10 lutego 2017


Jeśli najpopularniejszą na świecie polską muzyką jest obecnie ścieżka dźwiękowa z "Wiedźmina", to najczęściej słuchaną muzyką z Czech będzie soundtrack z gry "Samorost 3". Niezależne studio Amanita Design za każdym razem bezbłędnie łączy gry komputerowe i muzykę w jedno komplementarne medium, czy jest to "Botanicula" z muzyką zespołu DVA, czy nagradzane "Machinarium" lub poprzednia część "Samorostu", do których ścieżki dźwiękowe skomponował Tomáš Dvořák.

"Samorost 3 Soundtrack" przynosi ważną zmianę formalną, razem z poprzedzającą go darmową epką "Samorost3 Pre​-​Remixes EP", jest pierwszym opublikowanym pod nazwą Floex, do tej pory zastrzeżoną dla pozailustracyjnej twórczości Dvořáka. Niemniej, jego najnowszy tytuł ową ilustracyjność doprowadza do perfekcji, ba, tym razem nie jest to już nawet muzyka tła, lecz pełnoprawna muzyczna geografia, każdy bowiem, nawet najmniejszy dźwięk ma światotwórczą rolę. Tylko pozornie zatem niespodzianką był facebookowy entuzjazm Jona Hopkinsa po zetknięciu się z muzyką Floexa, a jeśli posłuchacie gry na pianinie Hopkinsa na nowym albumie Bonobo to kierunek przepływu inspiracji stanie się całkiem jasny.



Na kasecie "eye draw​(​s) the line" rytm niespiesznie wybijają ejtisowe drumpady, przydymioną atmosferę okazjonalnie rozwiewa pulsująca głębia, kompozycje zaś balansują na cienkiej linii między eteryczną szkicowością a odważniejszym zanurzeniem się do piosenkowych wód. Otoczkę dość ponurego syntetycznego popu punktują jednak dźwięki fletu oraz neoklasycyzujące pianino. Pomimo lub dzięki swej skromności muzyka ba:zel aż prosi się o odpowiadającą jej stronę wizualną, porcelanowo zaś kruchy wokal łatwo może rodzić orientalizujące skojarzenia. Co łatwo wyjaśnić tym, że Daniel Vlček jest uznanym malarzem i artystą wizualnym, Ewelina Chiu ma zaś korzenie dalekowschodnie i... polskie zarazem.



Pamiątkę z drogi przyjaźni polsko-czeskiej mamy jeszcze jedną. Jakub Adamec, połowa duetu I LOVE 69 POPGEJU, solowy album "Are You Human? Confirmed." wydał w kooperacji polskich labeli Mik Music i BDTA (wersje cyfrowa i kompaktowa) oraz czeskiego Flesh&Brain (kaseta, niestety wbrew zdjęciom wcale nie różowa). Wprzęgnięte w quasi-piosenkowe ramy techno Adamca jest mniej hałaśliwe i agresywne od macierzystego duetu, zamiast żonglerki stereotypami oferuje dość konkretny przekaz inspirowany znanymi wszystkim formularzami CAPTCHA. Bardziej wyważony nie znaczy jednak mniej rozdygotany, kanciasta elektronika, spoken-wordowe sample i prosty bit tworzą bowiem całość dość nerwową.




Martin E. Kyšperský, lider zespołu Květy, swój pierwszy solowy album "Svetr" wydał dość niezauważenie. Niczym tytułowy sweter faktycznie przypominał znaną i komfortową rzecz wyciągniętą z szafy na domowe potrzeby, podobnie do znakomitej zresztą solowej płyty naszego Michała Bieli z Kristen. Album "Vlakem" ukazał się podobnie nieoczekiwanie co jego poprzednik, tym razem jednak przynosi wyraźniejszą zmianę. Rękopis Kyšperskiego oczywiście nadal jest rozpoznawalny, ale umiejętnie modyfikowany, choćby w pomysłowym i intrygującym "DWYL" czy spowitym ciemniejszą niż zazwyczaj atmosferą "Ženy". Jasne, "Kamkolin" zbytecznie się dłuży odsłaniając wokalne niedomagania, ale też zawiera markowe już gry słowne. Przede wszystkim jednak, inspirowane koleją, czyli najbardziej chyba melancholijnym sposobem podróżowania, "Vlakem" pełnym pędem zmierza w stronę ledwie zarysowaną na ostatnich albumach macierzystego zespołu Kyšperskiego i tym razem całkowicie niemal bazuje na elektronice. Do tego jeden z najciekawszych czeskich albumów końcówki zeszłego roku pobrać możecie za darmo.



Jednym z naszych ulubionych wykonawców ze Słowacji jest z kolei Stroon i z pełnym przekonaniem wspominamy o każdym z jego małych wydawnictw. O jego niezmiernie gustownej elektronice pisało się najpierw w kontekście post-dupstepu, następnie objawił się jako utalentowany wibrafonista, na poprzedniej epce sięgnął nawet po noise'owe gitary. Na "Solar Preludes" rekapituluje swoją muzyczną karierę, usłyszymy tu zatem zarówno krystalicznie czysty wibrafon, jak i syntezatorowe płaszczyzny i zniekształcone gitary. W zeszłym roku Stroon wystąpił w Pradze w roli supportu przed Emiką i był to występ doprawdy znakomity, zarówno dźwiękowo, jak i wizualnie, "Solar Preludes" zaś wreszcie oddaje wszystkie jego wymiary skupione w jedną formę.


Pozostając w temacie perfekcyjnie uformowanej elektroniki, drugą już kasetę pod szyldem MO-DU wydał Jan Jiskra, wcześniej tworzący jako Moduretik czy Neden. "MOD02" kontynuuje jasną kosmiczną trajektorię, tym razem z subtelnie poprzesuwanymi akcentami. Ambient służy tym razem jako płótno na którym silniej zaznacza się okazjonalnie zrytmizowanie materiału oraz, w co niemal ciężko uwierzyć, jeszcze bardziej przestrzenne brzmienie. Syntezatorowa muzyka MO-DU jest zatem równie światotwórcza co soundtracki Floex, jest to jednak świat chłodniejszy, choć bardziej kojący, mniej szczegółowy, ale pełen z wolna krążących kształtów i wyłaniających się barw. Zaprawdę jest to muzyka stworzona do słuchania z magnetofonowej taśmy!



[Wojciech Nowacki]

8 lutego 2017


YEASAYER Amen & Goodbye, [2016] Mute || Kontrolowana dziwność od samych początków była głównym atutem Yeasayer. Albo przyczyną rozdrażnienia, ale przyznać trzeba, że grupa ta może służyć jako modelowy przykład brzmienia przełomu pierwszych dekad XXI wieku. Do tego znacznie mniej irytujący niż przereklamowane Animal Collective, potrafiący za to skutecznie wypełnić średnie i namiotowe sceny największych festiwali.

Zanim jednak "Ampling Alp" czy "O.N.E." uczyniły "Odd Blood" tak efektownym albumem z pogranicza synth-popu, indie-rocka i dadaistycznego pop-artu, debiutanckie "All Hour Cymbals" swą na poły freak-folkową, na poły sabbathową hybrydowością, zwróciło na Yeasayer tak skupioną uwagę, że do dziś istnieje silny obóz zwolenników "All Hour Cymbals" nad "Odd Blood". Łatwo możecie się domyśleć do którego obozu należę ja, zwłaszcza jeśli ogłoszę, że poza über-przebojowym "2080" debiut dość mocno się zestarzał. Ale ale, jeszcze łatwiej niestety zapomnieć o "Fragrant World", naprawdę udanym albumie numer trzy.

W ciągu dwóch lat po "Odd Blood" trendy przemijały, uwaga przeskakiwała od hype'u do hype'u, więc nowy Yeasayer nie wydał się być specjalnie oczekiwanym. Pewnie po części jest w tym wina samej płyty, wyjątkowo, jak na Yeasayer, powściągliwej. Kategoria "dojrzałości" bywa najczęściej słowną watą, ale biorąc pod uwagę zawrotne tempo rozwoju i rozedrgane zainteresowania grupy, przy ich ledwie trzecim albumie można było faktycznie mówić już o znacznym wyrobieniu. Zarówno rozbuchana przebojowość, jak i demonstracyjny artyzm, zostały na "Fragrant World" powściągnięte, tworząc album najbardziej spójny, a i tak zdolny dostarczyć obłędne przeboje ("Reagan's Skeleton" ah!).


"Amen & Goodbye" wydaje się być reakcją na wycofaną powściągliwość poprzednika i nadaktywną celebracją pierwotnej dziwności Yeasayera. W swym artystowskim entuzjazmie wydają się jednak zataczać pełne koło do pradawnych już początków psychodelicznego rocka. Już bowiem "Daughters Of Kain" w równym stopniu nawiązuje do początków Yeasayer, co do barrettowskiego Pink Floyd, sugerując słownictwem wyrafinowane i efektowne rozważania z pogranicza nauki i filozofii. Album jednak bipolarnie obija się między dwoma biegunami, miejscami efektownym i przesyconym chaosem a lekką nudą i niedogotowaniem. Weźmy "Half Asleep" z interesującym rytmicznie i dźwiękowo początkiem, gdzie stopniowo mieszają się elementy trip-hopu, post-rocka i emotroniki, lecz później pojawiają gitara slide rodem z country, trąbka, gitarowa solówka i wokalna cyganeria, bowiem wraz z pojawieniem się głosu tajemniczej Suzzy przywołane zostają duchy Mike'a Oldfielda z Maggie Reilly, wczesnego 4AD i samej Kate Bush. "I Am Chemistry" z pełnym brzmieniem i czytelnym przekazem wydaje się być najważniejszą piosenką na płycie, "Silly Me" zaś funkcjonuje jako oczywisty przebój, choć trochę z braku lepszych alternatyw i odrobinę autokarykaturalnie.

