19 kwietnia 2018


GUSGUS Lies Are More Flexible, [2018] Oroom || Dzięki czysto sonicznym właściwościom muzyki GusGus nawet ich nieudany album umożliwia ciągłe przyjemne przesłuchania. "Lies Are More Flexible" sprawdza się jako perfekcyjnie nieinwazyjna muzyka tła, w domu, w pracy, przy sprzątaniu, w samochodzie, nawet jako budzik, ale mimo niewątpliwych wartości użytkowych nowa ich płyta jest rozczarowująco niepotrzebną.

Pierwszy raz bowiem mamy do czynienia z płytą GusGus, która nie oferuje żadnych zaskoczeń, symbolicznych choćby nowości, jest za to bladym cieniem własnej przeszłości i ledwie tylko naszkicowanym autocytatem. Efekt na szczęście nie jest karykaturalny, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że słuchamy ćwiczeń kogoś kto zaopatrzył się w sprzęt i oprogramowanie pozwalające mu brzmieć jak "klasyczne GusGus" i świetnie odtwarza jego atmosferę, ale brakuje mu kompozycyjnych umiejętności pozwalających na wykroczenie poza parę wciągających, ale donikąd nie prowadzących loopów.


"Featherlight" brzmi tak znajomo, że znaleźć by się mogło na dowolnym niemal albumie i aż ciężko uwierzyć, że nie jest to w istocie jakaś starsza kompozycja lub wariacja na jej temat. Charakterystyczna mgiełka GusGus pojawia się natychmiast, lecz tym razem nic z tego nadal przecież uwodzicielskiego oparu się nie wyłania. Spośród ośmiu a de facto siedmiu kompozycji wyróżnia się jedynie najbardziej piosenkowe "Don't Know How To Love" i oparty na efektownie mechanicznym bicie utwór tytułowy. Reszta to właśnie taki senny opar, powolnie sączący się z kanistra opatrzonego dawnym logiem GusGus, leniwa wariacja na temat esencji brzmienia islandzkiego zespoło-kolektywu. Słychać to nawet w zestawieniu dwóch sesji GusGus dla KEXP, tej klasycznej oraz najnowszej, mającej w założeniu promować "Lies Are More Flexible". Owszem, brzmi ładnie, ale jako wielominutowe wprowadzenie do "Deep Inside" i aż trudno uwierzyć, że z niczego nic nie wyskoczył tam Högni.

Paradoksalnie, stosunkowo najbliżej nowa płyta ma do "24/7", najlepszego i najbardziej niedocenianego zarazem albumu GusGus. Nie można bowiem odmówić "Lies Are More Flexible" eterycznej spójności, pozbawionej jednak atrakcyjnie niepokojących rozwiązań formalnych z "24/7". Jedynym przebłyskiem możliwej intrygi i, miejmy nadzieję, potencjalnej przyszłości brzmienia GusGus jest miniatura pełniąca jednak tylko rolę wprowadzenia do "Fuel". Ambientowe pogłosy i folkowa wokaliza wskazują, że sięgnięcie po islandzkie tradycje, czego zaskakująco GusGus nigdy jeszcze nie dokonali, może okazać się równie odświeżającym krokiem, co niegdysiejszy i niestety tylko jednorazowy akordeon w "Selfoss".

Wydaniu "Lies Are More Flexible" nie wydaje się też towarzyszyć szczególna ekscytacja. Nawet na Discogs, w dobie winylowego renesansu, jedyne na dziś skatalogowane warianty albumu to licencyjne kompakty z Polski i Rosji oraz wersja cyfrowa, nota bene, niedostępna nawet na ich własnym Bandcampie. Może nie jest to prawdziwy album, lecz zbiór szkiców i odrzutów dla najbardziej bezkrytycznych fanów z Europy Środkowo-Wschodniej? GusGus zmarginalizowali się raczej, nie pierwszy raz zresztą, próbą wydawania muzyki na własną rękę. Po klasycznych początkach po szyldem 4AD grupa zwróciła się w stronę bardziej hermetycznych tanecznych brzmień, co jednak zaowocowało ciągiem ich najbardziej satysfakcjonujących albumów, "Forever" - "24/7" - "Arabian Horse", oraz przejściem pod niemniej efektowny szyld labelu Kompakt. Zalążki nudy tkwiły już zresztą na "Arabian Horse", płycie dość schizofrenicznej, bo jednocześnie częściowo najbardziej przebojowej. "Mexico" było już raczej całkiem oczywistą próbą powtórzenia sukcesu poprzednika. Nie dziwi zatem znów wyraźnie przejściowy charakter "Lies Are More Flexible" i oby tak jak poprzednio GusGus wyszli z niego tylko wzmocnieni. 6/10 [Wojciech Nowacki]

16 kwietnia 2018


SHAME Songs Of Praise, [2018]  Dead Oceans || Jeśli istnieje jakaś ponadczasowa siła rock'n'rolla, do której nieliczni są nadal w stanie jakimś tajemniczym sposobem się podłączyć i czerpać z niej energię bezpośrednio, zamiast tylko ją imitować, to w roku 2018 cud ten udał się debiutantom z Shame. Oczywiście, z łatwością wskazać można w ich muzyce akademicko definiowane dekady, stylistyki, gatunki, ale "Songs Of Praise" brzmi szczerze, aktualnie i niezobowiązująco. Znów potwierdza się prosta rockowa reguła, że niekoniecznie chodzić musi o poszukiwanie oryginalności za wszelką cenę, wystarczają po prostu zabójczo dobre piosenki.

Post-punkowa fala gęstniała już od paru lat, ale wydaje się, że pozostała raczej w niezwykle żywej, ale jednak niszy. Just / One / Step / Closer to me śpiewają Shame w znakomitym openerze "Dust On Trial" i faktycznie są o jeden krok bliżej słuchaczowi niż bodaj Preoccupations. Chodzi o najzwyklejszą przebojowość, która nie dość, że nie musi wykluczać post-punkowego mroku to jeszcze w wykonaniu Shame wzbogacana jest szeregiem elementów ewidentnie charakterystycznych dla tego zespołu. Choćby dość wyjątkowa inkluzywność, chęć bycia słyszanym może wydawać się u nich próżna czy wręcz obsesyjna, lecz chodzi o szczere współuczestnictwo (And I hope that you're hearing me w "Concrete") podszyte specyficznie brytyjskim oporem (In a time of such injustice / How can you not want to be heard? we "Friction"). Uliczna wyspiarskość uobecnia się natychmiast w spoken-wordowym "The Lick" rezonującym zarówno Blur, jak i tamtejszym hip-hopem. Shame lekko autoironicznie cytuje New Musical Express, którego to pisma zespół był jedną z ostatnich fascynacji i pozornie zmierza w stronę megalomanii słowami I don't want to be heard if you're the only one listening, ale w tej frywolnej, zdawało by się, piosence najjaśniej wykłada swój program:

As you sit around in a circle and skip one minute and thirty seconds into the chorus / So we can all sing along and gaze and marvel at the four chord future / Cause that's what we want / That's what we need


Skoro już mowa o frywolności, drugą stroną inkluzywności Shame jest seks. Nad zdaniem Sodomy had a place in the past / But now it's fashionable można ochoczo podyskutować, ale nie w kierunku starej dobrej sodomii skłania się uwaga zdecydowanie heteroseksualnych Shame. Bywają całkiem dosłowni (Shake me up / Pop my cork / Feel me drip w "Gold Hole"), ale w swych niektórych fantazjach posuwają się niewiele dalej niż submisywna Lana Del Rey (She wants the money / It comes with his cream / So she closes her eyes and pretends it's a dream tamże). Nie ma tu jednak niczego godnego potępienia, i seks, i muzyka służą u Shame bezpretensjonalnemu zbliżeniu, znów więc mamy do czynienia z czymś ponadczasowo godnym utożsamienia się. I'd rather be fucked than sad śpiewają w swym chyba największym przeboju "One Rizla". Gorzko? Meh, raczej prawdziwie.

Obie potrzeby Shame, seks i bycie słyszanym niedwuznacznie zdają się spotykać w "Lampoon" (But at least I get to speak / And my tongue will never get tired). Dopiero finałowa i niemal siedmiominutowa "Angie" okazuje się być wyjątkowo niewinną miłosną piosenką, jednocześnie zarówno prawie post-rockowo eskalującą, jak i przywołującą duchy Oasis. Z wyjątkiem może jednej punkowej miniatury wszystkie kompozycje na "Songs Of Praise" to bezbłędne przeboje, nieinwazyjne i szalenie angażujące zarazem. Wers I like you better when you're not around z niemal tanecznego "Tasteless" jest tak chwytliwy, że dopiero po dłuższej chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że być może nie jest to najwłaściwsza rzecz do podśpiewywania, zwłaszcza dla osób w stałych związkach. Hybryda indie-rocka i post-punka uchwycona przez pryzmat brytyjskich tradycji zrodziła po prostu klasyczny rockowy album. Który kończą słowa And we will stay / In your happy place i nie sposób się przy niech nie uśmiechnąć. 9/10 [Wojciech Nowacki]

12 kwietnia 2018


CZECHOSLOVAKIA Malimy, [2017] self-released || Nie, nie jest to nowy odcinek "Bohemofilli", ale przyznać trzeba, że Czechoslovakia wydaje się być dla mnie zespołem idealnym do kibicowania. Po pierwsze, oczywiście nazwa, po drugie, trójmiejskie pochodzenie, bo Trójmiasto przynajmniej od lat dziewięćdziesiątych jest źródłem najbardziej autorskiej, oryginalnej i inspirującej polskiej alternatywy, po trzecie zaś, grają post-rocka w jego niestety zamierzchłym, lecz najbardziej uwodzicielskim kształcie.


