodycznych to z kolei zadanie wokalistek. Gdy jednak trzeba nadać całości jednorodny kształt, obudować spójną historię w dźwięki i harmonie, tam widać, że zespół nigdy nie był i nie będzie demokratyczny. To, że muzycznie Tuomas odpowiada niemal w stu procentach za kształt poszczególnych albumów wychodzi jednak zespołowi na dobre.

Pomimo ograniczonej roli wokalistek w muzycznych planach zespołu to wydaje się, że Floor Jansen będzie zastąpić o wiele trudniej niż Anette Olzon. Floor ma wszystko to, czego potrzeba dobrej wokalistce power-, czy jak kto woli, symphonic-metalowej. Holenderka dysponuje potężnym, melodyjnym głosem potrafiąc jednak, gdy utwór tego wymaga, nabrać odpowiedniej delikatności. Chociaż Anette wzniosła się na wyżyny swego talentu śpiewając w takich utworach jak "Turn Loose The Mermaids" czy "Slow, Love, Slow" z poprzedniej płyty, to nie pasowała do zespołu, wcale się zresztą w późniejszym okresie z tym nie kryjąc. Jej odbiegające od wizerunku Nightwish stroje oraz dość nieporadne gesty sceniczne rozbijały nastrój występów utrudniając konserwatywnym fanom zaakceptowanie jej jako następczyni Tarji, prawdziwej divy sceny metalowej. I chociaż potrafiła zaśpiewać pięknie w każdej balladzie, jej interpretacje ciężkich utworów niebezpiecznie zbliżały się do pastiszu. Floor Jansen, co pokazały koncerty poprzedzające przyjęcie wokalistki do zespołu, odnajduje się doskonale w każdej stylistyce.

Wszystko to jednak nie miałoby najmniejszego znaczenia, gdyby zespół nie zdołał dostarczyć materiału na wystarczająco wysokim poziomie. W tej kwestii nie ma jednak wątpliwości, "Endless Forms Most Beautiful" jest płytą równie udaną co jej poprzedniczka. Odrobinę bardziej melancholijną, odrobinę bardziej monotonną, ale dojrzalszą, wymagającą od słuchacza więcej cierpliwości, wywołującą tym samym uczucie pełnej satysfakcji. Oczywiście, o ile lubi się naiwną i przepełnioną patosem twórczość.


W odróżnieniu od "Imaginaerum", na którym mroczny klimat baśniowej, ciemnej zimy budowały ciekawe ballady i zwolnienia, na "Endless Forms" nastrój w równym stopniu kształtują potężne riffy i szybkie tempo. Album jest bardziej spójny od swojego poprzednika, niestety, zaczyna się zdecydowanie mniej ciekawie a "Shudder Before The Beautiful" sprawia wrażenie nieświadomego autocytatu, jakby był odrzutem z sesji poprzedniego albumu. Już jednak "Weak Fantasy" potrafi zagotować krew a linia melodyczna, pomimo ciężaru całego utworu, należy do jednej z lepszych w dorobku Nightwish. Warto również wsłuchać się w inteligentny i ciekawy tekst, zaśpiewany przez Floor dokładnie tak, jak powinien brzmieć, z nutką oskarżenia i pogardy. Następny w kolejce "Élan", choć wybrany na singiel, jest najsłabszym ogniwem nowego materiału, co gorsza, w ogóle niereprezentatywnym dla albumu. Niewątpliwie spełnia on pewną rolę jako przerywnik pomiędzy "Weak Fantasy" a "Yours Is An Empty Hope", dwoma niezwykle ciężkimi utworami, ale na pewno nie powinien być wizytówką całej płyty.

Nowe dzieło Finów stanowi jednak ciekawe połączenie cięższych fragmentów, wprowadzających miejscami niepokojący nastrój, oraz fragmentów spokojnych, melancholijnych i pełnych tęsknoty. Takim utworem, i moim faworytem na płycie, jest "Our Decades In The Sun". Choć odbiega on od konceptu całego albumu, który jest odzwierciedleniem, jak to ujął Tuomas Holopainen, pokłonu, który zespół składa sile rozumu i nauki, to jego melodia świdruje umysł jeszcze długo po wyłączeniu płyty. Zresztą to właśnie świetne współgranie tekstów z muzyką jest największą siłą albumu.