Stopniowo jednak rozpychają się kolejne wypełniacze, tutaj zabrzmi rozbiegany saksofon, tam barokowy klawesyn i oklaski, gdzie indziej cyfrowa dżungla a im bliżej końca, tym więcej zaskakująco zwyczajnych  i ledwie zauważalnych piosenek. Ale też właśnie w drugiej połowie płyty znajduje się "Gerson's Whistle", kolejny z najciekawszych tutaj utworów i najbliższy formie "Fragrant World", w którym zamiast żonglerki pomysłów mamy prawdziwą głębię, napięcie i rozwój, a wspomniana Suzzie pobrzmiewa dla odmiany jak Sinead O'Connor. Ostatecznie "Amen & Goodbye", choć ma swoje momenty, brzmi jednak jak trochę wszystkiego, ale wszystkiego tylko po trochu. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2017


DEVENDRA BANHART Ape In Pink Marble, [2016] Nonesuch || Z jakiegoś powodu wędrowałem przy pomocy Google Street View po bułgarsko-tureckim pograniczu, znanym głównie z bycia cywilizacyjną barierą kryzysu uchodźczego. Teoretyczne antemurale Unii Europejskiej spowijają spękane drogi, opustoszałe domy, wałęsające się psy, zerowe ślady przemysłu, rolnictwa czy jakiejkolwiek ludzkiej działalności. A jednak z tych pogranicznych wzgórz tchnie przedziwny spokój a tamtejszy chaos okazuje się być smutnie kojącym. W świecie gdzie nic nie wydaje się być na swoim miejscu piękno objawić się może w najmniejszych szczegółach.

Oczywiście za wszystkie te wrażenia odpowiadają też silne zmysłowe skojarzenia, czyli jedno z najsilniejszych doświadczeń jakich dostarczyć może muzyka. Jednocześnie słuchałem bowiem "Ape In Pink Marble", nowego albumu Devendry Banharta, który przy pierwszym czy przelotnym kontakcie wydaje się być kruchą kalką zjawiskowej płyty "Mala". Jednak w tej właśnie ulotności tkwi wyjątkowy urok, chciałoby się rzec, że nieziemski, ale świat Banharta jest przecież po ludzku ułomny, swojski i przyziemny. Motyw podróży, kulturowych konfrontacji, ciągłego ruchu i nieprzystosowania, tworzy całość melancholijnie smutnawą, ale tchnącą spokojem i zrezygnowanym optymizmem. Piękno muzyki Banharta jest zatem równie ulotne i płynące z takiej a nie innej rzeczywistości co powab opuszczonego krajobrazu.


Choć więc dwa najbardziej wyróżniające się fragmenty albumu, "Fancy Man" i "Fig In Leather", początkowo wydają się być momentem zasłużonego wytchnienia w dość jednorodnej całości, to w jej ramach są wyraźną anomalią. Po ciągu ulotnych piosenek żywy "Fancy Man" sprawia wrażenie najpełniejszej kompozycji, jest barwny, narracyjny i lekko absurdalny. Cyrkowe nastroje uwodzicielsko podchwytuje "Fig In Leather", gdzie spotykają się funk i obmierzłe disco spod znaku Abby, Bee Gees czy Boney M. Obie piosenki tylko uwypuklają problematyczną przemijalność singla "Saturdays Night", który zupełnie nie zapada w pamięć, gubi się nawet w kontekście całego albumu, ale jest w istocie reprezentatywny dla atmosfery "Ape In Pink Marble" i brzmienia bardziej opartego na syntezatorach niż gitarach.

Jeśli "Middle Names", krucha piosenka z koronkową melodyką i nieskończonym potencjałem jej ciągnięcia, rozbrzmiewa jakby ktoś wygrywał ją siedząc na krawędzi naszego ucha, to jest to w istocie idealne wprowadzenie do tego albumu. Stopniowo pojawia się na nim coraz więcej elementów, "Mara" zaskakuje dubowym rytmem, "Theme For A Taiwanese Woman" bossanową rodem z windy oraz orkiestracjami, "Souvenirs" z premedytacją posługuje się jednym z najbardziej oklepanych popkulturowych tropów (Welcome to the hotel in California) i wszystkie te drobnostki są właśnie równie urokliwe jak suweniry z podróży kupowane w tanich sklepach z pamiątkami. "Mourner's Dance" jest już jednak właściwie tylko syntezatorową plamą upstrzoną dźwiękami japońskiego koto a im bliżej końca, tym bardziej "Ape In Pink Marble" osuwa się w minimalizm. Szurające "Lucky" jeszcze odtwarza klimat przydymionego dansingu, ale "Linda", minorowa i minimalistyczna kompozycja, grająca z ciszą przez niemal 6 minut, bliżej ma już ku eksperymentalnym, lecz urokliwym ściankowym mgiełkom.

Po raz kolejny już mam ochotę powiedzieć, że jaki album, taka okładka, co zresztą byłby tylko kolejnym dowodem na to, jak w dobrej muzyce przeplatają się zmysły, wrażenia, skojarzania, jeśli tylko podana jest jako przemyślana, komplementarna całość. Bo "Ape In Pink Marble" to płyta w istocie taka, jaka jej okładka, niewyraźna, niemal niezauważalna, z ledwie zarysowanymi konturami, ale emocjonalnie wieloznaczna i figlarna. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 stycznia 2017


TORTOISE The Catastrophist, [2016] Thrill Jockey || Pomimo katastroficznego tytułu mamy do czynienia z typową letnią, późną płytą wykonawcy o uznanym dorobku. Z jednej strony tyle wystarczy, od poprzedniego albumu "Beacons Of Ancestorship" upłynęło pięć lat i choć w dwudzistopierwszowiecznym tempie wystarczy wydać nową płytę po dwu-trzyletniej przerwie, by mówić o "wielkim powrocie", to w przypadku Tortoise czas już był faktycznie najwyższy. Zwłaszcza, że z racji wspomnianego wyżej stażu można było być spokojnym o jakość materiału, nawet jeśli z tego samego powodu lekko rutyniarskiego. Ale z drugiej strony jednak szkoda, bo nie oszukujmy się, "uznany dorobek" to rzecz umowna, przecież pierwszym skojarzeniem z terminem "post-rock" jest dziś taki trochę metal dla ubogich i zbyt melancholijnych, instrumentalny i z odpowiednio alienującymi tytułami. Zatem wszyscy epigoni Mogwai, od Mono przez Russian Circles po God Is An Astronaut. "The Catastrophist" ani nie przypomni korzeni post-rocka, ani nie zwróci należnej uwagi na Tortoise. W tych celach należy sięgnąć do przeszłości.

Najlepiej po "TNT". Nie jest to recenzencką kapitulacją, ale celowym nostalgicznym nadużyciem. Dzięki obecności na nim dwudziestominutowego "Djed", to "Millions Now Living Will Never Die" uznawany jest za definiujący album Tortoise, ale włączcie i posłuchajcie "TNT", po czym naprawdę zatopcie się w myśli, że słuchacie muzyki, której nagrywanie rozpoczęło się pod koniec 1996 roku. Ikoniczny post-rock, gęsty od faktur, pełen zaskakująco lekkiej nerwowości i prawdziwie transformujący nasze wyobrażenia o rockowym instrumentarium, produkcji i konstrukcji kompozycji, bynajmniej nie wyczerpał potencjału Tortoise. Niedoceniane niegdyś "Standards" dziś intryguje swą nieociosaną kanciastością. "It's All Around You" to produkcyjny majstersztyk pełen różnorodnych rozwiązań formalnych, zarówno kompozycyjnych, jak i aranżacyjno-instrumentalnych. Nawet "Beacons Of Ancestorship", do którego po raz pierwszy przylgnęła łatka "powrotu" wykrzesał z Tortoise dla odmiany punkową niemal werwę.


Tymczasem na "The Catastrophist" już w pierwszym, tytułowym zresztą utworze brzmią jak starsi panowie popisujący się tym jak bardzo są fajni, na co można się sympatycznie uśmiechnąć, ale też pobłażliwie przewrócić oczami. Starczo brzmi użycie syntezatorów, ale równoważy je lekka jazzująca atmosfera, choć zastanawia zbytnie podobieństwo, nawet w finałowej próbie eskalacji, do Jaga Jazzist, formacji znanej przecież z tego, że do nu-jazzowych brzmień inkorporowała post-rock spod znaku Tortoise właśnie. To podobieństwo do własnych epigonów pojawia się na płycie jeszcze parokrotnie ("Hot Coffee", "Tesseract").

Utwory miniaturowo wręcz krótkie, które na "Beacons Of Ancestorship" potrafiły się okazać najbardziej zaskakującymi fragmentami, tutaj nie wznoszą się ponad poziom niezauważalnych wypełniaczy. Oczywiście największym potencjalnie zaskoczeniem są po raz pierwszy na regularnej płycie Tortoise pojawiające się normalne piosenkowe wokale. Nie liczymy bowiem ani subtelnych wokaliz z "It's All Around You", ani kolaboracyjnego albumu "The Brave And The Bold" z Bonnie "Prince" Billym, który po latach znakomicie zyskuje dystyngowanej patyny. Obie piosenki na "The Catastrophist" nie dość, że nie dostarczają żadnych formalnych zaskoczeń, to brzmią po prostu przyciężko. "Rock On" to przykład takiej dekonstrukcji idei piosenki, która zatacza pełne koło i w efekcie brzmi jak nie najświeższe Pink Floyd czy inni giganci prog-rocka, którzy w latach osiemdziesiątych postanowili odmłodzić się przy pomocy zmutowanego popu. "Yonder Blue" zaś, z Mimi Parker z Low na wokalu brzmi po prostu jak... piosenka Low, ewentualnie nieudany mash-up z doklejonym brzmieniem gitary Tortoise, przy czym szczególnie zastanawia brudna produkcja na poziomie taśmy demo.

Ale "Rock On" zapowiedziane jest przez "Ox Duke", wyraźnie skromniejsze, z terkoczącym syntezatorowym pulsem i charakterystyczną połamaną rytmiką. Lepiej prezentuje się również "Gesceap", początkowo powolne i ospałe, pod koniec rozwija się jednak w nerwowy groove. Największą ulgą dla uszu spragnionych frenetycznych post-rockowych emocji jest, nomen omen, "Shake Hands With Danger", gdzie nad pełzającym napięciem unosi się jazzowa swoboda, pełna improwizacyjnego potencjału, podbita silną linią basu oraz przede wszystkim odrealnionym szklanym bitem. Za mało to jednak by poddźwignąć "The Catastrophist". 6/10 [Wojciech Nowacki]

5 stycznia 2017


Po prostu pisać. Nie bawię się w roczne podsumowania, nie ścigam się na szybkość publikowania, zapewne nie wykorzystuję w pełni możliwości platformy, którą mam do dyspozycji. Interesuje mnie jedno: po prostu pisać. I jeśli w roku 2017 ma przyświecać mi jakieś motto, to jest to to właśnie. Oczywiście za „po prostu pisaniem” stoją pewne cele, niektóre osobiste, inne zaś całkiem publiczne i do tych ostatnich należy szczera potrzeba promowania w Polsce muzyki z Czech i Słowacji. Ani zatem podsumowaniem, ani gorącą recenzją rozpoczniemy rok na DNA muzyki, lecz kolejnym odcinkiem „Bohemofilii”.