"Nocą" jest bardzo dobrym wprowadzeniem do albumu nie tylko ze względu na swoją kompaktową długość. Rozpoczyna się od (post-)grunge'owego klangoru, by przez chwilowy pobyt na orbicie Tool wprowadzić stopniowe melodyjne załamania, pokazuje więc nieświadomie drogę jaką w latach dziewięćdziesiątych przeszła gitarowa alternatywa w kierunku post-rocka. Drogę, którą Czechoslovakia wydaje się być szczerze i autentycznie zafascynowana. "Malimy" staje się więc w znacznej swej części hołdem złożonym największym twórcom polskiego post-rocka. Już w "Synu" wyłania się klasyczne brzmienie zespołu Mordy, z basowo zapętlonym rytmem i gitarą balansującą na granicy transowości i narracyjności, choć brakować może wyraźniejszej konkluzji, rozwinięcia, silniejszego akcentu.

Grupa okazjonalnie próbuje grać odważniej ("Dzik" czy "Wersal" z początkiem bliskim ściankowemu "Shifting The Night For Tomorrow"), lepiej sprawdza się póki co we fragmentach bardziej nastrojowych i powolnym budowaniu atmosfery. Songwriting szybko też sprowadza się do niemal identycznych linii wokalu, sposobu frazowania czy rymowania, w początkowo zadziornie więc rozpędzonym finałowym "Marzę" wraz z pojawieniem się wokalu mamy wrażenie zasłyszenia po raz kolejny tej samej piosenki.

Czechoslovakii zresztą dość często dostaje się za wokale właśnie. Pozwolę sobie się nie zgodzić, owszem, szczególnie w bardziej wysiłkowych momentach wydają się niewytrenowane, ale najczęściej są kojąco mruczące. Problematyczne są natomiast teksty. W większości jest to na szczęście typowy dla post-rocka tekstowy eskapizm, ale ni stąd, ni zowąd pojawiają się fragmenty przy których nie sposób się nie zaczerwienić. Dzisiaj będę inżynierem / Czasem jednością, czasem zerem / Na przerwie zjadam bułkę z serem / Opiekaną testosterem ("Inżynier") czy Ziewam w pałacach Wersalu / Poprawiam gacie z Bursztynowej Komnacie ("Wersal") zamiast pomysłowej nosowszczyzny wprowadzają ostry dysonans i niespójność ze stylową przecież muzyką.

Być może nie mamy na "Malimy" jeszcze takich umiejętności technicznych jakie mają choćby weterani z 3moonboys, ale jednak Czechoslovakia wydaje się znacznie szczersza w swej wypowiedzi. I zdecydowanie niekoniunkturalna. Świadome i bynajmniej nie biernie odtwórcze re-kreowanie brzmień zasługujących na najwyższe docenienie okazuje się świeższe niż mniej lub bardziej świadome podążanie za alternatywnymi modami. Klasycznie i artystowsko jeszcze formułowanego post-rocka, sprzed czasów zanim stał się melancholijnym metalem, silnie dziś brakuje i Czechoslovakia dzieli ze mną tą tęsknotę w bardzo satysfakcjonujący sposób. 7/10 [Wojciech Nowacki]

6 kwietnia 2018


DEERHOOF Mountain Moves, [2017]  Joyful Noise || I jelenim kopytkom może się wyczerpać magia. Deerhoof to jeden z tych klasycznych zespołów, które dysponując w pełni autorskim stylem oraz brzmieniem są w stanie nagrywać kolejne płyty na równie wysokim i nieustannie angażującym poziomie. "Deerhoof Vs. Evil" było różnorodne, ale zaskakująco stonowane i idealnie przebojowe, przymglone "Breakup Song" przesunęło akcenty w stronę elektronicznego brudu, ale był to ten sam niestrudzony zespół, zwłaszcza w wykonaniu koncertowym, co plus minus potwierdziło "Fever 121614". Lecz na, nomen omen, "The Magic" czaru brakowało. Zwyczajowa i jeszcze nawet bardziej intensyfikowana mieszanina noise'u, punka, krautu i math-rocka nie wykrzesała tradycyjnej dozy zabawy, nawet tekstom zabrakło ich abstrakcyjnej frywolności. Deerhoof stał się sumą swych elementów, która tym razem nie do końca zagrała.


"Mountain Moves" wydaje się być zatem pierwszą od przynajmniej dekady płytą, która te elementy dość poważnie dekonstruuje, rozsuwa, wpuszcza pomiędzy nie nowe światła. Zaproszenie gościnnych wokalistek może uchodzić za zmianę dość powierzchowną i banalną, częste tzw. featuringi nieraz progres tylko markują, choć dotyka to głównie wykonawców parających się muzyką instrumentalną. Deerhoof nie można odmówić własnego charakteru, lecz mimo z pozoru pierwszoplanowej roli Satomi Matsuzaki w roli wokalistki, basistki i, pewnie nieświadomie, maskotki zespołu, jego obraz jawi się w dość silnie męskich barwach. Ba, nawet lekko maczystowskich, jakby za każdym riffem i łamańcem rytmicznym stała chęć pokazania, że jesteśmy-tak-fajni-że-aż-mamy-w-składzie-kobietkę.

Kto widział na żywo ten wie, że Greg Saunier to osobowość (i emocjonalność) nie do powściągnięcia, tym silniejsza jest wymowa "Mountain Moves". Juana Molina, Jenn Wasner z Wye Oak, Lætitia Sadier i pozostałe artystki dalekie są od bycia tylko dodatkiem. Akcenty przesuwane są tak wyraźnie, że o Deerhoof na "Mountain Moves" można mówić niemal jako o girl-bandzie. Powściągnięte męskie ega zredukowane zostały niemalże do roli grupy akompaniującej. Jej tożsamość nie ulega bynajmniej zatraceniu i choć zwłaszcza w pierwszej połowie płyty można mieć wrażenie, że to Deerhoof jest tu na gościnnym występie to stopniowo wracają na bardziej utarte i eksperymentalne tory. Zanim to jednak nastąpi mamy do czynienia z płytą lżejszą, może ostrożniejszą, pozornie powściągliwą i z pewnością przystępniejszą od swych poprzedniczek. Punktem wyjściowym często okazuje się pop lat 60-tych, ale z wolna odsłania się dziwność Deerhoof. Usłyszymy i smyczki, i dęciaki, i włoską operę, i klasyczny rock'n'roll, ale i tak nad całością unosi się lekko futurystyczny powiew, nie dziwi więc pojawienie się ani Moliny, ani Sadier ze Stereolab, obu wokalistek na różny sposób ze stylowym retrofuturyzmem flirtujących. Dopiero mniej więcej w połowie powraca math-rockowa kanciastość a kompozycje tracą lekko na chwytliwości.

Nie zapominajmy jednak jak udanie optymistycznie polityczną jest ta płyta. Kobiece głosy nie są tu bynajmniej nośnikiem feminizmu, lecz znacznie prostszej idei współpracy, otwarcia, komunikacji, aktywizmu. Cover Boba Marleya wydaje się być tutaj lekko na doczepkę, ale jeśli padają w nim słowa If you are the big tree / We are the small axe / Ready to cut you down to otrzymujemy w ten sposób równie wojownicze, co urokliwe podsumowanie płyty, bardziej podnoszące na duchu niż twitterowe tyrady Sauniera. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 marca 2018


NOSAJ THING Parallels, [2017] Innovative Leisure || "Drift" było jedną z tych płyt, które pojawiają jakby znikąd, ale okazują się samodzielnym i w pełni autorskim mikroświatem. Było to tym większym osiągnięciem w kontekście starcia debiutu Nosaj Thing już pół roku po premierze z "There Is Love In You" Four Tet i "Black Noise" Panthy Du Prince. Jason Chung wyszedł z tej konfrontacji jako równorzędny gracz na niezmiernie ówcześnie satysfakcjonującej scenie elektronicznej. Wyjątkowość "Drift" polegała na tym, że ten miniaturowy niemal album był skromny, ale kompletny, prosty, lecz sycący, domowy, choć perfekcyjnie profesjonalny.

Zawzięcie przeze mnie piętnowany syndrom pierwszej płyty, czyli wychwalanie debiutu dowolnego wykonawcy przy jednoczesnym braku wysiłku poznawania późniejszych dokonań, tak mocno kojarzy mi się z muzyką rockową i każdą grupą, która skończyła się na "Kill 'Em All", że nie zauważyłem zupełnie jego obecności w elektronice. Obecności, której sam padłem ofiarą. Kolejne albumy Nosaj Thing naprawdę jednak okazywały się lekkim rozczarowaniem. "Home" było realizacją najbardziej oczywistszego z oczywistych pomysłów na drugą płytę. Ładnie dodane wokale oraz lekkie poszukiwania były zbyt mało charakterystyczne by zapewnić wyjątkowość porównywalną z "Drift". "Fated", jakkolwiek nadal obiektywne niezłe, było znacznie bardziej problematyczne. 15 ścieżek o średniej długości między jedną a dwiema minutami to dość spazmatyczny zlepek niedopieczonych pomysłów, wyjątkowo niecharakterystycznych, zbyt krótkich, zbyt zlanych ze sobą i tkwiących w niezdecydowaniu pomiędzy mrokiem a lekkością, między abstrakcją a przebojowością.