Nie mogę powiedzieć, że "Endless Forms Most Beautiful" jest lepsza od "Imaginaerum". Jest na pewno inna. Opowieść przedstawiana przez zespół, będąca wynikiem fascynacji Tuomasa Holopainena ewolucją, nauką, rozwojem, wymaga od słuchacza o wiele więcej cierpliwości. Na płycie znalazły się też utwory przeciętne, jak wspomniane "Shudder Before The Beautiful" czy "Élan". Nastrój nowej muzyki zespołu jest jednak bardziej wyważony, mniej histeryczny. Choc powoduje to, że pierwsze odsłuchanie płyty może zawieść. Ta jednak, wraz z czasem jej poświęconym, naprawdę wiele zyskuje. 8/10 [Jakub Kozłowski]

20 czerwca 2016


W praskim zoo urodziło się słoniątko, rosyjskojęzyczny cudzoziemiec wlazł na wieżyczkę budynku należącego do Teatru Narodowego i rzucał w przechodniów cegły, co czeska policja transmitowała na żywo w Internecie, festiwal małych browarów kolejny raz udowodnił, że tutejsze piwa to znacznie, znacznie więcej niż tylko Pilsner, Gambrinus i Kozel (serio), žižkovski festiwal podwórek pokazał zaś, że moja dzielnica pełna jest niesamowitych zakamarków, choć moje podwórko i tak jest najładniejsze. Coś jeszcze w bieżących wydarzeń? Oczywiście muzyka.


Adrian T. Bell to żyjący w Pradze Brytyjczyk, który za swoją debiutancką solową płytę "Different World" zaskakująco otrzymał nagrodę Apollo za rok 2014. Stoi jednak za nim wieloletnia działalność w czeskiej post-punkowej grupie The Prostitutes, która pod koniec zeszłego roku powróciła ze spontanicznym i bardzo udanym albumem "Zum Passer". Bell zaś wydał niedawno drugą płytę solową "Night And Day", pełną klasycznego rockowego songwritingu, z lekką soulową nutą i noir klimatem, gdzieś pomiędzy Nickiem Cavem a Tindersticks. Kolejny obok Jamesa Harriesa czy Justina Lavasha przykład znakomitej adaptacji Brytyjczyków dla czeskiego życia.



Ścieżkę dźwiękową do gry Samorost 3 można uznać za jeden bardziej oczekiwanych tytułów nie tylko w Czechach, ale i za granicą. Tomáš Dvořák vel Floex napisał muzykę nie tylko do poprzednika Samorost 2, ale przede wszystkim do powszechnie nagradzanej przygodówki Machinarium. Darmowa zas epka "Samorost3 Pre​-​Remixes EP" spotkała się z zachwytem samego Jona Hopkinsa. "Samorost 3 Soundtrack" po raz kolejny łączy ciepłe żywe brzmienia i markowy dźwięk klarnetu z dopracowaną elektroakustyką, ambientem i delikatnym IDM, tworząc naturalną i niezwykle plastyczną całość. Nie tylko dla fanów indie-gier.



Květy z zeszłoroczną płytą "Miláček slunce" tylko potwierdziły swój wyjątkowy status przodowników czeskiej / morawskiej / brneńskiej alternatywy, zamiast oczekiwanej przerwy grupa zaskoczyła nas jednak wyjątkowym tytułem "Copak můžu svojí milý mámě říct". Po pierwsze, album w wersji cyfrowej pobrać możecie za darmo, ściśle limitowana edycja winylowa praktycznie wyprzedała się w preorderze. Po drugie, jest to wydawnictwo okazjonalne, prezent z okazji dziesięciolecia labelu Polí5 i towarzyszącego mu praskiego sklepu Rekomando (szukajcie pomiędzy nabrzeżem Wełtawy, Tańczącym Domem i Placem Karola). Po trzecie, są to wyłącznie przeróbki piosenek kultowej undergroundowej grupy Psí vojáci, na czele której stał przedwcześnie zmarły wokalista, kompozytor i poeta Filip Topol. Martin E. Kyšperský mierzy się z oryginałem przy pomocy swego charakterystycznego wokalu, grupa zaś ulotnymi wręcz interpretacjami. Sprawdzić przy okazji można jak z utworem "Žiletky" poradziły sobie Květy a jak swego czasu duet Tvrdý / Havelka.