Słowaccy Nvmeri coś szykują. Pomału, systematycznie, ale gdy ich nowy album nareszcie się ukaże to być może będziemy mieli do czynienia z najlepszym środkowoeuropejskim indie. Tylko w sensie geograficznym, bowiem kolejne ich single, "Entropy" z 2014 roku, zeszłoroczne "Scales" i nowość "Art Of The Trial", owszem, łatwo można porównać do czołówki współczesnego indie-rocka/popu, ale brzmienie Nvmeri jest świeże, lekkie, dopracowane, pewne siebie i w pełni autorskie. Łatwo sobie przy tym wyobrazić, że dziś tak mogłoby brzmieć nasze nieodżałowane The Car Is On Fire. Pomijając oczywistości, takie jak lekkie syntezatorowe plamy, koronkowo punktującą gitarę i nienachlną przebojowość, to największą siłą Nvmeri pozostaje matowy głos wokalisty. Czekamy na album. Naprawdę.


Děti mezi reprákama to pierwotnie kolaboracyjny projekt Dominika Zazuli z post-hudby, który niecały rok po debiutanckiej płycie "Újezd" powrócił z albumem "Haiku", powstałym już w zdecydowanie bardziej zespołowej formie. O ile za zespół możemy uznać Dominika z bratem i kilkoma ledwie gośćmi, w efekcie bowiem "Haiku" jest płytą znacznie skromniejszą od poprzednika. Zróżnicowanie podejście szeregu muzyków na debiucie sprawdzało się jednak odrobinę lepiej, "Haiku" to nadal narracyjny miejski folk, ze wskazówką wychyloną bardziej w stronę intrygujących i swojsko inteligentnych tekstów niż kompozycyjnych popisów.


Z męsko-chłopięcą melancholią idealnie konfrontuje się żeński punkt widzenia na płycie "Agnostika". Katarzia już debiutanckim albumem "Generácia Y" zwróciła uwagę jako artystka co najmniej obiecująca. Słowaczka Katarína Kubošiová wpisywała się ówcześnie w wizerunek songwriterki z gitarą, który przełamywała ustami niczym Anna Calvi i wrażliwością Bat For Lashes. Przeprowadzka do Pragi powiększyła nie tylko jej bagaż obserwacji, ale i muzyczno-tekstową niejednoznaczność. Niełatwo poznać kiedy i w jaki sposób Katarzia igra z feministycznymi stereotypami, ale nacisk przesunięty na elektronikę z elementami rapu sprawił, że przemawia już własnym i pełnym głosem.


Duet Tomáš Palucha opublikował już parę cyfrowych lub kasetowych wydawnictw, znakomity "Kámen mudrců", historia inspirowana alchemistycznymi czasami Rudolfa II, na kasecie wydany został przez Stoned To Death, pobrać go także można w postaci darmowego downloadu. Za pełnoprawny albumowy debiut zapewne jednak należy uważać "Guru", który na płycie winylowej wydał label Silver Rocket. Tym razem jednak zamiast przełomu XVI i XVII w. Jan Tomáš i Libor Palucha zabierają nas w niemniej tajemnicze lata 90-te wieku XX. Post-rockową wrażliwość nadal dzielą z naszymi Kristen, ale pojawiają się tu ślady i grunge'u, i swansowego bluesa, a kto wie, może ich guru jest John Frusciante? A wszystko to w zwięzłych, czterominutowych, piosenkowych wręcz formach, tym razem wzbogaconych o gościnne wokale (m.in. Prodavač).


Źródełka garażowego punk rocka nie wysychają nigdy, wystarczy młodość, gitary, perkusja i zdolność skupienia się przez chociaż dwie minuty. Słowaccy Genuine Jacks radośnie nawiązują do kalifornijskiej garażowej sceny z elementami psychodelii, ich album "Candyland" ukazał się na winylu, ale także w postaci darmowego downloadu. Szybszy, mocniejszy i twardszy od poprzednika zachowuje niespożytą energię, jest uwodzicielsko łobuzerski oraz przede wszystkim nieznośnie przebojowy. Co jeszcze ich wyróżnia? Po prostu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć grupy, która chwali się taką a nie inną okładką swojej płyty, bo "nie ma nic piękniejszego niż nagie męskie ciało".


Śląskie Planety stały u początków czeskiego odrodzenia shoegaze'u z debiutanckim albumem "Peklo, peklo, ráj", brudnym, lecz lekkim i uwodzicielskim. Nowy, trzeci już album "Vzduch je hrob je vzduch" jest twardszy, chłodniejszy, wręcz turpistyczny, do tego dwupłytowy. Pojawiają się syntezatory, groby, szubienice, średniowiecze i mroczne lasy. Oraz medialne porównania do "Desintegration" The Cure.


The Ills to jeden z tych zespołów, które powolną pracą i konsekwencją zdobywają sobie własne miejsce na scenie. Zaczynali nie tyle jako grupa garażowa, co wręcz sypialniana, czerpiąca garściami z tradycji post-rocka, math-rockowych prób, klasycznego shoegaze'u i dream-popu rodem z lat osiemdziesiątych, ba, nawet ich debiutancki album nosił tytuł po piosence The Cure. W duchu sypialnianego dream-popu działalność kontynuuje Filip Drábek w ramach duetu Päfgens, powstałego w Warszawie i obecnie umiejscowionego w Berlinie, tymczasem jego macierzysta formacja coraz odważniej i samodzielniej mości się w post-rockowej niszy. Wyraźny postęp ukoronował już album "Zoya" sprzed dwóch lat, tegoroczny "Ornamental Or Mental" tylko umacnia ich pozycję najlepszej obecnie słowackiej grupy post-rockowej, którą w tym roku potwierdzili nie tylko na rodzimym festiwalu Pohoda, ale i na słynnym Iceland Airwaves.


Post-rock The Ills rozwinął się w eksperymentalną formę, która z lekkością i entuzjastyczną ciekawością implementuje nowe aranżacyjne triki. Tym bardziej interesująco wypada zestawienie ich z czeskimi Flash The Readies, którzy preferują bardziej agresywne i zarazem atmosferyczne podejście. Podobnie jak na poprzednim albumie "Submarine Sky", jednej z najlepszych gatunkowych płyt 2014 roku, odtwarzają napięcie towarzyszące post-rockowi drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy wybór między drogą GY!BE a Sigur Rós jeszcze nie był przesądzony. Dwie dekady później gatunek ten uległ zamknięciu w sztywniejszych ramach, ale nadal potrafi dostarczać satysfakcjonujących płyt.


[Wojciech Nowacki]

29 listopada 2016


LAZER VIKING / SABREHART Flesh Cadillac, [2016] BiggBoss || Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Fakt, że Boy Wonder & The Teen Sensations to teraz Lazer Viking, że "Flesh Cadillac" to tylko siedem piosenek i najbliżej ma minialbumowi, że ukazał się w opakowaniu DVD, że wydał go największy czeski label hip-hopowy, że okładka delikatnie mówiąc zastanawia, że nadal wielu zastanawia się, czy to wszystko na serio, czy nie. Im więcej pytań prowokuje muzyka Kuby Kaifosza, tym bardziej tym bardziej stają się niepotrzebne.

"Everything Spelled Wrong" wydaje się jeszcze podążać za klimatem bubblegum rock'n'rolla z "Radical Karaoke". Rytm radośnie nabija automat perkusyjny, Kuba przyjmuję pozę niewinnego szczeniaczka, ale jego śpiew jest równie słodki, co skurwielski, a wraz z obłędnie śpiewnym językowym łamańcem It's never ever getting any better / Yeah we're never fucking ever getting back together piosenka dołącza do najlepszych w jego dorobku. Na upartego można szukać usprawiedliwień, że ok, może i pop, ale na pewno ironiczny, "Turnstile Hearts" jednak obala cały nasz system obronny. Nieznośnie i autentycznie radiowa piosenka, perfekcyjnie wyprodukowana i zaaranżowana, to jeden najlepszych czystej wody popowych hitów jaki możecie usłyszeć w tym roku.


Piosenki te jednak frapująco rozdzielają kanciaste i surowe "Trophy Scars" oraz "The Z Street Shuffle", pierwszy niemal punkowo bluesowy, z połamaną rytmiką, lecz melodyjnym refrenem, drugi zaś z wyraźnie cięższą gitarą. Za muzykę na "Flesh Cadillac" odpowiada Sabrehart, żyjący w Pradze brytyjski producent, który z jednej strony wydaje się karykaturalnie uwypuklać najbardziej charakterystycznie kontrowersyjne elementy odczuwania muzyki Kuby, z drugiej zaś nadaje jej wspomniane wyżej wygładzone autentycznie popowe wymiary. Jako całość "Flesh Cadillac" może więc sprawiać chaotyczno-schizofreniczne wrażenie. Pozostałe trzy kompozycje już łatwiej łączą obie te strony, "Because It Loves You" to skromna, lekko dansingowa ballada, finałowe "March On Eclectic Children" szczyci się nisko zestrojoną gitarą i modelowo popowym refrenem, "The Pizza Rat's Last Slice" zaś idealnie odnalazłoby się na ścieżce dźwiękowej do Grand Theft Auto lub sensacyjnego serialu z lat osiemdziesiątych. Brzmi jak neonowy pościg ulicami wielkiego miasta i ciężko uwierzyć, że za tak gęstą piosenkę odpowiada tylko dwóch ludzi.