Epki, ach, epki, jakiż to niesłusznie marginalizowany format, bez siły rażenia pojedynczego singla, bez wagi albumu, tak często tymczasem przynoszący najbardziej satysfakcjonujące dokonania szeregu wykonawców. "No Reality" to nie tylko najlepsze wydawnictwo Nosaj Thing od czasów debiutu, ale też całkowicie autonomicznie jedne z jego najlepszych w ogóle. Pięć utworów wreszcie zgłębiło, wydałaby się oczywisty, taneczny aspekt jego muzyki. Wreszcie też nabrała ona charakteru, będąc idealną fuzją abstrakcji i przebojowej zadziorności. Doświadczenie to przełożyło się na inny w charakterze, ale równie satysfakcjonujący album.

Minimalizm "Parallels" oznacza bardziej rezygnację z frenetycznej ekspansywności brzmienia na rzecz uważnego skupienia niż dźwiękową oszczędność. Otwierające płytę "Nowhere" może i faktycznie donikąd nie zmierza, ale kaskady klawiszy jasno pokazują jak atrakcyjna jest skupiona prostota. Podobnie "Form", w którym proste mechaniczne cykle zostały kojąco uczłowieczone, jednocześnie patrząc jakby z perspektywy na brzmienie "Drift". Niby nic, ale o ile bardziej satysfakcjonujące jest nic na "Parallels" niż skompresowany natłok czegoś na "Fated". Jedynie końcowe "Sister" jest oczywistym i jednoznacznym nawiązaniem do "Drift", znacznie częściej Nosaj Thing porzuca próby eksperymentów z dwóch poprzednich płyt i charakterystycznie brzmienie debiutu odważniej wreszcie konfrontuje z dokonaniami mniej lub bardziej oczywistych konkurentów. "TM" czy "IGYC" brzmią jak niemal perfekcyjna fuzja Nosaj Thing i Boards Of Canada.

Niepokój postapokaliptycznych Szkotów przebrzmiewa też w "UG", najbardziej tanecznym (i najdłuższym) utworze, w którym wyjątkowo nie irytuje, ba, wręcz przeciwnie, dość agresywny taneczny sampel. Prawdziwe wokale są zresztą na "Parallels" wyjątkowo trafnie dobrane, przykuwają uwagę ani nie naruszając spójności albumu, ani nie ciążąc nad instrumentalną resztą. "Way We Were" przypomina nawet lekko Bonobo, co tu akurat jest komplementem. Kazu Makino z Blonde Redhead na "Home" stanowiła dość silne zaskoczenie, tutaj brzmi wreszcie naturalnie i niemal swojsko. Pozbyć się z głowy zaś nie można "All Points Back To U", najbardziej skonkretyzowanej piosenki w karierze Nosaj Thing. Puls Board Of Canada przeplata się tu z tanecznym bitem prosto z brytyjskiego klubu, Steve Spacek zaś swym aksamitnym głosem nadaje całości wagi wspólnej zarówno z TV On The Radio, jak i z Massive Attack. Nosaj Thing odnalazł swój język w konfrontacji z innymi a dziesięć trzy-, czterominutowych utworów wreszcie pozwala mu należycie odetchnąć. W efekcie "Parallels" jest albumem porównywalnym z "Drift", być może nie tak jak debiut unikatowym, ale nawet jeszcze przystępniejszym. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

19 marca 2018


MARTIN KOHLSTEDT Strom, [2017] Edition Kohlstedt || Martinowi Kohlstedtowi należą się płomienne przeprosiny. Moim marzeniem byłby tekst poświęcony temu niemieckiemu pianiście pozbawiony konieczności wzmianek o Ólafurze Arnaldsie i Nilsie Frahmie. Wyobrażać sobie tylko mogę jak bardzo uciążliwe i banalne musi być ciągłe porównywanie każdego współczesnego pianisty do tych dwóch oczywistych nazwisk. Jeśli jednak uznamy, że medialny termin "neoklasycyzm" jest w istocie metodą przybliżenia klasycznego instrumentarium współczesnemu słuchaczowi to trzeba uznać zasługi tychże dwóch monopolistów. Ostatecznie ich właśnie imionami z premedytacją posłużyłem się by przy przyciągnąć paru przyjaciół na kolejny koncert Kohlstedta.

Pierwszy raz widziałem go w roli supportu zjawiskowego Lubomyra Melnyka. Kohlstedt promował wtedy jednocześnie drugą część swego dyptyku "Tag" - "Nacht", na scenie operując jeszcze skromnie, nieśmiało i oszczędnie. W czasie jego samodzielnego koncertu nieśmiałość pozostała, tym razem balansując wręcz na granicy neurotyzmu, ale ekspansywne brzmienie "Strom" przełożyło się na inkorporację większej scenicznej przestrzeni. Fortepian, klawisze, syntezatorowa ściana, wszystko to było jasnym wizualnym oświadczeniem. Martin Kohlstedt się rozwija, lecz jego muzyka kryje znacznie większą tajemnicę niż prosta historia pisana z płyty na płytę.


Implementacja syntezatorów tylko pozornie zbliża Kohlstedta do wielowymiarowych eksperymentów Frahma. W istocie "Strom" okazuje się powrotem do minimalizmu "Tag", pozbawionego jazzujących elementów obecnych gdzieniegdzie na debiucie. "Nacht" pozostaje zatem brzmieniowo najbardziej intensywnym jego albumem, owszem, potencjalnie najlepszym, ale każdy kolejny istnieć może tylko w achronologicznym powiązaniu z resztą. Kohlstedt obsesyjnie powraca do kolejnych motywów, jego koncertowe pieces to strumienie łączące fragmenty kompozycji z wszystkich albumów i odkrywające genetyczne powiązania pomiędzy nimi. Z czym wiąże się też bynajmniej nieprzypadkowy sposób nazywania poszczególnych utworów przy pomocy trzyliterowego kodu.

Jego muzyka nie potrzebuje ckliwych wypełniaczy w postaci smyczków do których ewidentną słabość ma Arnalds. Nie ma tu też oczywistych melodii. Kohlstedt częściej swoją uwagę kieruje w stronę punktującej rytmiki. Ta silniejsza była na "Nacht", w porównaniu z zaś "Tag" zniknęło lekkie jazzowanie i niemal całkowicie europejska filmowość. Struktury kompozycji i manipulacje intensywnością są na "Strom" niemal post-rockowe ("KSY"), jednocześnie część z nich pozostaje stosunkowo nieuchwytna. Ambientowy szelest tła równie dobrze może być dźwiękiem muskania klawiszy co padającego deszczu i nawet syntezatorowe drony nie są w stanie ująć temu materiałowi na intymności. W "TAR" intensyfikują się w dynamiczną, melodyjną progresję, w "DOM" ich punktowany wzrost zmierza w stronę kosmische musik, ale powstrzymuje się przed bardziej oczywistym rozładowaniem napięcia. Nie przejmują też nigdy pierwszoplanowej roli, zamiast efektownego tanecznego bitu w stylu Frahma tworzą częściej strukturalną osnowę na kształt Murcofa z nadal niedocenianego albumu "Statea".

Pianino jednocześnie jest i nie jest głównym bohaterem muzyki Kohlstedta. Nie chodzi w niej o przyciągniecie uwagi słuchacza do instrumentalnej wirtuozerii, lecz o prowokowanie emocjonalnych odpowiedzi na wydźwięk całości. Okazjonalnie pozwala sobie jednak na kompozytorską frywolność ("HEA"), która po raz kolejny ukazuje jak wpływowym pianistą ery modernizmu jest Erik Satie. Tymczasem największym wkładem Kohlstedta jest nielinearność jego muzyki, przerwanie chronologicznego ciągu kompozycji i płyt oraz zastąpienie go rozrastającą się siecią znaczeń i powiązań. Tworzy to szerokie pole do niezwykle umiejętnej improwizacji, ale jednocześnie pokazuje, że muzyką improwizowaną nie rządzi przypadkowość, ale poruszanie się owej sieci, którą większość kompozytorów zachowuje dla siebie, za to Martin Kohlstedt odsłania ją w sposób równie fascynujący, co angażujący. 8/10 [Wojciech Nowacki]

9 marca 2018


CALEXICO The Thread That Keeps Us, [2018] City Slang || Słuchając Calexico zawsze czynię to przez filtr pierwszego kontaktu. Zastanawiam się jak ta muzyka zostałaby odebrana przez kogoś przy pierwszym z nią zetknięciu. Czy zostałaby zrozumiana? Potraktowana poważnie? Czy jest na tyle uniwersalna by poradzić sobie bez specyficznego kontekstu geograficzno-kulturowego? Zastanawialiśmy się nad tym przy okazji "Edge Of The Sun", albumu który miał całkiem spore szanse przybliżenia nam tego kontekstu. Nie da się ukryć, że krytyczne przyjęcie "The Thread That Keeps Us" w uproszczeniu waha się między umiarkowanym a dość chłodnym. Nie ma tu jednak mowy o słabej płycie czy złych piosenkach. Nowy album Calexico nie jest pozbawiony bolączek, leżących jednak niezupełnie tam, gdzie na pierwszy rzut ucha może się wydawać.