Następcę znakomitego albumu "Sound Of Unrest" przygotowuje słowacki producent Autumnist. Pierwszym singlem z niezatytułowanej jeszcze płyty jest "Inner Space Invaders", który z okazji tegorocznego Record Store Day ukazał się na winylu, pobrać go jednak można wraz z remiksami takiej utalentowanej słowackiej młodzieży jak Bulp czy Fallgrapp. I obejrzeć teledysk.


Skoro już jesteśmy przy bratniej republice, to jednym z ciekawszych słowackich albumów 2012 roku było "Blízke stretnutie" ProjektkreK. Po czterech latach i ten producent, już jako Pkrek, powraca z płytą "Ariesynth", która w wielce dla Słowacji charakterystyczny sposób łączy syntezatorową elektronikę z nie zawsze instrumentalnym hip-hopem oraz udziałem takich gości jak Monika Načeva, Moimir Papalescu czy Prezident Lourajder.



I na koniec, czym dla studia Amanita Design jest Floex, tym dla Hexage jest Kubatko, który napisał muzykę do bodajże wszystkich ich gier, łącznie z najbardziej znanymi Radiant, Radiant Defense czy Reaper. Znaleźć je można na kompilacji "Hexage Games Soundtrack" oraz wydanej niedawno drugiej części "Hexage Games Soundtrack II" (choć "Reaper Soundtrack" był już wcześniej dostępny w postaci samodzielnego tytułu). [Wojciech Nowacki]

16 czerwca 2016


KAMP! Orneta, [2015] Brennnessel || Debiutancki album Kamp! nie stał się tym, czym powinien był być. Zjawiskowe przeboje "Cairo", "Melt" i "Distance Of The Modern Hearts", ba, nawet niezwykle zręczne intro "Oaxaca", nie zdołały przykryć zwrotu w stronę ejtisowego popu, który dokonał się w latach pomiędzy wczesnymi epkami a płytowym debiutem. "Kamp!" ukazało się za późno, w międzyczasie polski słuchacz zdążył się już oswoić z ideą synth-popu, zespół zaś porzucił nowoczesne elektroniczna brzmienia "Thales One" i "Breaking A Ghost's Heart" na rzecz bardziej przyswajalnej otoczki lat osiemdziesiątych.

W efekcie zabrakło na "Kamp!" wyczekiwanego czynnika wow!, zamiast albumu dekady, przedmiotu kultu, kolekcji hitów, która rewolucjonizowałaby polski gust objawiając mu elektronikę, płyta okazała raczej próbą ujarzmienia formatu albumu. Z perspektywy czasu widać, że Kamp! to zespół po pierwsze singlowy, po drugie zaś koncertowy. Pierwsza ich płyta okazuje się być jednak dziś tytułem klasycznym, który z biegiem czasu będzie tylko zyskiwać, "Orneta" zaś ten status tylko umocni.


Zarówno intrygujący tytuł pochodzący od miasteczka położonego na Warmii, jednego z najbardziej enigmatycznych regionów Polski, jak i okładka będąca kadrem z filmu "Król Maciuś Pierwszy", jeszcze wyraźniej wskazują, że Kamp! po raz drugi postanawiają zmierzyć się z ideą "albumowości", spójnym i przemyślanym konceptem. Tym razem nawet za cenę singli, choćby bowiem "Dorian", i tak jeden z lepszych utworów na płycie, w zestawieniu z dotychczasowym potencjałem Kamp! okazuje się zaskakująco słabo przebojowy. I taka też jest "Orneta", mało chwytliwa, miejscami przyciężka, miejscami tak lekko przemijająca, że nie pozostawia żadnego punktu zaczepienia. Szkoda też chłopięcego wokalu, który co prawda w przeszłości był jednym z elementów prowokujących do porównań z Cut Copy (które już na "Half Nelson" natychmiast zastępuje Animal Collective), ale na "Ornecie" zbyt często przykrywany jest vocoderowymi modulacjami. Nawet w lżejszym, przestrzennym i posiadającym potencjał do tanecznej eskalacji "Range Rover" czy w bliskim mu "Land Rover", muzycznie bliskim Hot Chip na zwolnionych obrotach, ale zarazem frapująco krótkim. Kompozycje są też nie tylko wyraźnie słabsze, ale czasem właśnie po prostu za krótkie. Co jednak niełatwo zarejestrować jeśli przepływają jedna w druga na progu zauważalności. Przynajmniej instrumentalne "Trap Door" wyróżnia się dzięki gęstszemu brzmieniu i bardziej klubowemu charakterowi.