W dobie, gdy wszystko poddawane jest analizie, Kuba dostarcza jej tyle materiału i możliwości interpretacyjnych, że doprowadzić może albo do szaleństwa, albo do olśnienia. Jakiego? Że liczy się tylko muzyka, im więcej o niej myślimy, tym mniej ją czujemy. Lazer Viking wytrąca nas z naszej autoironicznej, przeintelektualizowanej, wielkomiejskiej strefy komfortu. "Flesh Cadillac" to pot, ślina i ruchy bioder, czyli wszystko to, co stało u zrodu prawdziwego popu. 7/10 [Wojciech Nowacki]

27 listopada 2016


REBEKA Davos, [2016] ART2 || "Davos" to album dokładnie taki jak jego okładka. Pozornie ciemny i z ledwie zarysowanymi konturami, ale wystarczy lekko tylko zmrużyć oczy, by ujrzeć kształty czające się tuż pod powierzchnią, tuż za plecami duetu. A skoro już mowa o jego członkach, to Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny słusznie wysuwają się na pierwszy plan, nad "Davos" unosi się bowiem silny duch kompletności. Rebeka opanowała mechanikę duetu do tego stopnia, że czuć tylko ich osobowości, bez najmniejszej potrzeby dodania czegokolwiek z zewnątrz. Może poza odrobiną odwagi?

Tam, gdzie inni pogrywają sobie z konceptem albumu, "Davos" jest jak wyciosany z węgla monolit, którego kontury przy pierwszym kontakcie nie muszą jawić się jako specjalnie przyciągające. Początek płyty jest bowiem przyczajony, produkcja wybija się wyraźnie, ale choć przyciemnione, niewyraźne "The Trip" zdaje się łączyć pop lat osiemdziesiątych z echami house'u, to jako początek albumu nieśmiało pełza i w nic się nie rozwija. "What Have I Done"  implementuje natomiast nowocześniejszy bit, znany z wielu współczesnych produkcji klubowych, hip-hopowych czy alt-r'n'b, ale nadal nie pozwala przewidywać, co na "Davos" wydarzy się dalej.


Do pełna satysfakcji wystarczy już trylogia "Falling" - "Perfect Man" - "Today". Pierwsza piosenka przynosi stylowy taneczny blichtr i delikatną eskalację. Druga, pozornie skromna, lecz pełna produkcyjnych ornamentów, ukazuje jednocześnie efektowną powściągliwość Rebeki oraz indie-rockowo podejście do tematu deep-house'u bliskie choćby Cut Copy. Wreszcie "Today" to nostalgiczna i radosna zarazem kompozycja, którą spokojnie mogłaby zaśpiewać Kylie Minogue, ale zdecydowanie ta z czasów "I Should Be So Lucky" niż "Can't Get You Out Of My Head".

Finałowe "Wake Up" łatwo kojarzy się ze sposobem w jaki indie-elektronikę uprawia Archive, ale nawet jeśli Rebeka tu i ówdzie naturalnie nawiązuje to znanych estetycznych schematów, to na szczęście kompiluje je w spójną i autorską całość. Linie wokale nie są wcale oczywiste, łatwo sobie wyobrazić, słuchając choćby hipnotycznego "Promised Land", że ich geneza mogłaby być improwizowana. A i tak "Białe kwiaty" brzmią jak polski pop lat sześćdziesiątych rodem z pocztówki dźwiękowej przełożony na język współczesnej elektroniki.

Często słyszę jak Czesi zazdroszczą Polsce rynku muzycznego, co najczęściej komentuje w cichości przewracając oczami. Jako przykład wymieniają koncertujących tu okazjonalnie Kamp!, ja bardziej bym zwrócił ich uwagę na We Draw A oraz na Rebekę właśnie. "Davos" wydaje się być powściągliwe, bynajmniej nie nieśmiałe, wręcz przeciwnie, całkiem pewne siebie i samoświadome. Ale jakby obawiając się porównań i konfrontacji powstrzymuje się przed użyciem wszystkich swych sił. Niepotrzebnie, potencjał Rebeki jest ich i tylko ich. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

23 listopada 2016


METALLICA Hardwired...To Self-Destruct, [2016] Blackened || Miejsce: liceum. Czas: początek lat dwutysięcznych. Lekcja informatyki. Dopiero co nastały czasy, kiedy internet przestał być dobrem reglamentowanym, chociaż dostęp do sieci nadal wiązał się z problemami natury finansowej i technicznej. Mało kto z młodszego pokolenia dzisiaj pamięta, że połączenie z siecią blokowało linię telefoniczną odcinając całą rodzinę od świata zewnętrznego. Jednak dzięki utrudnieniom jakie wiązały się z prywatnym połączeniem (tylko wybrańcy wiedzieli co to jest stałe łącze) lekcje w szkolnej sali komputerowej cieszyły się sporą estymą. Informatyków z prawdziwego zdarzenia oczywiście brakowało, co pozwalało nam radośnie surfować po "Word Wide Web" jak tylko nauczyciel odbębnił średnio znany mu materiał lekcyjny.

Pomimo powszechnego uczucia rozluźnienia natknąłem się tego dnia na roztrzęsioną koleżankę, nazwijmy ją JB. Powodem smutku nie było jednak zawieszenie czy popsucie się komputera, ale fakt, że z Metalliki odszedł Jason Newsted. Mieliśmy w tamtych czasach nasz mały zespół muzyczny w składzie JB, kolega MS i ja. Graliśmy średnio, ale nie brakowało nam zaangażowania. Nigdy nie wymyśliliśmy sobie nazwy, ale ogrywaliśmy utwory Metalliki. My, gitarzyści - amatorzy, woleliśmy "The Unforgiven" czy "Sad But True", ona, perkusistka, nakłaniała nas do młócenia "Master Of Puppets" i "Battery", szybkich utworów dla silnej kobiety. A jednak roszady w Metallice, które dla JB równoznaczne były z jej rozpadem, zdołały doprowadzić ją do płaczu.

Po odejściu basisty z obozu zespołu zaczęły wychodzić sprawy, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego, kłótnie, oskarżenia, infantylne zwierzenia w obecności kamer. Wcześniej afera z Napsterem, która już sama w sobie zachwiała wiarygodnością Metalliki. Już po zatrudnieniu Roberta Trujillo i nagraniu "St. Anger" pojawił się film dokumentalny "Some Kind Of Monster", twór tak infantylny i obrzydliwy, że do teraz nie mogę oglądać go bez uczucia zażenowania. Moje zainteresowanie zespołem spadło niemal do zera. Nic w tej kwestii nie zmienił album "Death Magnetic", który raził uszy swoją przeciętnością. Cały czas czułem zresztą niesmak po "St. Anger", płycie od razu przeze mnie znienawidzonej.


Czy premiera "Hardwired...To Self-Destruct" coś w moim nastawieniu zmieniła i czy można mówić o powrocie do złotych lat świetności zespołu? Bez wątpienia nie. Metallica AD 2016 nadal nie jest grupą do której mógłbym podchodzić emocjonalnie. Wciąż przypomina bardziej konsorcjum niż zespół muzycznych indywidualistów. Gdyby wyciąć z dyskografii Metalliki "St. Anger" i "Death Magnetic" to "Hardwired..." byłaby ich najsłabszą płytą ("Lulu" do pełnoprawnych albumów studyjnych w ogóle nie zaliczam). Mając jednak na uwadze ich ostatnie studyjne dokonania z czystym sumieniem uznać mogę "Hardwired..." za jakościowo… trzeci od końca w katalogu grupy. Rozumiem oczywiście wielkie oczekiwania najbardziej oddanych fanów i niejako automatycznie za tymi oczekiwaniami idący entuzjazm. Gdyby wyposzczeni die-hardzi Metalliki nie uznali płyty za genialną, wówczas cały okres zaciskania zębów i odliczania miesięcy/dni/godzin do premiery poszedłby na marne. A że album ma swoje nieliczne blaski od razu odtrąbiono powrót w wielkim stylu legendy thrashu.

Tyle, że thrash zawarty na "Hardwired..." powinien urągać godności każdego zwolennika gatunku. Chcecie dobrej płyty thrash-metalowej? Sięgnijcie po najnowszy Slayer, Megadeth czy świetny Testament. Macie ochotę na dojrzały metalowy longplay? Bierzcie Anthrax. Nie kupujcie Metalliki. Nie zamierzam omawiać po kolei każdego z utworów, ale kilka kompozycji wymaga paru słów komentarza. "Moth Into Flame" pozbawiony jest pomysłu i rytmiki, "Hardwired" brzmi nieszczerze i wymuszenie a "Atlas, Rise!" nie potrafię nawet odpowiednio określić gatunkowo, tak nijaka to kompozycja. Za to gdy Metallica przypomina sobie czasy "Load" i spowalnia odrobinę tempo, budując kompozycje na wyrazistym riffie, nagle mamy do czynienia z zupełnie innym zespołem, dojrzałym i z pomysłem na siebie.

Oczywiście, można ten pomysł akceptować bądź nie, ale przynajmniej niektóre utwory nabierają stylu. Zaliczają się do nich bez wątpienia "Dream No More", "ManUNkind" i "Murder One" (zresztą piękny hołd dla Lemmy'ego). Moim zdaniem pokazują one, że Metallica wcale nie chce już grać thrashu, nie czuje go i męczy się w stylistycznych okowach. Powrót do korzeni to działanie wyrachowane, podobnie jak w przypadku death-metalu Paradise Lost, przy czym Brytyjczycy rewolucję przeprowadzili z większym wyczuciem. Jedynym chlubnym wyjątkiem na "Hardwired..." jest bardzo dobry "Spit Out The Bone", chociaż i on na tle konkurencji z "wielkiej czwórki" niczym szczególnym nie zachwyca.

Płyta, w odróżnieniu od dwóch poprzednich, ma kilka dobrych momentów, jednak pozytywne wrażenia przysłania cała góra odpadów. Wywalcie "Now That We're Dead", "Halo On Fire" i "Confusion" i otrzymacie album, który zdolny jest w przynajmniej minimalnym stopniu nawiązać do legendarnej przeszłości zespołu. Wiele z kompozycji, które zdecydowano się na "Hardwired..." umieścić brzmi bowiem, jak gdyby ktoś wrzucił kilka riffów do komputerowego generatora, a ten stworzył zbitki dźwięków przypominających Metallikę, coś na kształt edytora, który pozwala przekształcić swoje imię za pomocą logotypu grupy. Innymi słowy: fajna zabawa na parę godzin, ale potem wypada zająć się czymś innym. Nie sądzę, aby zespół kiedykolwiek odbudował swoją pozycję z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wierzę nawet, że Metallica do tego dąży. Wygasł ogień, zanikła pasja. Pozostała korporacja, która wypuszcza kolejny produkt, patrząc na rosnące słupki sprzedaży. 5/10 [Jakub Kozłowski]

22 listopada 2016


HEY Błysk, [2016] Kayax || Bardzo łatwo zapominam, że Hey w dalszym ciągu pozostaje jednym z moich ulubionych zespołów, ale jeszcze łatwiej odświeżam sobie tą wiedzę. Cykl jest prosty, sięga pradawnych czasów licealnych, pierwszych koncertów i ostatnich kaset. Hey wydaje nowy album, zasłuchuję się w fenomenalne kompozycje przez parę tygodni, udaję się na koncert, po czym na plus minus dwa lata Hey schodzi na dalszy plan aż do wydania nowej płyty. Cykl ten uległ jednak przerwaniu, nie tylko dlatego, że zasadniczo utraciłem dostęp do koncertów Heya oraz wydłużyły się przerwy między ich studyjnymi albumami. Z jakiegoś bowiem powodu ostatnim albumem Heya w mojej głowie pozostaje "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" z 2009 roku.