Choć jedna rzecz jest całkiem oczywista od samego początku. Rzadko się zdarza by mając w rękach wersje podstawową oraz deluxe zdecydowałbym się na kupno podstawowej, ale już piętnaście utworów wydawało mi się liczbą niebezpiecznie za wysoką, dodatkowe siedem zaś lekko obezwładniającą przesadą. Jasne, trzy spośród piętnastu to krótkie instrumentalne przerywniki, ale one akurat najlepiej pokazują, że na "The Thread That Keeps Us" jest całkiem sporo zmarnowanego kompozycyjnego potencjału. Są one dość potrzebną chwilą wytchnienia, wnoszą sporo wyczekiwanej przestrzeni, ale i zwodniczo obiecują większe zróżnicowanie materiału, który równie często wydawać się może nieco zbyt dynamicznym, co i lekko niedopracowanym.

Niektóre piosenki wychodzą z dobrych pomysłów, ale nijak ich nie rozwijają, co zręcznie, ale w gruncie rzeczy męcząco zakryte jest zwiększoną dynamiką. Zrytmizowany początek albumu może robić wrażenie, ale szczególnie rozentuzjazmowana perkusja wydaje się często nie na miejscu. Finałowe "Music Box" byłoby naprawdę urokliwą piosenką (Here's a little gift from me to you / A place to store your dreams and your secrets too) gdyby nie, no właśnie, zbyteczne podkręcenie dynamiki. Wszystko to jednak drobnostki łatwe do uniknięcia przy nieco uważniejszej selekcji materiału.


Paradoksalnie, o ile cały album jest zbyt długi, o tyle poszczególne kompozycje wydają się być za krótkie, znów nie pozostawiając zbyt wiele przestrzeni na te pomysły godne rozwinięcia. "Another Space" ma fantastyczny wręcz potencjał do koncertowej improwizacji. Trąbki, linia basu i klawisze tworzą tanecznie funkową całość, drugą najbardziej charakterystyczną na płycie obok pełnego południowego rozbujania "Voices In The Field" w którym też pojawia charakterystyczne dla Calexico poczucie tajemnicy, na tej płycie zasadniczo nieobecne. Na poły żartobliwe skojarzenia z Gorillaz nabierają szczególnie silnego sensu w "Under The Wheels" z lekko hip-hopowym rytmem, gdzie z pominięciem typowego dla Calexico meksykańskiego patosu w refrenie nawet wokal okazuje się całkiem albarnowy. U Gorillaz ma to oczywiście wymiar pastiszowy, ale co z tego, skoro końcowy efekt muzyczny jest taki sam. Tak, nawet "Flores y Tamales" to u Calexico rzecz jak najbardziej na serio.

Ten jednak album Calexico jest tym razem w znacznie mniejszym stopniu pocztówką z amerykańsko-meksykańskiego pogranicza. Nawet teksty są na "The Thread That Keeps Us" bardziej abstrakcyjne niż opowieści snute na poprzednich płytach. Również okazjonalne podobieństwo do ostatnich albumów Wilco wskazuje, że nowe Calexico miało być w zamyśle przystępniejsze, choć za cenę jednak typowego dla nich kulturowego osadzenia. "The Thread That Keeps Us" jest więc może i łatwiejsze, i przystępniejsze, ale bez odrobiny egzotyki nie ma też tajemnicy i prawdziwej wyjątkowości. 7/10 [Wojciech Nowacki]

1 marca 2018


TUNE-YARDS I Can Feel You Creep Into My Private Life, [2018] 4AD || Bez farby na twarzy, bez rozedrganych czcionek, zastępując kulturalne przywłaszczenie autorefleksyjnym komentarzem na temat kulturalnego przywłaszczenia, "I Can Feel You Creep Into My Private Life" już od samego początku wydawało się najbardziej stonowanym i potencjalnie najbardziej zachęcającym albumem Tune-Yards. Nie żeby z poprzednimi było coś nie w porządku, z "Nikki Nack" z łatwością można wykroić pokaźną liczbę naprawdę imponujących przebojów. Merrill Garbus ma niebywały talent do pisania pojedynczych linii, chwytliwych zarówno melodycznie, jak i lirycznie, które nawet wyciągnięte z kontekstu swych własnych kompozycji i zlepione ze sobą utrzymują spójny przebojowy sens ("Nikki Nack MegaMix" z singla "Water Fountain" czy podkład filmu promującego "I Can Feel You Creep Into My Private Life"). Hiperaktywność Tune-Yards, czy też wtedy jeszcze tUnE-yArDs, potrafiła być jednak irytująca, w większych ilościach nawet męcząca.

"Look At Your Hands" już nastrajało optymistycznie, syntetyczny pop z odrobiną soulu wesoło flirtował z muzyką przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w sposób podobny do Little Dragon na ich ostatniej płycie. Lecz jeśli komuś już ten singiel wydawał się entuzjastycznie ekstatycznym to "Heart Attack" po prostu musi uznać za jak dotąd najlepszą piosenkę 2018 roku. House'owe taneczne napięcie eskaluje w niebywale emocjonujący sposób, jednocześnie emocje te są pod nieustanną powściągliwą kontrolą a synkopujący rytm efektownie punktowany pianinem tworzy efekt równie komfortowy, co zaczepny. Zdecydowany odwrót od lo-fi afrykańskości w stronę parkietu pod szyldem Hercules & Love Affair pokazuje, że "Nikki Nack", jakkolwiek udaną, była jednak płytą końca drogi. I would tell you the story if you would listen śpiewa Merrill Garbus, zaczynamy słuchać świetnych kompozycji, ale w efekcie słyszymy szczerą medytację na temat naszej własnej kondycji.


Płonąca Kalifornia, wymieranie raf koralowych, wybory, podsłuchy i inwigilacja, to tylko część obrazów, które pojawiają się w jednej tylko piosence "ABC 123". Nie jest to jednak bezrefleksyjna pocztówkowość ostatniej PJ Harvey, markująca zadumę nad losem świata. Tune-Yards stawiają na konfrontowanie się z niewygodami rzeczywistości, wystarczająco zaangażowaną postawą, bo budzącą samorefleksję, jest po prostu nieudawanie, że się nie widzi (Thought I was looking but I don’t know what to see). Tym, co wkrada się do naszego prywatnego życia jest polityka z wszystkimi jej konsekwencjami. Medytacyjna zaś uważność budzi świadomość, która bynajmniej nie musi oznaczać akceptacji. Garbus naturalnie najczęściej powraca do tematyki rasizmu i białego uprzywilejowania. Konkluduje, że nawet dystansowanie się od rasizmu jest w istocie rasistowskie a dopóki rasizm istnieje wszyscy w jakiś sposób w nim uczestniczymy. Nawet jeśli tylko za pośrednictwem kulturowego kolonializmu, którego i sami Tune-Yards byli w przeszłości winni, vide: "Rocking Chair" z "Nikki Nack" na który reakcją może być zarówno I use my white woman's voice to tell stories of travels with African men w "Colonizer", jak i I don't wanna, I don't wanna / Hear my voice, hear my voice w "Private Life". Przemyka tu także problematyka feminizmu (I don't wanna be a woman if it's permission w "Now As Then") a wszystkie te wątki wydają się zbiegać się w finałowym "Free". Nie chodzi tu jednak o prosto rozumianą wolność z gatunku "wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi", bo samoświadomi Tune-Yards kwestionują wszystko. Różnice istnieją a prawdziwe wyzwolenie przynosi zrozumienie ich oraz własnych na nie reakcji.

Reakcje na "I Can Feel You Creep Into My Private Life" są w swej podstawowej formie czysto cielesne i nie wyobrażam sobie by Merrill Garbus miała coś przeciwko temu. Wspomniane "ABC 123" to kolejna rewelacyjna taneczna piosenka, znów ekstatycznie eskalująca, ale zręcznie unikająca chaosu. "Colonizer" równie umiejętnie balansuje na krawędzi pomiędzy creepy / groovy, "Private Life" wydaje się łączyć dawne i nowe brzmienie Tune-Yards, "Coast To Coast" kojąco zaś kroczy między skrajnościami, zarówno muzycznymi, jak i politycznymi (Right, left, right from coast to coast / ... / See you in the middle). Część kompozycji wydaje się być lekko niedopracowana, nie w sensie jakiegoś wyraźnego braku, co raczej niewykorzystanego potencjału. Czwarty album Tune-Yards i tak sprawia, że słuchanie o polityce dawno nie przychodziło z taką łatwością. 9/10 [Wojciech Nowacki]

24 lutego 2018


FRANZ FERDINAND Always Ascending, [2018] Domino || Lubiąc Franz Ferdinand trzeba być niezwykle selektywnym. Począwszy od debiutu aż po "Right Thoughts, Right Words, Right Action" ich płyty wypełnione są oczywistymi i fantastycznymi przebojami, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem uświadamiamy sobie, że i reszta ich piosenek tym sztandarowym wcale nie ustępuje. W tym miejscu zaleca już się ostrożność, sugerowałoby to bowiem, że mamy od czynienia z zespołem genialnym. A nie da się przecież ukryć, że znaczenie Franz Ferdinand, zwłaszcza w porównaniu z gorączką debiutu, znacznie dziś spadło. Być może jednak geniusz tkwi w tym, że wydają płyty niespiesznie co parę lat, modyfikując brzmienie na tyle lekko, by nie zatracić swego obłędnie przebojowego warsztatu, ale jednocześnie nie oferując cały czas dokładnie tego samego. Mało który wykonawca z kręgu indie-rocka początku wieku wykazać się może ostrożną bezpretensjonalnością przynoszącą wyzwolenie o rozbuchanych oczekiwań. "Always Ascending" jest ni mniej, ni więcej niż po prostu kolejnym dobrym albumem Franz Ferdinand.