"Orneta" jest jednak płytą znakomicie wyprodukowaną, pełną pieczołowitych aranżacji, nie zmienia jednak wrażenia, że najlepszym albumem Kamp! okaże się zapewne wydane za jakieś dwadzieścia lat greatest hits. Koniecznie trzeba jednak zestawić Kamp! albumowe z koncertowym. Profesjonalizm tria mógł okazjonalnie wydawać się wystudiowany, ale wieloletnie doświadczenie na scenach wszelakiej wielkości po prostu robi wrażenie. Precyzyjny i dopracowany, lecz żywiołowy i porywający set potrafią zaoferować w każdych warunkach, w klubie, na festiwalu, dla pięćdziesięciu, dla tysiąca. Najprościej zatem powściągnąć studyjne ambicje i przenieść na płytę prostsze taneczne emocje oraz koncertową odwagę, która zaskarbia Kamp! absolutnie zasłużoną uwagę w kraju oraz za granicą. 6/10 [Wojciech Nowacki]

12 czerwca 2016


ALESTORM Sunset On The Golden Age, [2014] Napalm Records || Był kiedyś taki program w polskiej telewizji, który mógł pochwalić się najbardziej porywającą czołówką ze wszystkich, jakie mogłem sobie w wieku nastu lat wyobrazić. Nazywał się bodajże „Morze” i jako wstęp do dość nudnej zawartości wykorzystywał piosenkę "Song Of Victory". Za każdym razem, gdy program był emitowany nachodziły mnie myśli o porzuceniu domu i zaciągnięciu się na statek w zacnym charakterze majtka. Tak, lubiłem piratów jak byłem mały. Właściwie to nadal lubię piratów. Lubię też piwo. I metal też lubię. Jedno należy połączyć z drugim i wychodzi, że Alestorm lubić mi po prostu wypada.

Nie ma się tu zresztą czego wstydzić, bo to naprawdę przyzwoita kapela. Jednak z "Sunset On The Golden Age” jest jeden problem, podobnie zresztą jak z wszystkimi poprzednimi dziełami Alestorm. A problem ten nazywa się monotonia. Nie chodzi tu zresztą wcale o konstrukcje poszczególnych utworów, bo te potrafią zaskoczyć czy to wprawną solówką ("Surf Squid Warfare"), folkowym zabarwieniem ("Magnetic North") czy chwytliwym riffem ("1741"). Chodzi właśnie o tematykę, która chociaż jest spełnieniem marzeń każdego, kto dostawał zawrotów głowy przy lekturze "Wyspy Skarbów” czy "Kapitana Blooda", powinna być przyjmowana w małych dawkach. Przesłuchanie całego albumu jest sporym wyzwaniem, nawet gdy podejdziemy do sprawy ambitniej, i poczytamy sobie teksty. Zespół potrafi napisać pijacko-imprezowy hymn "Drink" (But a man has needs and that need is booze!) okraszony lekkimi, zabawnymi słowami, by następnie zaatakować uszy słuchacza epickim dziełem o klęsce Anglików w bitwie o Kartaginę. Na męczący wydźwięk całego album wpływ ma specyficzna szczekająca maniera Christophera Bowesa, która powoduje, że po kilku kawałkach trzeba zrobić sobie przerwę. Chyba że akurat jesteś na imprezie, albo pijesz piwo, albo jedziesz samochodem. Wtedy jest ok a muzyka Alestorm sprawdza się doskonale.