Z wydanego w 2012 roku "Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan" pamiętam przede wszystkim fajne opakowanie z ołóweczkiem, irytujący błąd(?) w tytule, duet z Gabą Kulką i że była tam piosenka z tymiankiem w tytule. Hey nie nagrywa złych płyt i o tym, dlaczego akurat ta przeminęła niezauważona, mimo plus minus kontynuowania kierunku obranego na "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy", nie ma dziś większej potrzeby dywagować. Podpowiedzią są jednak same kompozycje. "Hey w Filharmonii. Szczecin Unplugged", być może trochę niepotrzebna kontynuacja "MTV Unplugged", jednej z najlepszych polskich płyt koncertowych, zasłużenie dowartościował jednak część starszych utworów ("Wczesna jesień", "r.e.r.e"), ale przy okazji uwypuklił brak werwy kompozycji z "Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan". Nic dziwnego zatem, że to właśnie duet z dynamicznie przestrzeloną Kulką tak się wyróżniał.


"Błysk" samą nazwą zdaje się obiecywać krótkie i intensywne doświadczenie. Do singli promujących ostatnie albumy Hey nie zawsze ma szczęście. "Cisza, ja i czas"? "Muka"? Świetne. "Mimo wszystko"? "Kto tam? Kto jest w środku?". "„Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan"? W najlepszym razie poprawne, zbyt łagodne i często nieodzwierciedlające charakter albumów. "Prędko, prędzej" niby wydaje się powtarzać ten schemat, zamiast udzielać odpowiedzi na temat "Błysku" tylko mnoży pytania, ale koniec końców okazuje się całkiem fajną piosenką, choć niełatwą do uchwycenia. Podobnie jak cały album zresztą. Kluczowe pierwsze wrażenie podpowiada, że zwłaszcza w porównaniu z poprzednikiem "Błysk" to album ciekawy. Utwór tytułowy przynosi najwięcej nowości, spokenwordowy charakter, jazzująca atmosferę, szurającą perkusję. "Szum" z kolei to dokładnie taki Hey, jaki znamy i lubimy, zręczny, rytmiczny, z nerwem i werwą. Podobnie chwytliwie prezentuje się bujające "Ku słońcu", nośne, rozpędzone napięciem "Dalej" czy bardzo macukowe, jakby żywcem wyjęte z "UniSexBlues" Nosowskiej "Hej hej hej". Pod koniec albumu piosenki wydają się wytracać początkową werwę, ale w takim spostrzeżeniu kryje się pułapka.

Nie ma jednej drogi odczytania "Błysku", nie ma jednej, linearnej narracji. I nie mówimy tutaj o jak zawsze charakterystycznych, choć tym razem chyba bardziej niż zwykle enigmatycznych tekstach Nosowskiej (cieszą szczególnie gra z liczbami w "Błysku" czy sanatoryjne wody w "Szumie"). Pod każdą z czterech wersji kolorystycznych okładki skrywają się odmiennie posortowane utwory. Hey zachęca nas zatem do słuchania swych nowych piosenek w przypadkowej kolejności i pogrywa sobie z ideą albumu przy pomocy... albumowej formy. Prosty, ale intrygujący eksperyment z którego każdy może wyciągnąć własne wnioski.

Piętnaście lat po wydaniu "[sic!]" nadal uważam tamten album za polskie "Kid A". Nie tylko bowiem wyraźnie oddzielił "starego" Heya lat dziewięćdziesiątych od "nowego" Heya alternatywnego, ale też tak samo jak opus magnum Radiohead wprowadził alternatywę na zmurszałe polskie rockowe salony. Serią niezwykle udanych kolejnych płyt Hey potrafił celebrować swoje pozornie odmienne dotąd tożsamości i połączyć je w jedną spójną całość, wystarczy posłuchać jak nadal świeżo i zaskakująco brzmi "Music Music" a płomiennie rockowo "Echosystem". Jeśli zatem, kontynuując radioheadową analogię, "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" okazało się podobnie jak "In Rainbows" najbardziej przystępnym amalgamatem popowego potencjału i alternatywnych możliwości, to "Błysk" jawi się jako odpowiednik "The King Of Limbs". Niekoniecznie zatem jako album, który zostanie zapamiętany jako jeden z kluczowych, ale z pewnością jako jeden z bardziej intrygujących. 7/10 [Wojciech Nowacki]

21 listopada 2016


MODERAT III, [2016] Monkeytown || Przyznać muszę, że byłem zbyt surowy wobec Moderat. Nad Bogu ducha winnym drugim albumem tria powyzłośliwiałem się swego czasu, zamiast docenić jego nieszkodliwą w gruncie rzeczy wartość użytkową. Moderat nie są ani oryginalni, ani odkrywczy, ani innowacyjni, zredukować ich można wyłącznie do nieinwazyjnej przyjemności słuchania. I biorąc pod uwagę relatywnie wielką popularność niezależnego przecież wykonawcy oraz ogromne zapotrzebowanie na ich koncerty, dlaczego by nie machnąć ręką lub nawet umiarkowanie przyklasnąć?

"II" nie była przecież płytą złą, jedynie modelowo przeciętną. Po części oferowała łatwiej przyswajalne powtórki z debiutu, po części koncentrowała się bardziej na budowie atmosfery niż zręcznych motywów. W porównaniu z "III" okazuje się, że przyniosła jednak kilka wyróżniających się fragmentów, ale jednocześnie uwypukliła tylko fakt, że debiut "Moderat" funkcjonowałby najlepiej jako jednorazowy projekt. Pomijając kanciaste inklinacje hip-hopowe, nieprzypadkowo porzucone na późniejszych płytach, debiutanckie połączenie sił Apparat i Modeselektror do dziś prezentuje się jako przynajmniej ciekawy artefakt swoich czasów.


Skoro zdecydowali się kontynuować działalność, to musi stać za nią jakaś motywacja. Wydaje się, że siłą napędową Moderat są żywe występy a każdy kolejny album jest w istocie ścieżką dźwiękową, podkładem pod żywe projekcje i efektowne wizualizacje. Szczególnie "III", z jednej strony dostarcza zastanawiająco mało naprawdę chwytliwych kompozycji, ale z drugiej, jako całość funkcjonuje znacznie lepiej niż rozwodnione "II". Prawdziwie wyróżnia się jedynie dynamiczne "Running", z wyraźnym terkoczącym bitem, niewymuszoną tanecznością i efektownymi basami. Te ostatnie zresztą są wiodącą siłą albumu, który m.in. za ich sprawą brzmi po prostu bardzo dobrze. O ile "Running" jest modelowym singlem, to "Eating Hooks" w tej roli już zastanawia, choć i tak pozostaje jednym z ciekawszych utworów na płycie. Otwiera ją w sposób niespecjalnie przebojowy, ale sam jego początek przynajmniej obiecuje umiarkowaną eksperymentalność materiału. Obietnica ta nie zostaje spełniona, ale utwór flirtuje też efektowną eskalacją, do czego później nawiązuje jedynie koncertowo skrojony "Intruder". "Ghostmother" operuje rytmem r'n'b, "The Fool" gitarą w stylu The xx, album miejscami brzmi jednak wręcz minimalistycznie ("Finder" czy rozczarowujący finał "Ethereal"), chaotycznie (nietrafiony singiel "Reminder") i abstrakcyjnie (odświeżające "Animal Trails").

Nie dziwią więc opinie, nawet wśród fanów, że jest to najsłabszy spośród trzech albumów. Ale być może właśnie dlatego, że nigdy nie uważałem Moderat za porywające zjawisko, "III" bawi mnie stosunkowo najbardziej. Solidna, nieinwazyjna i dobrze wyprodukowana elektronika, strategicznie alternatywna i odpowiednio popowa, ma w Moderat swych zasłużenie czołowych przedstawicieli. Teoria zaś o ich bycie bazującym na koncertowej egzystencji ma szansę zostać sprawdzoną już niedługo wraz z wydaniem albumu koncertowego. 6/10 [Wojciech Nowacki]

6 listopada 2016


ANOHNI Hopelessness, [2016] Rough Trade || "Hopelessness" to festiwal miałkich i infantylnych obserwacji (mamy globalne ocieplenie, w Ameryce jest kara śmierci a drony są nieludzkie), niewiedzy i niezrozumienia dla złożoności świata oraz polityki (wszystko to wina Obamy) a nawet konserwatywnego populizmu (Ameryka stworzyła ISIS). Bezrefleksyjna treść została równie niestety bezrefleksyjnie przyjęta przez dotychczasowych fanów Antony Hegarty'ego, którego cały polityczny program powinien był się zawrzeć w coverze "Imagine" Johna Lennona, zawartym na epce "Thank You For Your Love", ostatnim jego prawdziwie pięknym wydawnictwie.

Drażni dosłowność tekstów. PJ Harvey, której powierzchowny polityczny namysł również zawiódł na "The Hope Six Demolition Project", używa przynajmniej poetyckiego języka, w którym jeśli tu i ówdzie przypląta się banalny slogan, to przynajmniej stara sie go umieszczać w metaforycznym kontekście. Przyciężkim, pocztówkowym, lecz przynajmniej zmyślniejszym niż prostackie wręcz teksty Anohni. Najbardziej wyrafinowaną figurą retoryczną jest przewrotność, dzięki której w trzech kolejnych piosenkach słyszymy tak zaskakujące deklaracje, jak 1) Drone bomb me, 2)  I wanna burn them, I wanna burn them czy 3) Daddy! Daddy! Watch me. I absolutnie nic z tego nie wynika, żadna narracja, żadna opowieść, żadna metarefleksja, nic, najmniejszy nawet ślad rozwiązania, ot tylko płytka i niezmiernie naiwna obserwacja.