Umieszczenie najdłuższego, tytułowego zresztą, utworu na samym początku okazuje się niegłupim pomysłem. Po pierwsze, mając do czynienia z właściwie dość klasycznym Franz Ferdinand z miejsca oswajamy się z naciskiem położonym bardziej na syntezatory niż na gitary. I okazuje się, że nie ma to żadnego znaczenia, formalnie to ten sam zespół, ten sam zmysł kompozycyjny i ta sama przebojowość. Po drugie jednak, "Always Ascending", jak cała zresztą płyta, jest w gruncie rzeczy bardziej tanecznym niż przebojowym, mamy tutaj znane harmonie wokalne i chwytliwy refren, ale rzecz bliższa jest dziś LCD Soundsystem, wyłania się jakby znikąd płynnym i niedookreślonym początkiem, zgodnie skądinąd ze słowami Always and always and always ascending / The chords seem to pause, but ah... / Never going to resolve. "Lazy Boy" tkwi już w znacznie solidniej nakreślonych ramach, taneczna rytmika może nawet lekko przypominać Hot Chip, ale marszowo-sloganowa progresja i świetne punktowanie gitarą to już klasyczna praca Franz Ferdinand. Jednocześnie jednak zespół wpływa na dance-punkowe terytoria okupowane niegdyś przez The Rapture. Skojarzenie to silnej jeszcze odznacza się na "Feel The Love Go" z niemal house'owym bitem i eskalującym saksofonowym finałem, który niepostrzeżenie staje się emocjonalnym centrum płyty.

Wszystkie piosenki z "Always Ascending" sprawdzają się jako samodzielne przeboje, albumu w całości słucha się gładko i przyjemnie. Jest tu parę zwracających uwagę szczegółów, niedociągnięcia zaś skrzętnie przysłania lekki i autentycznie bezpretensjonalny songwriting. Okazjonalnie wybijają się teksty, We're going to America / Gonna tell them about the NHS"Huck And Jim" pociesznie niweluje niezręcznie przyciężki początek, And the Academy Award / For Good Times goes to... you"The Academy Award" to fraza którą aż chciałoby się wymyślić samemu, choć tą akurat dość leniwą piosnkę lekko psuje niedookreślona produkcja, ni to rock, ni to pop, ni to dansing z niepotrzebnymi pogłosami. Weźmy też sekcję rytmiczną, która nawet w dość banalnym "Finally" spisuje się znakomicie, by w "Lois Lane", stającej w bohaterskie szranki z "Jacqueline" czy "Eleanor...", rozczarować płaską perkusją. Wystarczy jednak choćby takie "Glimpse Of Love", brzmiące niczym syntezatorowo-taneczny mash-up Franz Ferdinand z naspeedowanymi Beach House, by nie mieć do zespołu absolutnie o nic żalu. Choć więc bardziej chyba za całokształt, ale wspomniany Oscar im się należy. 7/10 [Wojciech Nowacki]

8 lutego 2018


3MOONBOYS Zawsze jest za krótko, [2018] self-released || W przypadku 3moonboys zawsze odrobinę zbyt łatwy był name-dropping. W początkach ich kariery było to całkiem zrozumiałe, klasycznej teraz-rockowej krytyce często brakowało odpowiedniego aparatu a upraszczające zestawienia niosły przecież pewną wartość informacyjną. Z drugiej strony, zespół wydawał się być nimi dumnie ukontentowany, w końcu jeśli ktoś zasługiwał na pozytywnie motywujące porównania do Radiohead, Mogwai, Archive, to byli to właśnie oni. Poszukiwania bardziej autorskiego języka zaowocowały płytą "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo", która była nie tylko bardzo satysfakcjonującą, ale i prawdziwie zaskakującą rewitalizacją uprzednio lekko tylko modyfikowanej formuły.

Polszczyzna w alternatywie o post-rockowej proweniencji najczęściej przecież zgrzyta i zawodzi. Również kondensacja kompozycji aż proszących się o dłuższe, rozbudowane struktury i ściśnięcie ich do form niemal piosenkowych wymaga sporej dozy twórczego potu. 3moonboys na "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" z wdzięczną łatwością poradzili sobie z obiema zagwostkami. Zespół nabrał na tożsamości a przy okazji wydał materiał najbardziej twórczy i przystępny zarazem. Jeśli zaistniała wtedy fala powrotów do śpiewania po polsku to 3moonboys znaleźli się na jej szczycie przy okazji odnajdując siebie.

Ten nowy punkt startowy pchnął grupę w stronę kolejnych poszukiwań. W kontekście "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" ma sens zwrot ku jeszcze bardziej radykalnemu zgłębianiu prostoty, esencji, podstawowych pierwocin muzyki. I tak oto, przypadkiem lub też nie, 3moonboys odnaleźli się na "Zawsze jest za krótko" w jednym szeregu z eksploratorami jednego z najbardziej fascynujących aspektów muzyki - motoryki. Motoryką Polska stoi i pogania, bydgoszczanie, Trójmiasto, połowa przodującego labelu Instant Classic, klasycy z Kristen, wszyscy czynią z krautowej motoryki nowy polski towar eksportowy, który zwraca autentyczną uwagę zagranicy. Tak jak w swych początkach 3moonboys zdawali się edukować krajową publiczność z wartościowych trendów światowej alternatywy, teraz zasłużyli na miejsce wśród tych, którzy pokazują światu cóż to się ostatecznie na naszej scenie wygotowało.


Lepiej też myśleć o tej, nazwijmy to, nowej szkole polskiej motoryki w kategoriach wzajemnej inspiracji i współpracy niż konkurencji, ta bowiem mogłaby się okazać zbyt silna. 3moonboys świadomie nie ułatwiają wejścia w świat "Zawsze jest za krótko" i zestrojenia się z nim. Chaotyczny, umyślnie nieefektowny początek "Balonu w mojej głowie" celowo podkreśla improwizacyjny charakter całego materiału. Utwory często zresztą otwiera bardzo luźne zawiązanie różnych i dość skromnych planów rytmicznych, które czasem nie prowadzą do specjalnie emocjonującej konkluzji. Tym właśnie rozczarowuje "Napiłbym się suchej kawy", utwór niemal dwunastominutowy a dość jednorodny. Jedyną zmianą jest w nim wprowadzenie wokalu, dodajmy, że niezupełnie potrzebne.

Zespół wydaje się czasem zbyt długo i ostrożnie testować nowe motywy zamiast odważnie rzucić się do ich pełnej realizacji. Stąd też sporo w tej muzyce niezagospodarowanej przestrzeni, którą wydaje się wypełniać wokal zbytecznie przytłaczający dość kruchą instrumentalną strukturę. Głos czasem się jednak sprawdza. Gdyby po raz pierwszy pojawił się dopiero w "Przyjdziej" przyniósłby zaskakujące odświeżenie. Problematyczne jest tak naprawdę gaworzenie w wymyślonym języku, weźmy choćby "Każdy inaczej", gdzie linia wokalna ma bardzo klarowną piosenkową strukturę. O ile silniejszy byłby efekt obcowania z prawdziwymi słowami, które przeradzają się w satysfakcjonującą instrumentalną konkluzję. Jest to trochę zmarnowana szansa, podobnie w "Czarnym poniedziałku", zwłaszcza, że ten stosunkowo najbardziej hałaśliwy utwór, choć i tak daleki jeszcze od noise'u, zmierza jednocześnie w stronę efektownego space-synth-popu.

Zaskakuje środek płyty i krótsze kompozycje. W "Przyjdziej" pojawia się lekki jazzujący sznyt i więcej przestrzeni, wibrujące napięcie przypomina zaś hipnotyczne obrazy Igora Boxxa z "Breslau". W finale świetnie sprawdza się wiolonczela, która w następnym "Wracając nie po swoich śladach" wraz elektroniką tworzy rozedrgane faktury tak bliskie nieodżałowanemu Hood z ich środkowej, rozdzierająco melancholijnej post-rockowej fazy. Grupa łapie autentyczny groove w eskalującym "Idziemy", w "Balonie w mojej głowie" eskalację zaś sugeruje, ale wzdraga się przed nią, zamiast tego mrożąc syntezatorowym dronem. Ale natychmiastowe ocieplenie przynosi, jak zresztą w wielu miejscach na płycie, wejście gitary basowej. Zgłębianie motoryki przez 3moonboys wypada lekko nieśmiało, ale z wyraźną, badawczą niemal ciekawością. Obojętnie jednak jak bardzo by zespół nie chciał brzmieć mechanicznie to najlepiej wypada w swych najbardziej ludzkich momentach. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

4 lutego 2018


Za swój debiutancki album "The Escapist" zyskał Boris Carloff szereg nagród i chwilową uwagę miejscowej krytyki. Jako projekt czysto niemal studyjny i zdecydowanie producencki niekoniecznie przełożyło się to na zwiększone zainteresowanie publiczności. Wydanej pod koniec zeszłego roku trzeciej już płyty "The Solipsist" nie znajdziemy na stronie internetowej artysty, jego Soundcloud zatrzymał się na etapie promowania debiutu. Trudno powiedzieć, czy jest to roztargnienie, przejaw samokrytycyzmu, czy może Carloffa naprawdę interesuje, zgodnie z tytułem płyty, tylko samotnicza praca w studiu. Przyznać trzeba, że "The Solipsist" rodzi rozliczne skojarzenia, zarówno muzyczne, jak i wokalne, ale aby uniknąć tych bardziej oczywistych wspomnieć lepiej raczej o When Saints Go Machine. Niemniej, jest to kolejny przykład na to jak komfortowo w Czechach czuje się elektronika.


