19 września 2017


MIKE OLDFIELD Return To Ommadawn, [2017] Virgin || W niewielkim odstępie czasu dwóch legendarnych artystów, Jean Michel Jarre oraz Mike Oldfield zaproponowało słuchaczom sentymentalną podróż w przeszłość. Obaj postanowili jednak zrealizować swój cel w wyraźnie odmienny sposób. Ich najnowsze płyty stanowią przejaw dążenia muzyków do odtworzenia i rozszerzenia konceptualno-stylistycznych rozwiązań z ich najbardziej udanych artystycznie albumów. O ile jednak w przypadku Jarre'a i jego "Oxygene 3" możemy mówić o wyraźnym autocytacie i bezpośredniej kontynuacji poprzednich części, to recenzowana tu płyta Oldfielda w zasadzie pod względem kompozycyjnym niewiele ma wspólnego z "Ommadawn", powszechnie wysoko ocenianym trzecim longplayem Brytyjczyka. U Oldfielda nostalgia i tęsknota za własną przeszłością stanowi w większym stopniu fundament, na którym artysta buduje nową opowieść. W jego przypadku możemy mówić o inaczej rozkładanych akcentach i formach muzycznego wyrazu a nie o bezrefleksyjnym kontynuowaniu dawno zakończonych wątków.

Już sama okładka wydawnictwa pokazuje, że w trakcie powrotu do "Ommadawn" czekają nas wyraźne zmiany. Koncept artystyczny pierwszego albumu przedstawiał wizerunek artysty spoglądającego na bliżej nieokreślone zdarzenie rozgrywające się poza kadrem ujętym przez fotografa. Z kolei na "Return To Ommadawn" słuchacz otrzymuje wyraźnie skonkretyzowaną i, być może, bardziej naiwną wizualnie interpretację muzyki. Bez wątpienia intencją artysty było ukonstytuowanie wyobrażenia magicznej krainy, której eksploracji podjąć ma się słuchacz. Tłem dla podróży stają się dwa rozbudowane muzyczne pasaże, stanowiące niejako plastyczne tło opowieści. I faktycznie, obie kompozycje zawarte na albumie mają w sobie bardzo dużo z muzyki filmowej, która w swoich podstawowych założeniach stanowi element wzmacniający bodźce płynące z obrazu. Tyle tylko, że słuchacz obraz ten musi budować samodzielnie, we własnej wyobraźni. Dlatego album Oldfielda wymyka się łatwej interpretacji i ocenie. Wszystko zależy bowiem od zaangażowania konkretnej osoby, jej nastroju i chęci, bądź jej braku, pełnego przeżywania płyty. Nie jest to muzyka tła, chociaż nastrojowe, wyraźnie spokojne i odrobinę pastelowe kompozycje mogą skłaniać do takiej właśnie konkluzji. Jeżeli słuchamy "Return To Ommadawn" niejako przy okazji innych czynności, wiele niuansów i smaczków albumu po prostu pozostanie niezauważona. Kompozycje ulegną spłaszczeniu a nasz odbiór płyty spaczony.


Jak już wspomniałem, album podzielony został na dwie kompozycje rozwijające się nieśpiesznie, z wyczuciem wzbogacane przez twórcę o kolejne warstwy melodyczne i zróżnicowanie wykorzystywanego instrumentarium. Należałoby zresztą stwierdzić, że pomimo ich wzbudzającej szacunek długości, to właśnie melodia pozostaje czynnikiem dominującym i determinującym odbiór utworów. Płyta jest również, co zresztą wynika bezpośrednio z jej melodyjności, dziełem nie wzbijającym się na wyżyny prog rockowych poszukiwań. Nie ma tu eksperymentów i zaskoczeń. Mamy za to dominujące brzmienie fletu, harfy, mandoliny i delikatnej gitary hiszpańskiej od czasu do czasu wzmacniane, charakterystycznymi dla Oldfielda, elektrycznymi wstawkami.

Jeżeli miałbym w jasny sposób zaszeregować "Return To Ommadawn" do konkretnej stylistyki muzycznej, byłby to etniczny folk zabarwiony na modłę celtycką. Muzyka przestrzenna, nieśpieszna, odrobinę nawet wycofana, budująca napięcie w sposób zupełnie nieefektowny i odrobinę niemodny. W tym jednak tkwi jej piękno. Jest to album w doskonały sposób wypełniający leniwe, wiosenne popołudnie. Nie ukrywam jednak, że w trakcie odsłuchu powolnych, folkowo zabarwionych kompozycji, przychodzi moment, w którym słuchacz zaczyna z utęsknieniem wyczekiwać tych kilku dźwięków gitary elektrycznej którymi Oldfield wzbogaca album. Przywracają one albumowi siłę wyrazu i, co tu kryć, żywotność.

A jednak płyta stanowi niewątpliwie udany powrót artysty do brzmień i rozwiązań stylistycznych, z którymi kojarzymy go najlepiej. Nie sposób pomylić "Return To Ommadawn" z dziełem kogokolwiek innego. Od pierwszych taktów wiadomo, że mamy do czynienia z Mikem Oldfieldem. Czy jednak zaliczyć można "Return To Ommadawn" do najlepszych dokonań w historii artysty? Uważam, że nie. Płycie brakuje niestety ożywczego powiewu nowości. Muzyk korzysta z dawno wypracowanych i sprawdzonych patentów, rozwiniętych co prawda do perfekcji, ale doskonale znanych już słuchaczowi. Inna sprawa, że większość oddanych fanów Mike'a Oldfielda oczekuje od niego tych właśnie brzmień, emocji czy rozmarzonego, nierzeczywistego nastroju. Na szczęście "Return To Ommadawn" nie sprawia wrażenia próby odcinania kuponów od projektu, który w roku 1975 przyniósł ugruntowanie pozycji Brytyjczyka na progresywnej scenie. Najnowszy album przyrównać można raczej do drugiego tomu ulubionej powieści, z przyjemnością wracamy do znanych już bohaterów i intrygującego świata, chociaż to właśnie tom pierwszy na dłużej zostanie nam w pamięci. 6/10 [Jakub Kozłowski]

15 września 2017


ROGER WATERS Is This The Life We Really Want?, [2017] Columbia || Nie sądzę, aby można było postrzegać twórczość Rogera Watersa i Davida Gilmoura w oderwaniu od ich wcześniejszych dokonań. Próba percepcji któregokolwiek z solowych albumów obu muzyków prędzej czy później dociera do wielkiej, białej ściany z napisem Pink Floyd. I nie ma w tym nic złego, Pink Floyd nie bez powodu należy do najwyższej elity świata artystycznego nie tylko XX wieku. To właśnie współpraca obu artystów skutkowała, chociaż oczywiście nie zawsze, albumami genialnymi. Ich niezwykłość wynikała z budowania nieobojętnego słuchaczowi klimatu, wyczucia melodii i umiejętności wypowiadania się na temat ważnych spraw w niepretensjonalny sposób. Niestety, te właśnie elementy uległy na najnowszej płycie Rogera Watersa wyraźnemu stępieniu.

A jednak nadal jest to album, któremu najbliżej do niepokojącego, poszukującego ducha dokonań Pink Floyd z czasów "Dark Side of the Moon" czy, przede wszystkim, "The Final Cut". Roger Waters posługując się ograniczonymi formami wyrazu nadal potrafi zaintrygować w stopniu, który chyba już na zawsze będzie niedostępny dla Davida Gilmoura. Wiem nawet dlaczego tak się dzieje, płyta solowa Rogera Watersa stanowi bowiem faktycznie jego płytę solową. David Gilmour na "Rattle That Lock" za dużo swobody oddał innym. Nie on, lecz Polly Samson odpowiada za warstwę liryczną a wpływ Phila Manzanery jest i był ewidentny już na "On An Island" czy ostatnim, wartym całkowitego zapomnienia albumie "The Endless River" Pink Floyd. Roger Waters nadal pozostaje muzycznym tyranem trzymającym wszelkie elementy układanki w twardym uścisku. Zresztą na "Is This The Life We Really Want?” niemal słychać jego zaciśnięte, zgrzytające zęby.


Społeczno-polityczna świadomość Rogera i jego zainteresowanie otaczającym światem w połączeniu z przekonaniem o własnej nieomylności daje ciekawy efekt w postaci płyty lirycznie odważnej, ale irytującej, dusznej kompozycyjnie, lecz przemawiającej do wyobraźni słuchacza. A jednak, jeżeli czegoś mi na tej płycie brakuje, to właśnie Davida Gilmoura. Nie ma tu bowiem lekkości, zwiewności, przestrzeni i bardzo potrzebnego oddechu między, często nasączonymi jadem i rezygnacją tekstami basisty. 54 minuty zrzędzenia na otaczający świat aż proszą się o bardziej melancholijny przerywnik. Wzmocniłby on wymowę całości, uzupełnił ją i na zasadzie kontrastu zwrócił uwagę na te fragmenty tekstów, w których Waters zwraca uwagę na naprawdę ważne i niepokojące tendencje społeczne. Faktem jest jednak również to, że śpiewając o zaniechaniach, ambiwalencji, wycofaniu i braku zaangażowania muzyk szuka powodów tego stanu rzeczy w zupełnie nietrafionych miejscach. Waters bierze efekt za przyczynę, budując skomplikowane lirycznie kazania przeplata je siarczystymi przekleństwami, bardzo infantylizującymi treść i ograniczającymi siłę przekazu muzyka. Na marginesie mówiąc płycie bardzo również brakuje pięknych gitarowych solówek.

Na albumie Watersa dostrzegam te same motywacje, którymi kierował się Marillion przygotowując płytę "Fuck Everyone And Run", formy wyrazu są oczywiście diametralnie inne, ale wydźwięk bardzo zbliżony. O ile jednak złość na społeczne zmiany wyrażana przez Steve'a Hogartha zostaje rozwodniona poprzez długie, nierzadko w pełni instrumentalne partie, to płyta Watersa sprawia wrażenie improwizacji ulicznego grajka, który za pośrednictwem gitary postanawia wykrzyczeć swoje pretensję w stronę niczego niespodziewających się przechodniów. Jest ona przejawem wybuchu wewnętrznej irytacji. Tyle, że świat nie jest czarno-biały. Muzyka tym bardziej nie powinna taka być. Im dłużej słucham Watersa tym bardziej pragnę wrócić do nagrań Gilmoura z albumu "Rattle That Lock". Gdy zaczynam słuchać "Rattle That Lock" bardzo szybko zaczyna brakować mi ironicznego, zgryźliwego, ale przekonującego spojrzenia cynika, którym mistrzowsko posługuje się Waters. Nie chcę uchodzić za malkontenta, ale moim zdaniem obie płyty stanowią składniki, które dopiero po dokładnym wymieszaniu dadzą dzieło godne naprawdę głębokiej uwagi. Szkoda, że tak się nie stało i już chyba nigdy się nie stanie.