Odbiór albumu zmienia się jednak diametralnie, gdy po prostu chce się go w zaciszu domu i w świętym spokoju posłuchać. Wówczas następuje chyba zbyt zasadniczy rozdźwięk między otoczeniem a energią płynącą z odbiornika. Osobiście w okolicach "Quest For Ships" robię się senny. I chociaż łatwo w połowie płyty przyciąć sobie drzemkę, to równocześnie nic tak dobrze nie rozbudzi cię z rana jak kilka zwrotek "Walk The Plank". Przydałoby się jednak odrobinę zróżnicować tempo i nastrój poszczególnych utworów. Jest jasnym, że słuchając Alestorm czeka się na utwory typu "Drink" albo "Hangover", świetnego coveru beznadziejnej piosenki Taio Cruza, brakuje mi jednak utworów odrobinę bardziej refleksyjnych czy emocjonalnych. Tak po prostu, dla przełamania sztampy.

Życie pirata to nie zawsze przecież żłopanie rumu i strzelanie z dział. Na albumie Alestorm nie ma utworu porównywalnego do "White Pearl, Black Oceans" Sonata Arctica a bardzo by się przydał. Oczywiście jaki Alestorm jest, każdy widzi i nie wymagam tu dogłębnych stylistycznych zmian. Może jedynie szczyptę zróżnicowania. Mimo to "Sunset On The Golden Age" trzeba uznać za udaną płytę. W podgatunku metalu pirackiego nie ma obecnie sobie równych, co jednak wynika również z faktu braku bezpośredniej konkurencji. Jeżeli więc lubicie taką rozrywkową, odrobinę pastiszową stylistykę graną na jedno kopyto to polecam. Niestety, cena albumu może odrobinę odstraszać, bo za podstawową wersję CD zapłacić musimy ponad 50 zł. Troszkę dużo jak na mało znany i, bądź co bądź, drugoligowy zespół na dorobku. 5/10 [Jakub Kozłowski]

10 czerwca 2016


THE ORDER OF ISRAFEL Red Robes, [2016] Napalm Records || Czekałem na tą płytę z niecierpliwością a nieczęsto to robię. Zazwyczaj z większą chęcią wracam do klasyków gatunku zamiast odliczać dni do premiery nowej produkcji. A jednak The Order Of Israfel zaintrygował mnie swoim doskonałym, wydanym w roku 2014 debiutem. Płyta "Wisdom" stanowiła perfekcyjne wyważoną dawkę doom metalu zmieszanego z motörheadową galopadą i progresywnym zacięciem. Tom Sutton wraz z kolegami dokonał czegoś, co wydawałoby się niemożliwe łącząc tak odrębne stylistyki. Lecz sprawne wykorzystywanie dokonań poprzedników zaowocowało bardzo ożywczym albumem zespołu, który właściwie wziął się znikąd i nikogo nie obchodził.

W momencie zapowiedzenia premiery "Red Robes" The Order Of Israfel zyskał już oddanych fanów, którzy z niepokojem oczekiwali rezultatów pracy zespołu. W powietrzu wisiało pytanie, czy drugi album okaże się dla muzyków płytkim grobem czy drabiną prowadzącą na kolejne piętro muzycznego wtajemniczenia. Po kilku godzinach spędzonych z albumem mogę z całą pewnością powiedzieć, że Israfel na pewno uniknęli przedwczesnej śmierci, ba, udało im się nawet wejść kilka szczebli do góry. Tyle że równocześnie rozchybotali drabinę zwiększając groźbę upadku. "Red Robes" jest bowiem płytą bardzo dobrą, ale nie tak udaną jak debiutancki "Wisdom". Jest również płytą intrygującą, ale o zmarnowanym potencjale. Ten album mógł być po prostu lepszy, wystarczyło uniknąć kilku błędów i dać sobie troszkę więcej czasu na doszlifowanie kompozycji.