Olbrzymią porcją owego komfortu i kreatywności współczesnych czecho-słowackich producentów elektroniki jest imponująca kompilacja "XION". Dwadzieścia pięć utworów kompleksowo mapuje dzisiejszą scenę przy pomocy tego niekomercyjnego projektu za którym stoi platforma Space Is Only Noise. Techno, house, ambient, garage, muzyka eksperymentalna, wszystkie niemal barwy i temperatury elektroniki a wszystko to wyłącznie utwory nigdzie indziej niewydane. Niektórych wykonawców już znamy: HRTL, Smeti, Aid Kid, Isama Zing, Subject Lost, ale to ledwie część tego wielkiego wyboru. Początkowo może się wydawać się złudnie jednorodny, ale szczególnie w drugiej połowie subtelnie odsłania radykalnie różne odcienie. Kompilacji słucha się znakomicie przy każdej okazji, od poniedziałku w pracy po wieczorny relaks. Z lekkim zażenowaniem przyznać muszę, że choć propaguję wyższość czeskiej muzyki, to jednak gdy usłyszałem tu fragment w języku czeskim to złapałem się na lekkim zaskoczeniu, bo rzecz brzmi prawdziwie światowo.



Dream-pop bywa podchwytliwy, zwodniczy, podstępnie prowadzący rozmarzonych słuchaczy na manowce. Debiut Billow zgodnie z tytułem jest mapą, która wskazuje zaskakującą, lecz właściwą drogę pośród mylących tropów, stereotypów i przekonań. Eteryczny wokal z łatwością można wyobrazić sobie na tle shoegaze'owej ściany gitar, muzyka Billow opiera się jednak dwóch prostych, lecz równie frapujących elementach. Gitara, jej minimalizm, akustyczny wydźwięk i zwichnięta melancholia przypominają emotroniczną scenę z początku wieku z pogranicza laptopowej elektroniki i post-rocka (Hood, The Notwist) oraz sposób w jaki nawiązywało do niej choćby nasze Old Time Radio. Z drugiej strony mamy tutaj syntezatory, które nie są ani szumem tła, ani efektownym dodatkiem, lecz pełnoprawnym spoiwem muzyki Billow. Zespół miejscami z łatwością osiąga post-rockową progresję a sypialniany charakter materiału traktować należy z przymrużeniem oka, wyprodukowany jest bowiem znacznie lepiej niż chciałaby tego etykieta lo-fi. "Maps" pobrać możecie za darmo, zachętą powinny być też polskie akcenty (materiał powstał częściowo w Warszawie), ale jest to modelowy wręcz przykład muzyki idealnej do słuchania z kasety. Najlepiej nakładem oficyny Z Tapes, której żywo kibicujemy.


A skoro znów mowa o tym niezwykle żywotnym w Czechach fenomenie jakim jest shoegaze, nie sposób nie wspomnieć o nowej płycie DIV I DED. Debiut "Born To Sleep" podobał nam się bardzo, z niekłamaną przyjemnością trzeba odnotować zatem, że pomimo roszad personalnych za mikrofonem, nie ma na "Transformation" żadnych większych zmian. Poza tym, że hipnotyzujące wokalno-gitarowe unisono jest jeszcze bardziej melodyjne, pozytywne, w wymowie wręcz euforyczne. Owszem, czasem zgrzytnie trochę noise'u, czasem pojawi się cytat z post-punkowego chłodu, ale "Transformation" faktycznie sprawia, że nieznośnie wręcz pragnie się usłyszeć ten materiał na żywo. I nie, mój entuzjazm nie wynika z tego, że na okładce pod filtrem o wrażliwości wczesnych lat dziewięćdziesiątych znajduje się kot.


Duet Kalle rzutem na taśmę zdołał jeszcze zdobyć tytuł czeskiego albumu roku magazynu Fullmoon. Debiut "Live From The Room" swego czasu narobił sporo zamieszania na alternatywnej scenie, zważywszy na to, że było to wydawnictwo po domowemu zarejestrowane i wydane. Nie chodziło jednak o przypadkowych muzyków, Kalle są jednocześnie połową zespołu Nod Nod, który zdobył sobie nawet jeszcze większe uznanie. "Saffron Hills" ma znów na okładce lisa, ledwie rysują się tam górskie kontury, całość spowija mglista szaro-zielona barwa i faktycznie mało co tak trafnie oddaje muzykę Kalle. Najwyraźniejszym jej elementem nadal jest w oczywisty sposób kojarzący się głos wokalistki, ale rockowa melancholia ma się tu ewidentnie dobrze.


Senna, choć niepokojąca mgiełka melancholii to zupełnie nie jest zaś przypadek płyty, nomen omen, "Štěstí". Nauzea Orchestra być może tak do końca szczęśliwa nie jest, ale powinna pogratulować sobie żonglerki rockowymi estetykami. Mamy tu i swansową noise'ową motorykę, i trąby niemal tak piekielne jak nasza Merkabah, i amerykańskie indie, i bagienne echa southern-rocka. Ale, co ciekawe, wszystko to ujęte jest przez pryzmat czeskiego (pop-)rocka.


[Wojciech Nowacki]

25 stycznia 2018


PRIESSNITZ Beztíže, [2016] Supraphon || Myśląc w Polsce o Sudetach mamy najczęściej turystyczne konotacje. Niektórzy pamiętają jeszcze pożółkłe peerelowskie przewodniki, domy wczasowe FWP, promocję zdrowych wędrówek i aktywnego spędzania czasu w krainie, która charakteryzowała się właśnie swoistym i pozornie magicznym bezczasem. Trauma wypędzeń Niemców i gwałtownego przerwania trwającej setki lat ciągłości osadniczej u nas właściwie nie istnieje, skutecznie zastąpiona komunistycznym mitem o powrocie pradawnych piastowskich ziem do Macierzy. Za sprawą dekretów Beneša wypędzenia po czeskiej stronie granicy stały się częścią oficjalnej czechosłowackiej historii, stąd i silny dyskomfort do dziś odczuwany nie tylko w polityce, ale i w sztuce, literaturze, muzyce. O Sudetach śpiewał już znany nam Kittchen, nie ma jednak bardziej sudeckiego zespołu niż Priessnitz.




Nam przed oczyma piętrzą się zresztą raczej Karkonosze, wydawać by się też mogło, że Czesi powinni mieć do nich dość żywy stosunek, zwłaszcza jeśli szczyt Śnieżki jest najwyższym punktem republiki. Tymczasem niekoniecznie, spośród sudeckich pasm to tajemnicze, mgliste Jeseníky bardziej niż karkonoski dziki majestat rozpalają wyobraźnię jako dawno zasiedlony, utracony świat. Swych największych piewców mają Jeseníky w zespole, którego nazwa pochodzi od ich najsłynniejszego, przynajmniej w polskim języku, obywatela. Sława zespołu jest nie mniejsza od twórcy współczesnego wodolecznictwa. Od początku lat dziewięćdziesiątych Priessnitz to jedna z ikon czeskiego (pop-)rocka i obok Tata Bojs jedna z tych grup, których status można roboczo i w dużym uproszczeniu porównać do naszego Heya. Ciągłą uwagę do zespołu, który ostatni album wydał przed ponad dekadą konsekwentnie przyciągał jego wokalista. Jaromír Švejdík znany jest również jako grafik i twórca komiksów, w tym znanej i w Polsce trylogii "Alois Nebel" oraz adaptacji "Zamku" Kafki. Śpiewał również w niemniej kultowej formacji Umakart, przy okazji komiksu "Bomber" powołał do życia grupę Jaromír 99 & The Bombers, wraz z pisarzem Jaroslavem Rudišem pracował nad filmową adaptacją "Aloisa Nebela" oraz ścieżką dźwiękową doń, wreszcie razem z Rudišem stoi na czele projektu Kafka Band, który muzycznie ilustruje komiksową adaptację twórczości Kafki i jakkolwiek zagmatwanie to brzmi jest to rzecz o największym potencjale zagranicznego sukcesu.