Niewiele piszę o samych kompozycjach ponieważ na "Is This The Life We Really Want?" nie ma, moim zdaniem, niezależnych od całości, funkcjonujących autonomicznie kompozycji. A nawet gdyby kilka spróbować w ten sposób potraktować, to wypadłyby raczej nieprzekonywująco. Na oddzielną uwagę zasługują niewątpliwie "Déjà Vu", chociaż może to wynikać z mojej słabości do przywodzącego wspomnienia dźwięku zegara, oraz utwór tytułowy, mroczny, poruszający i wywołujący ciarki na plecach. Nawet jednak one, wraz z przepięknie wishyouwerehere’owską "Smell The Roses" i końcową suitą "Wait For Her" - "Oceans Apart" - "Part Of Me Died" brzmią po prostu najlepiej jako jedna, koherentna narracja. Innymi słowy, aby docenić płytę należy wysłuchać ją w całości, tyle, że może być to bolesne i odrobinę męczące doświadczenie.

Gdyby Gilmour i Waters połączyli siły, gdyby zebrali pomysły zawarte na dwóch najnowszych albumach solowych, zakopali topór wojenny i wypracowali sensowne modus vivendi, wtedy mogłaby powstać płyta genialna. Nie powstała jednak. Ani "Rattle That Lock" ani "Is This The Life We Really Want?" nie bronią się w całości. Obie wgłębiają się w dokładnie przeciwstawne elementy wyróżniające twórczość Pink Floyd, tracąc tym samym na sile wyrazu. Gdybym miał jednak powiedzieć, który album na dłużej przykuł moją uwagę, to bez wątpienia wskażę "Is This The Life We Really Want?", jako muzycznie dojrzalszy od ballad Gilmoura zmusza do myślenia i uważnego wysłuchania. Nie jest równy i na pewno nie jest pozbawiony słabszych fragmentów. A jednak nadal powoduje, że upływ czasu od premiery "Dark Side Of The Moon" i "Wish You Were Here" przestaje wydawać się tak cholernie bezlitosny. 7/10 [Jakub Kozłowski]

12 września 2017


JAPANDROIDS Near To The Wild Heart Of Life, [2017] Anti- || Nie zmieniło się nic. Trzeci album Japandroids to jeden z tych powrotów, które zapomnieliśmy wyczekiwać, ale "Near To The Wild Heart Of Life" krzyczy ENTUZJAZM!!! tak donośnie, że znów jest 2009 rok, znów mamy czasy post-niczego, nasze serca znów się XOXOX pocą, koncertowe zdjęcia robi się aparatami a muzykę z takich labeli jak Polyvinyl trzeba zdobywać, cóż, na przedstreamingowe sposoby. "Celebration Rock" nie tylko swym tytułem zbytecznie zagęściło brzmienie i wymowę Japandroids, tam ich entuzjazm wydawał się być już lekko przesadzony, walcujący nie tylko finezję "Post-Nothing", ale niestety również pomysłowość ikonicznego debiutu. Na szczęście w 2013 roku duet nadal był koncertową rewelacją.


Pierwszy singiel, pierwsza piosenka, utwór tytułowy. "Near To The Wild Heart Of Life" z gęstą perkusją, galopującą gitarą i energetycznym, choć niesamowicie śpiewnym refrenem to natychmiastowy klasyk. A continuous cold war between / My home and my hometown śpiewa Brian King o przeprowadzce z Vancouver do Toronto a wielkomiejskość, mieszczaństwo, poczucie domu i przynależności to emocjonalnie zwichrowania z którymi przecież wszyscy się spotykamy. Z życiem w trasie oraz z urokami podróży wzdłuż i wszerz Stanów Zjednoczonych już może ciężej nam się utożsamić, choć akurat do wersu America made a mess of me / When I messed with Texas mogę się odnieść czysto prywatnie. Niemniej, "North East South West" pozostaje równie silnym singlem, w którym gitara rodem z późniejszych dokonań Pearl Jam czy solowego Eddiego Veddera niezwykle trafnie ewokuje muzykę drogi i przestrzeń podróży. W inny, lecz równie efektowny sposób poczucie przestrzeni kreuje spokojniejsze, kroczące "True Love And A Free Life Of Free Will", w którym King nie tylko posługuje się kolejnymi obrazami, ale też wyraźniej i refleksyjnie zaczyna zwracać się w stronę drugiej osoby. Dopełnia to "I'm Sorry (For Not Finding You Sooner)", miniaturowa mantra, w której obowiązki wokalisty przejmuje perkusista David Prowse.

Centralnym punktem płyty i pomnikiem brzmienia Japandroids A.D. 2017 jest motoryczne "Arc Of Bar", oparte na potężnej gitarowej pętli, angażujące i rozpływające się w rozśpiewanym uniesieniu. "Midnight To Morning", co również wydaje się być nowością, odnosi się do brzmienia amerykańskiego indie-rocka z lat dziewięćdziesiątych, "No Known Drink Or Drug" powraca do japandroidowej klasyki, ale zwodzi podchwytliwym tytułem, rockowo perfekcyjną zaś liczbę ośmiu utworów zamyka "In A Body Like A Grave", znów refleksyjnie filmowe, rozśpiewane i podsumowujące wszystkie życiowe tropy Kanadyjczyków: And a drink for the body is a dream for the soulYour cum of cums with your love of loves czy wreszcie And it’s all in a lifetime / And all in a body like a grave.

Bo jeśli "Celebration Rock" było lekko egzaltowaną celebracją rocka i wszystkich jego klisz, to "Near To The Wild Heart Of Life" jest autentyczną celebracją siebie, swego miejsca w czasie i przestrzeni, satysfakcji z życia i wyzwalającego poczucia prostego płynięcia przed siebie. W innym miejscu i w innym wieku, ale podobnie jak John Grant Japandroids wydają się poruszać zaniedbywane problemy współczesnej męskości. Ich trzecia płyta jest tak szczera, bezpośrednia i autentyczna, że rozważania nad powrotem i miejscem Japandroids w 2017 roku nie mają najmniejszego sensu. Dobrze, że się odnaleźli i dobrze, że są. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

10 września 2017


COM TRUISE Iteration, [2017] Ghostly International || Kino science-fiction podobno przeżywa potrzebny i zasłużony renesans. Nic mnie jednak nie irytuje równie mocno, co głęboko rozczarowujące spłaszczenie większości najbardziej obiecujących tytułów, od "Interstellar" po "Arrival", do lekko obmierzłej w tym gatunku "siły miłości". Cudem chyba tylko rakieta Sandry Bullock w "Gravity" nie została sprowadzona na Ziemię wątkiem miłosnym. Gdzie szukać prawdziwego science-fiction a przypominam, że termin ten oznacza fantastykę naukową? Gdzie teorie i limity poznania, filozoficzne rozważania o wiedzy, życiu, czasie i przestrzeni, gdzie lemowska futurologia, halucynogenne wizje Dicka, gdzie horror vacui i nieskończone oblicze Kosmosu, gdzie skryte pod projekcjami przyszłości namysły o kondycji współczesności? Być może w innych niż hollywoodzkie kino obszarach sztuk.


Zatrzymać byśmy się mogli na moment przy serialach, dla mnie daleko bardziej satysfakcjonującej dziedzinie niż film. Ale pojawić się nam musi w końcu Com Truise, więc warto przypomnieć sobie tutaj niedawny sukces "Stranger Things". Nie jest to twarde science-fiction, choć jego, niewytłumaczone niestety, elementy można tam znaleźć. Serial ten to zaskakująco miks horroru i nostalgii, której zasadniczym elementem jest również muzyka. Świat oszalał na punkcie ścieżki dźwiękowej autorstwa dwóch członków praktycznie nikomu wcześniej, poza bandcampowym szperaczom, teksaskiej formacji Survive. Że ooo, jaka gustowna stylizacja, że retro-elektronika, że syntezatory, że ejtisowe soundtracki, że jaki wizualny potencjał. Czyli wszystko to, w czym od lat dominuje Com Truise.

"Iteration" to teoretycznie dopiero jego drugi regularny album długogrający i następca "Galactic Melt" z roku 2011. Seth Haley już swoją debiutancką epką "Cyanide Sisters" pokazał, że najlepiej wychodzą mu krótsze formy, co potwierdziło tylko trzyutworowe "Fairlight" czy przede wszystkim bardzo obiecujące "Wave 1". Po drodze był jeszcze album "In Decay", w istocie kompilacja wczesnych i niepublikowanych wcześniej utworów, być może dlatego właśnie bardziej pomysłowa od "Galactic Melt". Od pierwszych dźwięków "Iteration" brzmi znajomo, choć dość powolnie, w całkiem przyjemny zresztą sposób. Owa powolność dość karykaturalnie rozwija się już w "Ephemeron" w postaci niby dość irytującego efektu zwolnienia zamierającej elektroniki, ale w efekcie ta krocząca i zastanawiająco skromna kompozycja okazuje się to być jednym z najbardziej pamiętnych, obok równie przebojowego, co niepokojącego "Memory", fragmentów albumu. Żadnych innych niespodzianek tutaj bowiem nie znajdziemy, może poza wspomnianą skromnością materiału, nie tylko pod względem pomysłowości, ale i aranżacji. "Iteration" wydaje się bowiem w większym stopniu opierać na perkusyjnych padach i automatach niż na charakterystycznych dotąd syntezatorowych plamach. Zasadnicza niezmienność i trzymanie równego poziomu była zawsze zresztą równie charakterystyczna dla Com Truise, ale nie ma co zaprzeczać temu, że najlepiej wypadał wtedy, kiedy wykraczał ze swojej strefy komfortu. Okazjonalnie zabrzmi tu M83, a to przypomni się lekko Boards Of Canada, ale na "Iteration" nie ma nawet śladów podobnych prób podbarwienia brzmienia Com Truise, stąd w porównaniu z "In Decay" i "Wave 1" jest ten album lekkim krokiem w tył. Na szczęście brzmienie to jest dostatecznie barwne, plastyczne i niezmiennie satysfakcjonujące. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

6 września 2017


TORO Y MOI Boo Boo, [2017] Carpark || Na mój ulubiony album Toro y Moi wyrasta "Live From Trona", wydana na podwójnym różowym winylu dziwna płyta koncertowa, dziwna, bo będąca rejestracją koncertu odegranego na pustyni bez udziału publiczności. Owszem, odrobinę za bardzo, co jednak zrozumiałe, skupia się na piosenkach z wydanego rok wcześniej "What For?", bo oprócz kilku niewątpliwie znakomitych trafiły tam też niektóre typowo dla Toro średnie. "Live From Trona" bynajmniej nie pokazuje tylko, że okazjonalnie, choć regularnie, zawodzą Chaza Bundicka kompozycyjne zdolności. W dynamicznym zespołowym anturażu z pogranicza indie-rocka i avant-popu doskonale brzmi zarówno "Half Dome" z "What For?", "JBS" z wtedy jeszcze niewydanego "Star Stuff", naturalnie "Still Sound" z "Underneath The Pine", jak i obłędnie efektownie połączone ze sobą "Grown Up Calls" i "Say That" z "Anything In Return". Niezależnie zatem od stylistyk przybieranych na studyjnych albumach rdzeń Toro y Moi pozostaje zasadniczo niezmienny.