Naiwność oczywiście była nierozerwalną częścią płyt Antony And The Johnsons, przedmiotem jej rozczulającej wtedy refleksji były jednak emocje. By zabrać się za politykę trzeba być świadomym tego, że chwalebny idealizm zawsze konfrontuje się w niej z twardą rzeczywistością. Potrzeba rozwagi, wiedzy, gotowości do kompromisu i rozbudowanego aparatu krytycznego. Tym, co zatem naprawdę zdumiewa na "Hopelessness" nie jest naiwność refleksji, ale jej wyjątkowa płytkość. Obcujemy tu z głębią intelektualną albo rozedrganego nastolatka, albo osoby dorosłej czerpiącej informacje tylko z jednego źródła, lecz z pewnością nie kogoś o szerokich horyzontach. Naiwność to jedno, ale w połączeniu z niewiedzą prowadzi do ignorancji i twierdzeń niemal niebezpiecznych. W "Obama" Anohni przyznaje się zresztą do ignorancji całkiem otwarcie. Jeśli ktoś oczekuje od prezydenta Stanów Zjednoczonych spełnienia wszystkich marzeń i prerogatyw godnych monarchy absolutnego, to nie tylko staje na antydemokratycznym froncie, ale nie ma pojęcia o tamtejszym systemie politycznym, roli Kongresu, dwupartyjnych warunkach, uprawnieniach rządu federalnego, władz stanowych etc. Cóż, Antony Hegarty urodził się w Wielkiej Brytani, podobnie więc jak PJ Harvey z uporem maniaka komentuje obcą sobie rzeczywistość. Jeśli jednak w "Crisis" posługuje się argumentacją republikańskiej prawicy i samego Donalda Trumpa a na swym Facebooku na miesiąc przed wyborami wspiera kandydatów tzw. third-party, to jest to narracja której trzeba się przeciwstawić. Co na szczęście czynią już bardziej krytyczni fani komentując: If you're voting Stein in this election, you're an active participant in Trump's rise to power.

Niestety, przekazu albumu nie da się zignorować, przymrużyć oczy, skupić się tylko na muzyce. By podkreślić ważność słów Anohni, polski dystrybutor zdecydował się na krok niebywały, mianowicie na dołączenie osobnej książeczki z polskimi tłumaczeniami tekstów. Ich autorem jest niejaki Zdzisław "The Bat" Zabierzewski, który uraczył nas takimi oto kwiatami sztuki translatorskiej jak "zbombarduj mnie dronem / zmieć mnie z gór co są mym domem" (Drone bomb me / Blow me from the mountains), "jeśli Europa nie da nam tego / wstrzyknij mi coś innego" (If Europe takes it away / Inject me with something else) czy "już w ogóle cię nie kocham od niedawna / choć chwilę to trwało, doszła do mnie prawda / zostawiłeś mnie dla innej panny przecież / zostawiłeś w zrujnowanym świecie" (I don't love you anymore / It's been a while and I am sure / You left me for another girl / You left me in the broken world). Wow.

Warstwa słowna odstręcza, ale muzyczna prawdziwie rozczarowuje, nie ma tu bowiem ani intrygującej i eksperymentalnej elektroniki, ani tanecznego popu. A przecież Oneohtrix Point Never stworzył choćby na "R Plus Seven" muzykę niezwykle intrygującą i niejednoznaczną, czego echem tutaj jest zaledwie "Violent Men", miniaturowa i paradoksalnie najciekawsza kompozycja. Antony zaś za sobą całą historię udanych lub bardzo udanych kolaboracji z twórcami elektroniki, naprawdę poszerzających jego możliwości, od Björk po Hercules & Love Affair. Wczesna zapowiedź albumu Anohni, ówcześnie mającego być wspólnym projektem Antony'ego, Oneohtrix Point Never i Hudsona Mohawke, miała zatem pełne prawo wzbudzić poważne oczekiwania. Zwłaszcza w kontekście pewnej stagnacji Antony And The Johnsons. Kolejna banalna figura stylistyczna, czyli zestawienie poważnych tekstów z radosną muzyką, tylko podkreśla jak bardzo rozczarowująca jest ta właśnie strona Anohni. Najczęściej bowiem brzmi zasmucająco tandetnie, rozdrażnienie tekstami tylko wzmacnia niestety mnogość tanich efektów i uciążliwa archaiczność. Jeśli zatem tekstom brakuje ponadczasowej uniwersalności, to muzyka Anohni zestarzeje się i zdezaktualizuje jeszcze szybciej. Nie pomagają ani chwile wytchnienia z dźwiękami pianina czy syntetycznymi dęciakami, ani bardziej znośne piosenki z najbliższym przebojowości "4 Degrees" na czele. "Hopelessness" nieświeżo brzmi właściwie już dziś. 4/10 [Wojciech Nowacki]

2 listopada 2016


ANNA VON HAUSSWOLFF The Miraculous, [2015] City Slang || Trzydziestoletnia Szwedka została wybrana przez Michaela Girę do roli supportu podczas trwającej właśnie finalnej trasy współczesnego wcielenia Swans. I o ile zespół ten rozpływa się w potężnym medytacyjnym szumie a jego głośność staje się na poły legendarnym miejskim mitem, o tyle Anna Von Hausswolff wzbija podmuchy opadającego popiołu przedstawiając prawdziwie głośną i dosłownie wstrząsającą muzykę. Cały jej występ trwać może tyle co jednak kompozycja Swans, pełen jest jednak zaskoczeń i fizycznie atakującej słuchacza intensywności. "The Miraculous" to znakomity album, ale daje tylko namiastkę wrażeń dostarczanych przez Annę na żywo.

Jej znakiem rozpoznawczym są organy, potężny instrument jednoznacznie kojarzący się z sakralnością, będący jednak podstawą kompozycji Anny Von Hausswolff. Naturalnie z organami nie podróżuje, ich dźwięk jest reprodukowany i zestawiony z syntezatorami, ogłuszającą perkusją i eksperymentującą gitarą. Koncertowe trio imponuje możliwościami, ale pozostaje przecież jeszcze głos Anny, niezwykły w przypadku tak drobnej i pozornie filigranowej blondynki. Nie należy do przesadnie oryginalnych, w "The Hope Only Of Empty Men" odwoływać się zdaje zarówno do Patti Smith, jak i Marianne Faithful, w opus magnum "Come Wander With Me / Deliverance" przywołuje ducha klasycznych nagrań wytwórni 4AD, ale najbardziej piosenkowych fragmentach "An Oath" i "Stranger" zbliża się zaskakująco do... Lany Del Rey.


Dźwięk organów tworzy na płycie pozór wspomnianej sakralności, ale przy kontakcie z "The Miraculous" pozbyć się trzeba tego natychmiastowego i naturalnego przecież skojarzenia. Owszem, kompozycje Anny Von Hausswolff potrafią brzmieć nabożnie, ale prawdziwą rolą organów jest tutaj oddech. "Pomperipossa", ledwie dwuminutowy i niemal space-rockowy przerywnik, brzmi bowiem jak zapis oddechu jakiegoś mitycznego organizmu, podobnie instrumentalny utwór tytułowy, z tym że tutaj oddech ten jest już wyraźnie chrapliwy. Już w otwierającym album, prawie dziewięciominutowym "Discovery" organy odznaczają się jako wyróżnik brzmienia Anny Von Hausswolff, ale jednocześnie z miejsca umieszczane są w tle, udostępniając przestrzeń dla szeregu innych pomysłów i inspiracji.

"Discovery" choćby, najpierw wskazuje w stronę psychodelicznego rocka a'la Jefferson Airplane, by płynnie ukazać jego więź z dzisiejszym freak-folkiem i songwritingiem w stylu Cat Power. Często pobrzmiewają tu też echa country i blues'a, w instrumentalnym "En Ensam Vandrare", czy w finałowym "Stranger", w którym pod postacią akustycznej piosenki Anny Von Hausswolff powraca do psychodelicznego rocka jednocześnie najwyraźniej kokietując z ideą mroczniejszego żeńskiego popu. Centralnym punktem albumu i pokazem prawdziwiej drapieżności Anny jest jednak "Come Wander With Me / Deliverance", trwające niemal jedenaście minut i zmierzające od wspomnianej ułudy nabożności i eterycznych wokali w stronę potężnych metalowych riffów i ogłuszającej transowości Swans. W znacznie bardziej skondensowanej formie siła Anny Von Hausswolff objawia się też w "Evocation", który rozpoczyna rozdygotany noise a kończy soniczny ekwiwalent nalotu bombowego.


Zastrzeżenia można mieć jedynie do produkcji albumu, zbyt przybrudzonej, zbyt przytłumionej, za mało klarownej, by w pełni docenić rozmiar i potencjał tej muzyki. Anna Von Hausswolff to fenomenalna artystka, którą obowiązkowo trzeba śledzić i koniecznie trzeba zobaczyć na żywo. Z naszej zaś perspektywy najbardziej powalającym faktem odnośnie "The Miraculous" jest to, że płytę dofinansował szwedzki Kulturrådet, czyli a government authority whose principal task is to implement national cultural policy determined by the Parliament. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 października 2016


SWANS The Glowing Man, [2016] Young God || Decyzja o zakończeniu działalności obecnej inkarnacji Swans brzmi bardziej dramatycznie niż w rzeczywistości, pokazuje jednak godną podziwu samoświadomość Michaela Giry. Ponad sześćdziesięcioletni lider grupy bynajmniej nie kończy ze Swans, ale przekształca ją w bardziej studyjny projekt z doraźnie zapraszanymi gośćmi i płynnym składem, który być może okazjonalnie wyruszy odgrywać koncerty, ale z pewnością nie w tak dosłownie dewastującej ilości jak obecnie. Nie tylko jednak intensywność życia w trasie jest przyczyną zamknięcia tego niezwykle udanego rozdziału historii Swans. Michal Gira doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w tym kształcie zespół dotarł do ściany. Owszem, mógłby produkować kolejne identyczne niemal monumentalne albumy, zachowując nadal ich imponującą jakość, ale Swans to nie Iron Maiden, nie AC/DC, ani jakakolwiek inna standardowa grupa rockowa.