Priessnitz ze swoją jesenícką poetyką pozostaje lokalnym fenomenem, ale w przypadku ich najpewniej pożegnalnej płyty "Beztíže" warto przekonać się, jak stylowo i ponadczasowo prezentuje się wywodzący się jednak z alternatywy pop-rock w wykonaniu zespołu z prawie trzydziestoletnią historią. O tym, jak silnie "geograficznym" jest ten zespół pokazuje już otwierające płytę energiczne "Na kraji města", jak i kolejne tytuły "Tam na poli", "Daleko", "Blikající dům". Muzyczno-liryczny amalgamat Priessnitz silnie zakotwiczony jest w emocjach, te zaś wyraźnie płyną z miejsc, z obrazów, z uchwyconej słowami panoramy. Nie jest to jednak pocztówkowa sielanka, na swym ostatnim albumie Priessnitz jest jeszcze bardziej niż kiedykolwiek o przemijaniu, o opuszczeniu. Jednocześnie zaś z łatwością oferuje radiowe refreny, często eskalujące melodie, szczególnie zaś brzmienie grupy wzbogaca pojawiająca się tu i ówdzie trąbka. Najefektowniej wiekowy już Priessnitz wypada jednak nie w melancholijnych balladach, lecz w utworach energicznych, czasem całkiem intensywnych, w których przebrzmiewają a to echa grunge'u, a to post-punka, a to indie-rocka czy chóralnego folku. W "Kdo seje vítr" zbliżają się nawet do cedzonej agresji Please The Trees, tu też padają słowa Mám barák po Němcích / Jednou vezmu benzin a celý to zapálím. Niemców w Jeseníkach już nie ma, nie ma też już Priessnitz, ale emocje rezonować będą jeszcze latami. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

20 stycznia 2018


EMIKA Melanfonie, [2017] Emika Records || Tym razem nie ma mowy o żadnej hybrydzie między muzyką elektroniczną a poważną. Nie jest to też kolejne ćwiczenie z neoklasycyzmu, który najczęściej w ostatnich latach służy jako platforma dowodząca prawdziwie kreatywnej bliskości tych pozornie antynomicznych muzycznych światów. Emika napisała symfonię. Owszem, można się w niej doszukać melodycznych wzorców, które po latach nawet w przypadku jej najwcześniejszej twórczości nagle wydają się w oczywisty sposób klasyczne. Droga od post-dubstepowej producentki do kompozytorki była stopniowa, lecz wyraźna, nie jest to ani żaden kaprys, ani chwilowa zachcianka, Emika jest pianistką i ma klasyczne muzyczne wykształcenie. "Melanfonie" jako fakt wydawniczy jest jednak zawieszona w pewnym niebycie a dzieje się tak związanymi rękoma krytyki. Polaryzująca muzyczna tożsamość Emiki jest dla recepcji jej twórczości nawet większą przeszkodą niż wydawanie jej praktycznie własnym nakładem, co zaważyło na ograniczonym odbiorze "DREI", albumu kontynuującego przecież jej elektroniczne wcielenie z płyt wydanych w Ninja Tune. Ale "Melanfonie" wykracza poza przygotowanie i aparat krytyczny piszących o elektronice, alternatywie, muzyce popularnej, dla krytyków muzyki poważnej Emika jest zaś osobą z zewnątrz, praktycznie anonimową, niewartą muzykologicznej analizy. Obu stronom brak warsztatu, brak kontekstu.


Przyznaję, że w obliczu krytycznej analizy symfonii jestem również całkowicie bezradny. Owszem, domyślić się mogę tu ducha Leoša Janáčka, często deklarowanej inspiracji Emiki, doszukać awangardowego minimalizmu, który dziś już nie brzmi dla nas awangardowo, zwrócić uwagę na kompozycyjne i melodyczne rozwiązania zaskakująco podobne do jej elektronicznej twórczości. Jeśli opowiemy się jednak za rozwiązaniem mówiącym, że krytyka nie jest opisową analizą muzyki, lecz tłumaczeniem jej emocjonalnego wydźwięku, to zadanie to staje się znacznie łatwiejsze. "Melanfonie" jest majestatyczna, nie przynosi efekciarskich zaskoczeń, ale angażuje, opływa słuchacza niczym wody Wełtawy, pełna jest też elementów, który ktoś mógłby nazwać kinematograficznymi, ktoś inny światotwórczymi. Przesłuchanie "Melanfonii" nie jest żadnym wyzwaniem, ani intelektualnym, ani emocjonalnym. Symfonia Emiki jest niezwykle przyswajalna, pozostawia nawet poczucie lekkiego niedosytu.

Kontekstem, który jest dla mnie jednak bardzo wyraźny jest czeskość tej symfonii. "Melanfolie" to powrót Emiki do Pragi. Jej czeskie pochodzenie stało już za narracyjnym dualizmem płyty "DVA", na niej zresztą pojawiła się też Michaela Šrůmová, muza Emiki i głos "Melanfonii". Symfonia zarejestrowana była w siedzibie Českého rozhlasu a wykonuje ją Pražský metropolitní symfonický orchestr. Praga musi odgrywać znacznie większą rolę niż tylko miejsce rejestracji czy kraj pochodzenia zdecydowanej większości personelu. We wkładce płyty znajduje się plakat ze zdjęciem, klasyczną panoramą praskiego Hradu, Malej Strany i Petřína z perspektywy Wełtawy. Zdjęcie czarno-białe, przefiltrowane, działające jako coś więcej niż turystyczna pocztówka, tylko jeśli z Pragą wiąże się poczucie domu. Utraconego, zyskanego, odzyskanego. Jeśli poprzednie albumy Emiki odzwierciedlały jej życie w Berlinie, dzieciństwo w Wielkiej Brytanii i echa jej czeskiego dziedzictwa to "Melanfonie" jest jej pierwszą prawdziwie czeską płytą. 8/10 [Wojciech Nowacki]

16 stycznia 2018


MORDY Homosucker, [2016] Nasiono || Ścianka, Mordy, potem dopiero, w sensie chronologicznym, bynajmniej nie jakościowym, Kristen. Trzy najlepsze dla mnie polskie zespoły kręcące od przełomu wieków naszą gitarową alternatywą, katapultując ją na światowy poziom. Przynajmniej w mojej głowie, niekoniecznie zaś w rzeczywistej muzycznej geopolityce. Ścianka z obiektu kultu stała się obiektem żartów dla nielicznych, choć okazjonalny pomruk wprowadził konfuzję co do stanu śpiączki zespołu. Kristen z płyty na płyty stają się zespołem coraz lepszym, ba, dziś może i najlepszym, ale będącym w cieniu młodszej generacji zajmującej się głównie sobą (vide pewna wypowiedź tutaj). Mordy natomiast, stojąc za jednymi z najlepszych albumów w historii polskiej muzyki, boleśnie zasługiwały na docenienie zarówno wtedy, jak i dziś.

"Normalforma" miała jeszcze awangardowo-undergroundowy posmak, ale w połączeniu z bajeczną produkcją oferowała fascynujące brzmienie dla wybranych. "Zapiski ze strychu" pomijamy, bo to jedna z tych płyt, których nikt nigdy nie słyszał, ale już "OF'fruits", mój Boże, cóż to był za album perfekcyjnie balansujący między obezwładniającą przystępnością a artystycznymi ambicjami. Na przestrzeni ośmiu ledwie zwięzłych kompozycji pokazał przyjemność jazzu, przystępność punkowej werwy, ale przede wszystkim prawdziwie twórczy potencjał post-rocka. Jedynym problemem "Antrology" był zaś fakt, że była płytą równie udaną, tym razem złożoną z ośmiu długich kompozycji, teatralnie niepokojących, lirycznie enigmatycznych, ale i inkorporujących nowe, choćby afrobeatowe elementy.

Przyznaję, że "Nobody", pierwszy regularny album Mord po dość poważnych zmianach personalnych w pewien sposób przeoczyłem. Marcin Dymiter może i nie był liderem grupy, ale ukryć się nie da, że jego gitara i post-rockowy sznyt miały przeważający wpływ na brzmienie zespołu. Trochę szkoda, że w ostatnich latach poświęca się on głównie field-recordingowi, choć miło, że przy tej okazji zawitał i do Pragi. Mordy tymczasem wydały płytę dość radykalnie odmienną od wcześniejszych, ale uwaga, naprawdę udaną i całkiem efektownie różnorodną. I jeśli na "Nobody" Mordy prezentowały się jako nowy, inny zespół, to na "Homosucker" okazjonalnie zwracają się ku swojej przeszłości, lecz paradoksalnie z mniej dopracowanym efektem końcowym.


"Lost It All" przynosi prawdziwą ulgę obcowania z dawnym brzmieniem Mord, mamy tu tajemnicę, znaną motorykę i frazowanie gitary, przy czym kompozycja ostatecznie zręcznie sięga w stronę bardziej indie-rockowych wód swego współczesnego wcielenia z "Nobody". Najlepiej ucieleśnia się ono w "Individual", efektownej, zawadiackiej piosence, która nawiązywać może do Deerhoof, choć tutaj akurat bez prostego kopiowania ich połamanych chwytów, przede wszystkim zaś szczyci się jednym z najciekawszych składników nowych Mord, czyli damsko-męskim dwuwokalem. Tymczasem, wokale są jednocześnie jedną z bolączek albumu, nawet w "Lost It All" wydają się być dość amatorsko wyprodukowane. Wyjątkowo też, z wielu zresztą powodów, frapuje na "Homosucker" twarda angielszczyzna, na brzmienie której może i można by było przymknąć oko, gdyby nie jej dość zgrzytająca wszechobecność. To zresztą kolejny z powodów dla których album jest bardziej gęsty niż różnorodny. Miejscami wręcz za gęsty, zwłaszcza w połączeniu z bolączką numer dwa, czyli produkcją, dziwnie niespójną, niezbilansowaną, miejscami całkiem ładnie dociągniętą, ale częściej zgrzytliwie amatorską. Modelową karuzelą emocji jest najdłuższy na płycie "Homo Sator", który najpierw intryguje noirowym bluesem, po półtorej minuty niemal wyciska łzy radości z oczu najzdolniejszym ostatnio nawiązaniem do nieodżałowanych Stereolab, by zdewastować się amatorsko wykrzyczanym wokalem z garażowym łomotem w tle.