Aż do teraz. Albumowa żonglerka stylistykami zawsze stanowiła o jakości Toro y Moi i choć różnice między kolejnymi płytami sięgają głębiej niż proste wahnięcia pomiędzy brzmieniem bardziej elektronicznym a bardziej rockowym, to jednak można było się domyśleć, że następca "What For?" podąży ścieżką elektroniczną. Niemniej "Boo Boo" nie tylko najbardziej spośród wszystkich płyt Toro y Moi zanurza się w syntetyczne lata osiemdziesiąte, to czyni to w wyjątkowo nieinspirujący sposób. Ponadto pogłoski o powrocie do brzmienia debiutu "Causers Of This" również trzeba zaliczyć do grona grubo przesadzonych. Jeśli zamyślimy się nad albumami Toro y Moi to przyznać trzeba, że na każdym, nawet na "Underneath The Pine", znalazły się kompozycje wyraźnie słabsze, nie ewidentnie złe, po prostu przemijalne i niezapamiętywalne. I tak, nawet na "What For?", które w obliczu "Boo Boo" zdecydowanie zasługuje na rehabilitację, znalazły się utwory, które trzeba zaliczyć do najlepszych w karierze Toro y Moi. Tymczasem, "Boo Boo" jest pierwszym jego albumem z którego nie da się wyłuskać zupełnie nic.

Może poza "You And Me", które wyłania się z syntezatorowej plamy, z wolna się intensyfikuje i w innych warunkach, na innej płycie, stanowiłoby naprawdę udane intro. Tutaj ginie w ogólnej apatii, od pierwszych dźwięków "Boo Boo" słychać zmęczenie, zupełnie jak Chaz na okładce, który być może stara się wykonać taneczny ruch, ale nie ma nań siły. Utwory przepływają niezauważalnie jeden w drugi, jednorodne, monotonne, zrezygnowane i często po prostu nudne. Lekkie rytmiczne ożywienie następuje pod koniec płyty, z wyłączeniem głęboko rozczarowującego siedmiominutowego finału. Gdzieniegdzie Toro zbliża się do Twin Shadow, co w kontekście ostatniego albumu tegoż nie musi być bynajmniej zaletą. Aspiracje do ligi Franka Oceana legną dzięki autotune'owym wokalom a muzycznie album osuwa się ostatecznie do kompozycyjnego i emocjonalnego poziomu ejtisowego muzaku, gdzieś pomiędzy muzyką z pokazu mody a demem Whitney Houston. Minimalizm "Boo Boo" nie oznacza modnego produkcyjnego chwytu, lecz minimalne zaangażowanie, zarówno ze strony twórcy, jak i słuchacza. Redukcja warstwy muzycznej uwypukla warstwę liryczną, co nie jest dla Toro y Moi typowe, i faktycznie, "Boo Boo" jest jego najbardziej osobistą płytą, lecz zamiast być melancholijną staje się ociężale ponurą. Na szczęście Chaz Bundick wydał już w tym roku dobrą i płomiennie angażującą płytę, szkoda zatem, że o "Star Stuff" nie pamięta się tylko dlatego, że nie ukazało się pod szyldem Toro y Moi. 5/10 [Wojciech Nowacki]

2 września 2017


NEW MODEL ARMY Winter, [2016] Ear Music || Mało kto zauważył premierę najnowszego albumu New Model Army. W zasadzie nic w tym dziwnego, bo twórczość zespołu, poza kilkoma hitami, zawsze pozostawała gdzieś na głębokim marginesie muzycznego show businessu. Dzieje się tak zresztą w dużej mierze za zgodą i aprobatą lidera, Justina Sullivana, który bardziej od sukcesu komercyjnego ceni sobie niezależność artystyczną.

Relatywnie szybko, bo już w latach 80-tych wywodzące się z post-punkowej stylistyki New Model Army zdołało wypracować na tyle silną pozycję, aby granie muzyki mogło zapewnić członkom formacji niezależność finansową. I to pomimo stylistycznego tygla, który kształtował twórczość grupy od samego początku jej istnienia. Nie można powiedzieć, aby New Model Army grali czystą formę post-punka. Ocierają się również bezsprzecznie o zimną falę a na ich kompozycje duży wpływ wywarły Joy Division czy The Cure. W muzyce Brytyjczyków znaleźć można jednak również elementy wczesnego gotyckiego rocka spod znaku Bauhaus i Sisters Of Mercy oraz, chociaż zdecydowanie rzadziej, awangardowego metalu. Wszystko to spajane jest politycznie i społecznie zaangażowanymi tekstami Sullivana, którego zaliczyłbym do jednych z najinteligentniejszych, chociaż być może niezbyt charyzmatycznych, twórców ostatnich kilku dekad.

A jednak muzyka New Model Army pozostaje elitarystyczna w tym rozumieniu, że mało kto podejmuje trud bliższego zapoznania się z dokonaniami formacji, wykraczając poza kilka powszechnie cenionych singli (chociażby "Vagabonds" czy "Here Comes The War"). Jest to coraz częstsza przypadłość w świecie, w którym niewiele osób skłonnych jest poświęcić godzinę na dokładne zapoznanie się z pełnymi albumami. Zespoły skłaniające się w stronę koherentnej narracji i concept-albumów od dawna już godzą się na rynkową marginalizację a nie wydaje się, aby tendencja ta miała się w najbliższej przyszłości odwrócić. Można na to utyskiwać, ale trudno toczyć boje z rzeczywistością. Co nie znaczy, że z łatwością przychodzi mi zaakceptowanie faktu, że autorzy tak doskonałych albumów jak "Thunder And Consolidation" czy "The Love Of Hopeless Causes" nadal pozostają niemal anonimowi dla szerszej publiczności.

Troszkę może przekornie uważam jednak, że w pewnym sensie należy się z tej sytuacji cieszyć. Zespół, jak już pisałem, nie ma celebryckich ambicji a dzięki temu, że nie stara się uwodzić nowych generacji potencjalnych fanów, nadal tworzą taką muzykę, która spełnia przede wszystkim ich artystyczne zapatrywania. W jednym z wywiadów Justin Sullivan wspominał, że nie raz natrafili na swojej drodze na managera / producenta / oficjela wytwórni, który chętnie wprowadził by w życie plan zbudowania wielkiej kariery New Model Army. Tyle, że zawsze i niezmiennie wiązał się on z artystycznymi kompromisami na które zespół nie miał ochoty. Jestem pewien, że New Model Army mogło podążyć w tym samym kierunku, w którym, z pełnym zaangażowaniem, ruszyli U2, w początkach swojej kariery grupa również ambitna i inteligentna. Tyle, że gdyby tak się stało z pewnością najnowszych płyt New Model Army nie dałoby się słuchać.

Dzięki asertywności i niewygórowanym oczekiwaniom względem sławy i splendoru Justin Sullivan do teraz nagrywa dzieła intrygujące. Oczywiście, jedne płyty formacji oceniać można lepiej od innych (różnica między na przykład "Impurity" a "Vengeance" jest uderzająca), ale na każdej z nich odnajdziemy przede wszystkim szczerość wyrazu – kompozycje, które powstały z potrzeby ducha a nie z myślą o równym podskakiwaniu tysięcy fanów na stadionie. Dokładnie tak samo ma się sprawa z albumem "Winter", który od poprzedniego longplaya "Between Dog and Wolf" różni się w zasadzie pod każdym względem. Różni się, ale niczym mu nie ustępuje.


Nie jest to jednak płyta łatwa czy przystępna. Nie porywa przy pierwszym odsłuchu ani nie schlebia gustom melomanów szukających przede wszystkim skocznej melodii. I w tym tkwi pierwsza różnica między najnowszym a poprzednim albumem, na "Between Dog And Wolf" pierwsze cztery utwory stanowiły właściwie pełnoprawne single radiowe, co niejako determinowało odbiór reszty płyty. Na równym, ale trudniejszym w odbiorze "Winter" nie będziemy mieli tego problemu. Właściwie poza delikatnym, promującym płytę utworem tytułowym trudno wskazać tu kompozycje mające jakąkolwiek szansę zawojowania radia czy telewizyjne stacje muzyczne (czy w ogóle takie jeszcze istnieją?). Jest to zresztą album zdecydowanie bardziej surowy od poprzednich dokonań grupy. Poza wyczuwalnym chłodem kompozycji (tytuł "Winter" wydaje się jak najbardziej uprawomocniony) jest w tych nagraniach również coś eleganckiego i dumnego, wzniosłego niemal - ukryta pod melancholią i wycofaniem inteligencja płynąca z trafnego artykułowania własnych myśli.

Doskonały "Beginning" rozwija się w rockowo rozpędzony "Burn The Castle". Nawiązujące do "Between Dog And Wolf", rytmiczne i odrobinę plemienne "Born Feral" uznałbym za najlepszy na całej płycie i za jeden z najlepszych utworów w historii New Model Army. Dalej mamy podniosłe "Strogoula" i nowofalowe "Weak And Strong". Kompozycje te, zresztą jak wszystkie pomiędzy nimi, działają niemal hipnotycznie, co wiąże się z niebezpieczeństwem dla słuchacza. Album jest długi, być może odrobinę zbyt długi aby w równym skupieniu przyswoić go sobie za jednym podejściem. Ponownie jednak, nie jest to coś, z czym fani New Model Army nie zdołaliby się oswoić . Bez wątpienia jednak hipnotyczność czystego głosu Sullivana i odrobinę przytłumione, pozbawione zadziorności gitary wprowadzają słuchacza w senny letarg, czego zresztą wcale nie traktuje jako wadę. Jest to immanentny element wiążący się z twórczością New Model Army. Lepiej jednak zapoznawać się z "Winter" etapami. Również dlatego, że jest to płyta dużo mniej melodyjna od poprzedniej a tym samym bardziej wymagająca.