Już "The Glowing Man" jako zwieńczenie trylogii wydawać się może krokiem delikatnie naciąganym. Trzeci po "The Seer" i "To Be Kind" album odrodzonych Swans ("My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky" to w kontekście powyższych zaledwie prolog) utrzymujący dwupłytowy format, zbliżoną oprawę graficzną, zawartość bazującą na półgodzinnych kompozycjach. Z jednej strony rozum słusznie zatem podpowiada, że zaczynamy mieć do czynienia z powtarzalnością, z drugiej jednak emocjonalny poziom odbioru tych trzech albumów jest tak wyrównany, że nie sposób wskazać wyraźniejszych różnic w ich jakości. Pierwszeństwo zawsze chyba należeć do "The Seer", ale "The Glowing Man" tylko pozornie wydawać się może najsłabszą częścią trylogii.


Gira znalazł bowiem klucz do jej zwieńczenia. "The Glowing Man" jest, po pierwsze, kwintesencją, destylatem żywego brzmienia Swans, po drugie zaś, celebracją jego zespołowości. Gira i jego mantryczne okrzyki nie są tu tak pierwszoplanowe jak dotąd, praktycznie nie ma tutaj też gości. zwłaszcza w porównaniu z całą ich plejadą na dwóch poprzednich albumach (Karen O z Yeah Yeah Yeahs, Jarboe, wokaliści Low, Ben Frost, Grasshopper z Mercury Rev, St. Vincent). Tym razem wydaje się skupiać na samym zespole, grupie mężczyzn, który po kilku latach pod batutą Giry dotarli to takiej wykonawczej perfekcji, że jedynym naturalnym krokiem jest jej uchwycenie i zakończenie. Tchnie z tej postawy szacunek wobec muzyków, wobec słuchaczy, wobec własnego dziedzictwa. W końcu jednym z najpoważniejszych nieporozumień związanych z muzyką Swans jest twierdzenie o jej agresywności, demoniczności, jednym słowem negatywności. Podczas gdy przekaz Swans jest w istocie pozytywny, w tak silnej muzyce chodzi o przekaz najsilniejszej z emocji, miłości. Stąd też jedynym gościem w ich męskim świecie jest na "The Glowing Man" małżonka Giry, Jennifer.

O koncertowej istocie "The Glowing Man" świadczy choćby utwór tytułowy, który naturalnie wyewoluował z żywych wykonań "Bring the Sun / Toussaint L'Ouverture" z "To Be Kind". Tamten album w większym też stopniu bazował na kontrastach, zaskoczeniach, doprowadzaniu wszystkich elementów obecnych już na "The Seer", bluesa, post-rocka, noir country, post-punka, songwritingu, do ekstremalnej formy. "The Glowing Man" zaś może wydawać się najmniej efektownym spośród całej trójki, ale niewątpliwie jest najspójniejszym, zredukowanym do finałowej esencji. Medytacyjna wartość muzyki Swans na tym właśnie albumie została najbardziej uwypuklona. Całość sprawiać może wręcz na poły ambientowe, na poły kaznodziejskie wrażenie. Oczywiście rozbrzmi tu potęga antycznego chóru, przypominające Mogwai post-rockowe wyciągane gitarowe akordy, prog-rockowe klawisze czy nawet post-punkowa agresja, ale tym razem to nie efektowne zwroty akcji są pierwszoplanową jakością Swans. To bezustanna, skupiona fala dźwięku, precyzyjnie emitowana w stronę słuchacza, niebędąca żadną metafizyczną siłą, ale czystym naukowym faktem, eksperymentem oddziałującym bezpośrednio na nasze ciała. 8/10 [Wojciech Nowacki]

24 października 2016


NIGHTWISH Imaginaerum, [2011] Nuclear Blast | Zespół Tuomasa Holopainena łatwo traktować z przymrużeniem oka. Łatwo jest odwracać z niesmakiem głowę od wypracowanej podniosłości oraz sztucznego rozmachu, jakim przyprawiane są kompozycje Finów. Jest to jeszcze prostsze dla zdeklarowanych fanów hard rocka i heavy metalu wychowanych na AC/DC, Iron Maiden czy Led Zeppelin, dla których szczere i pierwotne emocje decydują o sile wyrazu muzyki. Rock symfoniczny z pogranicza power metalu z bogatymi folkowymi upiększaczami oraz operowym sznytem... czy to się może w ogóle udać? Ano może, choć taka mieszanka nie dla każdego musi być strawna. I chociaż wielu oddanych miłośników grupy uzna to z pewnością za bluźnierstwo, to skład Nightwish z Tarją Turunen najbliższy był rozdmuchanemu patosowi, a jej maniera wokalna potrafiła skutecznie zniechęcać do dokonań zespołu. To z kolei decydowało o zamknięciu się muzyków w hermetycznym kręgu własnych oddanych fanów, bez dopływu świeżej krwi z zewnątrz.

Oczywiście miłośników zespołu wciąż było na tyle dużo by uznawać go za jeden z najważniejszych graczy na rynku symfonicznego power metalu (obok na przykład Blind Guardian). Ostatnia płyta z Turunen w składzie, "Once", przyniosła kilka świetnych, klasycznych już, utworów jak "The Siren", "Wish I Had An Angel" czy "Nemo", zawodząc jednak jako całość. Odejście Tarji z zespołu, i to, jeżeli wierzyć wokalistce, w dość niesympatycznych okolicznościach, nie przyniosło wolty stylistycznej. Do tej dojść nie mogło, artystka miała bowiem zbyt mały wpływ na kształt muzyki zespołu. Rozstanie doprowadziło jednak do wpuszczenia odrobiny ożywczego powietrza w zmurszałe już płuca Nightwish. I choć Anette Olzon można dużo zarzucić, to jej odmienny styl śpiewania na "Dark Passion Play" przyniósł miłą niespodziankę każdemu, kto dopuszczał myśl, że Turunen stanowi jedynie dodatek do stylistyki wypracowanej przez Holopainena. A dodatki można przecież dowolnie zmieniać.

Oczywiście zupełnie inną kwestią jest osobowość obu wokalistek. O ile bowiem Tarja na żywo dodawała blasku kolegom, skupiając na sobie całą uwagę publiczności, to Anette wyglądała raczej, jakby zespół kilka minut wcześniej wyciągnął ją z pierwszego rzędu publiczności. I w zasadzie nie byłoby to spostrzeżenie aż tak błędne, biorąc pod uwagę, że w branży Olzon zadebiutowała wyłącznie dzięki Nightwish, będąc wcześniej osobą zupełnie anonimową. Nie można jednak ukryć, że Anette nigdy stylistycznie nie dopasowała się do kolegów, mimowolnie dodając tym samym zespołowi nutkę fałszu, przede wszystkim w wizerunkowym aspekcie działalności grupy. Co więcej, niezależnie od pozytywnych recenzji, płyta "Dark Passion Play" nie była ani równa, ani przesadnie udana. Była wręcz nużąca, choć zwiastowała spory potencjał nowego line-upu.


Abstrahując od faktu, że Nightwish to Tuomas Holopainen, obie dotychczasowe wokalistki (choć odsuwane od pracy twórczej nad utworami) poprzez swój głos w odmienny, niezwykle indywidualny sposób budowały klimat nagrań. Efektem dalszej współpracy zespołu z Olzon okazało się "Imaginaerum", jedno z najpiękniejszych dokonań Nightwish. Na artystyczny sukces płyty w równym stopniu wpływ miały trzy czynniki. Po pierwsze, okrzepnięcie Anette w zespole, do tego świetny pomysł na koncept albumu oraz intrygujące melodie napisane przez Tuomasa trzymającego tym razem swoje wybujałe ego w ryzach. Gdy dodać do tego piękne wydanie płyty przez Nuclear Blast oraz towarzyszący jej film (choć radzę go nie oglądać...), do którego muzyka miała stanowić soundtrack, otrzymujemy przemyślany i dobrze zrealizowany projekt artystyczny.

Imaginaerum rozpoczyna spokojna kołysanka ("Taikatalvi") wprowadzająca słuchacza w magiczny zimowy krajobraz, doskonale zresztą korespondując z okładką albumu. Po delikatnym początku zespół powraca do metalowego rozmachu prezentowanego na poprzednich albumach. O ile "Storytime" i "Ghost River" nie można odmówić uroku i przebojowości, to "I Want My Tears Back" stanowi niepotrzebny pop-metalowy wypełniacz na siłę dążący do powtórzenia sukcesu "Wish I Had An Angel". Niedopasowanie wspomnianego utworu do całości jest tym bardziej widoczne, im szybciej zdamy sobie sprawę, że to nie czysto metalowe zadymiacze budują siłę nowego albumu Nightwish. O baśniowym klimacie płyty decydują utwory takie jak "Slow, Love, Slow" (mający duszny, mroczny, barowy klimat przywołujący na myśl niemiecką bohemę lat dwudziestych w Berlinie), "Arabesque", delikatna ballada "The Crow, The Owl And The Dove" czy przepiękny, folkujący utwór "Turn Loose The Mermaids". Zresztą płyta zyskuje na spójności i klimacie wraz z pierwszymi taktami "Arabesque", nie tracąc go aż do samego końca. Potężna ściana dźwięku w utworach takich jak "Scaretale" czy wspomniane już "I Want My Tears Back" wydaje się wymuszona i dołączona do płyty jedynie po to, by nie zawieść fanów cięższego oblicza zespołu. I choć w moim odczuciu nagrania te są zbędne, to nie wpływają na ogląd całości. Zresztą cięższe rytmy o wiele lepiej sprawdzają się w "Last Ride Of The Day" czy "Rest Calm", gdyż te kompozycje są po prostu ciekawiej zaaranżowane.

Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że płyta Imaginaerum jest doskonałym przedstawicielem klimatycznego metalu, w którym, wbrew pozorom, to nie barowe akordy budują siłę przekazu poszczególnych utworów. I choćby zespół już nigdy nie nagrał płyty równie udanej (choć w "Endless Forms Most Beautiful" pokładałem wielkie nadzieje), niewątpliwie "Imaginaerum" zapewni Nightwish miejsce w panteonie gwiazd metalowego grania. Anette Olzon miała to szczęście, że jej czas w zespole przypadł na okres przygotowań jednej z najlepszych płyt, jaką muzycy mieli do zaoferowania. I chociaż Szwedka ani artystycznie, ani wizerunkowo do zespołu nie pasowała, to na zawsze zostanie już wokalistką budującą wspaniałe emocje w świecie "Imaginaerum". [Jakub Kozłowski]

21 października 2016


IN THE WOODS... Pure, [2016] Debemur Morti || In The Woods... są legendą. Co prawda mało znaną, rzadko słuchaną i chyba jednak odrobinę na wyrost, ale jednak legendą. Mam niestety wrażenie, że spora część osób, które uznają dokonania In The Woods... za przełomowe a wiesza równocześnie psy na nowym albumie, tak naprawdę nie wraca zbyt często do wcześniejszych płyt. Ich klasyczny charakter przyjmują jako utarty i zapamiętany pewnik a wszystko co mogłoby naruszać kanon spotyka się z bezrefleksyjną krytyką.