"Homosucker" to płyta, której fajnie się słucha, autentycznie bawi i ekscytuje. Mamy na niej i trochę undergroundowej anarchii "Normalformy", i trochę frywolnego post-rocka z klasycznych płyt, i zręczne zabawy indie-rockiem a'la "Nobody". Pojawia się nawet saksofon, może jako echo dawnej trąbki Wojciecha Jachny, Bartłomiej Adamczak zaś nadal pozostaje jednym z najlepszych polskich perkusistów. Żonglerka pomysłami jak najbardziej może się sprawdzać, ale tylko przy dopracowanych wokalach i bezbłędnej produkcji, które dla zespołu o takiej historii i takim potencjale powinny być bezdyskusyjną podstawą. Mimo zmiany brzmienia Mordy nadal nie są zespołem, który  potrzebowałby chowania się za estetyką garażowej prostoty dla uwypuklenia swych talentów. Wręcz przeciwnie. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

8 stycznia 2018


JAZZPOSPOLITA Humanizm, [2017] Postpost || Implementacja wokali na nowej płycie Jazzpospolitej, nawet jeśli nieoczekiwana, większą niespodzianką nie jest. Wydaje się, że każda instrumentalna formacja prędzej czy później na ten krok się decyduje, w przypadku "Humanizmu" jest zresztą dość nieśmiały i bynajmniej nie dominuje nad całością albumu. Podobnie jak na "The Catastrophist" Tortoise dwie piosenki sprowadzają raczej zespół do roli grupy akompaniującej, z tą jednak różnicą, że u Jazzpospolitej są autentycznie przebojowe. Naturalnym pierwszym wyborem będzie singlowe "Combination" z Pauliną Przybysz, ja wskazuję zatem na "Zakamarki". Novika jako wokalistka w dalszym ciągu zasługuje na większe uznanie, poza tym autentycznie bawi mnie gwałtowna zmiana tonacji, które przynosi to jazzpospolito-inteligenckie wahnięcie do dość standardowej i niemal rockowej piosenki. Jazzpospolita na tych dwóch utworach się jednak zatrzymała, być może doczekamy się kiedyś pełnej płyty z wokalami i absolutnie nie miałbym nic przeciwko. Prawdziwie intrygująca byłaby jednak nie próba napisania przebojowej piosenki, ale włączenie wokalu do bardziej typowej dla Jazzpospolitej kompozycji, dłuższej, zagmatwanej i strukturalnie niebanalnej.


Takimi też utworami w przeważającej części jest bowiem wypełniony "Humanizm". Przyznać trzeba, że różnice między albumami Jazzpospolitej są z gatunku tych subtelnych. Doszukać można się a to większego nacisku na gitarę, a to na sekcję rytmiczną, a to kompozycji zwięzłych i zamkniętych, a to luźniejszych formalnie. Fenomen grupy polega na tym, że pojawiła się ona już jako w pełni ukształtowana, nigdy nie potrzebowała przechodzić przez proces dojrzewania, docierania się, poszukiwania swego brzmienia. Oczywiście poziom ekscytacji największy był w samych początkach, na debiutanckiej płycie i wcześniej nawet, na epce "Live Studio Recording", której do dziś należy się miano małego zjawiska. Idea jazzu bez sekcji dętej jest na "Humanizmie" niezmiennie fascynująca, ale innowacji już nie wprowadza, kierunki i obszary zainteresowań ma Jazzpospolita już wyznaczone, opada jednak lekko emocjonalne zaangażowanie. Mam nadzieję, że nadal utrzymuje się na poziome najwyższych lotów w koncertowej odsłonie, ale płyta ta bardziej poświęca się budowaniu atmosfery, przez co wytraca się jej kompozycyjna uchwytność. Album wymyka się uwadze, funkcjonuje niemal podprogowo, pewnie dlatego też zupełnie nie nuży. Mimo braku ewidentnych wyróżników ciężko uwierzyć, że trwa ponad 66 minut. Być może dlatego, że uwagę zaprząta raczej dylemat, który z elementów Jazzpospolitej jest tym najlepszym? Szurająca perkusja? Gitara Przerwy-Tetmajera? A może całość produkcji, dzięki której dość złożona przecież i wyrafinowana muzyka wydaje się tak intymnie bliska słuchaczowi. Album ten naprawdę wiele dzieli z humanizmem. We współczesnym świecie może niespecjalnie ekscytuje, może nie jest najmodniejszy, ale z pewnością jest bezwarunkowo potrzebny. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 stycznia 2018


ANATHEMA The Optimist, [2017] Kscope || Anathema jest zespołem o dwóch różnych, stojących niemal w opozycji do siebie muzycznych obliczach. Prawie jak krzywe odbicie w domu luster, są to twarze tak różne, że fani poszczególnych wcieleń zespołu w zasadzie nie mają ze sobą nic wspólnego.

Pierwszy kierunek rozwojowy, młodzieńczy, przepełniony mrokiem i złością zapoczątkowany został albumem "Serenades" i poprzedzającym go EP "The Crestfallen". Był to czas doom- i death-metalu, który muzycy rozwijali aż do "The Silent Enigma" z roku 1995. Wówczas w mrocznej, emocjonalnej, ale wciąż agresywnej twórczości zaczęły pojawiać się pierwsze elementy wyciszenia, ambientu, operowania szeroką gamą barw i emocji. Na "The Silent Enigma" pojawiły się utwory przestrzenne, budujące poczucie odosobnienia, samotności i nostalgii. Kolejny etap wyznacza jednak dojrzały album rockowy "Alternative 4", którego uzupełnieniem i udoskonaleniem okazała się najgenialniejsza w dorobku grupy płyta "Judgement". Później... bywało różnie.

Niewiele osób w pełni akceptuje oba światy Anathemy. Znam osoby, które zapadają w głęboki sen po kilku taktach jakiegokolwiek utworu z czasów od "A Fine Day To Exit" do obecnych oraz takich, którzy zatykają uszy słysząc nawet najłagodniejsze fragmenty z "The Silent Enigma". Dla jednych zmiany w repertuarze Anathemy świadczą o braku spójności, dla innych są naturalnym rozwojem muzyków, którzy zwracając się w stronę art-rocka dali jasny wyraz temu, że w inny sposób odczuwają sztukę w wieku czterdziestu-plus lat niż odczuwali ją mając lat dwadzieścia. Faktem pozostaje jednak, że płyty Brytyjczyków w pewnym momencie przestały utrzymywać równy, wysoki poziom. Na przestrzeni ostatniej dekady Anathema była w stanie nagrać płyty, moim zdaniem, genialne, jak "We're Here Because We're Here" i "Weather Systems" oraz przeraźliwie nudne, które najlepiej reprezentuje "Distant Satellites". Jak więc na ich tle broni się "The Optimist"?


Tytuł ten jest znamienny i bynajmniej nie odnosi się do pogodnego charakteru kompozycji. Płyta kontynuuje wątki albumu "A Fine Day To Exit" i robi to w sposób co najmniej pomysłowy. Poczynając od wskazówek dla słuchacza ukrytych w otwierającym album "32.63N 117.14W", którego tytuł stanowią dokładne koordynaty lokalizacji plaży, na której znajdował się samochód przedstawiony na okładce "A Fine Day To Exit". Jest to też ostatnie miejsce, w którym znajdował się zaginiony bohater tamtej płyty, nazwany właśnie "Optimistą". Anathema, która z nieznanych powodów na najnowszym albumie przekształciła swoją nazwę na ana_thema, postanowiła zasugerować słuchaczowi rozwiązanie jego zagadki, bez dawania jednak jednoznacznych odpowiedzi.

Nie tylko koncepcyjnie płyta zwraca się ku przeszłości. Również nastrój albumu, rozmarzony, odrobinę niepokojący i przepełniony smutkiem, przywodzi na myśl wspomnianą płytę. Mamy tu więc utwory electro-rockowe ("Leaving It Behind"), niemal hipnotyzujące, ale oszczędne aranżacyjnie, jak "San Francisco" czy "Ghosts" oraz kompozycje budowane przede wszystkim głosem Lee Douglas, klawiszami i delikatną gitarą (przepiękne "Springfield"). Podstawowym grzechem "The Optimist" jest jednak długość albumu. Spokojnie można by skrócić go o kwadrans, dzięki czemu płyta jako całość stałaby się lepiej przyswajalna. Brakuje też wyraźniejszej obecności Danny'ego Cavanagh, który wokalnie oddał już jakiś czas temu pierwszeństwo Lee Douglas, chociaż oboje najlepiej sprawdzali się w duecie.

Niestety, najnowsze dzieło zespołu przytłacza. Pomimo lekkości poszczególnych kompozycji całość wprowadza w niemal depresyjny nastrój z którego trudno się otrząsnąć. Album jest smutny, wyciszający, ale również, w pewnym stopniu, męczący. Aby nie popaść w przypadłość Wertera, należy dobrze dobrać czas na jego wysłuchanie. 7/10 [Jakub Kozłowski]