Dobrze, że takie zespoły jak New Model Army jeszcze istnieją i nagrywają. W ich twórczości nie ma ani wyrachowania, ani odcinania kuponów od poprzednich sukcesów. New Model Army nie starają się na siłę nagrywać kolejnych "Vagabonds" a przecież mogliby to robić, tak jak przez całą niemal karierę Blue Öyster Cult tępił własny talent dążąc do powtórzenia sukcesu "(Don’t Fear) The Reaper". Justinowi Sullivanowi nie zależy na sukcesie, dzięki czemu muzyka zespołu pozostaje świeża a równocześnie pięknie niedzisiejsza. Mawiał on zresztą, że nic nie musi, w końcu ostatni raz kiedy sprawdzał, jego lodówka była pełna a jedzenia mu nie brakuje. Mam nadzieję, że tak właśnie już pozostanie. Niech lodówka będzie pełna a głowa Sullivana kipiąca pomysłami na kolejne intrygujące płyty. 8/10 [Jakub Kozłowski]

28 sierpnia 2017


WASHED OUT Mister Mellow, [2017] Stones Throw || Senne rozmarzenie, zmięte pościele, puchowe poduszki, to wszystko dość banalne, ale w gruncie rzeczy trafne metafory, które od zawsze służyły do opisywania muzyki Washed Out. Chyba nie ma co przed nimi uciekać, skoro sam Ernest Greene tytułem jednego ze utworów z nowego albumu przyznaje: "I've Been Daydreaming My Entire Life". Pozostając jednak w konwencji, jeśli "Within And Without" było sypialnią, to "Mister Mellow" jest małym, ale niezmiernie atrakcyjnym pokojem zabaw.

Po czterech latach od "Paracosm" mówić właściwie można o restarcie kariery Washed Out. Nie tylko odświeżająca zawartość płyty, ale i jej dość niecodzienna forma tchną entuzjazmem i pewnością siebie debiutu. Album trwa zaledwie niecałe pół godziny, mógłby równie dobrze uchodzić za mini-album, pod względem liczby pełnych kompozycji za trochę bardziej rozbudowaną epkę, biorąc zaś pod uwagę jego strukturę najsilniej przypomina niezobowiązujący mixtape. "Mister Mellow" i tak pozostaje jedną z najbardziej satysfakcjonujących płyt tego lata.


Kompozycje przepływają jedna w drugą, mniej lub bardziej zauważalnie, pozornie nieuchwytne, ale w istocie gęste i angażujące. Spektrum stylistycznych i gatunkowych inspiracji zostało poszerzone tak gwałtownie, że typowe brzmienie Washed Out, definiujące w całości oba poprzednie albumy, tutaj odnajdziemy tylko w finałowym "Million Miles Away". Począwszy od bujającego, koronkowego "Burn Out Blues" mamy do czynienia z gęstą, ale wyrazistą produkcją. Świat "Mister Mellow" jest dokładnie taki jak jego okładka, pełen bibelotów i drobiazgów, ale czysty i niezagracony. Pomimo charakterystycznego zaspanego wokalu "Floating By" to Washed Out tak muzycznie klarowne jak nigdy, choć akurat tu odświeżająco usłyszymy i avant-pop, i bossanovę spod znaku Nouvelle Vague, i rozwibrowane dzwonki w stylu Bonobo. Nu-jazzowe tropy równie efektownie, co stylowo podejmuje singlowe "Hard To Say Goodbye" a taneczny pierwiastek jeszcze bardziej zagęszcza repetytywne "Get Lost" z mikrohouse'owym pianinem oraz na poły skrytym wokalem.

Green wydaje się zresztą wiedzieć, że największe ograniczenia tkwią w jego jednostajnym głosie. Niektóre z miniatur obywają się zatem zupełnie bez wokali, jak choćby ejtisowo soft-rockowe "Instant Calm". Te krótkie, jedno-, dwuminutowe utwory stanowią o jakości "Mister Mellow" w takim samym stopniu jak wspomniane wyżej oczywiste przeboje. "I've Been Daydreaming My Entire Life" znów odwołuje się do pozbawionego patosu i powściągliwego Bonobo z początków kariery. Cień na pozornie słoneczną atmosferę pada w "Down And Out", America's stressed słyszymy w funkowo-house'owym "Zonked" i nagle dopatrujemy się tabletki xanaxu w centralnym punkcie okładki. "Easy Does It" brzmi jak rozgwieżdżony wieczór nad promenadą, w ostatecznym więc rozrachunku kalejdoskopowy "Mister Mellow" brzmi jak jedna z fikcyjnych stacji radiowych z Grand Theft Auto.

Nie jest to jednak płyta znikąd. Ewolucyjne podobieństwa między albumami Washed Out stają się bardziej czytelne, choć jakościowy skok przy "Mister Mellow" nadal cieszy szczególnie. Wracając do pościelowych tropów "Within And Without" było jak sobotni poranek, ale "Paracosm" przypominało już bardziej zbyt długi sen, kiedy przypadkowo znów zasypiamy i budzimy się zdecydowanie zbyt późno. "Mister Mellow" naprawia ten błąd, nie marnujemy weekendu, wychodzimy na ulicę, wieje wieczorna nadmorska bryza, rozświetlają się barowe neony, ale nie zaglądamy w głąb ciemnych bocznych zaułków, gdzie czają się współczesne amerykańskie demony. 8/10 [Wojciech Nowacki]

18 sierpnia 2017


Czechy dzierżą dumny tytuł najbardziej ateistycznego kraju w Europie, ale nie sposób się nad tym nie zadumać, jeśli uświadomimy sobie, że w przeciwieństwie do Polski dniami wolnymi od pracy są tu zarówno Wielkanocny Poniedziałek, jak i Wielki Piątek, a także Wigilia, obok obu świąt Bożego Narodzenia. W świecie czeskiej muzyki natomiast dość zabawnie religijnym rytuałem jest "chrzest" płyty. Hiphopowcy, zespoły rockowe, gwiazdy popu czy giganci alternatywy, wszyscy urządzają jednorazowe specjalne koncerty na których dosłownie "chrzczą" swoje nowe albumy, często parę miesięcy po oficjalnym wydaniu. Czy nieochrzczona płyta zbesztana przez krytyków trafia do muzycznego piekła? Albumowi "Jiskřící" na szczęście to nie grozi, wydany w marcu chrztu doczeka się dopiero w październiku.

Zespół Zrní konsekwentnie wzrasta na jedną z głównych sił czeskiej alternatywy, nie tylko pod względem sukcesu komercyjnego czy artystycznego, ale przede wszystkim z powodu wielce charakterystycznego brzmienia. Na płycie "Jiskřící", niekoniecznie najbardziej przebojowej w karierze grupy, przecinają się lekko kojąca melancholia, gustownie skromna elektronika, zacięta gitarowa alternatywa, współczesny (miejski) folk, progresywność kompozycji, czyli wszystko to, co wyróżnia czeskie brzmienie i stanowi zarówno o jego światowości, jak i lokalności.


Za współprodukcję tej płyty odpowiada jednak reprezentujący również słowacką scenę Jonatán Pastirčák, znany nam już jako Ink Midget oraz połowa duetu Pjoni & Ink Midget. Dekonstruując klubową elektroniką posunął się tym razem o krok dalej i wydał debiutancką epkę pod nowym szyldem Isama Zing. Bardziej skupione brzmienie, mniej abstrakcyjne i chaotyczne, zdecydowane, ale nienachalne, silniej zrytmizowane i niezwykle plastyczne, natychmiastowo wciąga, angażuje i pozwala zapomnieć, że to ledwie pięć stosunkowo krótkich kompozycji.


Pozostając, przynajmniej teoretycznie, w temacie muzyków słowackiego pochodzenia, powracamy do warszawsko-berlińskiego duetu Päfgens, o którym ostatnio wspominaliśmy przy okazji ich lekko upiornej elektroakustyki z albumu "Tinyold Hands". Czymś więcej niż tylko sympatycznym dodatkiem do ich dyskografii jest koncertowe wydawnictwo "Tapas (Live In Madrid)". Jawią się przed nami kruche, naturalne wokalne, paradoksalnie czystsze brzmienie oraz wyraźniejsze shoegaze'owe echa. Tapas i wspomnieniom z Madrytu po prostu nie można odmówić!


Kittchen wydaje się lekko zwalniać tempo, rok po debiucie "Menu" pojawił się remiksowy album "Dezert", po płycie "Radio" wydał również remiksowe "Echo". Suplement do albumu "Kontakt" pojawił się dopiero teraz, w między czasie Jakub König zajęty był m.in. nowym projektem Zvíře jménem Podzim. "Akt" nie jest bynajmniej tradycyjną kompilacją remiksów, ale zbiorem utworów Kittchena w wykonaniu innych wykonawców, od już nam znanych (Děti mezi reprákama, Aid Kid, Marie Kieslowski) przez lekki polski akcent po cały szereg nazw czekających na odkrycie.


Jednym z najbardziej intrygujących wydarzeń w Pradze jest cykl Silent_Night. Widownia zasypia na materacach rozłożonych na deskach muzycznego teatru Ponec a przygrywa jej do tego przez całą noc najlepszej jakości żywa ambientowa muzyka z wydawnictwa Genot Centre. Laura Luna & Tarnovski to fragment jednej z tych nocy zaimprowizowany przez Laurę Lunę Castillo z labelu Baba Vanga oraz Járę Tarnovskiego z formacji Gurun Gurun, wydany na obłędnie pięknej kasecie w limitowanej edycji 55 sztuk. A jeśli nie z kasety to do odsłuchu na Bandcampie.


Na koniec jedna nowa nazwa do pilnego zwrócenia uwagi. pale&coy to początkowo projekt wokalistki Eliški Míkovcovej, który przerodził się w synth-popowe trio z jedynym wydawnictwem w postaci splitu z blacksheepboy. Cztery piosenki przynoszą proste, ale gęste aranżacje, chwytliwe odniesienia do lat osiemdziesiątych, ale i do filmowej czeskiej elektroniki lat dziewięćdziesiątych. Bynajmniej nie brzmi to archaicznie a na wysokości finałowego przeboju "Urban Foxes" uświadamiamy sobie jak bliscy są np. naszej Rebece.


[Wojciech Nowacki]

14 sierpnia 2017


ARCADE FIRE Everything Now, [2017] Sonovox || Reakcje na nowy album Arcade Fire wydają się być dość histeryczne, ale w gruncie rzeczy pobrzmiewa w nich pewna satysfakcja, jakby wreszcie puściły zapory zabezpieczające niedotykalnych dotąd Kanadyjczyków przed krytyką. Właściwie dobrze się stało, że ci sami którzy wynosili Arcade Fire na piedestały teraz się od nich odwracają, nie grozi im bowiem choćby uświęcony status U2. Po części mamy też do czynienia z szokiem spowodowanym objawieniem, że nie jest to wielki zespół wydający jeden wielki album za drugim a każdy epokowy i koncepcyjny. Niemal cztery lata temu podsumowując recenzję "Reflektor" pisałem: Teraz mam nowe oczekiwania, marzyło by mi się otrzymać od Arcade Fire po prostu zwyczajny album, bez ambicji, bez przekraczania kolejnych granic i możliwości, bez wielkich obietnic, ale z bez wyjątku świetnymi kompozycjami. I temu właśnie bliskie jest "Everything Now".