Na "Red Robes" ulotnił się gdzieś wyraźny na debiucie progresywny pierwiastek, zastąpiony pokaźniejszą dawką domowych powolnych riffów. Utwory nadal utrzymują wzbudzającą szacunek długość, ale mniej się w nich dzieje, wydają się jednostajne i mniej skomplikowane pod względem aranżacji. Dobrze widać to na samym początku płyty, gdy utwory "Staff In The Sand" oraz tytułowy właściwie mogą zostać uznane za kolejne części tej samej kompozycji. Oba należą do najjaśniejszych fragmentów albumu, ale umieszczenie ich po sąsiedzku szkodzi ich odbiorowi. Nie pomaga również produkcja, która stępia siłę muzyki. Zrezygnowano z wyraźniejszego wyeksponowania głosu Suttona, który ginie na tle przesterowanych i nisko strojonych gitar. I tutaj właśnie doszukiwałbym się największego mankamentu "Red Robes", jeżeli mogę jej produkcję do czegoś przyrównać to byłby to album "Born Again" Black Sabbath.

Wszystkie utwory brzmią płasko, co powoduje, że pierwsze kilka odsłuchów może do płyty zniechęcić, tym bardziej, gdy porówna się ją z bardzo ostrym dźwiękowo debiutem. Nie wiem z czego wynikała ta zmiana. Nie widzę powodów, dla których stępiono brzmienie instrumentów i wokalu tym bardziej, że dobra sprzedaż albumu "Wisdom" zaowocowała większym budżetem którym The Order Of Israfel mógł się posiłkować. Widać to zresztą po sposobie wydania płyty, którą umieszczono w eleganckim, grubym digipaku wraz z bonusowym dyskiem DVD z zapisu koncertu. Jeżeli więc nie względy finansowe miały tu decydującą rolę to produkcja musiała wynikać ze świadomej decyzji muzyków i moim zdaniem podjęto ją pochopnie. Nie dość, że na płycie nie znajdziemy kompozycji na miarę "Wisdom", "Born For War" czy "Morning Sun" to dodatkowo sposób rejestracji albumu sprawia wrażenie zbliżone do tego, które odnosi się słuchając płyt zza ściany.

Muzycznie "Red Robes", chociaż słabsza od debiutu, nie zawodzi. Jest spójna i nawet ciekawa pomimo kilku wypełniaczy w postaci "In Thrall To The Sorceress" oraz balladowego "Fallen Children". Wielki potencjał drzemie we wspomnianym już "Staff In The Sand" oraz w "Swords To The Sky", jedynym uprogresywnionym utworze na płycie, z doskonałym riffem przewodnim, choć tu ponownie jego siła mocno słabnie przez nijaką produkcję. Zawodzi singlowy "Von Sturmer", który jednak pomimo swojej muzycznej nijakości potrafi wbić się w pamięć i w najmniej spodziewanych momentach zmusić słuchacza do nucenia. Niewiele dobrego mogę jednak powiedzieć o "The Thirst", który jest po prostu zbyt długi i repetycyjny.

A jednak nie czułem się zawiedziony. Jest w tych utworach siła, która zmusza do regularnych powrotów do albumu. Mam tu na myśli, przede wszystkim, znakomite riffy i intrygujące, choć może odrobinę naiwne, historie opisane w tekstach. Niestety zdaje sobie równocześnie sprawę, że gdyby zespół miał szansę ograć nowy materiał na koncertach, jak w starych dobrych czasach sprzed ery komórkowej, kiedy muzycy nie musieli obawiać się, że następnego dnia po koncercie płyta wycieknie do Internetu, to z kilku rozwiązań by zrezygnował a kilka pomysłów rozwinął. The Order Of Israfel nadal prezentują przystępny doom metal najwyższych lotów, chociaż wyraźnie uproszczony w porównaniu do debiutu. Brakuje odrobinę wyraźniejszej sekcji rytmicznej i lepiej zmiksowanego wokalu, ale są to mankamenty do których można się przyzwyczaić. Być może fakt, że na płycie nie ma jednego wyróżniającego się utworu, który potrafiłby zdominować resztę kompozycji "Red Robes" słucha się jako zamkniętą całość, w której każdy utwór ma swój cel do spełnienia. Do debiutu wracać będę jednak częściej. 7.5/10 [Jakub Kozłowski]