W każdym razie już dużo negatywnego powiedziano o albumie "Pure" i pewnie jeszcze niejedno w internetach się pojawi. I dobrze. Niech gadają, zespół na tym tylko zyska. Dotychczas największym problemem było, że o Norwegach nie mówił nikt. Jasne, specjaliści, myśliciele oraz metalowa elita mająca o sobie niezmiennie wysokie mniemanie mrukną od czasu do czasu pod nosem, że "Heart Of The Ages" jest inspirująca, że "Omnio" i "Strange In Stereo" stanowiło zaskakujący, ale satysfakcjonujący intelektualnie kierunek rozwoju artystycznego. Wszystko pięknie. Każde słowo to prawda, tyle, że nie mogę zgodzić się z pogardliwym wzruszeniem ramion kiedy wspomni się o "Pure". Nie jest to płyta wybitna - nie zamierzam się tu kłócić. Nie kontynuuje kierunku obranego na klasycznych albumach - pod tym stwierdzeniem również się podpiszę. Śpiewa inny wokalista, mniej charakterystyczny i szukający własnych form wyrazu, więc ignorujący spuściznę Jana Kennetha Transetha - zgoda. Ale kompozycyjnie "Pure" jest nadal jednym z najciekawszych metalowych dokonań ostatnich kilku miesięcy. Czego brakuje utworowi "Blue Oceans Rise (Like A War)"? Klimatu? Nie. Posępności? Nie wydaje mi się. Umiejętności muzycznych? Dajcie spokój. To samo można powiedzieć o utworze tytułowym czy "Devil's At The Door".


Na "Pure" wiesza się psy tylko i wyłącznie dlatego, że muzycy zdecydowali się nagrać płytę inną niż poprzednie, nie spełniającą oczekiwań niektórych ultrasów. Tyle, że właśnie tak można by skwitować całą dotychczasową karierę zespołu. Siedemnaście lat to szmat czasu, pewnie niewiele więcej liczą sobie niektórzy obecni znawcy In The Woods.... Przez te lata wyrósł niejeden dąb, zaczęła się i skończyła niejedna wojna. Ba, nawet MTV zdążyła w międzyczasie paść na ryj jako stacja muzyczna. Trudno więc wymagać, aby od momentu premiery "Strange In Stereo" nic się nie poprzestawiało w głowach muzyków. Powiem więcej, byłbym o wiele bardziej zaskoczony, gdyby In The Woods... zaserwowali nam część drugą "Omnio". Zresztą nie będę stroszył piórek i pozował na znawcę muzyki, który niejednego winyla z debiutem Norwegów zdarł na gramofonie. Nie o to zresztą chodzi, kiedy kto poznawał jaką płytę. Ważne jednak jest, aby sentyment i pozamuzyczne uwarunkowania nie determinowały opinii o konkretnym albumie. O poziomie danej płyty nie decyduje przecież fakt, że słuchając np. "Heart Of Ages" całowałeś piękną dziewczynę romantycznie dzieląc się słuchawką od walkmana.

A tak właśnie jest z "Pure". Starzy wyjadacze zdążyli już o In The Woods... zapomnieć. Pozostał im jedynie specyficzny posmak na języku, który trudno jest odtworzyć. To tak jak z jedzeniem lodów. Żaden rożek nie będzie nigdy smakował tak dobrze, jak te, które wcinało się w wieku kilku lat. Albo inaczej, cytując Bogusława Lindę, Wódka już nigdy nie będzie taka zimna, pożywna. Z takim nastawieniem zdrowiej dla umysłu będzie jednak zostać abstynentem. Wszyscy pozostali powinni przynajmniej dać szanse "Pure", bo niewiele takich albumów obecnie powstaje - niepretensjonalnych, wymagających i równocześnie przystępnych. Pozbawionych nadmiernego patosu i prostackiego gwiazdorzenia. Być może "Pure" nie jest tym. na co czekaliście, ale wbrew, naturalnemu przecież, egocentryzmowi znawców nie oznacza to wcale, że ta płyta nie jest warta uwagi. 8/10 [Jakub Kozłowski]

19 października 2016


BON IVER 22, A Million, [2016] Jagjaguwar || Nie, oczekiwany trzeci album Bon Iver nie przynosi ani zjawiskowego pieśniarstwa, ani rewolucyjnego zastosowania szeroko rozumianej elektroniki, ani epokowo istotnej liryki, ani żadnej  imponującej dekonstrukcji folkowego etosu. Ale ta chaotyczna, przereklamowana i kompozycyjnie przeciętna płyta, dzięki rozlicznym trikom i warstwom interpretacyjnym, staje się może nie najlepszym, ale jednak najciekawszym albumem Justina Vernona.

Bon Iver paradoksalnie bowiem praktycznie się nie rozwija. Vernon debiutował jako songwriter już ukształtowany i być może od początku świadomy związanych z tym ograniczeń. Klasyczny motyw folkowego pieśniarstwa wystarczył akurat na jeden album, późniejsze drastyczne różnice między kolejnym płytami wynikają wyłącznie ze sfery aranżacji, produkcji, kreowania otoczki i atmosfery, ale nie z poziomu kompozycji. Ten pozostaje zasadniczo niezmienny, z wahnięciami delikatnie na plus ("Bon Iver") lub, jak tym razem, delikatnie na minus. Rozwój zaś w owej sferze aranżacyjno-produkcyjnej jest znacznie bardziej ewolucyjny niż się wydaje.

Na debiutanckim albumie "For Emma, Forever Ago" znalazło się praktycznie wszystko to, co od tego czasu stanowić miało każdą niemal kompozycję Bon Iver. Płaczliwe wokale, ładne i ciepłe melodie, brzmiące komfortowo, ale nijak wyjątkowo. Ot, alternatywnie folkowy standard, atrakcyjnie okraszony kontekstem nagrywania w chacie na odludziu po serii osobistych porażek. Już wtedy w całej okazałości objawione zostały wszystkie chwyty kompozycyjne Vernona, zarówno na utwory żywsze, jak i bardziej minimalistyczne. Już wtedy też pojawiły się gry z niejednoznaczną strukturą piosenek. Ba, nawet auto-tune rozbrzmiał na moment w "The Wolves (Act I and II)". Każda z tych kompozycji mogła by pojawić się na każdym z późniejszych albumów Bon Iver, podanie ich w tradycyjnej folkowej formie wystarczyło tak akurat na debiutancką płytę.

Opakowywanie folkowego pieśniarstwa, naturalnie przecież ograniczającego, w nowe, atrakcyjne a przynajmniej inne formy wydaje się być największą siłą Bon Iver. Drugi album nie przyniósł przecież żadnych zmian w kompozycjach poza poprawą ich zapamiętywalności, bo w przeciwieństwie do piosenek z "For Emma, Forever Ago" parę singli z "Bon Iver, Bon Iver" naprawdę zapadło w pamięć. Podobnie jak soft-porno aranżacja "Beth/Rest" z ejtisowym saksofonem i midi-klawiszami. Bogatsze aranżacje, dęciaki, syntezatory, odważniejsze zastosowanie gitary elektrycznej, wokalne modulacje, to wszystko to właśnie zręczne ciekawostki przykrywające kompozytorską rutynę. Na "Bon Iver, Bon Iver" istotnie szczytującą, na "22, A Million" poważnie szwankującą, tym większa zatem potrzeba nowych ciekawostek.


Pomijając jednak zasłonę dymną w postaci dziecinnej typografii tytułów "22, A Million" to przede wszystkim szczątkowe kompozycje gęsto podlane chaotycznym produkcyjnym sosem. "22 Over Soon" brzmi jak typowa piosenka Bon Iver, ale zredukowana do postaci nawet nie trzyminutowego intra. "715 Creeks" to wyłącznie niezmiernie irytujący auto-tune'owy wokal i napisana na kolanie melodia zaś choćby tekst do "45" to praktycznie jeden wers, daleki od bycia w jakikolwiek sposób znaczącym, upstrzony chaotycznymi i przypadkowymi dźwiękami. Końcówka tej bardzo krótkiej zresztą płyty zlewa się w dość bezkształtną całość, by podsumował ją "1000000 Million", ot, niezmiernie dla Bon Iver standardowa piosenka zaaranżowana na pianino i spokojnie mogąca się znaleźć na każdym z poprzednich albumów. Jako jeden z ich słabszych momentów.

Najbardziej standardowe fragmenty znajdują się w jego centrum w postaci "29 Strafford Apts" oraz "666 Cross", lecz i tak każdy z nich na swój sposób zostaje uszkodzony, a to nieprzyjemnym wokalnym efektem, a to zaskakująco brudną produkcją, a to kompozycyjnym niedopracowaniem. Autentycznie najciekawszym utworem na "22, A Million" pozostaje zatem "10 Death Breast" z twardym elektronicznym bitem, całkiem efektownie podkreślony dęciakami, grubo modyfikowany w warstwie wokalnej, lecz chyba jako jedyny na nie tylko się wyróżniający, ale i sprawiający wrażenie przynajmniej zmierzania w jakimś kierunku.

Symbole, numerologia, ezoteryka czasów postinternetowych, okładka pełna pomysłów na tatuaże, chaotyczne aranże, brudna produkcja, szczątkowe melodie, zepsute piosenki. Za wielością warstw i pól do interpretacji kryje się jednak słabiutkie jądro. A jednak do "22, A Million" łatwo się powraca, być może w poszukiwaniu ukrytego sensu, być może z uśmiechem z jakim oglądalibyśmy rysujące dziecko lub nastolatka odkrywającego nowe filtry w Snapchacie. Sedno pozostaje tożsame, Bon Iver naprawdę niewiele się zmienia, ale docenić trzeba to, jak efektownie stara się to ukryć. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]