Oczywiście, tu też mamy pewien koncept, narracyjność, mniej lub bardziej, ale celowo niezręczny marketing (który pogrywa właśnie z ideą marketingu i promocji, stąd tytuły piosenek na kształt log sponsorów czy książeczka w formie supermarketowej gazetki). Ale zarzuty o bycie albumem z przegrzanymi ambicjami przy jednoczesnym niedostatku dobrych kompozycji nie mają sensu, bo taką właśnie płytą był już "Reflektor".


"Everything Now" nie jest ani mniej, ani bardziej pastiszowe i pogrywające ze stylistykami niż "Reflektor" i "The Suburbs". Bez przesady też z tą Abbą, o tym, że Arcade Fire doskonale panują nad barokowym, tanecznym popem wiemy już przynajmniej od "Sprawl II". Pierwsza połowa płyty to ciąg naprawdę fajnych, chwytliwych kompozycji. "Everything Now" - "Signs Of Life" - "Creature Comfort" to dokładnie takie Arcade Fire jakiego powinniśmy oczekiwać, bogate, ozdobne, ale zaskakująco lekkie, ani przesycone, ani przesadzone. Win Butler wypełnia te piosenki licznymi słowy, ale nie są prześpiewane w sensie tłamszenia muzyki i nie irytują eksponowaniem wokali. Ciężko zdecydować, który z tych utworów jest najlepszym, wcale niekoniecznie skłaniam się ku tytułowemu. Jasne, nie słyszymy tutaj niczego nowego, ale każdy z trzech wymienionych jest równie wciągający i angażujący.

Nawet pastiszowa reggae-drobnostka "Peter Pan" wydaje się być tutaj na miejscu. Jeśli weźmiemy pod uwagę skupioną różnorodność albumu i jego przebojowość, to "Everything Now" okazuje się znacznie lepszą płytą Gorillaz niż nieszczęsne "Humanz". Druga jej połowa wyraźnie jednak traci na sile i zgodzić się trzeba, że oferuje kilka najbardziej bezbarwnych, pozbawionych pomysłu i po prostu nudnych piosenek w karierze Arcade Fire ("Good God Damn", "We Don't Deserve Love", choć tu przynajmniej pojawia się próba kreacji zupełnie nowego dla grupy, lekko krautowego brzmienia oraz "Electric Blue", co boli szczególnie, bo jest to niestety jedyna tutaj piosenka w której za pierwszoplanowy wokal odpowiada Régine Chassagne). Zdecydowanie warto jednak dać szanse "Chemistry" i "Put Your Money On Me", bo obie, choć w różny sposób, nawiązują do ejtisowego Bowiego i zabawności początku płyty.

Wystarczy zredukować presję oczekiwań, podejść do Arcade Fire nie jak do wielkiego, pokoleniowego, godnego Grammy zespołu, lecz jak do zespołu zwyczajnego, dla którego dziwnym i nienaturalnym wręcz byłoby jeśli jego pięć studyjnych albumów utrzymywało równie wysoki epokowy poziom. "Everything Now" to płyta odświeżająco mniejsza w skali, wyrugowana ze zbędnych ambicji i jak na Arcade Fire wyjątkowo bezpretensjonalna. Powtarza te same błędy co "Reflektor", ale w zwięźlejszej i lekkostrawnej formie. Wydaje się, że podobnie jak "Arcade Fire EP" skromnie otwierało indie-barokową trylogię kontynuowaną na "Funeral" i "Neon Bible", to "Everything Now" niczym naprawdę sympatyczny dodatek wieńczy trylogię taneczną "The Suburbs" i "Reflektor". 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

4 sierpnia 2017


MURCOF x WAGNER Statea, [2016] Infiné || Jedną z najczęściej na różne sposoby powtarzaną przeze mnie tez, oczywistą dla obytych i profesjonalistów, lecz dla słuchaczy bardziej przygodnych w dalszym ciągu szokującą, jest bliskość muzyki klasycznej i elektronicznej. Obie płyną ze źródeł równie naturalnych, czy może raczej naturalistycznych, mówimy bowiem o nauce, prawach natury, fizyce i jej biologicznym, psychologiczno-kulturowym oddziaływaniu. Żadne rockistowskie ambicje do bycia "prawdziwą muzyką", art-rockowe próby fuzji, deklarowana progresywność przy jednoczesnym marginalizowaniu elektroniki, nawet nie zbliżyły się do tej unii, pierwotnego ideału, który najdoskonalej krystalizuje się na płycie "Statea".

Murcof i Vanessa Wagner, meksykański mistrz ambientu i francuska klasyczna pianistka, łączą siły w projekcie, który pozostawia nas w zadziwieniu nad tym jak splotły się ich drogi, wykształcenie i umiejętności. "Statea" wykwitła z koncertowego dialogu, który przybrał ostatecznie formę najboleśniej przez krytykę pomijanego albumu zeszłego roku.


Warunki nakreśla już ponad dziesięciominutowe "In A Landscape" Johna Cage'a. Majestatyczny, minimalistyczny, światotwórczy pejzaż wydaje się tak krystalicznie mroźny, że jak przy kontakcie z ekstremalnie niskimi temperaturami odczuwamy w istocie palące ciepło. Pianino Vanessy Wagner płynie, dopiero po pewnym czasie z poszczególnych nut zaczynają wyłaniać się zniekształcenia, modyfikacje Murcofa unoszące się niczym opar w tle, po czym całość niknie w zegarkowym rytmie i przypadkowym pulsowaniu. Interakcja między Murcofem a Wagner odwróceniu ulega w "Avril 14th" Aphex Twina, gdzie najpierw pojawia się maszynowy, cyfrowy mikroświat a dopiero potem ciepłe, klasyczne pianino a kompozycja nabiera niemal filmowej lekkości okazując się popowo wręcz melodyjną i przyswajalną. W "Musica Ricercata n°2" (oryg.: György Ligeti) znajdziemy też trzeci rodzaj interakcji, swoisty antydialog, w którym industrialny, maszynowy noise i ponure, awangardowe pianino wydają się od siebie uciekać powiększając dystans i poczucie dysonansu.

Jeśli część kompozycji zbliżać się może do abstrakcyjnej awangardy, to "Variations For The Healing Of Arinushka" Arvo Pärta cechuje się wyraźną progresją, kinematograficznym charakterem i post-rockowymi wręcz eskalacjami, które wiodą w stronę kruchego, klasycznego finału. Wietrzne, lekko upiorne "Piano Piece 1952" Mortona Feldmana stosunkowo najbliżej ma z kolei do surowego techno, ale "Statea" okazjonalnie zbliża się też do Boards Of Canada. Częściowo w zaskakująco piosenkowym "Farewell, O World, O Earth" Valentyna Silvestrova, ale najsilniej w ekstatycznym "China Gates" Johna Adamsa, rozbieganym, ilustracyjnym, tchnącym retrofuturystycznym technooptymizmem i jednocześnie w duchu postapokaliptycznym. Technologia przynosi też jednak grozę. "Gnossienne n°3", rozdzierająco piękna kompozycja w dalszym ciągu niedocenianego Erika Satie, poddana została tu stosunkowo największym modyfikacjom i zniekształceniom, brzmi jak niknący sygnał z kosmosu, nostalgia wędrująca z granic próżni w poszukiwaniu jakiejkolwiek odpowiedzi.

Niezrównany cykl "Gnossienne" całkiem otwarcie zresztą zachęcał do interpretacyjnej swobody i mnogości wykonań. Ma zatem sens, że Satie odznaczył się w początkach współpracy Murcofa i Vanessy Wagner. "Gnossienne n°3" ukazało się już na "EP01" w postaci dwóch autorskich interpretacji później dopiero scalonych na albumie. Tamta epka dawać mogła zatem pewien wgląd w proces twórczej konfrontacji która zrodziła płytę "Statea". Współpraca ta jest na szczęście kontynuowana, w tym roku ukazała się już epka "EP02", tym razem z po prostu trzema dalszymi wspólnymi utworami, w tym i z nową wersją "Piano Piece 1952". Murcof i Vanessa Wagner zatem nie igrają bynajmniej z konwencjami, lecz z czasem. "Statea" z perspektywy XXI wieku pokazuje i wprowadza w historię muzyki XX wieku dowodząc jej uniwersalności i totalnej jedności. 9/10 [Wojciech Nowacki]

31 lipca 2017


LANA DEL REY Lust For Life, [2017] Polydor || Kojarzycie rysunkowy żart w którym jego bohater, leniwiec nota bene, budzi się z dwuletniej śpiączki, ale z ukontentowanym uśmiechem przewraca się na drugi bok mówiąc, że "jeszcze pięć minut"? Jak w zegarku wydając co dwa lata nowe albumy Lana Del Rey do leniwych nie należy, ale ospałość już jej obca nie jest. Po anemicznej śpiączce "Honeymoon" faktycznie wydaje się budzić, kontruje ją nieoczekiwanym uśmiechem, ale przewraca się jednak na drugi bok i pozostawia nas w dalszym oczekiwaniu. Coraz bardziej niecierpliwym, lecz z umiarkowanie rosnącą nadzieją.

Przyznaję, że swoje uwagi na temat Lany śmiejącej się w materiałach promocyjnych nowej płyty brałem jako ironizujący żart. Tymczasem okazuje się, że jest to nie tylko największy wyróżnik "Lust For Life", ale i jego oficjalna niemal wykładnia interpretacyjna. Imponujące są dokonania krytyki i fanów doszukujących się tutaj meta-powiązań między albumami, ciągłej narracji budującej wykoncypowaną personę Lany Del Ray czy też komentarzy na temat trumpowskiej Ameryki. Oczywiście, pełno tu popkulturowych czy literackich odniesień, ale najczęściej rozwodnionych w popowym słownym kisielu. Ciężko zdecydować czy Elizabeth Grant naprawdę jest mądra i oczytana, czy pod postacią Lany Del Rey lekko się lobotomizuje eksponując pozorne wyrafinowanie. Her sophistication makes you wanna quit the bitch you datin' to zdanie, które jasno pokazuje jakim to kręgom postać ta wydawać się może wyrafinowana, wiele też mówi o niej samej. Obrazy w rodzaju my cherries and wine, rosemary and thymeand all of my peaches are ruined czy This is my life, you by my side / Key lime and perfume and festivals to raczej atrakcyjne ciągi atrybutów hipsteriady i millenialsów niż poetycka symbolika. Wydaje się jednak, że Lanę owo lekko prowokacyjne mieszanie tropów autentycznie bawi.


Ile już jednak razy słyszeliśmy w jej ustach przeciągłe craaazy? "Love" naprawdę brzmi jak każda inna piosenka Lany Del Rey, z tymi samymi chwytami produkcyjnymi i deklaracją miłości, która w kategoriach temperatury wydaje się być równie letnia co eksponowana na płycie radość Lany. Początek tego wyjątkowo długiego albumu jest to zatem niespecjalnie zachęcający. "Lust For Life" dzieli się jednak na kilka wyraźnych części, na 16 utworów znaleźć tu też można więcej satysfakcjonujących kompozycji niż na "Honeymoon", ale z przeciągniętej całości dość trudno je wyłuskać. Problematyczna jest też najbardziej wtórna część albumu rozciągająca się na praktycznie całą jego pierwszą połowę. Mające w zamyśle stanowić urozmaicenie gościnne występy wahają się pomiędzy pobłażliwymi (The Weeknd) a całkiem okropnymi (A$AP Rocky), piosenki przelewają się jak z szablonu, odrobinę większy nacisk na okazjonalną elektronikę też nie przynosi większej ulgi. Jedynie "13 Beaches" po lekkim podrasowaniu odnalazłoby się na "Ultraviolence", ale prawdziwie udanie brzmią "White Mustang" i "In My Feelings", nieprzypadkowo zresztą najkrótsze tu utwory, w których mimo to słychać największy wewnętrzny progres, emocjonalne wahnięcia, sprawnie implementowaną elektronikę i wreszcie odważniejszy, lekko kombinujący wokal.

Dalej następuje ciąg ładnych piosenek z długimi tytułami, co wydaje się być całkiem wystarczającym ich podsumowaniem. Lana tutaj właśnie zamieszcza swoje, hmm, społeczno-polityczne komentarze, pojawia się pianino, gitara akustyczna, utwory mają niewątpliwy urok, choć nie sięgają dawnej przebojowości. Kompozycją z ambicjami jest natomiast tutaj "When The World Was At War We Kept Dancing" z minorowym, akustycznym początkiem, stopniową eskalacją, intrygującym zaśpiewem oraz senną, lecz niepokojącą atmosferą. W ładnych piosenkach od tego momentu pojawia się stopniowo coraz więcej ciekawych elementów, udany duet z Stevie Nicks i echa "Queen Of Denmark" Johna Granta w "Beautiful People Beautiful Problems", harmonie wokalne w "Tomorrow Never Came" i tak oto dochodzimy to części ostatniej, trzech niepozornych piosenek zamieszczonych na samym końcu płyty. Ponure, kroczące "Heroin" ze swoją pełną rozmachu progresją, gotującym się basowym tłem i subtelnie poutykaną gitarą elektryczną byłby ozdobą "Ultraviolence" lub każdej innej krótszej płyty i bez rozdzierająco zaczepnych finałowych zaśpiewów. "Change" to rzecz jak dotąd w karierze Lany Del Rey niebywała, czyli klasyczna piosenka zaaranżowana niemal wyłącznie na pianino. Wreszcie "Get Free", również brzmiące znajomo, płynące na stylowych wodach popu lat sześćdziesiątych, przede wszystkim zaś na sam koniec wprowadzające prawdziwie zespołowy feeling.

Z pewnego punktu widzenia jest zatem "Lust For Life" płytą odświeżająco niespójną i najbardziej różnorodną, oczywiście w ramach możliwości Lany. Nie jest bynajmniej wypadkową poprzednich albumów. Nie ma klasycznej już przebojowości "Born To Die", choć stamtąd czerpie część nieszczęsnych produkcyjnych zabiegów i kompozycyjnych klisz. Daleko jej do kwintesencjonalności "Paradise" i absolutnej wyjątkowości "Ultraviolence", płyty, której zawsze będę bronić jako wybitnej nie tylko w jej dorobku. Na szczęście nie ma tu też nudzącej ospałości "Honeymoon", aczkolwiek pozwala dziś bardziej docenić tamten album jako ewolucyjny przystanek między majestatem "Ultraviolence" a próbą lekkości "Lust For Life". Początkowo na największy zarzut wobec nowej płyty Lany Del Rey zapowiadały się stagnacja, monotonia brzmienia, petryfikacja w sprawdzonych rozwiązaniach. Tymczasem żałować trzeba raczej, że oznaki ożywienia, badania nowych brzmień i kierunków, przełamywania własnych ograniczeń i przyzwyczajeń są zbyt mało odważne i łatwe do przeoczenia. 6/10 [Wojciech Nowacki]

26 lipca 2017


JOHN GRANT Grey Tickles, Black Pressure, [2015] Bella Union || W kategoriach uprawianej sztuki John Grant to self-made man idealny. Oczywiście, każdy artysta w mniejszym lub większym stopniu sięga do własnych przeżyć, doświadczeń i historii, ale każdy wers Granta, każda jego piosenka, płyta, każdy element jego osobowości, światopoglądu i nawet języka krzyczy głębią jego przeżyć. Niekoniecznie zresztą krzyczy, częściej ironicznie pomrukuje, wkrada się niezauważalnie do naszego życia stając się najlepszym przyjacielem, starszym bratem, dobrym wujkiem. John Grant - najlepszy pieśniarz i wzór męskości XXI wieku.

Urodzony w małym miasteczku w Michigan, wychowany w stanie Colorado, który dziś uchodzić może za względnie liberalny, ale znajduje się jednak na mentalnej granicy konserwatywnego Południa, Grant był niemal predestynowany do przegranej w boju o pogodzenie się z własną orientacją seksualną. Ukojenie przynosiła mu popkultura, literatura, zamiłowanie do języków, ale popadł w całe spektrum różnorakich uzależnień, od alkoholu przez narkotyki po autodestrukcyjny seks. Alternatywnie rockowy zespół The Czars, który zdołał zdobyć sobie pewną popularność, rozpłynął się w niebycie pozostawiając Granta samemu sobie. Początek kariery solowej naruszyła wieść o zakażeniu wirusem HIV, do czego publicznie przyznał się podczas występu z Hercules & Love Affair. Przy okazji nagrywania drugiej solowej płyty wyruszył na Islandię, gdzie zdecydował się pozostać, szlifując języki, współpracując z przedstawicielami nie tylko tamtejszej sceny muzycznej i nareszcie prowadząc zdrowe, szczęśliwe życie.

Brak pewności siebie i ciągły samokrytycyzm jednak pozostają, jak u każdego nadwrażliwego intelektualisty który otarł się o mentalne problemy. Grant analizuje siebie, otaczającą go rzeczywistość, ulega też pokusie analizy swej przeszłości, ale czyni to przez pryzmat bezbłędnie rozwiniętego zmysłu krytycznego oraz ironicznego poczucia humoru, które w dzisiejszym świecie jest zarówno mechanizmem samoobrony, jak i ekwiwalentem fizycznej przemocy dla w gruncie rzeczy miłych ludzi. Zręczny, inteligentny język Granta wydaje się być kolokwialnym, pełno w nim jednak odniesień do amerykańskiej popkultury, literatury wysokiej, historii LGBT, jego ironiczny dowcip jest jednak życzliwie prostolinijny, choć skrywa się za nim piekło dorastania w Ameryce. Pełen zakres emocji, które Grant rejestruje i analizuje, przekazuje oczywiście pod postacią swego lejącego się niczym miód głosu, lecz nie zawsze posługuje się banalną, choć widowiskową siłą. Emocje zagęszcza barwą, niesioną narracją, nie ulega przy tym pokusie prześpiewania i pozostawia sporo przestrzeni na wybrzmienie swej ponadczasowej, uniwersalnej muzyce.


Jej podstawa zawsze była prosta. Pianino i gitara akustyczna wystarczyły do wypełnienia debiutu "Queen Of Denmark" bez wyjątku zjawiskowymi kompozycjami. Sięgnięcie po mroźną, przestrzenną elektronikę Gus Gus na "Pale Green Ghosts" sytuacji tej w najmniejszym stopniu nie zmieniło, piosenki Granta pozostały równie melodyjne, pomysłowe, hymniczne niemal, choć bez niepoważnego patosu. Muzycznie "Grey Tickles, Black Pressure" nie jest ani powrotem do konwencjonalnego brzmienia pierwszej płyty, ani prostą kontynuacją elektronicznego oblicza drugiej. Grant nie stoi w miejscu, przesuwa akcenty, po nowe środki sięga z odwagą i wiedzą o ich pochodzeniu, stąd też album miejscami jest wyraźnie nieociosany, kanciasty, w porównaniu z poprzednikami wręcz agresywny. Cynizm (You know it takes an ass like yours to make it possible for me / To have developed such a very high tolerance for inappropriate behaviour), narcyzm i ataki paniki w "Snug Slacks" przystrojone są w twarde, narkotyczne disco lat siedemdziesiątych, zdewastowanemu sercu w "Guess How I Know" towarzyszy agresja brzmieniowa i wizualna. Wycedzona złość łączy się z kabaretowym humorem w zaśpiewanym wspólnie z Amandą Palmer "You & Him" (You and Hitler oughta get togetherYou oughta learn to knit and wear matching sweaters). Bezsilność pomocy w obliczu klinicznej depresji skrywa się w "Voodoo Doll" pod postacią rytmicznej elektronicznej piosenki. Obrazom ludzkiej ignorancji w "Global Warming" i uwłaczających związków w "No More Tangles" (No more reindeer games with narcissistic queers) przygrywają zaś gustowne orkiestracje.

Tytułowe "Grey Tickles, Black Pressure" pogrywa z potrzebą akceptacji, konfrontuje problemy własne z tymi światowymi i wyraźnie sugeruje, że motywem przewodnim płyty jest męski kryzys średniego wieku, trudny szczególnie jeśli ma się za sobą życie pełne dewastujących doświadczeń. Album spina jednak klamra miłości rodem z Pierwszego Listu do Koryntian, "Grey Tickles, Black Pressure" jest więc o odwadze konfrontacji między ideą a jej przejawami w rzeczywistości. Na szczęście miłość nie realizuje się tylko pod postacią narcyzmu, wykorzystywania, uzależnień, religijnego fanatyzmu, ale też w sposób czysty i prosty. Stąd też "Disappointing", nie tylko jedna z najbardziej przebojowych piosenek Granta, ale i tak po ludzku jego najpiękniejsza obok "GMF" piosenka miłosna. Poturbowana męskość wychodzi z tego zwycięsko. Inteligencja, ciekawość świata, analiza i krytyka, humor i życzliwość, emocjonalna szczerość, wrażliwość, cienie minionych przeżyć, to wszystko tworzy dziś mężczyznę może i w średnim wieku, ale na nowych warunkach seksownego. 10/10 [Wojciech Nowacki]

20 lipca 2017


JAMES HARRIES Until The Sky Bends Down, [2015] Tranzistor || Muzyka pochodzi zewsząd i choć kraj pochodzenia, potrzebnie lub nie, często dostarcza tak atrakcyjnych dla krytyki pól interpretacyjnych to zwyczajny słuchacz ich jednak nie potrzebuje, nie analizuje, muzykę odbiera na najbardziej oczywistym emocjonalnym poziomie. Uniwersalność muzyki to piękna idea i jak każda wzniosła myśl przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością. Nasz modelowy słuchacz nie będzie zatem świadomie poszukiwać muzyki z krajów anglosaskich, ale to na jej działanie wystawiony będzie w niemal bezbronny sposób. Słuchacz odrobinę bardziej zaangażowany będzie już sobie zdawał sprawę z tego, że za światową, przebojową muzykę może odpowiadać nie tylko zespół z Wysp, ze Stanów, ale i np. Sundays On Clarendon Road z Czech.

Rynkowa niesprawiedliwość komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nie tylko sama muzyka okazuje się być internacjonalistyczną, ale i stojący za nią ludzie. Nie ma nikogo bardziej zaabsorbowanego analizowaniem własnej tożsamości niż my, expats, emocjonalni migranci, narodowe mniejszości. Znacznie bardziej bowiem problematyczne niż pisanie z Czech polskiego bloga muzycznego musi być prowadzenie muzycznej kariery, zwłaszcza dla kogoś pochodzącego z Manchesteru. Obłędnie radiowe piosenki Jamesa Harriesa mogłyby przecież w Wielkiej Brytanii z łatwością konkurować z największymi imionami, zdobywając sobie zasłużoną drogę do rynku światowego. Z drugiej jednak strony, rynek brytyjski jest tak konkurencyjny i zabójczo nasycony, że gwarancji zasłużonego sukcesu nie ma się tam żadnych. Tymczasem jako rezydent Pragi Harries pracuje nad lokalnymi ścieżkami dźwiękowymi, koncertuje nie tylko w kraju, ale też przynajmniej za tą bliska granicą, przede wszystkim zaś niespiesznie nagrywa kolejne albumy, spośród których ten najnowszy, "Until The Sky Bends Down", jest wyjątkowo starannie dopracowanym popisem songwritingu.


Mniej niż na "Days Like These" czy "Growing Pains" jest tutaj rocka i indie-folku, znacznie więcej zaś, zwłaszcza w pierwszej połowie płyty, klasycznego popu i scenicznego rozmachu, którego nie powstydziłby się Rufus Wainwright. Począwszy od "Salvation" niosą się te piosenki w silnie radiowym duchu, ba, przypominać mogą zespół, którego nazwę niekoniecznie chcę tutaj wyróżniać. Gdzieniegdzie zabrzmią soft-rockowo, gdzie indziej odezwie się lekkie country, część łatwo sobie wyobrazić w mocniejszych, (post)grunge'owych aranżacjach, ale wszystkie prezentują się najzwyczajniej w świecie ponadczasowo. Aranżacje są gęste, ale nieprzeładowane, produkcja nie męczy, co chwali się szczególnie w przypadku tak szczodrych orkiestracji. Pierwszoplanową rolę odgrywa jednak wokal Harriesa, mocny, lekko nosowy, czasem zbliżający do granic lekko histerycznego rozemocjonowania, ale nigdy nieirytujący. Ta część albumu może zatem budzić skojarzenia z samoekscytacją Arcade Fire, z muzyką pełną patosu, ale jednak niepatetyczną.

Podział na strony jest jednak na płycie wyraźny. Od utworu tytułowego smyczki i popowy rozmach ustępują dźwiękom pianina, akustycznej gitary, silniejsze są też echa indie-folku znanego z poprzednich albumów Harriesa. Pojawia się tam nawet "Carolina", markowa wręcz dla niego kompozycja, która wcześniej otwierała kolekcję "Voice Memos: A Collection Of Songs I Recorded On My Phone". Najlepszy fragment płyty znajduje się jednak na samym jego końcu w postaci dziewięciominutowego "The Hillside". Wciągająca, narracyjna kompozycja, którą wieńczy niemal post-rockowy fade out, równie dobrze odnalazłaby się na płytach Grizzly Bear czy Efterklang. Choć więc James Harries do tej pory najlepiej czuł się w roli albo w roli folkowego songwritera, albo popowego piosenkarza to ta jedna nowość budzi największe nadzieje na przyszłość. Ale bez pośpiechu, "Until The Sky Bends Down" w pełni tymczasem satysfakcjonuje jako najlepszy jego album. 8/10 [Wojciech Nowacki]

18 lipca 2017


FEIST Pleasure, [2017] Polydor || The pleasure was mine, śpiewała Leslie Feist dawno temu, jeszcze zanim płytą "The Reminder" osiągnęła sukces komercyjny i zainspirowała szereg ambitniejszych komedii romantycznych, zanim album "Metals", mądry, pełen rozmachu i boleśnie niedoceniany, przyniósł jej sukces artystyczny. Powrót do przyjemności wydawać się mógł nośnym motywem dosłownego powrotu Feist, nawet jeśli nie musiał oznaczać nawiązania do frywolnego niby-debiutu "Let It Die". Od wydania "Metals" upłynęło jednak aż sześć lat, werwa tytułowego singla "Pleasure" musiała zatem przypomnieć o Feist porównaniami z jednej strony do niezatapialnej PJ Harvey, z drugiej zaś do artystek, które jak St. Vincent pozycję zdołały zdobyć sobie w międzyczasie.

"Pleasure", a w dalszym ciągu na myśli mamy piosenkę, to prawdopodobnie najzadziorniejsza kompozycja w karierze Feist, ekstatycznie przybrudzona, efektownie eskalująca gitarą i okrzykami w stronę zaskakująco świeżych ech grunge'u. Pomysłową rewitalizację równie sugestywnie zapowiadało "Century", bez natychmiastowej siły poprzednika, przyćmione udziałem Jarvisa Cockera w epilogu, ale z rozmachem narastające i efektownie przypominające jak zręcznym zabiegiem jest gwałtowne przerwanie utworu. Równie zręcznie wykreowana zatem została iluzja "Pleasure" jako prawdziwie rockowego albumu, który nie tylko przypomni o Feist, ale też fali silnych kobiet w muzyce przywróci ich gitarowy aspekt. Rozczarowanie płytą zaciążyło zatem podwójnie, choć osobiście zależało mi bardziej na godnym następcy "Metals" niż rockowej Feist bojującej z własnymi epigonkami.


Wybór singli, w oczywisty sposób niereprezentatywnych dla płyty i jedynych na niej pełnych kompozycji, poważnie zastanawia. Czy to tylko nasza autosugestia czy może jednak samoświadomość artystki? Przy postaci kalibru Feist wybór musiał być świadomy, ba, założyć nawet możemy, że nie chodziło tylko o zręczne wypromowanie przeciętnej całości materiału, lecz niejasny zamysł stojący za albumem. Tak czy inaczej, "Pleasure" pozostaje płytą, którą w największym stopniu definiuje to, czym nie jest.

Oszczędność "Pleasure" kontrastuje nie tylko dość dramatycznie z singlami, ale i poprzednimi albumami Feist, choć rysującej się na nich stopniowo drogi ku minimalizmowi można było się dopatrzeć. Jest jednakże wyraźna różnica między minimalizmem skupionym, pełnym subtelnych detali, lecz krystalicznie czystym a ledwie nakreśloną szkicowością. W samej naturze szkicu tkwi jego niedomknięcie oraz potencjał do bycia rozwiniętym w jakąkolwiek stronę. Wytrąca ta z rąk podstawowe narzędzia krytyki, pozostawia bezradnym w obliczu utworów, które nie są nawet jeszcze kompozycjami i mogą okazać się czymkolwiek. W niemal każdym bowiem utworze słychać potencjał, ślady tradycyjnego warsztatu Feist, nawet możliwe przeboje, ale fizycznie obcujemy jedynie z kompozycjami in spe. Próby wartościowania, oceniania nadziei wydają się zaś głęboko niesprawiedliwe.


Zastanawia przybrudzona produkcja oraz dlaczego utwory oparte na szczątkowych pomysłach dłużą do nawet pięciu, sześciu minut ("Baby Be Simple", nomen omen). Z każdym kolejnym Feist odziera zbędne warstwy aranżacyjne i kompozycyjne, starając się jakby dotrzeć do pieśniarskiego jądra. Efekt pieśniarki z gitarą samotnie i spontanicznie snującej swe opowieści na scenie pustawego klubu zostaje zatem osiągnięty dość zręcznie. Muzyczny ekwiwalent twórczego bazgrolenia istotnie skrywa w sobie zalążki potencjalnych przebojów, pełniejszych kompozycji, wyraźniejszej struktury, całość brzmi zatem jak taśma demo. Okazjonalnie wyłoni się podobieństwo a to do Cat Power ("I Wish I Didn't Miss You"), a to Bon Iver ("The Wind"), większość albumu tkwi jednak w przedziwnym stanie na granicy bezkompozycyjności. Z wyjątkiem w postaci "I Am Not Running Away", jedynej pełnoprawnej kompozycji dorównującej singlom "Pleasure" i "Century", w której Feist równie zręcznie co Anna Calvi przywołuje atmosferę gitarowego noir bluesa.

Kluczem do albumu być może są słowa A man is not his song / Though we all wanna sing along / We all heard those old melodies / Like they're singing right to me / More than a melody's needed z utworu "A Man Is Not His Song", przed którym nieprzypadkowo pojawia się repetycja najbardziej chwytliwego fragmentu singlowego "Pleasure". Feist zwiodła nas pozorem przyjemności, której pomimo jego wyraźnych słabości na albumie bynajmniej nie brakuje, ale "Pleasure" w najlepszym razie wydaje się być eksperymentem na słuchaczach i na samej idei pieśniopisarstwa. 6/10 [Wojciech Nowacki]

14 lipca 2017


SPACESLUG Time Travel Dilemma, [2017] Oak Island || "Lemanis", debiutancki album Spaceslug, był bez najmniejszej wątpliwości płytą genialną. Wszystkie elementy na tej płycie wskoczyły na odpowiednie miejsce, kosmiczny klimat, przestrzenna gra gitary, spokojne, wycofane, ale momentami niepokojące wokale i zgrana, bardzo uzdolniona sekcja rytmiczna wybijająca rytm pełnych kosmicznego pyłu utworów. Tym ciekawiej skonfrontować się z kolejnym longplayem w dorobku wrocławian.

Oczywiście z drugim albumem zawsze wiąże się niebezpieczeństwo, nie bez powodu zwane "syndromem drugiej płyty". Niektóre formacje, gnane naprzód wielkimi nadziejami, dają z siebie tak wiele przy okazji debiutu, że przy kolejnym albumie, gdy nadziei wiązanych z karierą nie udaje się zrealizować, płoną jak tanie rosyjskie zapałki. Formacji Spaceslug to jednak nie dotyczy. Po pierwsze, Kamil Ziółkowski i Jan Rutka nie są nowicjuszami na scenie stoner rockowej, grając w równie udanym, chociaż tworzącym na bardziej Kyusową modłę, projekcie Palm Desert. Zresztą to samo można powiedzieć o Bartoszu Janiku i jego Legalize Crime. Po drugie, każdy kto dokładnie wsłuchał się w "Lemanis" musiał pojąć, że nie mamy tu do czynienia z chwilowym rozbłyskiem supernowej, lecz z dobrze budowanymi, inteligentnymi i technicznie skomplikowanymi kompozycjami. Takich płyt nie nagrywa się przez przypadek. I rzeczywiście, o przypadku nie ma również mowy gdy odpalimy "Time Travel Dilemma", jest to bowiem pyta bliska stonerowemu ideałowi.


Piszę to jako osoba zauroczona tą bogatą sceną muzyczną. Nie brakuje na niej płyt fenomenalnych, wspomnę chociażby instrumentalne Stone From The Sky, King Weed, świetne riffy Green Yeti czy ciężar Humulus i narkotczne wizje Hazy Sea. Zespołów zwracających uwagę jest prawdziwe bogactwo, Witchfinder, Elbrus, Child, grające odpowiednio doom / stoner rocka, psychodelię i bluesa. Wszystkie charakteryzują się profesjonalizmem, gęstym brzmieniem i dobrymi pomysłami. A jednak żadna z nich nie jest w stanie nawiązać otwartej walki ze Spaceslug, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało.

Wszystko dlatego, że Spaceslug wie dokładnie czego chce i w jaki sposób to realizować. Na albumach formacji nie ma stylistycznych wycieczek zaburzających odbiór płyty. Longplay stanowi zamkniętą całość, jak w najlepszych czasach koncept-albumów z początku lat 70-tych, gdy hard rock nie wyzbył się jeszcze psychodelicznych naleciałości odziedziczonych po poprzedniej dekadzie. Koherentne kompozycje na "Time Travel Dilemma" służą przede wszystkim budowaniu głębokiego klimatu. Oczywiście, mamy tu zróżnicowane wokalizy (ale nie na tyle zróżnicowane by wprowadzać zamęt w odbiorze płyty), chwytliwe, ale głęboko ukryte pod warstwą efektów i przesteru melodie oraz świetne wykonanie techniczne. Nie to jednak decyduje o potędze obu materiałów formacji. W utworach Spaceslug jest coś nieokreślonego i nieuchwytnego, eterycznego nawet. Słuchając albumu ma się wrażenie patrzenia z bardzo wysoka na oddalającą się Ziemię. Niemal czuć chłodny powiew wiatru na twarzy i pył pustyni wzbijający się wraz ze startem. Czyli są to dokładnie te odczucia, które powinny towarzyszyć zespołowi o tak jasno określonej stylistyce. Nie brakuje tu również kosmosu i pustki. I nie chciałbym abyście pomyśleli sobie, że po prostu dałem się zwieść graficznej prezentacji zawartej na okładkach płyt zespołu. Obie są przepiękne i naprawdę wspaniale uzupełniają przekaz muzyczny. Tyle, że gdyby projektowi graficznemu nie dorównywała warstwa kompozycyjna, to okładki digipaka posłużyć mogłyby co najwyżej za artystycznie wyrafinowaną podstawkę pod piwo. Nie przeczę jednak, że w osobie Macieja Kamudy zespół zyskał kogoś, kim dla Pink Floyd był Storm Thorgerson. W warstwie graficznej drugiej płyty widać bowiem prawdziwe zrozumienie przekazu zespołu.

Nie ma sensu rozwodzić się z osobna nad każdą z kompozycji, ponieważ jak już pisałem, poszczególne utwory przenikają się i dopełniają. To nie jest płyta do samochodu ani zapychacz tła. A w każdym razie przy takim podejściu słuchacz bardzo, bardzo dużo straci. Warto odpalić album dopiero wówczas, kiedy możemy liczyć na godzinę spokoju i wyciszenia. W tak sprzyjających okolicznościach Spaceslug okaże się płytą wartą każdych pieniędzy. Proponuję, aby każdy niezdecydowany posłuchał przynajmniej kompozycji tytułowej z płyty "Time Travel Dilemma". Już te dziesięć minut może dać jasną odpowiedź jak blisko, bądź jak daleko jest wam do stoner rocka. 9/10 [Jakub Kozłowski]

12 lipca 2017


ULVER The Assassination Of Julius Caesar, [2017] House Of Mythology || Nie tak dawno temu Depeche Mode wydali album "Spirit", który podzielił zwolenników zespołu na dwa obozy, rozczarowanych i żyjących w złudzeniach. W roku 2017 nową płytę wydała jednak także inna formacja, której nazwa od kilku miesięcy niemal zawsze pojawia się w kontekście Depeche Mode. Norweski, "eks" black metalowy Ulver.

Od premiery "Spirit" stoję na stanowisku, że płyta ta wyraźnie pokazuje olbrzymi wręcz spadek formy Brytyjczyków. Nie wydaje mi się, aby były to wyłącznie malkontenckie dywagacje recenzenta, w swojej opinii bynajmniej nie jestem odosobniony. Wielu oddanych miłośników Depeche Mode zwróciło się w stronę Norwegii, dając tym samym wyraz odrobinę desperackiej próbie znalezienia alternatywy dla dotychczasowych idoli. Ich zainteresowanie wzbudziła formacja Ulver, która najnowszą płytą postanowiła ponownie zadziwić i doprowadzić do konsternacji środowisko muzyczne. Dawni black metalowcy, przedstawiciele ambientu i wczorajsi orędownicy art rocka (każdy kto zna dorobek Ulver będzie wiedział, co mam na myśli) postanowili bowiem nagrać "najlepszy od lat album Depeche Mode". A w każdym razie takie głosy zaczęły dosyć powszechnie podnosić się wśród zawiedzionych płytą "Spirit".

Nie jestem w stanie stwierdzić, kto po raz pierwszy w ten sposób określił "The Assassination Of Julius Caesar", ale przyjęli je tak znani dziennikarze muzyczni jak Jarosław Szubrycht czy Maciej Krzywiński, znawcy metalu, interesujący się dokonaniami Ulver już wówczas, gdy zespół wgłębiał się w o wiele mroczniejszą stylistykę niż prezentowana na najnowszym albumie. Sformułowanie to jest jednak moim zdaniem uproszczeniem i pewnego rodzaju skrótem myślowym, Ulver nawet na "The Assassination Of Julius Caesar" pozostaje odległy formie, którą Depeche Mode kształtowali i udoskonalali przez dziesięciolecia swojej kariery. Już chociażby w samym fakcie, że stylistycznie Ulver przeszedł właściwie odwrotną od Depeche Mode drogę, Norwedzy zaczynali od grania gitarowego przechodząc stopniowo do elektroniki.

Trudno wyrokować na podstawie jednego albumu o stylistycznych fundamentach formacji, tym bardziej jeżeli chodzi o Ulver. Można jednak w miarę bezpiecznie stwierdzić, że oba zespoły bezspornie łączy jedynie wspomniana elektronika, co nie wystarcza do snucia porównań. Dopiero gdy bliżej przyjrzymy się mistrzowsko budowanym kompozycjom i wczujemy w budowany duszny klimat to odnajdujemy na "The Assassination Of Julius Caesarelementy zbieżne z takimi płytami jak "Ultra" czy "Exciter". Ponadto utwory skomponowane przez Norwegów ociekają melancholią, nieoczywistą przebojowością i specyficznie artykułowanym mrokiem. Cechy te pięknie budowały twórczość Depeche Mode, ale nie określają przecież wyłącznie tego zespołu, ani nawet nie wszystkie jego płyty.


Porównywanie obu formacji będzie jednak powracać. W ten sposób najłatwiej bowiem w widowiskowy sposób spuentować dokonania, bądź co bądź, mało znanej formacji. Osobiście nie chciałbym odbierać Ulver niezwykłej nutki geniuszu poprzez proste sprowadzanie ich albumu do roli muzycznego epigona. Norwegowie nigdy nie byli i nigdy nie będą Depeche Mode. Ich najnowsza propozycja to album genialny w obrębie szerokiej stylistyce muzycznej alternatywy i w taki sposób powinien być odbierany.

Ostatnie miesiące przynosiły mi kilka muzycznych zawodów. Zresztą najczęściej ze strony uznanych na świecie artystów, którzy niczego nie muszą już udowadniać i nie dążą już do wstrząsania posadami muzycznego establishmentu. Nie ma w tym nic złego, do czasu, kiedy artyści nie stają się ofiarami stylistycznej sztampy. Również z tego powodu tak wielką przyjemność sprawia mi "The Assassination Of Julius Caesar", zespół Ulver stworzył bowiem longplay bez oglądania się na mody i bez nawiązań do własnej przeszłości. W przygotowanych kompozycjach niemal namacalnie czuć jasno określoną wizję artystyczną. Album jest spójny i logicznie rozwijany. Utwory "Nemoralia", "Rolling Stone", "Southern Gothic" czy "1969" sprawiają, że od płyty nie można się oderwać. I nie jest to wyświechtana formułka typowa dla muzycznych pismaków. Od "The Assassination Of Julius Caesar" naprawdę nie da się uwolnić. Każda z kompozycji wyróżnia się bardzo zgrabną, popową niemal melodią, ale ukrytą pod elektroniką zaaranżowaną tak by wydźwięk kompozycji przybierał bardziej niepokojący niż radosny charakter. To jednak nostalgia decyduje o potędze albumu. Muzycy Ulver już zresztą wielokrotnie udowadniali, że doskonale żonglują emocjami. Na myśl przychodzi mi przede wszystkim bardzo ciekawy album "Shadows Of The Sun", ale tamto na wpół ambientowe dzieło przegrywa z "The Assassination Of Julius Caesar" pod względem zwartości materiału. Rozciągane w nieskończoność pasaże i instrumentalne wycieczki na najnowszej płycie ustąpiły pierwszeństwa dobrze skomponowanym utworom. I przez to siła oddziaływania Ulver jeszcze wzrosła.

Pomimo syntetycznych dźwięków utwory Ulver cechują się organiczną, niemal namacalną siłą wyrazu. Gwarantuje Państwu, że "The Assassination Of Julius Caesar" pozostaje w głowie na długo po tym, jak w pokoju zapada cisza. 10/10 [Jakub Kozłowski]